NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gromyko, Olga - "Wiedźmie opowieści"

Gaiman, Neil - "Ocean na końcu drogi" (2018)

Ukazały się

antologia - "Gorefikacje III"


 Le Guin, Ursula K. - "Wracać wciąż do domu"

 Stephenson, Neal & Galland, Nicole - "Wzlot i upadek D.O.D.O."

 Flanagan, John - "Pojedynek w Araluenie"

 Kossakowska, Maja Lidia - "Bramy światłości", tom 3

 King, Stephen - "Uniesienie"

 Żamboch, Miroslav - "Mroczny zbawiciel" (2018)

 Jadowska, Aneta - "Dynia i jemioła. Nietypowe historie świąteczne"

Linki


Wolfe, Gene - "Rycerz"
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Cykl: Wolfe, Gene - "Rycerz Czarnoksiężnik"
Tytuł oryginału: The Knight
Tłumaczenie: Paweł Kruk
Data wydania: Sierpień 2007
ISBN: 978-83-245-8519-9
Oprawa: miękka
Format: 130x205 mm
Liczba stron: 448
Cena: 29,90
Tom cyklu: 1



Wolfe, Gene - "Rycerz"

1. Drogi Benie

Pewnie przestałeś się już zastanawiać, co się ze mną stało dawno temu; wiem, że upłynęło wiele lat. Mam tutaj czas, żeby napisać do ciebie, i chyba dobrą okazję dostarczenia ci tego, co napiszę, tak więc spróbuję.
Gdybym po prostu opisał wszystko na kilku kartkach, nie uwierzyłbyś w większość. Jeśli w ogóle, ponieważ jest wiele rzeczy, które mnie samemu trudno pojąć. Tak więc spróbuję opowiedzieć ci wszystko po kolei. Nie mam pewności, czy uwierzysz, kiedy skończę, ale przynajmniej będziesz wiedział wszystko to, co ja wiem. Kiedy zobaczyłem cię, jak siedzisz przy ognisku - mój brat - tam, na polu walkiÉ Nieważne. Chociaż to chyba z tego powodu piszę teraz.
Pamiętasz tamten dzień, kiedy pojechaliśmy do chaty? A potem zadzwoniła Geri. Musiałeś wracać do domu i nie potrzebowałeś towarzystwa dzieciaka, który by ci się pętał pod nogami. Ustaliliśmy więc, że nie ma powodu, abym i ja wracał. Umówiliśmy się, że ja zostanę, a ty wrócisz następnego dnia.
Miałem łowić ryby.
No właśnie.
Ale nie łowiłem. Bez ciebie niezbyt mnie to pociągało, a powietrze było rześkie i liście już czerwieniały, więc wyruszyłem na wędrówkę. Może to był mój błąd. Długo szedłem, ale się nie zgubiłem. W którymś momencie znalazłem kij i zabrałem go ze sobą, lecz był krzywy i niezbyt mocny. Ponieważ nie bardzo mi się spodobał, postanowiłem, że znajdę lepszy, taki, który będę mógł zabrać z powrotem do chaty i używać zawsze, kiedy tam przyjedziemy.
Zobaczyłem drzewo, które wyglądało inaczej niż wszystkie inne. Niezbyt duże, miało białą korę i lśniące liście. To była kolczasta pomarańcza, Ben, lecz ja nigdy wcześniej o takiej nie słyszałem. Później Bertold Śmiały dużo mi o nim opowiedział. Było zbyt duże, żeby dało się je ściąć całe, ale znalazłem jedną gałąź, prawie prostą. Odciąłem ją więc i przyciąłem. Być może od tego wszystko się zaczęło, to mógł być mój największy błąd. Bo te drzewa nie są takie jak inne. Mechici troszczą się o nie bardziej.
Kiedy zobaczyłem to drzewo, zszedłem ze ścieżki, a gdy dotarłem do niego, zorientowałem się, że rośnie na skraju lasu, skąd rozciągał się widok na faliste wzgórza. Niektóre z nich były całkiem strome, lecz piękne, gładkie i porośnięte wysoką trawą. Ruszyłem więc w tamtą stronę z nowym kijem w dłoni i wdrapałem się na trzy albo cztery wzgórza. Było miło. Na szczycie jednego z nich znalazłem źródło. Napiłem się i usiadłem - nieźle się już zmęczyłem - i zacząłem strugać mój kij bez specjalnego pomysłu. Tak sobie po prostu strugałem. Po jakimś czasie położyłem się i spojrzałem na niebo. Każdy zawsze widzi jakieś obrazy, patrząc na chmury, lecz ja zobaczyłem wtedy więcej niż kiedykolwiek przedtem - starca z brodą, którego wiatr zmienił w czarnego smoka, wspaniałego konia z rogiem na głowie i piękną kobietę, która uśmiechnęła się do mnie z góry.
A potem ujrzałem latający zamek, ze wszystkich stron najeżony wieżami i wieżyczkami jak gwiazda. Powtarzałem sobie, że to musi być chmura, lecz wcale tak nie wyglądało, Ben. Zamek wydawał się zbudowany z kamienia.
Wstałem i pobiegłem za nim, żeby zobaczyć, jak wiatr go rozwieje, lecz tak się nie stało.
Potem nadeszła noc. Straciłem zamek z oczu i wiedziałem, że jestem daleko od naszej chaty. Ruszyłem szybko z powrotem przez wzgórza, lecz w pewnym momencie zacząłem schodzić zboczem, które nie miało końca. W ciemności ktoś złapał mnie za ramię, a potem ktoś inny chwycił za kostkę, kiedy próbowałem się wyswobodzić. Wówczas usłyszałem:
- Kto przybywa do Aelfrice!
Wciąż pamiętam te słowa i jeszcze długo potem pamiętałem tylko ten szczegół. A także to, że chwyciło mnie wielu ludzi.

Obudziłem się w nadmorskiej jaskini, w której siedziała staruszka ze zbyt dużą liczbą zębów, zajęta przędzeniem. Kiedy doszedłem do siebie i odnalazłem swój kij, zapytałem ją, gdzie jesteśmy, starając się być w miarę możliwości uprzejmym:
- Czy może mi pani powiedzieć, co to za miejsce i jak się stąd dostać do Gryfford?
Z jakiegoś powodu uznałem, że mieszkamy w Gryfford, Ben, i wciąż nie pamiętam prawdziwej nazwy naszej miejscowości. Może to jest naprawdę Gryfford. Wszystkie one są takie pomieszane.
Staruszka tylko potrząsnęła głową.
- Czy wiesz, jak się tu dostałem?
Roześmiała się, a w jej śmiechu szumiały wiatr i morze; była wodną mgiełką i falami, które rozbijały się za progiem jaskini. Rozmawiając z nią, mówiłem do nich. Tak wtedy czułem. Czy to brzmi niedorzecznie?
Byłem szalony od urodzenia, lecz wtedy pozostawałem przy zdrowych zmysłach. To wspaniałe uczucie. Wiatr i fale siedziały obok mnie w jaskini, skręcając nić, a przyroda nie była czymś znajdującym się na zewnątrz. Staruszka stanowiła jej ogromną część, ja zaś malutką, a poza tym nie było mnie zbyt długo. Później Garsecg powiedział, że uleczyło
mnie morze.
Podszedłem do wylotu jaskini i ruszyłem przez wodę, aż sięgnęła mi do pasa; widziałem tylko klify wiszące nad jaskinią, granatową wodę przed sobą i postrzępione czarne skały podobne do smoczych zębów. Staruszka powiedziała:
- Musisz poczekać, aż opadnie woda.
Mokry, wróciłem do jaskini.
- Długo to potrwa?
- Dość długo.
Potem, oparty o swój kij, przyglądałem się, jak przędzie, usiłując domyślić się, co takiego zamierza wysnuć z nici i dlaczego to coś wydaje odgłosy, bo tak było. Momentami wydawało się, że obraz zawiera twarze i wyciągają się z niego ręce i nogi.
- Ty jesteś Able Wielkie Serce.
To, co powiedziała, przyciągnęło moją uwagę i po chwili podałem jej moje dawne imię. Do tego momentu ani na moment nie oderwała wzroku od pracy.
- Kiedy mówię tak i tak, nie odwracaj rzeczy wspak - zwróciła się do mnie.
Przeprosiłem ją.
- Przed utratą się nie ustrzeżesz, więc tak rzeknę: im mniej znaczna twoja pani, tym większa twoja miłość. - Przerwała przędzenie i uśmiechnęła się do mnie. Wiedziałem, że chciała być miła, lecz jej zęby były okropne i wydawały się ostre jak brzytwy. Po chwili powiedziała: -Zniewaga domaga się straty, a ponieważ tak zwykle się dzieje, to ta przynajmniej nie wyrządzi zbyt dużej krzywdy.
W ten sposób otrzymałem nowe imię.
Staruszka powróciła do przędzenia, lecz wydawało się, że ona czyta nić.
- Utoniesz, zanim się wzniesiesz, i wzniesiesz się, nim zatoniesz.
Jej słowa przestraszyły mnie, zapytałem więc, czy mogę o coś zapytać.
- Najlepiej, żeby to było jedno pytanie. Co chcesz wiedzieć, Able Wielkie Serce?
O tyle rzeczy chciałem zapytać, że nie potrafiłem wydobyć z siebie ani słowa, tak więc zapytałem:
- Jak się nazywasz?
- Parka.
- Jesteś wróżką?
- Niektórzy tak twierdzą - odpowiedziała i uśmiechnęła się.
- Skąd się tu wziąłem?
Pokazała kądzielą, przedmiotem, który podtrzymywał to, co przędła, w głąb jaskini, gdzie panowała ciemność.
- Nie pamiętam, żebym tam był - odpowiedziałem.
- Pamięć została ci odebrana.
Gdy tylko to powiedziała, pojąłem, że tak jest. Pamiętałem niektóre szczegóły. Pamiętałem ciebie, chatę i chmury, lecz wszystko to było bardzo odległe w czasie, a potem wydarzyło się wiele innych rzeczy, których zupełnie nie pamiętałem.
- Przyniosły cię do mnie Aelfy.
- Kim są Aelfy? - Poczułem, że muszę to wiedzieć.
- Nie wiesz, Able Wielkie Serce?
Po tych słowach długo się nie odzywała. A ja siedziałem, przyglądając się jej, i od czasu do czasu zerkałem w głąb jaskini, skąd, jak powiedziała, przyszedłem. Kiedy odwracałem od niej wzrok, stawała się coraz większa, wiedziałem więc, że za mną jest coś ogromnego. A kiedy znowu na nią patrzyłem, nie była nawet tak duża jak ja.
To była jedna sprawa. Druga to taka, że pamiętałem, iż jako mały chłopiec wiedziałem dużo o Aelfach, a wszystko to było pomieszane z kimś jeszcze, małą dziewczynką, z którą się bawiłem; i były tam duże, bardzo duże drzewa, paprocie o wiele większe niż my, i czyste źródła. I mech.
Dużo mchu. Zielony i miękki jak aksamit.
- Przysłali cię z opowieścią o swoich krzywdach - powiedziała Parka – i o ich uwielbieniu.
- Uwielbieniu? - Nie miałem pewności, co ma na myśli.
- Twojej osoby.
Te słowa przyniosły inne rzeczy - nie rzeczy, raczej uczucia.
- Nie lubię ich - powiedziałem i była to prawda.
- Zasadź jedno nasienie - powiedziała.
Długo czekałem, żeby powiedziała coś więcej, ponieważ nie chciałem zadawać pytań. Jednak nic już nie powiedziała, tak więc zapytałem ją:
- Nie opowiesz mi o tym wszystkim? O krzywdach i o całej reszcie?
- Nie.
Wypuściłem powoli powietrze, bo bałem się tego, co mogę usłyszeć.
- To dobrze.
- Tak. Musi być jakaś korzyść, więc rzeknę w ten sposób: zawsze, gdy spełni się twego serca pragnienie, poczuje ono jeszcze większe łaknienie.
Wtedy poczułem, że nawet jeśli zadam więcej pytań, to i tak nie dostanę na nie odpowiedzi. Słońce wsunęło ręce do naszej jaskini, niosąc nam obojgu ukojenie, a przynajmniej tak się wydawało; a potem zanurzyło się w morzu, które zdawało się za nim podążać. Niebawem w miejscu, do którego wcześniej doszedłem, prawie nie było wody.
- Czy to oznacza, że woda się cofnęła? - zapytałem Parkę.
- Zaczekaj - powiedziała. Przegryzła nić, po czym nawinęła kawałek ze szpulki na swoją dłoń i podała mi go. - Na twój łuk.
- Nie mam łuku.
Pokazała na mój kij, Ben, a ja spostrzegłem, że ten próbuje zamienić się w łuk. Teraz było wygięcie na jego środku, tyle tylko, że był całkiem prosty, a ponieważ zestrugałem go w grubszym końcu, na obu końcach był cieńszy niż na środku.
Podziękowałem i wybiegłem na zewnątrz, gdzie teraz pod klifem ciągnęła się kamienista plaża. Kiedy pomachałem na pożegnanie, wydawało się, że jaskinia jest pełna białych ptaków trzepocących skrzydłami. Staruszka też mi pomachała; wydawała się bardzo mała, niczym płomień świecy.
Na południe od jaskini znalazłem stromą ścieżkę prowadzącą na szczyt klifu. Na samej górze znajdowały się ruiny murów i kikut wieży. Kiedy tam stanąłem, na niebie świeciły już gwiazdy. Zrobiło się zimno.
Zacząłem szukać jakiegoś schronienia i wreszcie je znalazłem; potem wspiąłem się do tego, co pozostało z wieży.
Wieża stała na kamienistej wyspie połączonej z lądem wąskim cyplem pokrytym piachem i kamieniami i położonym tak nisko, że pozostawał prawie pod wodą nawet podczas odpływu. Zanim nabrałem pewności, chyba z pięć minut gapiłem się w rozbijające się o niego fale. Wiedziałem, że to tam, i wiedziałem, że powinienem opuścić wyspę, dopóki to jeszcze możliwe, i znaleźć nocleg na lądzie.
Wiedziałem, lecz tego nie zrobiłem. Przede wszystkim byłem już bardzo zmęczony. Niespecjalnie głodny czy spragniony, ale tak bardzo zmęczony, że chciałem tylko móc się gdzieś położyć. Poza tym bałem się, co mogę znaleźć na brzegu albo co może znaleźć mnie.
A oprócz tego musiałem pomyśleć. Tak wiele rzeczy zapomniałem, a to, co pamiętałem (ciebie, Ben, naszą chatę i nasz dom, a także zdjęcia mamy i taty, które miałeś) działo się dawno, bardzo dawno temu. Chciałem spróbować przypomnieć sobie coś więcej i zastanowić się nad tym wszystkim, co mi powiedziała Parka, i co to mogło oznaczać.
Tak więc wróciłem do kryjówki między niebieskimi kamieniami, którą wcześniej znalazłem. Położyłem się. Nie miałem nic na nogach i kiedy tak leżałem, wydało mi się, że powinienem mieć buty do wspinaczki i pończochy. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, co się z nimi stało. Miałem na sobie szarą wełnianą koszulę bez guzików i szare wełniane spodnie bez kieszeni, co też mnie zdziwiło. Do tego pasek i zawieszoną na nim na rzemieniu niewielką skórzaną sakiewkę, w której była tylko cięciwa Parki, trzy twarde, czarne nasiona i mały nóż z drewnianym trzonkiem w drewnianej pochwie. Nóż idealnie pasował do mojej dłoni, lecz nie pamiętałem, skąd go mam.


2. Zniszczone miasto

Obudziło mnie słońce. Wciąż pamiętam jego ciepło i jak przyjemnie było się w nim pławić z dala od ludzkich głosów i całego tego zgiełku oraz zmartwień, rzeczy, o których opowiadała mi cięciwa; leżałem tak chyba z godzinę, zanim wstałem.
I wtedy poczułem, że jestem głodny i chce mi się pić. Deszczówka ze zniszczonej fontanny smakowała wybornie. Piłem i piłem, a kiedy wreszcie przestałem, ujrzałem rycerza, który mi się przyglądał; był wysoki, barczysty i ubrany w kolczugę. Jego twarz zasłaniał hełm, z którego czubka groźnie spoglądał na mnie czarny smok, inne zaś smoki patrzyły z tarczy i opończy. Rycerz zaczął się rozpływać w powietrzu, gdy tylko na niego spojrzałem, i po kilku sekundach wiatr rozwiał to, co jeszcze zostało. Dowiedziałem się, kim jest, dużo później, dlatego nie będę teraz rozwijał tego tematu; chciałbym jednak powiedzieć coś innego, co równie dobrze pasuje tutaj, jak gdzie indziej.
Tamten świat nazywa się Mythgarthr. Dowiedziałem się o tym później, ale nie ma powodu, żebyś ty nie mógł się dowiedzieć tego teraz. Jaskinia Parki nie całkiem się tam znajdowała, raczej gdzieś między Mythgarthrem i Aelfrice. Błękitnoszara Wyspa leży całkowicie w Mythgarthrcie, lecz ja tam nie byłem, dopóki nie napiłem się wody. Albo raczej nie byłem tam bezpiecznie. Dlatego właśnie przybył tam rycerz; chciał zobaczyć, że piję wodę.
- Dobry panie! - powiedziałem, lecz nie było tam nikogo, kto by mnie usłyszał.
Przestraszył mnie. Nie dlatego, że pomyślałem, iż mam zwidy, lecz dlatego, że sądziłem, iż jestem sam. Wciąż oglądałem się za siebie. To nie takie złe przyzwyczajenie, Ben, lecz nikogo już nie zobaczyłem.
We wschodniej części wyspy klify nie były takie znów strome. Znalazłem kilka małży i zjadłem je na surowo. Słońce świeciło nad moją głową,kiedy dwóch rybaków podpłynęło na tyle blisko, że mogłem wrzasnąć do nich. Tak też zrobiłem, wtedy oni przybili do brzegu. Zapytali, czy im pomogę przy sieciach, jeśli mnie zabiorą; obiecałem, że pomogę, i wgramoliłem się do łodzi.
- Jak się tam dostałeś? - zapytał mnie starszy z rybaków.
Sam chciałem to wiedzieć, a także to, dlaczego mówią tak śmiesznie, ostatecznie jednak powiedziałem tylko:
- A w jaki sposób ktoś inny by się tam dostał?
Wtedy oni przestali już o tym mówić. Podzielili się ze mną chlebem i serem, a także rybą, którą upiekliśmy na ogniu w skrzyni wypełnionej piaskiem. Nie wiedząc o tym, wtedy właśnie pokochałem morze.
O zachodzie słońca dali mi moją część ryb z połowu w zamian za pomoc. Powiedziałem młodszemu (który był tylko trochę starszy ode mnie), że podzielę się rybami z jego rodziną, jeśli jego żona je upiecze, ponieważ nie miałem się gdzie podziać. Zgodził się, tak więc kiedy sprzedaliśmy złowione ryby, zanieśliśmy najlepsze z tych, których nie sprzedaliśmy, do ciasnego domku wybudowanego może jakieś dwadzieścia kroków od wody.
Po kolacji snuliśmy opowieści, a kiedy przyszła moja kolej, powiedziałem:
- Nigdy dotąd nie widziałem ducha, chyba że duchem było to, co zobaczyłem dzisiaj. Tak więc opowiem wam o tym, nawet jeśli moja opowieść nie przestraszy nikogo tak jak duch z historii Scaura. Nikt się nie sprzeciwił; myślę, że swoje opowieści słyszeli już nieraz.
- Wczoraj znalazłem się na pewnej skalistej wyspie niedaleko stąd, na której kiedyś była wieża.
- Należała do księcia Indigna - powiedział Scaur.
- Błękitnoszary Zamek - dodała jego żona Sha.
- Noc spędziłem w ogrodzie - mówiłem dalej - ponieważ miałem tam coś do zrobienia. Musiałem posadzić roślinę. Widzicie, ktoś ważny polecił mi zasiać ziarno, lecz nie wiedziałem, co miała na myśli, aż do momentu, kiedy znalazłem tutaj nasiona. – Pokazałem im sakiewkę.
- Ściąłeś kolczastą pomarańczę - wysapał dziadek Sha, pokazując na mój łuk. - Zrąbałeś kolczastą pomarańczę, młody człowieku, a zatem musisz posiać trzy nasiona. Bo inaczej dostaną cię Mechici.
Powiedziałem, że nie miałem o tym pojęcia.
Splunął do ognia.
- Ludzie tego nie wiedzą, teraz już nie, i dlatego bardzo mało zostało kolczastych pomarańczy. To najlepsze drewno. Natrzyj lnianym olejem, słyszałeś mnie? Żadna pogoda go nie ruszy.
Wyciągnął rękę po mój łuk, więc mu go podałem. Po chwili przekazał go Scaurowi.
- Złam go, synu. Złam na kolanie.
Scaur spróbował. Był silny i zgiął łuk prawie na pół, ale go nie złamał.

- Widzisz? Nie dasz rady. Nie złamiesz go. - Dziadek Sha cmoknął, a Scaur oddał mi łuk. - Przeważnie kolczasta pomarańcza wydaje tylko jeden owoc, który ma nie więcej niż trzy nasiona. Jak je zetniesz, musisz je posadzić w trzech miejscach, bo inaczej przyjdą po ciebie Mechici.
- No, Able - powiedziała - opowiedz nam o tym duchu.
- Dziś rano postanowiłem posadzić pierwsze ziarno w ogrodzie Błękitnoszarego Zamku. - Znajdowała się tam kamienna misa, w której zebrała się woda, uznałem więc, że najpierw wsadzę do ziemi nasienie, a potem zaczerpnę wody. Kiedy uznałem, że jest dostatecznie podlane, wypiłem resztę wody.
Przytaknęli z aprobatą.
- Wydrążyłem nożem dołek, włożyłem do niego ziarno i przysypałem ziemią - która i tak była całkiem wilgotna - a potem przyniosłem wodę w rękach. Kiedy w dołku stanęła woda, piłem długo z misy, a kiedy podniosłem głowę, ujrzałem rycerza, który mi się przyglądał. Nie widziałem jego twarzy, ale miał dużą zieloną tarczę z namalowanym na niej smokiem.
- To nie był książę Indign - zauważył Scaur - bo on ma w herbie błękitnego odyńca.
- Rozmawiałeś z nim? - zapytała Sha. - Co powiedział?
- Nie rozmawiałem. To stało się tak szybko, byłem za bardzo zaskoczony. On… zamienił się w coś jakby chmurę, a potem całkiem zniknął.
- Chmury to oddech Pani - zauważył dziadek Sha.
Zapytałem, kto to taki, lecz on tylko pokręcił głową i wbił wzrok w ogień.
- Nie wiesz, że nie wolno wymawiać jej imienia? - powiedziała Sha.

Rano zapytałem o drogę do Gryfford, lecz Scaur odpowiedział, że nie ma takiego miasta w okolicy.
- W takim razie jak nazywa się to miejsce? - zapytałem.
- Irringsmouth - odpowiedział Scaur.
- Wydaje mi się, że tam, gdzie mieszkam, też jest Irringsmouth - powiedziałem. Nie miałem pewności, ale jakoś tak mi się zdawało. – To duże miasto. Jedyne duże miasto, w jakim byłem.
- W tej okolicy to jest jedyne Irringsmouth - rzekł Scaur. Przechodzień, który usłyszał naszą rozmowę, dodał:
- Gryfford leży nad rzeką Gryf. - Poszedł dalej, zanim zdążyłem zapytać go o cokolwiek.
- To strumień, który wpada do naszej rzeki - wyjaśnił mi Scaur. - Idź na południe, aż dojdziesz do rzeki, a potem Rzecznym Gościńcem i znajdziesz swoje miasto.
Tak wyruszyłem w drogę z soloną rybą zawiniętą w czysty kawałek materiału. Kierowałem się na południe wzdłuż uliczki biegnącej na tyłach domu z plecionki, w którym mieszkali Scaur i Sha, i dalej na południe większą ulicą, do której doprowadziła mnie tamta, a potem na wschód drogą wzdłuż rzeki. Wyprowadziła mnie ona z miasta przez wyrwę w miejskich murach pozbawionych bramy i biegła dalej przez zagajniki młodych drzew, gdzie w cieniach leżały jeszcze plamy śniegu, a kwadratowe kałuże z deszczówką czekały, aż ktoś do nich powróci.
Potem droga weszła między wzgórza, gdzie dwóch chłopców starszych ode mnie oświadczyło, że zamierzają mnie obrabować. Jeden miał kij, a drugi łuk z przygotowaną strzałą - na wycięciu, jak się tu mówi. Wycięcie znajduje się w tyle strzały, tak by można ją było nałożyć na cięciwę.
Powiedziałem im, że mogą wziąć, co chcą, z wyjątkiem mojego łuku. Jak się mogłem spodziewać, próbowali mi go zabrać. Broniłem się i dostałem kijem. Potem walczyłem, odebrałem im łuk i obiłem ich nim. Może powinienem był się przestraszyć, lecz tak nie było. Rozgniewało mnie, że pomyśleli, iż mogą mnie natłuc, a ja im nie oddam. Ten z kijem rzucił go i uciekł, więc zacząłem tłuc drugiego, aż wreszcie się przewrócił. Wtedy usiadłem na nim i powiedziałem, że mu poderżnę gardło.
Błagał mnie o litość, a kiedy pozwoliłem mu wstać, też uciekł i zostawił swój łuk i kołczan. Łuk wyglądał nieźle, ale gdy go zgiąłem na kolanie, złamał się. Zachowałem cięciwę i zarzuciłem sobie kołczan na plecy.
Tamtej nocy strugałem jeszcze trochę mój własny łuk, tak że potrzeba mu było już tylko kąpieli w oleju lnianym, i założyłem cięciwę tamtego chłopaka.
Wędrowałem już ze strzałą w nacięciu. Widziałem króliki i wiewiórki, a nawet kilka razy jelenie; próbowałem strzelać, ale tylko straciłem kilka strzał. Wreszcie ostatniego dnia, kiedy już osłabłem z głodu, ustrzeliłem kuropatwę i udałem się na poszukiwanie ognia. Długo szukałem i już prawie zrezygnowałem, gotowy zjeść ptaka na surowo, lecz wieczorem dostrzegłem nad drzewami smużki dymu podobne do białych zjaw widocznych na tle nieba. Kiedy zaświeciły pierwsze gwiazdy, napotkałem chatę do połowy zarośniętą dzikimi fiołkami. Zbudowano ją z patyków i zwierzęcej skóry, a w wejściu wisiała zasłona. Nie mogłem zapukać, więc zakasłałem, a ponieważ nikt nie odpowiedział, zastukałem w patyki framugi.
- Kto tam? - odpowiedział mi głos, który zabrzmiał jak głos mężczyzny gotowego do walki.
- Gruba kuropatwa - odpowiedziałem. Bijatyka była ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę.
Skóra odsunęła się i wyjrzał zza niej przygarbiony i trzęsący się starzec z długą brodą. Dłoń mu drżała, podobnie jak i głowa, za to jego głos nie zadrżał ani trochę, kiedy rzucił donośnie:
- Kim jesteś?
- Podróżnikiem, który podzieli się swoim ptakiem w zamian za twój ogień - powiedziałem.
- Tu nie ma nic do ukradzenia - odpowiedział brodacz i i podniósł do góry maczugę.
- Nie przyszedłem cię obrabować, a tylko upiec kuropatwę. Ustrzeliłem ją rano i oskubałem, ale nie miałem ognia, żeby ją upiec, a umieram z głodu.
- W takim razie wejdź. - Odsunął się od wejścia. - Możemy ją upiec, jeśli odstąpisz mi kawałek.
- Dam ci więcej niż kawałek - odpowiedziałem i dotrzymałem słowa: oddałem mu skrzydełka i udka. Nie zadawał mi już więcej pytań, za to bacznie mnie obserwował, odwracał się i znowu się gapił, tak że w końcu przedstawiłem się, powiedziałem, ile mam lat, i wyjaśniłem, że jestem obcy w jego kraju, na końcu zaś zapytałem, jak się dostać do Gryfford.
- A niech to! To była moja wioska, młokosie. Czasem tam chodzę, ale dzisiaj nikt już nie mieszka w Gryfford.
Poczułem, że to nie może być prawda.
- Ja mieszkam i mój brat także.
Brodacz pokręcił trzęsącą się głową.
- Nikt. Nikt tam nie został.
Teraz już wiedziałem, że Gryfford nie jest naszym miastem. Może nasze miasto nazywało się Gryf - albo Gryfsburg czy jakoś tak. Niestety, nie pamiętam.
- Szanowali mnie tam - mruknął brodacz. - Niektórzy chcieli uciekać, ale powiedziałem, żeby zostali. Zostańcie i walczcie, powiedziałem. Jeśli przyjdzie zbyt wielu gigantów, wtedy uciekniemy, ale najpierw sprawdzimy, na co ich stać.
Zwróciłem uwagę na słowo ,giganci" i zacząłem się zastanawiać, co jeszcze usłyszę.
- Ich przywódcą był Schildstarr. Wtedy mieszkałem w wysokim domu mojego ojca. Nie w takim jak ten. Duży dom z półstryszkiem pod wysokim dachem i małymi pokojami za dużym. Mieliśmy też duże kamienne palenisko i stół na tyle duży, żeby nakarmić przy nim przyjaciół.
Skinąłem głową, powracając myślami do domów, jakie widziałem w Irringsmouth.
- Schildstarr nie był moim przyjacielem, ale mógł dostać się do mojego domu. W środku musiałby stać tak jak ja teraz.
- Walczyłeś z nimi?
- Tak. Za mój dom? Za pola i Gerdę? Tak! Walczyłem, chociaż połowa uciekła, gdy zobaczyli ich nadchodzących drogą. Zabiłem jednego włócznią, a dwóch toporem. Padali jak drzewa, młokosie. - Jego oczy rozbłysły na chwilę. - Kamień… - Dotknął boku swojej głowy i od razu wydał się starszy. – Nie wiem, kto mnie uderzył ani czym. Może kamieniem. Nie wiem. Przyłóż tu rękę, młokosie. Pomacaj pod włosami.
Włosy miał gęste, prawie czarne. Przyłożyłem rękę i zaraz ją odsunąłem. - Potem mnie torturowali. Wodą i ogniem. Znasz to? To lubią najbardziej. Zapędzili nas do stawu i rozpalili ogniska dookoła niego. Zapędzili nas do wody jak bydło. A potem rzucali w nas żagwiami tak długo, aż nas potopili. Wszystkich poza mną. Jak się nazywasz, młokosie?
Przedstawiłem się jeszcze raz.
- Able? Able. Tak nazywał się mój brat. To było dawno, bardzo dawno temu.
Wiedziałem, że to nie jest moje prawdziwe imię, lecz Parka powiedziała, żebym się nim posługiwał. Zapytałem, jak on się nazywa.
- Znalazłem norę szczura wodnego - powiedział. - Chowałem się pod wodę, kopałem i wynurzałem, żeby zaczerpnąć powietrza, a przez cały czas nadlatywały żagwie, płonące i syczące. Straciłem rachubę zanurzeń i oparzeń, ale przeżyłem. Potem wsadziłem głowę do nory szczura wodnego i w niej oddychałem. Czekałem tak długo, aż Angronici pomyśleli, że wszyscy się potopiliśmy, i poszli sobie.
Skinąłem głową przeświadczony, że widziałem to wszystko.
- Próbowałem wyjść na brzeg, lecz mój cień się pośliznął. Wpadł z powrotem do stawu. Wciąż tam jest. - Brodacz pokręcił głową. - Sny? Nie sny. Wciąż w tym stawie, a żagwie nadlatują ze świstem. Próbowałem wyjść. Ślisko… Ogień napierający na moją twarz.
- Gdybym został u ciebie na noc - zasugerowałem - mógłbym cię obudzić, gdyby cię dręczyły złe sny.
- Schildstarr - mruknął brodacz. - Wielki jak drzewo, taki jest Schildstarr. Skóra jak śnieg. Oczy jak u sowy. Widziałem, jak podniósł Baldiga i wyrwał mu ramiona. Mogę ci pokazać, gdzie to było. Naprawdę idziesz do Gryfford, Able?
- Tak - odpowiedziałem. - Wyruszę jutro, jeśli pokażesz mi drogę.
- Też pójdę - obiecał brodacz. - Nie byłem tam jeszcze w tym roku. Zawsze odwiedzałem to miejsce. Mieszkałem tam.
- Wspaniale - powiedziałem. - Będę miał z kim pogadać, z kimś, kto zna drogę. Kiedyś mój brat wściekłby się na mnie, ale teraz chyba już mu przeszło.
- Nie, nie - wymamrotał brodacz. - Nie, nie. Bertold Śmiały nigdy się o ciebie nie martwił, bracie. Nie jesteś bandytą.
I tak zamieszkałem u Bertolda Śmiałego. Był jakby trochę szalony i czasem się przewracał. Ale był równie dzielny jak inni, których znałem, i pozbawiony zła. Próbowałem się nim opiekować i mu pomagać, on zaś próbował się opiekować mną i mnie uczyć. Stał przy mnie przez lata, Ben, i w końcu miałem okazję się odwdzięczyć. Być może była to najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem.
Czasem zastanawiam się, czy nie dlatego Parka powiedziała mi, że nazywam się Able. Wszystko to działo się na północy Celidonu. Powinienem to w którymś momencie powiedzieć.



Dodano: 2007-08-07 23:20:30
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Fantastyka 2017 - plebiscyt


 Wywiad z Brandonem Sandersonem

 Wywiad z Dmitrem Glukhovskym

 Wywiad z Joe Abercrombiem

 Modyfikowany Węgiel - powieść a serial

Recenzje

Howard, A.G. - "Alyssa i czary"


 Maas, Sarah J. - "Dwór skrzydeł i zguby" i "Dwór szronu i blasku gwiazd"

 Watts, Peter - "Poklatkowa rewolucja"

 Carter, Rachel E. - "Pierwszy rok"

 Ibáñez, Andrés - "Księżna jeleń"

 Corey, James S.A. - "Wrota Abaddona"

 Kisiel, Marta - "Pierwsze słowo"

 Lisicki, Paweł - "Epoka Antychrysta"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Królowie Wyldu"

 Bourne, J.L. - "Rozbita klepsydra"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Wyprawa"

 Straub, Peter - "Upiorna opowieść"

 Hejankowski, Sebastian - "Światłoczuły"

 Lewandowska, Magdalena i Małgorzata - "Drzewo wspomnień"

 Dworakowski, Witold - "Pani Czterdziestu Żywiołów"

 Kiszela, Marcin - "Ostatni prorok"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2018 nast.pl     RSS      RSS