NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sanderson, Brandon - "Wśród gwiazd"

Chiang, Ted - "Wydech"

Ukazały się

Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"


 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks, W. - "Grombelardzka legenda" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Pani Dobrego Znaku" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Porzucone królestwo" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Tarcza Szerni" (edycja limitowana)

Linki

Ringo, John & Cochrane, Julie - "Wojna Cally"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Ringo, John - "Posleen"
Data wydania: Lipiec 2007
ISBN: 978-83-7418-157-0
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 368
Cena: 29,90 zł



Ringo, John & Cochrane, Julie - "Wojna Cally" #4

Rozdział 3
Po powrocie do mieszkania położyła ostrożnie bladopomarańczową i nieco poobijaną muszlę, którą z dumą znalazła dla niej Annie, na stoliku przy łóżku, obok małego kaktusa w doniczce, i poszła pod prysznic, aby zmyć z siebie lepką sól i piasek. Drugi prysznic weźmie wtedy, kiedy zdecyduje, kim ma być na wakacjach, ale tym postanowiła się zająć, kiedy będzie już czysta.
Rzuciła czerwone bikini na podłogę i uświadomiła sobie, że słyszy grzmot, a potem pierwsze krople deszczu bijące w małe okienko łazienki.
Kilka minut później, z ręcznikiem na głowie i otulona w puchaty niebieski szlafrok, wyszła z łazienki i otworzyła dolną szufladę komody, tym razem na całą szerokość. Wyjęła ze środka stare pudełko po butach. Wewnątrz było pięć specjalnych tożsamości, o których nawet Bane Sidhe nie wiedziało – przynajmniej tak się jej wydawało. Podczas wojny z Posleenami dziadek wbił jej do głowy, że zawsze trzeba mieć plan awaryjny. Hmmm. Te dwie odpadają, trzeba je aktualizować. Z bliska nie wyglądałabym na trzydziestkę bez kosmetyki, na którą nie mogę sobie pozwolić. Dobra, ta. Marylin Grant z podmieścia Toledo. Potrzebna mi trwała i kolor, który nie zmyje się wraz z następnym prysznicem. Hobby: gitara akustyczna, muzyka folk z lat tysiąc dziewięćset sześćdziesiątych. No i paznokcie.
Kilka godzin później stała przed potrójnym lustrem, marszcząc lekko nos od chemicznego zapachu, którym przesiąkła jej sypialnia, i oceniała zmiany. Dzięki staroświeckim soczewkom kontaktowym do długiego noszenia kobieta w lustrze spoglądała na nią ciepłymi piwnymi oczami. Prawie kasztanowe włosy sięgały jej do ramion. Nie musiała ich bardzo skracać – skręcone i tak były krótsze. Nowa cera nie była opalona, raczej o ton od bladości. Krótkie paznokcie lewej ręki i nieco dłuższe prawej pomalowała na czerwono – ten kolor pasował do brunetki. Paznokcie stóp podobnie. Malując, zostawiła kilka niedokładności przy skórkach; zamierzała pozwolić, by w ciągu paru dni lakier miejscami odskoczył, a potem został jeszcze raz niewprawnie położony.
Wyjęła dowód tożsamości ze zdjęciem i porównała z odbiciem w lustrze. Aha, robiłam je z wkładkami w policzkach. Jakie to upierdliwe. Teraz przynajmniej można trwałą myć. Hip hip, hura na cześć nowoczesnych kosmetyków. Ale te świństwa do włosów dalej śmierdzą. Spojrzała na deszcz tłukący w szybę i pokręciła głową. Otworzyła drzwi łazienki i włączyła wentylator pod sufitem. To i wentylacja łazienkowa powinno trochę pomóc. Zresztą sypiała już w gorszym smrodzie.
Spojrzała na zegar. Zaledwie dziewiąta. Zajrzała do szafy. Turystycznie, turystycznie... Niebieska hawajska koszula, białe rybaczki, białe sandały, tania biżuteria z muszli. Idealnie.

* * *
Kilka przecznic od rynku była bardzo dobra restauracja z owocami morza – tak dobra, że Cally musiała uważać, by nie chodzić tam za często i nie wpaść w rutynę. W powszedni wieczór nie powinno tam być wielu kadetów, ale za to może być sporo turystów.
Wywołała na palmtopie lokalne wiadomości z podmieścia Toledo z ostatnich paru tygodni i ustawiła je na audio, po czym zaczęła się ubierać. Jak zwykle zamierzała unikać osób stamtąd, a przed wszystkimi innymi i tak byłaby kryta.
Kiedy dotarła do „Bristolu”, zamówiła tropikalną sałatkę z krewetkami i dużą margaritę z mango, a potem usiadła przy barze i słuchając jednym uchem, jak barowy szansonista szarpidrut masakruje Jimmy’ego Buffetta, drugim podsłuchiwała innych klientów.
– ...więc powiedziałem Tomowi, że jeśli nie załatwi mi kogoś wykwalifikowanego do pomocy, nie ma mowy, żebym zdążył z październikowym terminem...
– ...czasami myślę, że może to właśnie ona, ale potem zaczynam się zastanawiać...
– ...uwierzysz, jakie tu są ceny? W podmieściu nie jest tak drogo... Tak, wiem, że to może być droższe, ale przecież ocean jest tuż...
– ...wreszcie koniec, i wiem, że powinienem się czuć lepiej, wolny i w ogóle, ale czuję się tylko jak palant, że nigdy nie pomyślałem, czemu nie narzekała, kiedy musiałem wypłynąć...
Bingo. Przyjrzała się spod przymkniętych powiek facetowi rozmawiającemu z barmanem. Około czterdziestki, łysiejący – ale włosy przyciął krótko i nosił je z godnością, bez zaczeski czy tupeciku. Pomogłaby mu zwykła maść, ale rybak albo nie mógł sobie na nią pozwolić, albo nie był taki próżny. Miał nieduży brzuszek, ale bez techniki odmładzającej cholernie ciężko sobie z tym poradzić. Cally obejrzała jego barki i bicepsy, rozrośnięte od wieloletniej pracy fizycznej, i wysuszoną wiatrem skórę, i uznała, że widywała gorsze egzemplarze. Wzięła drinka i przeniosła się na puste miejsce obok rybaka, zamawiając wodę i kawałek ciasta z limetkami.
– Boże, to wygląda na niezły ulepek. – Rybak spojrzał na jej margaritę i lekko się skrzywił. – A pani zamawia do tego ciasto?
– Aha, lubię słodycze. – Uśmiechnęła się do niego.
– Pani wybaczy, że to powiem, ale nie widać. – Zerknął pobieżnie na jej figurę, ale potem uprzejmie odwrócił wzrok.
Cally skrzywiła się, kiedy facet z gitarą – nazwanie go muzykiem byłoby zbyt pochlebne – pomylił się przy zmianie akordów. Zobaczyła, że rybak też się skrzywił, i zaśmiała się.
– Skoro to najwyraźniej nie muzyka, co sprowadza ładną młodą dziewczynę do nas, starych pierdzieli? – Wskazał bar, zataczając ręką koło. – Pani chłopak tu pracuje?
– Nie miał pan nigdy takiego wieczoru, że nie chciał pan po prostu być sam? – Cally uśmiechnęła się łagodnie.
– To znaczy takiego jak dziś? – Prychnął, pociągnął długi łyk piwa i zapatrzył się przed siebie. – Ostatnio bez przerwy.
Dopił piwo i gestem poprosił o następne.
– Nie mówi pani, jakby była stąd. Och, przepraszam. – Machnął ręką. – Jestem wścibski.
– Nie, w porządku. – Wyciągnęła do niego rękę. – Jestem Marylin, i masz rację, nie pochodzę stąd. Jestem na wakacjach, z Toledo. – Napiła się margarity i odwróciła wzrok. – To miała być wycieczka z moim narzeczonym – no, byłym narzeczonym – ale nie wyszła, przyjechałam sama, i teraz się zastanawiam, czy to był dobry pomysł.
– Chciałabyś poszaleć, żeby pokazać, że to cię nie zabolało, ale nie masz nastroju do zabawy. – Rybak niezręcznie wyciągnął parę banknotów, żeby zapłacić za piwo. – Dzisiaj wieczorem nie ty jedna tak masz.
– Ty też? – Zjadła kawałek ciasta, przyglądając się mężczyźnie.
– Tak, właśnie mam za sobą rozwód.
– Ciężki?
– Mógłby być ciężki, gdybym chciał. Mogłem pójść do sądu i tak ją załatwić, żeby nic jej nie zostało. – Napił się. – Miała szczęście. Kiedy wszedłem i... no, zobaczyłem to, co zobaczyłem, tak mnie to zniesmaczyło, że chciałem tylko jak najszybciej to wszystko skończyć.
– Kiepsko. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby była jakaś inna dziewczyna. Ja po prostu zmęczyłam się ciągłymi kłótniami. To był jeden z tych facetów, którzy zawsze znajdą coś, do czego można się przyczepić.
– Wygląda na to, że uciekłaś w samą porę.
– Tak, ty też. Przyjechałam tu i zamierzałam cały tydzień balować. To chyba głupie, ale ja...
Zamilkła i zajęła się ciastem. Najwyraźniej wybrała faceta, który przede wszystkim chciał się porządnie urżnąć. Kiepski wybór. Powinnam była się spodziewać.
Kiedy barman w końcu wysłał rybaka do domu, Cally zlitowała się nad nim – wsadziła go do taksówki, a potem wróciła do siebie i poszła spać w zaduchu lakieru do włosów.

Chicago, wtorek, 14 maja

Recepcjonistka była cholernie ładna. Miała słabe cycki, ale twarz zapierała dech w piersiach. Poza tym cycki łatwo można poprawić.
John Earl Bill Stuart, dla przyjaciół i wrogów Johnny, przechadzał się po recepcji, udając zainteresowanie snobistycznymi obrazami rozwieszonymi na ścianach. Jeśli cokolwiek z tego było prawdziwe, musiało kosztować fortunę. W większości jednak prawdopodobnie były to reprodukcje na pokaz. Johnny mógłby się założyć, że na niektórych musiało to działać. Jemu bardziej imponował widok. Holding Handlowy Terra zajmował całe przedostatnie piętro – co najmniej – dawnej Sears Tower. Nazwę budynku zmienili, ale wciąż – albo znów, zależy, jak na to patrzeć – był to najwyższy gmach na Ziemi. Johnny nie wiedział, do kogo należało ostatnie piętro – nie było otwarte dla zwiedzających – ale uznał, że widok z przedostatniego to i tak więcej, niż w obecnych czasach większość ludzi ma szansę zobaczyć. Tylko ci cholerni kosmici, ale jest jak jest, zresztą nie różnią się za bardzo od dawnych korporacji, które tak się stawiały, kiedy ci kosmici przylecieli. Wymieniła się tylko góra.
Johnny żałował, że nie mógł przynieść aparatu fotograficznego i cyknąć kilka fotek dla Mary Lynn, skoro już tu był, ale to by nie miało klasy, a on wiedział, że na takich spotkaniach trzeba trzymać fason. Zdjęcia byłyby fajne, udowodniłby jej, że naprawdę tu był, ale nic nie mógł poradzić.
– Tir pana przyjmie – powiedziała dziewczyna głosem spikerki z wieczornych wiadomości. Bez jankeskiego akcentu, który słyszało się w Chicago na każdym kroku. W ogóle bez akcentu. Klasa.
W narożnym gabinecie Tira obie przeszklone od sufitu do podłogi ściany zakrywały ciężkie zasłony, powodując, że panował tu półmrok. Tir był jak facet, który wyjada ostatni kawałek kurczaka z kubełka nie dlatego, że ma na niego ochotę, tylko dlatego, żebyś ty go nie zjadł. Ale pracodawcy Johnny’ego często załatwiali w ten sposób interesy.
Nigdy wcześniej nie widział Darhela. Zazwyczaj meldował się przez Wortha, ale miał też awaryjny numer kontaktowy, z którego skorzystał, kiedy jego bezpośredni przełożony zniknął gdzieś między czwartkiem a poniedziałkiem zeszłego tygodnia.
– Otrzymaliśmy pana wiadomość.
Głos był piękny. Wprost hipnotyzujący. Brzmiał jak muzyka. Johnny mógłby go słuchać cały dzień, ale nigdy nie zaszedłby tak daleko, gdyby dawał się nabierać na takie rzeczy. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się wreszcie do półmroku, dostrzegł postać w płaszczu siedzącą za bardzo wielkim biurkiem. Spod kaptura wystawało coś na kształt pyska, jakby kojota, może lisa. Johnny’emu mignęły ostro zakończone zęby, zupełnie nie pasujące do stojącego z boku talerza pełnego warzyw. Porozrzucane na blacie zielone resztki wskazywały, że obcy nie jest specjalnie schludny przy stole.
– Tak, Tirze. A ja dostałem wasze wezwanie. Co mogę dla was zrobić?
– Doszliśmy do wniosku, że naszego młodszego stopniem kolegę, człowieka Wortha, spotkał jakiś nieszczęśliwy wypadek. Otwiera to wakat na pewnym stanowisku. Na stanowisku, które naszym zdaniem mógłby zająć człowiek o pana talentach.
– Chodzi wam o to, że potrzebujecie kogoś, kto koordynowałby zamachy?
– Potrzebny jest nam ktoś, kto pomagałby nam rozwiązywać trudne problemy. – Głos Tira brzmiał teraz raczej gniewnie niż melodyjnie.
– Trudne problemy takie jak irytujący ludzie, których trzeba zabić i usunąć z drogi?
– To... To oczywiście zależałoby wyłącznie od pana – zapiszczał obcy. Pieprzony tchórz.
– Jasne. Ale potrzebowałbym podwyżki. To bardziej ryzykowne zajęcie niż to, co robiłem do tej pory.
– Jeśli... Jeśli pan... Jeśli ktoś okresowo składałby podanie o refundację poważniejszych wydatków w jakiś sposób związanych z czymś, co leżałoby w naszym interesie, refundacja taka zostałaby... zostałaby zlecona.
Obcy ciężko dyszał i dygotał, jakby samo wypowiedzenie tych słów przychodziło mu z trudem. Wszystkie te cholerne elfy to tchórze. Dlatego właśnie muszą wynajmować prawdziwych mężczyzn do brudnej roboty. Johnny poczuł ochotę, aby trochę się na nich odegrać.
– A więc kiedy załatwię dla was zabicie jakiegoś sukinkota, mam wam powiedzieć, ile zapłaciłem facetowi, a wy zwrócicie mi tę sumę plus moją działkę. Powiedzmy, piętnaście procent.
– Uważamy... – zaskrzeczał obcy i urwał; przez chwilę milczał i drżał. – Uważamy, że powinien pan... kierować się swoją oceną sytuacji, i jesteśmy skłonni zapłacić panu siedem procent narzutu od wszystkich kosztów poniesionych w związku z wykonaniem usługi.
– Dziesięć.
– Jak pan sobie życzy – wykrztusił Darhel i zamilkł, by zapanować nad oddechem.
– W takim razie umowa stoi. Mówicie mi, kto wam przeszkadza, a ja wysyłam kogoś, kto go załatwia, i dostaję od tego procent. Dla mnie bomba.
– Ta... Ta rozmowa nigdy nie miała miejsca – wycharczał obcy.
– Jasne, Tirze. Johnny Stuart do usług.
– Niech pan zaczeka. – Darhel znów się zakrztusił i przez kilka długich chwil głęboko oddychał. W końcu podniósł wzrok i spojrzał Johnny’emu prosto w oczy. Jego głos ponownie nabrał melodyjności i zabrzmiał prawie pieszczotliwie. – Problem z ludźmi, panie Stuart, polega na tym, że niewiarygodnie słabo radzą sobie z polorem w obecności lepszych od siebie. – Zwrócił się do swojej OSI. – OSI, wyświetl hologram Martina Simpsona i prześlij pełne dane do OSI pana Stuarta. – Znów podniósł wzrok i bardzo stanowczo popatrzył Stuartowi w oczy. – Pan Simpson jest doskonałym przykładem takiego braku poloru, a to jest nie do zaakceptowania. Może pan zademonstrować zrozumienie naszej umowy, zajmując się tym problemem. Może pan już odejść.
– Tak jest, Wasza Tir.
Johnny wyszedł, powstrzymując chęć zagwizdania. Cholerni tchórzliwi kosmici. Ale nieźle płacą. Jeśli chce się zbić grubszy szmal, trzeba pracować dla ludzi – czy kogo tam – na samej górze.
Jego OSI – musiał przyznać, że to cholernie przydatny gadżet – była zamaskowana jako zwykły palmtop i wydawała się uważać za zabawne małpowanie zachowań jednego z podlejszych urządzeń. Ledwie Johnny wyszedł z budynku i ruszył w dół ulicy, w stronę parkingu, jego OSI zaczęła na przemian piszczeć i wibrować.
– Co jest? – zapytał z irytacją.
– Tir poleca ci dowiedzieć się, co się stało z człowiekiem Worthem.
– Dotarło. A teraz przestań!
Dał bilet parkingowemu, oparł się o słupek i zaczekał, aż podstawią jego wóz. Awans i podwyżka. Niezły dzień. Całkiem niezły. Do tej pory nie przepadał za Worthem. Teraz znacznie bardziej go polubił.
– Och, Leanne – odezwał się do OSI – przy okazji, co to jest polor?
– Polor to uprzejmość, należyte przestrzeganie protokołu lub etykiety – odparło urządzenie.
– Jaaasne. To co zrobił ten Marvin Smith, że tak bardzo wkurzył Tira?
– Martin Simpson. Pracownik Holdingu Handlowego Terra. Myślę, że jego przewiną było opowiedzenie dowcipu o Darhelach na służbowym zebraniu. – Głos OSI stał się niezwykle obojętny.
– Jezu Chryste! Co to był za dowcip, do cholery?
– Ilu Darhelów potrzeba do wymiany żarówki? – Głos dobiegający z OSI należał do młodego mężczyzny i mówił z czystym chicagowskim akcentem. – Dwudziestu jeden. Jeden wymienia żarówkę, a dwudziestu zwija się w kłębek w kącie i zdycha, widząc koszt tej operacji.
– Dobre – parsknął śmiechem Johnny. – Co jeszcze zrobił?
– Nic. No, raz zabrał do domu długopis z biura.
– Mam zabić faceta za to, że opowiedział kiepski dowcip? – Na chwilę zbladł. Biedny drań. A jednak lepiej on niż ja. Cholera. Panie, strzeż mnie od drażnienia Darhelów.
– Byłaby to interpretacja zgodna z żądaniem Tira.
– Jasne. W porządku. On jest szefem. Dzięki, Leanne.
I mam nadzieję, że szybko zameldujesz o tej uprzejmej odpowiedzi swojemu prawdziwemu szefowi, ty szpiegująca puszko śrubek.

Charleston, wtorek, 14 maja

Przez cały wtorkowy poranek Cally szukała po sklepach dodatków, które musiała ze sobą zabrać.
Większość owoców morza jadących w głąb lądu była puszkowana albo mrożona w wielkiej przetwórni Greera, ale ceny monopolisty były za wysokie dla małej floty furgonetek z delikatesami w rodzaju świeżych krabów, małż i ostryg, które dostarczano do restauracji dla bogatych, dobrze ustawionych ludzi oraz rodzin obchodzących specjalne okazje. Zasadniczo było to pogwałcenie Krajowego Aktu o Dostawach Żywności, handel jednak miał się dobrze, głównie dlatego, że federalni inspektorzy lubili świeże owoce morza tak samo jak wszyscy inni. Zresztą ich działki wcale nie były większe niż przedwojennych inspektorów ochrony sanitarnej.
Cally mogłaby pojechać autobusem, ale fotel w furgonetce z żywymi krabami nie tylko mniej rzucał się w oczy, ale był też sporo tańszy. Pieniądze nie były dla niej problemem – były za to dobrą wymówką, dlaczego woli cuchnący rybą wóz niż autobus.
Jaskrawe plażowe koszulki i trochę krzykliwych pamiątek dopełniły obrazu studentki z interioru, która wydała za dużo pieniędzy na wakacjach.
Po obiedzie znalazła automat telefoniczny i wykręciła numer, który dostała od Shari.
Odebrał po pierwszym dzwonku.
– Cally?
– Cześć, dziadku.
– Trochę się spóźniłaś – skarcił ją. – Miałaś problem ze znalezieniem telefonu?
– Ja się spóźniłam? – wykrztusiła. – Owszem, pięć minut, a nie trzy godziny i czterdzieści pięć minut.
– Eee... No tak. – Odchrząknął i przez kilka sekund milczał. – Nie mieliśmy pojęcia, że cholerne elfy mogą przydzielać takie zakłócacze swoim ludzkim żołnierzom. Wiem, że na odprawie pooperacyjnej wyglądał bardzo skromnie, ale algorytm filtrujący fałszywe dane, który nasz największy przyjaciel sklecił w locie, był po prostu genialny. Dopóki tego nie zrobił, mogliśmy cię szukać po całym mieście. Ty znalazłabyś nas pierwsza. Jeśli cię to jakoś pocieszy, doskonale improwizowałaś.
– Taka praca. O czym chciałeś ze mną porozmawiać? I dlaczego w ogóle przez telefon?
– Ludzie ciągle ich używają, wiesz? – odparł kwaśno. – To wciąż najpopularniejszy sposób rozmawiania na odległość.
– I niebezpieczny jak cholera. Przestań robić uniki, dziadku, co się stało? – Nabrała podejrzeń. – To nie ma nic wspólnego z tym, jak Wendy i Shari osaczyły mnie i próbowały swatać?
– No, niezup... – Przerwał i zaczął jeszcze raz. – Nie uważam, żeby było coś złego w tym, że chciałbym zobaczyć jakieś prawnuki, zanim umrę.
– Porozmawiaj z Michelle.
– Wiesz doskonale, dlaczego nie mogę. – Westchnął. – Po prostu nie rozumiem, w czym problem. Przez chwilę myślałem, że tylko czekasz... Przecież chyba lubisz dzieci. Skarbie, nie zostało mi dużo czasu.
– Bardzo mi przykro. – W jej głosie było jednak więcej oburzenia niż żalu. – Ale nie znalazłam jeszcze właściwego mężczyzny. Mam za to pracę, bardzo ważną pracę, której nie może wykonywać byle kto, i jestem w niej cholernie dobra!
– Praca nie może ci zastąpić życia! – Usłyszała, jak wziął głęboki oddech, a potem westchnął. – To cię pożera. Dookoła jest pełno wspaniałych mężczyzn i pełno innych niż bary miejsc, w których można ich poznać.
– Zaczekaj jedną pieprzoną chwilę. Może wyglądam na dwadzieścia lat, ale mam...
– Cally, nie chcę się kłócić – przerwał jej. – Wiem, że jesteś dorosła, i kocham cię. Po prostu... zastanów się nad tym, dobrze?
– Dobrze. – Odetchnęła głęboko i powoli wypuściła powietrze. – Właśnie sobie robię tygodniowe wakacje. Mam też plan następnego zadania; nie mogę nic powiedzieć, ale będziemy mieli dla siebie aż za dużo czasu, kiedy wrócę. Właściwie możesz się już zająć zbieraniem wszystkich, spotkamy się na wiatrowej farmie o ósmej rano dwudziestego trzeciego. Kocham cię. Będę w kontakcie, dobrze?
– Wakacje? Najwyższy czas. Dokąd jedziesz?
– Jeszcze nie postanowiłam. Będę decydować każdego dnia na bieżąco. Gdybym musiała je zaplanować, to nie byłyby wakacje. Wszystko jasne co do spotkania?
– Tak, tak, ósma, dwudziesty trzeci. Naprawdę mi nie powiesz, dokąd jedziesz? – Wydawał się nieco obruszony.
– Nie. Kocham cię, dziadku. Pa.
Odwiesiła słuchawkę i jeszcze przez chwilę szczerzyła się do niej, a potem podniosła torby z chodnika i zaniosła je do samochodu. Zacisnęła usta. No dobrze, to nie całkiem wakacje. Nie mogę uwierzyć, że chronili tego sukinsyna. Cholera, pewnie, że mogę. Pieprzeni pragmatycy. Jasne, ja też nie jestem ideałem, ale jakieś standardy muszą być.
Przez resztę popołudnia i wieczoru rozgryzała publicznie dostępne dane Sindy Makepeace – dane z urzędu komunikacji, karty kredytowe i stałego klienta, dane o nieruchomościach jej osiedla mieszkaniowego, wpisy internetowe. Jay i Tommy mieli zająć się tym dokładniej w przyszłym tygodniu, ale na razie nie mogła ich w to wciągnąć.
Po dwóch godzinach pracy z buckleyem nad analizą zachowań miała już profil charakteru, na podstawie którego będzie mogła zacząć budować swoją rolę.
– Myślisz, że mogłabyś mi zrobić pełną kopię zapasową, zanim ruszymy na tę misję? Nie ma powodu, żebyśmy oboje ginęli, prawda?
– Zamknij się, buckley.
– Oczywiście.
Potem przyszła pora na przygotowania do zadania wakacyjnego. Cel nie był zbyt cwany, więc to powinna być prosta robota, ale Cally miała zwyczaj przygotowywać się jak najdokładniej. Głównie dlatego wciąż jeszcze żyła.
Zapamiętała rysy twarzy Petane’a wiele lat temu, kiedy była młoda, pełna entuzjazmu i spodziewała się, że dostanie to zadanie; teraz przywołanie szczegółów było jedynie kwestią prostej autohipnozy. Petane mógł się zmienić, ale gdyby tak było, Robertson raczej by jej o tym powiedział. O ile oczywiście Robertson mówi prawdę, a nie prowadzi jakiejś własnej gry.
Trójwymiarowa aplikacja modelowania twarzy umożliwiła jej uformowanie rysów Petane’a tak, by system mógł je wykorzystać. Potem wystarczyło proste włamanie do archiwów zdjęć chicagowskich bankomatów i uruchomienie programu, który wyszukiwał pasujące obrazy. Normalnie włam do archiwum zostawiłaby Jayowi, ale nie po to siedziała w tej branży od ponad trzydziestu lat, żeby nie nauczyć się paru sztuczek spoza swojej specjalności. Jasne, za pierwszym razem wyskoczyło jej dużo fałszywych trafień, ale była w stanie to stwierdzić właściwie już po pierwszym tuzinie. Załadowała zdjęcia do aplikacji modelowania twarzy, zmodyfikowała i jeszcze raz przepuściła przez wyszukiwarkę. To pozwoliło jej wyeliminować połowę trafień. Uaktualnienie kolejny raz aplikacji pozwoliło jej zejść do dwustu zdjęć, z których Cally ręcznie odsiała garść fałszywych i wątpliwych trafień. Resztę załadowała do bazy danych i jeszcze raz odpaliła aplikację. Kazała buckleyowi przyjąć standardowy tryb pracy poniedziałek-piątek i w ten sposób ustaliła miejsce pracy Petane’a w obrębie trzech przecznic i lokalizację jego domu w jednym z dwóch możliwych obszarów. W jednym z nich prawdopodobnie znajdowało się też mieszkanie jego dziewczyny. Szybki rzut oka na mapę pozwolił ustalić, że miejsce jego pracy to chyba Wieża Sił Uderzeniowych Floty. No, Robertson mówił prawdę. Łachudra nie wygląda na martwego. Ale to da się naprawić. Z rozkoszą włamałabym się do jego konta, żeby mieć pełny profil, ale ryzyko, że zostawiłabym jakieś ślady, jest za duże. Lepiej, żeby szefostwo przyzwyczaiło się do widoku martwego Petane’a, zanim przyznam się, że to moja robota. Hmmm. To bardzo interesujące. Nie zdjęli go z listy celów – tylko automatycznie zaznaczyli jako nieaktywnego, kiedy został wpisany do bazy jako martwy. Cally zaryzykowała, włamała się do bazy danych Illinois i zdobyła markę, model i numer rejestracyjny jego samochodu, po czy zgrała wyniki analizy i trafienia na sześcian, ustawiając go tak, by nie kasował zawartości po pierwszym odczytaniu. Było to spore ryzyko, ale w razie czego jej własny kwas żołądkowy zniszczy kostkę tak samo skutecznie jak zwykła szklanka octu.
– Gratulacje! Wymyśliłaś bajecznie wyrafinowany sposób, żeby nas oboje zabić. Czy rozważyłaś w ogóle taką możliwość, że to może być naprawdę zły pomysł?
– Zamknij się, buckley.
– Oczywiście.

Pod polem kukurydzy w Indianie, środa, 15 maja

Kwatery Indowy były wielkości mniej więcej jednej czwartej kwatery normalnego człowieka. Oni sami czuli się o wiele bezpieczniej w grupach, i wcale nie dlatego, że cierpieli na agorafobię. Aelool poświęcił się jednak i zamieszkał samotnie, ponieważ musiał od czasu do czasu spotykać się z ludźmi, a nawet w Bazie Chicago Indowy woleli nie mieć do czynienia z mięsożercami, dopóki takie spotkanie nie było konieczne. Wyjątkiem było kilkoro ludzkich dzieci-uczniów w Sohon, które zostały uważnie wyselekcjonowane spośród rodzin Bane Sidhe pod kątem zdolności adaptacji. Ludzkie dzieci były wegetarianami, a poza tym trudno było mieć do nich pretensje, że należą do gatunku, który nie odszedł jeszcze od swoich mięsożernych korzeni.
Jednoosobowe mieszkanie Aeloola wydawało się też wygodniejsze dla jego ludzkich gości, którzy czuli się dobrze w parach lub małych grupach, ale wyjątkowo źle reagowali na tłumy. Nieliczni uczeni Indowy, którzy mimo obrzydzenia do obiektu swoich badań studiowali historię ludzi, po zbadaniu ludzkich zachowań w tłumie na przestrzeni dziejów tego gatunku podzielili się w swoich opiniach mniej więcej po równo co do tego, czy ludzie są patologicznymi samotnikami, czy ukrytymi ksenofobami. Aelool skłaniał się ku tej pierwszej hipotezie i postępował zgodnie z tym przekonaniem. Jak dotąd to się sprawdzało. Szczerze mówiąc, jak długo izolowało się ludzi od tłumów, tak długo wielu z nich było zupełnie w porządku.
W tej chwili Aelool szykował się na przyjęcie swojego najczęstszego gościa, Nathana O’Reilly’ego, któremu powierzono opiekę nad główną bazą działań Bane Sidhe na Ziemi. Chociaż zbieraniem informacji i innymi operacjami kierowano najskuteczniej przez system komórkowy, po przekroczeniu pewnego poziomu złożoności sprawy nie sposób było uniknąć biurokracji. Wyjątkowa, wręcz filozoficzna dyscyplina O’Reilly’ego zabraniała mu zawarcia małżeństwa i płodzenia potomków, nie miał więc żadnego klanu, ale jego wykształcenie i stanowisko sytuowały go na poziomie starszego klanu. Aelool bardzo go szanował. Obaj pasjonowali się grami logicznymi, a ojciec O’Reilly uczył Indowy szachów. Gra ta wymagała co najmniej stu lat, by dojść do mistrzowskiego poziomu. Może potem Aelool będzie mógł odwdzięczyć się przyjacielowi i nauczyć go gry w aethal.
Właściwe podjęcie ludzkich gości wymagało rytualnego przygotowania wywaru z fasoli, bardzo wśród nich cenionego. Nauczył się tej sztuki od najlepszego eksperta, jakiego mógł znaleźć. Trzeba było przepuścić fasolki – można było kupić wysuszone ziarna – przez maszynkę do mielenia, dodać wody źródlanej i szczypty soli, a potem umieścić składniki w odpowiedniej maszynie, która zawsze idealnie przygotowywała zupę.
W komplecie szachów, który Aelool dzisiaj wybrał, drewniane figury były bardzo realistyczne. Najbardziej podobał mu się koń. Parę razy widział te zwierzęta w naturze. Nie były to istoty myślące, ale chciałby mieć jednego konia, o ile dałoby się wyhodować odpowiednio małego.
Wszystko było już gotowe na przyjęcie gościa, Aelool siedział więc i w milczeniu pracował nad projektem swojego najnowszego przedsięwzięcia. Kiedy światło nieco pożółkło, oznajmiając przybycie gościa, odłożył projekt i wcisnął przycisk interkomu.
– Otwarte – powiedział.
– Aeloolu, jak się miewasz?
– Bardzo dobrze – odparł. – Napijesz się kawy?
– Tak, proszę. Czarnej.
Indowy postawił na tacy filiżankę kawy i szklankę wody z oliwką. Kawa tak naprawdę nie była czarna, była ciemnobrązowa. A dodanie bogatej w tłuszcze i białka wydzieliny ssaków nie czyniło jej białą, lecz jasnobrązową. Aelool zauważył, że ludzie mają skłonność do przejaskrawiania.
Rozpoczęli partię szachów. On grał białymi – w tym wypadku naprawdę białymi – więc zaczynał. Uczył się właśnie wariacji gambitu skoczka. Podczas gry O’Reilly streścił mu stan prowadzonych na Ziemi operacji.
– Nie będzie im łatwo zastąpić Wortha. Jasne, wciąż mają zawodowców, których zwerbował i wyszkolił, ale Darhelowie zawsze woleli korzystać z kradzieży danych i hackowania systemów niż pracy myślących agentów. Ich systemy szkoleniowe są słabe, a każda strata bardzo boli.
– Mnie bardziej martwi przeciek. Musimy się ukryć. Nasz plan jest długoterminowy i przedwczesne ujawnienie go mogłoby spowodować katastrofę.
– Sekcja Isaac ma imponujące wyniki.
– Oby.



Dodano: 2007-07-09 16:42:02
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść Scalziego


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS