NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Zelazny, Roger - "Pan Światła" (Zysk i S-ka)

Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

Ukazały się

Abnett, Dan - "Pancerz pogardy"


 Pilipiuk, Andrzej - "Traktat o higienie. Z dziejów dra Skórzewskiego"

 Jadowska, Aneta - "Kurczaczek i Salamandra"

 Jaumann, Bernhard - "Sępom na pożarcie"

 Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

Linki

Ringo, John & Cochrane, Julie - "Wojna Cally"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Ringo, John - "Posleen"
Data wydania: Lipiec 2007
ISBN: 978-83-7418-157-0
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 368
Cena: 29,90 zł



Ringo, John & Cochrane, Julie - "Wojna Cally" #3

Rozdział 2
Pub ”Stary Tommy” zawsze był niezły – właściciel ściągał trunki i muzyczne nowości prosto z Irlandii. Irlandzka muzyka, mająca zdolność wydobywania z ludzi tego co najlepsze, przeżywała coś w rodzaju odrodzenia. Nawet jeśli ballady i marsze o pancernych rycerzach piechoty mobilnej stawiających czoła centaurowatym potworom nie były do końca tradycyjne, nowocześni bardowie Irlandii dostrzegli wartość kulturową powojennego świata i dzielnie sprostali wyzwaniu. Bodhran nie tylko pasował do małej pubowej sceny, tworzył też zaskakująco udany podkład pod zawodzący sopran rocznikowego stratocastera. A właściwie mającego zawodzić za parę godzin; w tej chwili instrumenty spoczywały w futerałach, a dwaj faceci, którzy prawdopodobnie byli muzykami – z takimi fryzurami na pewno nie byli kadetami – siedzieli w kącie i coś jedli.
Cally wspięła się na stołek i zamówiła killiansa i sałatkę z owocami morza. Przez następną godzinę flirtowała z barmanem, czekając, aż zespół zacznie grać. Cały czas do pubu schodzili się mniejszymi i większymi grupkami kadeci. Wyglądali na zbyt młodych, by się golić, i pod żadnym pozorem nie wolno było ich tknąć, mimo że bardzo się starali nawiązać z nią kontakt wzrokowy, ale jeden sprawiał wrażenie trochę starszego i poruszał się tak, jakby już służył w wojsku; oznaczenia na jego letnim białym mundurze wskazywały, że jest trzecioroczniakiem – na dodatek z niezłym tyłkiem. Nadawał się.
Cally podchwyciła jego spojrzenie i podniosła szklankę, obdarzając go przyjaznym uśmiechem. Zamarł na sekundę i obejrzał się przez ramię, jakby nie wiedział, czy patrzy na niego, a potem przeprosił kumpli i ruszył w jej stronę z butelką budweisera. Koledzy zaś natychmiast zaczęli niezbyt ostentacyjnie robić zakłady, czy mu się uda.
– Eee... Cześć. Mogę się dosiąść?
Postawił piwo na barze obok niej.
– Chciałabym.
– Jestem Mark. – Spojrzał na jej pełną szklankę piwa z czymś na kształt rozpaczy. – Eee... Często tu przychodzisz?
Potem znieruchomiał, najwyraźniej przeklinając sam siebie w myślach, że powiedział coś tak banalnego.
– Za rzadko, skoro dotąd cię nie poznałam. – Uśmiechnęła się uprzejmie i podała mu rękę. – Jestem Pamela. Od dawna w Cytadeli?
– Widzisz te paski? Oznaczają, że jestem na trzecim roku. – Wyszczerzył zęby w swobodnym uśmiechu; wreszcie poczuł się na znajomym gruncie. – Pierwszy rok nie ma ich wcale, drugi ma jeden, czwarty to ci goście w blezerach. Zaczynam właśnie trzeci rok, ale już służyłem.
Wypiął odrobinę pierś, prawdopodobnie podświadomie.
– Tak? Gdzie?
– W Afryce. Tam nie ma wystarczająco wielu ludzi, by na stałe zająć tereny Posleenów, dlatego Siły Uderzeniowe Floty mają tam jednostki, które w sporadycznych atakach usiłują wyplenić mniejsze bandy dzikich Posleenów, zanim połączą się w większe.
– Ciężko było? Dzicy są tacy wielcy. – Oparła łokieć na kontuarze i nachyliła się lekko w stronę Marka, patrząc na niego wielkimi z wrażenia oczami. – Oczywiście widziałam ich tylko w holotanku. Musisz być bardzo odważny, skoro zgłosiłeś się na ochotnika do czegoś takiego. Nosiłeś ten... no wiesz, pancerny kombinezon?
– Chciałbym. – Pokręcił głową. – To są prawdziwi hardkorowcy, przyjmują tylko najlepszych z najlepszych. W Afryce nie było ich wielu. Większość walczy na nowych planetach; tępią Posleenów, żeby zrobić miejsce kolonistom. – Uśmiechnął się słabo. – Czasami do pancerzy przyjmują absolwentów akademii z bardzo dobrymi wynikami, wciąż więc mam szansę. – Zerkał co jakiś czas poniżej linii jej obojczyka, ale ogólnie bardzo usilnie starał się patrzeć w jej twarz. – A ty czym się zajmujesz?
– To nie jest tak interesujące jak zabijanie Posleenów. – Uśmiechnęła się i podniosła idealnie zadbaną dłoń. – Jestem manikiurzystką. Paznokcie i współczucie to ja.
– I plotki?
– Może ociupinkę. – Zaśmiała się, marszcząc nos z udawanym oburzeniem.
– A więc... eee... wychowałaś się w Charleston? W dawnych czasach można było pewnie odgadnąć po akcencie, ale...
– Nie, dorastałam w podmieściu Kair. Ale lubię słońce. – Wzruszyła ramionami, wskazując swoją opaleniznę. – I plażę, dlatego tu jestem.
– Ach, prawdziwy plażowy króliczek. Niewiele takich tu zostało. – Wziął ją delikatnie za rękę. – Staromodna z ciebie dziewczyna, co?
– No, może trochę – przyznała, ściskając jego dłoń i delikatnie oblizując wargi. – Posłuchaj, uwielbiam tę piosenkę.
Wysłuchał razem z nią „The Holy Ground”, a potem zamówił następne piwo.
– Lubisz irlandzką muzykę? – spytał.
– Niektóre kawałki. Wolę raczej przedwojenne składanki taneczne. Nie lubię siedzieć w miejscu, wiesz?
Wyjęła z torebki paczkę marlboro i zaczęła przypalać papierosa, ale przerwała, kiedy się skrzywił.
– Och, przepraszam. Przeszkadza ci dym?
W barze było siwo od tytoniowego dymu, więc ze zdziwieniem uniosła brew.
– Tylko to, że sama to sobie robisz. Moja babcia umarła w zeszłym tygodniu. Rak płuc. Ograniczyła palenie w czasie wojny i potem, kiedy ciężko było o tytoń, ale to nie wystarczyło. – Zmarszczył brew. – Przepraszam, że cię dołuję, po prostu... rana jest ciągle świeża.
– To ja przepraszam, że przypomniałam ci o takich smutnych sprawach. – Schowała paczkę z powrotem do torebki i położyła delikatnie rękę na jego ramieniu. – Wiesz, czego ci trzeba? Musisz o tym zapomnieć. „Decos” jest kawałek stąd. – Machnęła ręką w stronę sceny. – To nie pomaga, kiedy już się ma doła. Trzeba to wytańczyć. Ja zawsze tak robię, kiedy jest mi źle. Chodźmy stąd.
– Jasne. – Zadrżał prawie niewidocznie i kiwnął głową kolegom, kiedy wychodzili.
Dwie godziny później warstewka potu na jej skórze wysychała w słonym powietrzu, kiedy jechali jego motocyklem do hotelu obsługującego turystów z głębi lądu. Gdy Mark wjechał na parking i zatrzymał się, zsiadła, niechętnie porzucając jego ciepło.
– Muszą ci się cholernie niszczyć mundury – powiedziała, wskazując motocykl.
– No, trochę. Trzymam go w garażu, wyprowadzam tylko w weekendy. Ale tak, często zmieniam mundury. – Westchnął. – Głupio mi, ale muszę cię poprosić, żebyś poczekała przy motorze, kiedy będę załatwiał pokój. Nie wiem, czy nie robiliby problemów, gdyby zobaczyli cię ze mną.
Mają to gdzieś, ale wolę się nie przyznawać, że o tym wiem.
– Jasne. Księżyc jest dziś ładny i jest ciepło. Popatrzę na niego i nacieszę się świeżym powietrzem, zanim wrócisz.
– Eee... Za chwilkę będę z powrotem. – Ruszył do wejścia z nieco przesadną pewnością siebie.
Znajdowali się parę przecznic od Muru; stojąc na parkingu, Cally widziała, jak przecina zarys miasta za pustymi działkami i niskimi budynkami usługowymi. Pewnie gdyby częściej bywała w domu, nie czułaby tak wyraźnie soli, ale tego wieczoru jej zapach był bardzo mocny. Cally zapatrzyła się w nieliczne gwiazdy widoczne we mgle nad nieruchomymi pierzastymi liśćmi palm.

* * *
Kiedy Mark wrócił z kluczem, stała oparta o jego motocykl z zamkniętymi oczami i twarzą zwróconą ku niebu.
– Mam nadzieję, że mi tu nie zaśniesz – zażartował.
Pokręciła głową i przełknęła coś, pewnie gumę, bo usta miała świeże i słodkie, kiedy przyciągnął ją do siebie i pocałował – najpierw delikatnie, potem bardziej entuzjastycznie, kiedy odpowiedziała.
– Eee... Chodźmy do środka – powiedział, kiedy przerwali, by nabrać tchu. Rozejrzał się trochę niepewnie po parkingu, a potem wziął ją za rękę i zaprowadził po schodach do pokoju na piętrze.
Kiedy zamknęli za sobą drzwi, wśliznęła się w objęcia mężczyzny i powędrowała dłońmi po jego piersi. On jedną ręką ścisnął jej pośladek, a palce drugiej wplótł w piękne jedwabiste włosy. Była taka szczupła; miał wrażenie, że mógłby ją złamać, gdyby za mocno ścisnął.
Chwyciła jego twarz w obie dłonie i pocałowała go łapczywie, cofając się w stronę łóżka. Kiedy tylko do niego dotarła, puściła Marka i padła na plecy z szerokim uśmiechem.
– Wejdź do mego domu, do muszki pająk rzekł... – Rozpięła guzik spodni i posłała Markowi całusa.
Zaśmiał się i położył obok, pieszcząc widoczny w dekolcie jej bluzki rowek między piersiami.
– To jakiś cytat? – Nachylił się i pocałował ją w skroń. – Nieważne.
Przysunął wargi do jej ust i znów zostały wchłonięte.
Wreszcie Cally odsunęła się i spojrzała mu w oczy, po czym ściągnęła bluzkę i wyrzuciła ją za łóżko; w ślad za bluzką poleciał stanik.
– To się zdejmuje? – Dotknęła palcem bluzy Marka. Oblizała lekko wargi, przechylając głowę i patrząc, jak mężczyzna jej się przygląda.
– Pamelo, jesteś piękna.
Rozpiął bluzę; skrzywił się nieco na widok przybrudzonego białego podkoszulka i szelek, i szybko je zdjął.
– Mmm. Nieźle...
Przylgnęła do niego i wtuliła twarz w jego ramię; wzięła głęboki oddech, a potem zostawiła kilka pocałunków na jego obojczyku.
Jęknął i przycisnął obie dłonie do jej pleców, chowając twarz we włosach i wdychając ich czystą świeżość.
– Pamelo – szepnął, obejmując dłonią jej pierś. Nie mógł się powstrzymać, żeby jej nie ugnieść – była taka ciepła, miękka i okrągła. Doskonała. Lekko zadrżał. Żeby tylko nie skończyć za szybko. Ale jak ma nie być szybki? Jest jedwabista, ciepła i świeża i napiera na niego, a on rozpaczliwie jej pragnie.
– Ćśśś. Spokojnie. – Przerwała pocałunek i lekko popchnęła go na plecy. – Zajmę się tobą.
Wolno skończyła rozbierać ich oboje, a kiedy wspięła się na niego i pozwoliła mu w siebie wejść, już nie bał się kompromitacji.
Boże, miała tam mięśnie, których istnienia nawet nie podejrzewał. Czuł się jak w niebie, ale kiedy doszedł już niemal do szczytu, omal nie skonał – dziewczyna znieruchomiała na chwilę i przytrzymała jego ręce, lekko się uśmiechając.
– Mmm. Jeszcze nie. Będzie lepiej.
Kiedy jego oddech nieco się uspokoił, znów zaczęła się ruszać, i znów prawie do końca.
Drażniła się z nim, raz za razem doprowadzając go na samą krawędź tymi diabolicznymi mięśniami i wycofując się łagodnie, żeby mógł ochłonąć, tak że kiedy w końcu wciągnęła go na siebie i pozwoliła mu przejąć kontrolę, której tak pragnął, oboje ciężko dyszeli. Gładziła go po twarzy, kiedy doszła, a jego świat eksplodował w rozsadzającym mózg orgazmie, po którym zaległ cichy i nieruchomy. Wciąż obejmowała nogami jego uda, leżąc pod nim, i wtulała się w jego pierś jakby z rozpaczą. Pocałował jej włosy i przetoczył się na plecy, próbując zrozumieć, czemu nagle zrobiło mu się tak smutno.

Niedziela, 12 maja

Mark leżał w łóżku obok dziewczyny i gapił się w hotelowy sufit. Pamela wydawała się taka miła, zabawna i... świeża, kiedy wczoraj wieczorem poznał ją u „Starego Tommy’ego”. Ale ta dziewczyna nie istniała, prawda? Spojrzał z niechęcią na splątaną gęstwę włosów na jego ramieniu. Boże, to prawie tak, jakby ją zabiła. Jeśli kiedyś rzeczywiście była Pamelą, lat dwadzieścia dwa, z salonu kosmetycznego Tidewater, to teraz na pewno nią nie jest. Nie jest nią co najmniej od kilkudziesięciu lat. Cholerny odmłodzeniec. Boże, co ja jej powiem? Chcę tylko, żeby się stąd wyniosła. Dobra, obudź ją i wykop teraz albo poczekaj do rana i powiedz, co myślisz o niej i jej podobnych...
Kiedy rano poruszyła się i przytuliła do jego boku, pieszcząc go zbyt wprawną dłonią, musiał stłumić drżenie; uśmiechnął się i odgarnął włosy z jej twarzy. To niesamowite, że nic nie widać. Żadnych śladów, nic.
– Założę się, że mogłabyś mi zrobić parę fajnych rzeczy ustami – powiedział.
– Mmm. Pewnie, że bym mogła. – Uśmiechnęła się sennie i zsunęła w dół po jego piersi.
Wplótł dłonie w jej włosy i przez kilka następnych chwil próbował jeszcze udawać, że naprawdę jest jakaś Pamela. Kiedy już było po wszystkim, głęboko odetchnął i zepchnął ją z siebie. Wstał i wziął spodnie z krzesła przy łóżku. Może i był młody, ale wiedział, że nie należy mówić żadnej kobiecie tego, co miał do powiedzenia, bez choćby minimum ochrony.
– To ile naprawdę masz lat? – spytał chłodno.
Spojrzała na niego, ocierając usta prześcieradłem.
– A ile byś chciał?
– Pamiętasz, wczoraj mówiłem ci o mojej babci, która umarła na raka. – Odwrócił się do okna; mówił tonem swobodnej rozmowy. – Galaktyczni mogli ją uratować, ale nie chcieli.
– Wiem. – Rysy jej twarzy złagodziło współczucie. – To musiało być straszne.
– No, ale przynajmniej w chwili śmierci miała duszę. Spotkałaś kiedyś kogoś odmłodzonego? – Dobra, niech ma za swoje. – Galaktyczni mogą odnawiać ciało człowieka bez końca, ale trzeba im za to oddać duszę, prawda, odmłodzeńcu? Och, przepraszam, Pamelo.
– W nocy jakoś ci to nie przeszkadzało. – Spojrzenie miała lodowate, głos beznamiętny.
– Pamiętasz mój motor, ten, którym przyjechaliśmy tutaj z pubu? – Uśmiechnął się sztywno. – Nowiutka honda Davidson 2047. Mogłem kupić 2046 – używany, ale odnowiony – za mniej więcej połowę ceny. Ale nie lubię odnawianych. Wy, odmłodzeńcy, sprzedajecie swoje dusze gdzieś poza Ziemię, a potem raz na jakiś czas, kiedy zauważycie, że czegoś wam brakuje, wracacie tu na kolanach i próbujecie wyssać duszę z jakiegoś biedaka, który zgodzi się być przez chwilę waszą zabawką. Ssiesz bardzo dobrze, Pamelo, ale ja nie lubię odnawiania. Kiedy wyjdę spod prysznica, chciałbym, żeby cię tutaj nie było, ale nie musisz się spieszyć, będę dość długo się szorował.
– Przy okazji... – Zsunęła nogi z łóżka i wstała, bardzo wolno przesuwając po jego ciele spojrzeniem zimnych, martwych oczu. – Twojej „duszy” przydałoby się trochę treningu.
– Twoja miała go aż za dużo – rzucił przez ramię, zamykając za sobą drzwi do łazienki. – A raczej to, co z niej zostało.

* * *
Po powrocie do domu Cally zamieniła ubranie Pameli na znoszone, ale eleganckie ciuchy Justine, opaleniznę na bladość i ciemne okulary, a różowy lakier na brak lakieru. Autobusem o dziewiątej trzydzieści pojechała na Market Street i weszła do pustej małej kawiarni. Zamówiła przy barze grzankę i kawę. Kelner, chłopak przed dwudziestką, postawił przed nią tosta i filiżankę kawy z trzema kostkami cukru. Dwie kostki były nieco bielsze niż trzecia. Podczas kiedy kelner wybijał należność na kasie, Cally zabrała te dwie, a trzecią wrzuciła do kawy. Rozsmarowała na grzance cienką warstwę pomarańczowego dżemu, który Justine lubiła. Gdy piła kawę, kelner spytał, czy jeszcze coś jej podać.
Pokręciła lekko głową.
– Strasznie wcześnie dzisiaj przyszłaś – powiedział.
Nie lubił poranków. Wzruszyła ramionami. Żałosny szczeniak, bał się, że mogę go kopnąć w jaja. Miał rację. Jestem dla niego za stara.
Kelner stłumił uśmiech i powrócił do mycia naczyń ze spokojnego niedzielnego poranka.

* * *
W domu Cally zmyła cienką zewnętrzną warstwę cukru z obu kostek, wysuszyła je, a potem włożyła pierwszą w otwór czytnika swojego palmtopa. Nad urządzeniem wykwitł hologram ukazujący, ku jej zaskoczeniu, ojca O’Reilly’ego.
– Panno O’Neal, dzisiaj widzi pani mnie zamiast swojego zwykłego zlecającego, ponieważ obecne zadanie jest nieco wyjątkowe. Mamy powody podejrzewać, że Bane Sidhe zostało na bardzo wysokim poziomie spenetrowane. Dlatego spośród członków kwatery głównej tylko trzy osoby – w tym również ja – wiedzą o tym zadaniu. Musi pani odnaleźć i zatkać przeciek wszelkimi sposobami, jakie pani zdaniem wydadzą się konieczne. Skorzysta pani z pomocy swojego zwykłego zespołu wsparcia. Z powodu bardzo delikatnej natury zadania nie wolno pani o tym z nikim rozmawiać aż do chwili odprawy w bazie, która nastąpi nie wcześniej niż w czwartek przed rozpoczęciem zadania. Wszyscy wtajemniczeni członkowie zespołu będą musieli pozostawać w bezpiecznym miejscu aż do chwili wprowadzenia ich na terytorium wroga. Przejrzy pani plany i dokona wszelkich zmian, jakie uzna pani za konieczne, w okresie dwóch tygodni od dnia dzisiejszego do daty wprowadzenia pani na obszar działania. Czas, który nie jest niezbędny do przygotowań, może pani – a nawet powinna – wykorzystać na urlop. Cally, jeśli nie zrobi sobie pani przynajmniej tygodnia wolnego, osobiście gwarantuję, że zostanie pani uziemiona na co najmniej miesiąc. Jest pani doskonałą agentką, jedną z naszych najlepszych, ale nawet najlepsi potrzebują odpoczynku. Wolelibyśmy oczywiście, żeby zrobiła to pani dobrowolnie.
Hologram zamigotał i zastąpił go obracający się wizerunek oficera; gwiazdki na jego kołnierzu nie zgadzały się z jego wiekiem – wyglądał na trzydzieści parę lat.
– Oficer, którego teraz pani widzi, to generał Bernhard Beed z Biura Bezpieczeństwa Sił Uderzeniowych Floty. Biuro Beeda teoretycznie kieruje Trzecią Brygadą Żandarmerii i prowadzi dochodzenia kryminalne w Bazie Tytan. Posiadamy informacje wskazujące, że nasz przeciek może używać jako wtyczki nie należącego do Bane Sidhe członka jednej z grup w Bazie Tytan. Uważamy, że prawdziwym zadaniem Beeda jest rozwinięcie siatki kontrwywiadowczej i prowadzenie działań skierowanych przeciwko naszej organizacji. Dlatego też jesteśmy zdania, że biuro Beeda to najlepsze miejsce, w którym należy zacząć szukać naszego przecieku.
Hologram znów zamigotał i zmienił się w nieruchomy wizerunek młodej kobiety, zbliżonej wzrostem i budową do Cally, w szarych jedwabiach Sił Uderzeniowych Floty. No, mojej budowy, jeśli nie brać pod uwagę, że to klucha. Blok będzie miał od cholery roboty przy cyckach. Ale te jej uda... W tym stroju trudno powiedzieć, czy to tłuszcz, czy mięśnie. Może mięśnie. Talia i brzuch są w porządku, dzięki Bogu. Moje oczy pasują, ale włosy – pierwszy raz od bardzo dawna będę musiała zmienić kolor na jaśniejszy niż naturalny.
– Pani tożsamość, kapitan Sinda Makepeace, ma zostać przeniesiona z Biura Kadr Sił Uderzeniowych Floty w Chicago do Bazy Tytan jako nowa asystentka administracyjna generała Beeda. Udało nam się potwierdzić, że żadna z osób przydzielonych do biura Beeda nie spotkała nigdy panny Makepeace twarzą w twarz. – Hologram zamigotał i ukazał ciemnowłosego młodego oficera, który pewnie już codziennie się golił. – To adiutant generała, porucznik Joshua Pryce. W niedzielę dwudziestego szóstego maja panna Makepeace ma wylecieć promem o ósmej piętnaście z Chicago do Bazy Tytan. Będzie pani miała na dokonanie zamiany około godziny czasu – od chwili, kiedy panna Makepeace przejdzie przez odprawę w porcie, do chwili, kiedy prom zacznie dokować. Zgłosi się pani w celu dokonania odpowiednich fizycznych poprawek nie mniej niż czterdzieści osiem godzin przed zamianą, by dać organizmowi czas na przyzwyczajenie się. Cally, Baza Tytan to wyjątkowo niebezpieczny teren. Muszę panią ostrzec, że jeśli pani albo którykolwiek z członków pani zespołu zostanie złapany, szanse, że uda nam się zorganizować skuteczną pomoc, są bardzo małe. Potrzebujemy tej informacji o przecieku, Cally. Niech ją pani zdobędzie i znika. Wszystkie pliki na tej kostce zostaną automatycznie usunięte za pięć sekund.
Cally zaczekała, aż nieruchomy hologram zniknie, wyciągnęła kostkę z czytnika i wrzuciła ją do szklanki z octem, gdzie ta zasyczała wesoło i rozpuściła się. Włożyła do czytnika drugą kostkę i ze zdziwieniem zobaczyła hologram Shari O’Neal.
– Cześć, skarbie. Wiem, że nie powinnam ich używać do spraw osobistych, ale w dzisiejszych czasach to chyba jedyny pewny sposób, żeby cię złapać. Wiem, że masz akurat wolne, więc razem z Wendy zaplanowałyśmy mały piknik na plaży. Nie przyjmujemy odpowiedzi „nie”. Chodzi nie o ten ogrodzony odcinek Folly, tylko ten fajny kawałek na północ od niego. Sprawdziłam, dzikich nie było tam od dwóch miesięcy, będziemy więc mogły zmieniać się przy czujnikach. Nie musisz przynosić niczego oprócz kostiumu i siebie samej. Jutro, jedenasta trzydzieści. Powiedzmy, że to dziewczyńska impreza. Pięć sekund i tak dalej. Na razie.
Na ekranie palmtopa pojawiła się twarz, która przemówiła surowym, nieco ponurym głosem.
– Naruszono systemy bezpieczeństwa. Będziemy musieli zmienić miejsce zamieszkania, żeby słudzy Darhelów nie znaleźli nas i nie zabili we śnie. Czy mam wyszukać dostępne mieszkania do wynajęcia? Mogę wylistować je według wzrastającego stopnia ryzyka, jeśli chcesz.
– Nie, dzięki, buckley. Chyba zaryzykuję i zostanę tutaj.
Nigdy nie potrafiła stwierdzić, czy SI buckleya jest wystarczająco rozwinięta, by wiedzieć, kiedy Cally żartuje. Personality Solutions, Inc. nigdy nie kwapiła się z wyjaśnieniem, jak opracowała podstawową osobowość wykorzystywaną w emulacjach SI nowoczesnych palmtopów. Większość ludzi uważała standardowe emulacje osobowości za nieco zbyt pesymistyczne i kupowała na rynku wtórnym buckleye z nakładkami osobowościowymi bardziej odpowiadającymi ich oczekiwaniom. Cally nigdy tego nie robiła. Wykorzystywała w swoim palmtopie aplikacje o dużych wymaganiach systemowych, a smutna prawda była taka, że buckleye z nakładkami osobowościowymi miały przykrą tendencję do katastrofalnych padów, i to takich, z których wyjściem był tylko całościowy format. Im bardziej nakładka różniła się od pierwotnego buckleya i im wyższy ustawiano poziom emulacji SI, tym szybciej system padał. Oczywiście jedną z rzeczy, które różniły buckleye od prawdziwych SI, było to, że nawet przy standardowej osobowości ustawienie zbyt wysokiego poziomu emulacji było zaproszeniem do awarii systemu. Buckley na wysokich obrotach po prostu wszędzie widział za dużo potencjalnych katastrof.
Po trzydziestu latach Cally radziła sobie całkiem nieźle z namawianiem, przekupywaniem i zastraszaniem bazowej osobowości buckleya, by ta sprawowała się w miarę należycie. Stuknęła kilka ikonek na wyświetlaczu i sprawdziła ustawienia. Oczywiście za bardzo podkręciła SI. Zjechała wskaźnikiem kilka podziałek w dół, ignorując przekleństwa i porównania do lobotomii. Buckley na co dzień sprawował się naprawdę o wiele lepiej, jeśli nie ustawiało się emulacji powyżej poziomu piątego.
Raz, dziesięć lat temu, buckley w jakiś sposób nauczył się manipulować własnym poziomem emulacji. Biedak nie wytrzymał jednak dwóch dni.
Cally wrzuciła drugą kostkę do szklanki; ta zasyczała i znikła. Jako Justine miała opłacony na kilka miesięcy naprzód karnet do fitness clubu mieszczącego się w budynku przedwojennej szkoły średniej. Sala gimnastyczna przetrwała wojnę z nietkniętym dachem i początkowo została zajęta przez miejscowe siły obronne, ale kiedy Cytadelę otwarto na nowo jako akademię Sił Uderzeniowych Floty i kadeci wzięli na siebie dużą część obowiązków na Murze, salę przekazano Deerfield Spa & Fitness.
Justine lubiła ten klub za oddzieloną zasłonami salę przeznaczoną tylko i wyłącznie do jazzercise’u oraz za to, że dla członków był otwarty szesnaście godzin dziennie, siedem dni w tygodniu. Wepchnęła do torby buty i czarny dres i wyszła z mieszkania, gasząc za sobą światło.
Trzy godziny i chyba z pięć litrów potu później poczuła, że być może znów jest w stanie znieść ludzkie towarzystwo. No dobra, po porządnym prysznicu. Kiedy wracała do szatni, wpadł na nią jakiś facet z przewieszonym przez ramię ręcznikiem. Przeprosił ją krótko i poszedł dalej. Cally zamrugała zdziwiona, ale dopiero w szatni spojrzała na kostkę, którą nieznajomy wepchnął jej w dłoń.
Na widok owiniętego wokół kostki kawałka papieru odetchnęła z ulgą. W porządku, hasło się zgadza. Lepiej, żeby ta wiadomość naprawdę była ważna, bo takie coś to partactwo. Co oni sobie myślą, że ja jestem chodzącą tablicą ogłoszeniową? Jeśli to nie jest rzeczywiście nagły wypadek, dobiorę się komuś do dupy.
Wzięła prysznic – o wiele szybszy, niż zamierzała – i odpuściła sobie planowany lunch al fresco w Battery. Był tam bar na otwartym powietrzu, w którym podawano najlepsze kraby w cieście. Zamiast tego spojrzała na torbę chrupek serowych leżących na siedzeniu pasażera i pojechała do domu.
Mogła przynajmniej – i zrobiła to – wymoczyć się w gorącej kąpieli i obejrzeć w tym czasie nagranie. Ku jej zdziwieniu hologram ukazał Robertsona, specjalistę od komputerów, który kilka razy zapewniał jej i jej zespołowi specjalistyczne wsparcie w bardziej technicznych misjach.
– Cally, po pierwsze, przepraszam, że ryzykuję kontaktowanie się z tobą w taki sposób. Po drugie, to nie jest do końca wiadomość autoryzowana przez Bane Sidle. – Przeczesał dłonią nastroszone ciemne włosy i zmarszczył brew. – Gdybym mógł, poradziłbym sobie z tym sam, ale to nie moja działka. Wiem, że załatwiłaś kilku gości, którzy zlecili i wykonali uderzenie na sekcję Conyers. – Cally gwałtownie usiadła w wannie. – Brałem udział tylko w jednej z tych akcji, ale pamiętam, że przeżywałaś je... bardzo mocno. Wiem, że uratowali ci życie, kiedy byłaś dzieckiem. Nie wiem, jak to powiedzieć, Cally... Dranie kłamali.
Hologram zamigotał i ukazał pułkownika Armii Stanów Zjednoczonych o rzednących rudawych włosach, równo przyciętych wąsach i cofniętym podbródku. Cally poczuła, że zaciska się jej żołądek.
– Na pewno pamiętasz pułkownika Petane’a, który sprzedał Darhelom miejsce kryjówki zespołu. Powiedziano ci – nam powiedziano – że sekcja Hector usunęła Petane’a. Cally, on ciągle żyje. Ktoś z tej gromady pragmatyków – zabrzmiało to jak wyzwisko – na górze uznał, że nasz pułkownik będzie dobrym źródłem informacji, i darował mu życie, żeby go kupić. Z czym niechętnie mógłbym się zgodzić, gdyby był jedynym źródłem jakichś naprawdę ważnych informacji, ale ten mały gnojek ma dostęp jedynie do drugo- i trzeciorzędnych spraw, o których sami wiemy. Już dwa razy pomijano go przy awansach. Ale pragmatycy, jak się okazuje, nie lubią przyznawać się do błędów.
– Bardzo dobrze zamaskowali całą tę sprawę. Załatwili mu przeniesienie do biura współpracy Armii z Siłami Uderzeniowymi Floty w Chicago i postarali się, żeby wszystkie zadania w okolicy tego biura dostawała sekcja Hector. Jeśli zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego tak rzadko działacie w Chicago, to właśnie dlatego. Moja sekcja też tam nie działała, aż wreszcie przydzielili mnie w zimie na kilka zadań do Hectora. Pewnie góra uznała, że nie mam osobistego motywu i jestem bezpieczny. Potrzebowali zorganizować osobiste spotkanie z Petanem, a ja miałem pilnować zabezpieczeń i uważać, żeby nas nie spalili. Wiem, że czasami dostawałem zadania, po których miewałem problemy ze snem, ale jeszcze nigdy nie otrzymałem czegoś takiego. Lojalność powinna działać także w dół, nie tylko w górę. Ja... No, pracowaliśmy razem i wiem, że chciałabyś o tym wiedzieć. Co z tym zrobisz, to już twoja sprawa. Ta wiadomość zostanie skasowana za pięć sekund.
Oczywiście nie mógł tego zrobić w normalny sposób. Hologram zdrajcy eksplodował w rozbryzgu krwi i wnętrzności, który przemienił się w widowiskowy zachód słońca. Cally wyjęła kostkę z czytnika i poszła do kuchni, aby ją zniszczyć, nie bacząc na kapiącą na dywan wodę.
– Chcieli, żebym zrobiła sobie urlop. Dobrze. Wezmę sobie urlop.
Zaciskając ponuro usta, rozmroziła sałatę, zmyła żel odświeżacza z liści, a potem dorzuciła całą paczkę krabowych paluszków i polała całość sosem chrzanowym. Była to kiepska namiastka krabów w cieście Hermana, ale Cally i tak prawie nie czuła smaku.
Uczesała włosy, założyła czarną jedwabną bluzkę odsłaniającą jedno ramię i spłowiałe dżinsowe szorty, a potem sprawdziła w sieci spis koncertów, odruchowo kręcąc kolorową bransoletką na lewym nadgarstku. Justine lubiła ultranowoczesną muzykę w stylu Cleveland-crash. W „Riverside Dive” grał zespół o nazwie „Kontrolowana Złość”. Brzmi jak coś, co by mi się akurat przydało. Mam nadzieję, że żarcie nie jest tam za bardzo wstrętne.

Charleston, poniedziałek, 13 maja

Cally wróciła do domu nad ranem, sama. Tego wieczoru miała ochotę na muzykę, ale na towarzystwo – nie. Gdybym jeszcze raz trafiła na takiego szczeniaka bigota jak wczoraj, mogłabym zapomnieć, że nie powinnam ich zabijać. Ekipa sprzątająca nie byłaby zadowolona, a papierkowa robota jest upierdliwa jak diabli. Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, kopnięciem zrzuciła pantofle z nóg, a potem trzymając je za paski i wymachując nimi, poszła do swojego pokoju, nucąc pod nosem.
Makijaż, zrobione. Świeży ręcznik, zrobione. Odłożyć dokumenty, zrobione. Zdjęła ubranie Justine i wrzuciła je do kosza na brudne rzeczy.
– Pranie jutro rano.
Ustawiła na videkranie parę numerów „Creed”, włączyła systemy zabezpieczające, ustawiła budzik na ósmą i wtuliła się w poduszkę.
Bhutan. Bankier, który za dobrze dogadywał się z nieludzkimi bankierami. Miał upodobanie do ulicznych kurewek, ale nie traktował ich dobrze. Jedna z nich z chęcią przeszła na emeryturę i zaszyła się w rejonie Południowego Pacyfiku po jego ataku serca. Trucizna nanitowa była nie do wykrycia nawet galaktycznym sprzętem. Jest w szafie, obserwuje. Sprawdza ciało i wstrzykuje rozhisteryzowanej kurewce dawkę środka usypiającego przed zapakowaniem jej na prom. Śmierć z bliska wygląda zupełnie inaczej.
Rabun Gap. Umieszcza celownik na zabójcy i łagodnie naciska spust. Rozbryzg czerwieni i smród śmierci. Sprawni mężczyźni w bieli sprzątają, a potem nadchodzą Posleeni i mężczyźni w czerni cicho i sprawnie zabijają. Na jego dłoni odciski od różańca. A w szkole siostry nie chcą jej nic powiedzieć, potem przyjeżdża ojciec O’Reilly. Sekcja Conyers nie istnieje. Nie istnieje. Wszyscy, ojcze? Ojcze nasz, któryś jest...
Pobłogosław mi, ojcze, albowiem grzeszyłam. Jak długo? Dziewiętnaście lat, dwa miesiące, trzy dni. Ojcze, lista jest długa. Prostytutka specjalizowała się w badaczach nanotechnologii przemysłowych. Dwaj z nich zginęli, kiedy złożyła raport. Musiałam... Ojcze? Ojcze? W wybuchu wściekłości rozbija ekran i patrzy na pusty fotel. Nie ma drzwi, nie ma drzwi, którymi tu weszła. Musiały być jakieś drzwi, prawda? I nie ma sufitu, tylko ściany biegną w górę, coraz wyżej.
Floryda Key. Znów jest na łodzi z tatą, a on jest z niej dumny, bo właśnie złapała dużą sztukę. Zmyła z włosów naniesioną wiatrem sól i siedzi na skraju pomostu, patrząc na zachód słońca, a mama rozczesuje jej splątane loki. Michelle pływa z tatą, delfin grucha do niej, kiedy drapie go pod brodą. A mama przyniosła jej zimną lemoniadę i talerz...
Obudził ją piskliwy wrzask budzika. Wyłączyła go uderzeniem dłoni i odruchowo złapała ręcznik, żeby osuszyć twarz. Mmm. Zawsze lubiłam plażę. Może następnym razem, kiedy zrobię sobie prawdziwe wakacje, pojadę wreszcie z wizytą, którą sobie obiecywałam. W końcu po czterdziestu latach pewnie trochę się zmieniło. Dzisiaj musi być Cally. Popatrzmy... Cally jest bardzo wyluzowana, wyszczekana, nosi dużo oliwkowozielonych rzeczy, ale lubi też czerwony.
Rzuciła ręcznik do kosza i zaniosła go do kuchni. Z niesmakiem pokręciła głową, widząc pusty ekspres do kawy – zapomniała go nastawić wczoraj wieczorem. Włączyła ekspres łokciem, przechodząc obok. Potem otworzyła drzwi obok kuchni i podniosła klapę pralki. Wrzuciła do środka ubrania i paczkę bezzapachowego środka konserwującego materiał. Maszyna wykryła zwiększoną wagę i przeanalizowała zawartość; zamykając za sobą drzwi, Cally usłyszała, jak pralka napełnia się wodą.
Przetrząsnęła lodówkę, aż znalazła batonik czekoladowo-sernikowych śniadaniowych lodów, i włączyła wiadomości, zerkając złym okiem na bezczelny ekspres, który wciąż jeszcze nie zaparzył kawy.
Izba i Senat nadal debatują, co oznacza określenie „wolny od Posleenów”, jeśli chodzi o przywrócenie statusu stanu. Podmiejskim bardzo nie podobają się trudności, jakie stwarza Senat w związku z subsydiami żywieniowymi. A ich wewnętrzne media dbają o to, by dostarczać im szczegółowych doniesień o każdym ataku dzikich Posleenów na kontynencie, nie mają więc ochoty wytknąć nosa na zewnątrz i rozejrzeć się.
– O, gotowe.
Chwyciła kubek, nalała kawy i dodała kostkę cukru. Obejrzała jeszcze prognozę pogody i raporty o dzikich, zanim poszła się ubrać. Jak dla mnie nie jest źle.
W sypialni założyła czerwone bikini, t-shirt i dżinsy oraz stare adidasy, wrzuciła do podartego plecaka khaki czystą bieliznę i ręcznik, zaplotła włosy w warkocz. Przejrzała rzędy portmonetek w dolnej szufladzie komody, aż znalazła wytartą, w kolorze khaki, zapinaną na rzep, zawierającą bardzo dobre papiery i karty bankowe na nazwisko Cally Neilsen. Portmonetka była nieco staromodna. Cally używała jej najrzadziej, przez co była najbardziej bezpieczna i nieczęsto wymagała wymiany. Wszystkie portmonetki miały sztucznie wykonane ślady zużycia. Ta akurat zniszczyła się w naturalny sposób, ale jej zawartość trzeba było odświeżać tak samo regularnie jak w przypadku pozostałych. Na szczęście Darhelowie nie byli zainteresowani sprawnością amerykańskich elektronicznych procedur identyfikacyjnych tak jak Bane Sidhe.
Ładując colta .45 i zapasowe magazynki na przedni fotel samochodu, żałowała, że nie ma do zabrania niczego poza małą turystyczną lodówką z piwem. Miała wprawdzie żelazne racje – nigdy nie wypuszczała się bez nich poza Mur – ale trudno je nazwać dobrymi. Jej oczy zaświeciły się na widok serowych chrupek Justine. Tego właśnie potrzebowała. Dzieci Wendy na pewno się ucieszą.
Pojechała do wyjazdu James River, trochę dlatego, że był blisko, przede wszystkim jednak dlatego, że prosta odsuwana brama z grubej stali i most zwodzony były stosunkowo łatwe do przebycia. Przedostanie się przez punkt kontrolny trwało kilka minut. Czterdziestka piątka i trzy zapasowe magazynki wraz z kartą ze strzelnicy wystarczyły, by zwolnić ją z obowiązku opłacenia miejskiej eskorty. Nawet w powojennym świecie przepisy były upierdliwe. Władze Charleston, wybrane spośród ludności, której większość stanowili południowcy powracający z podmieść i interioru, wraz z miejscową milicją i kadetami Sił Uderzeniowych przyjęły typowo południowe rozwiązanie. A ponieważ turyści z podmieść byli zwykle rozsądnymi ludźmi i podróżowali w konwojach, raczej nieźle się sprawdzało. Ci mniej rozsądni narzekali na obowiązkową opłatę, mieszkańcy Charleston uważali jednak, że najlepszym sposobem ograniczania miejscowej populacji dzikich Posleenów jest niedokarmianie ich.
Droga na północ od otoczonego murami fragmentu Folly nie była tak dobrze utrzymana jak droga na ogrodzoną plażę miejską; nie była jednak tak zła, jak można by się spodziewać po dziesięcioleciach zaniedbań i dwóch porządnych huraganach. Co bardziej przedsiębiorczy charlestończycy zbierali na nieogrodzonej plaży wiadra oczyszczonych muszli małż jako umowną opłatę za korzystanie z terenu. Potem kadeci z Cytadeli urządzali dwa razy do roku pikniki, podczas których odbywały się konkursy rozgniatania muszli grubymi stalowymi blachami i młotami. (Obecnym rekordzistą była kompania Golf – dwadzieścia trzy wiadra). Następnie kadeci wsypywali potłuczone muszle we wszystkie pęknięcia i dziury w drodze. Z czasem być może więcej było łat niż asfaltu, ale droga była zdatna do lokalnego ruchu, któremu służyła.
Cally wjechała na parking, sprawdziła kaburę i podeszła do bagażnika, gdzie miała dwa wiadra oczyszczonych muszli, które zamierzała wrzucić do dużych stalowych pojemników. Na szczęście nawet dzicy Posleeni nie uważali pustych muszli po ostrygach za jadalne. Przyjechała kilka minut za wcześnie; jak to najczęściej bywa w dni powszednie, plaża była pusta, rozpoczęła więc normalną procedurę aktywacji przenośnych systemów ostrzegających przed Posleenami i wciągania ich na maszty zabetonowane na skraju parkingu. Niektórzy korzystali też z czujników na drucianych podstawkach, które stawiali na dachu samochodu albo dużym kamieniu, ale najlepiej i najwcześniej ostrzegały te, które były jak najwyżej umieszczone. Cally ustawiła swojego palmtopa, by nasłuchiwał indywidualnie programowanych częstotliwości alarmowych czujników, a potem wprowadziła na ekranie ich rozmieszczenie i orientację. Gdyby pojawił się jakiś dziki Posleen, nie tylko zostałaby ostrzeżona – urządzenie podałoby jej także odległość od przeciwnika i oznaczyło go jako ruchomy punkt na siatce współrzędnych.
– Proszę, powiedz mi, że masz coś więcej niż tylko nędzną czterdziestkę piątkę i że nie zamierzasz jedynie tym walczyć z hordą Posleenów. Może łódź? Gdybyśmy wypłynęli odpowiednio daleko, nie dostaliby nas. Bylibyśmy bezpieczni, chyba że łódź przewróciłaby się do góry dnem i pożarłyby nas rekiny.
Buckley zawsze był nieco podenerwowany, gdy pilnował czujników.
– Buckley, wyczuwasz obecność chociaż jednego dzikiego Posleena?
– Nie, tym razem doskonale się ukrywają. Mogę wezwać posiłki, jeśli chcesz. To nic nie da, ale jeśli chcesz...
– Nie wzywaj nikogo, buckley – rozkazała.
– Słusznie. Nie ma powodu, żeby ginęli razem z nami.
– Zamknij się, buckley.
– Oczywiście.
Zakończywszy podstawowe sprawy bezpieczeństwa, Cally zaniosła lodówkę i torbę na plażę, zdjęła dżinsy i koszulkę, otworzyła piwo i aż do przyjazdu Shari, Wendy i dzieciaków rzucała mewom serowe chrupki. Czwórka dzieci Wendy przybiegła tuż za golden retrieverem Shari. No dobra, prawie golden retrieverem, który pędził prosto na mewy i wesoło szczekał.
Cally poddała się napaści piasku, futra i psiej śliny Sandy, a w tym czasie obie kobiety zaczęły znosić po schodach górę jedzenia i sprzętu, wołając na zmianę psa i dzieci.
– Dobra, łobuzy, wracajcie tu i pomóżcie nam nosić! – krzyczała Wendy, śmiejąc się od ucha do ucha. – Mike, ty też!
– Zaczekaj, mamo! Znów muszę zresetować buty.
Sześciolatek patrzył na swoje stopy, gdzie hologram żołnierza piechoty mobilnej strzelał do hologramu zastygłego w pół kroku posleeńskiego normalsa z mieczem boma. Mamrocząc słowa, których sześciolatek nie powinien raczej znać, Mike zdjął but i wsadził rękę do środka, szukając przycisku resetu. Hologram zniknął i znów się pojawił; tym razem Posleen przeżuwał ociekające czerwienią strzępy jakiegoś niezidentyfikowanego mięsa. Kiedy chłopiec założył z powrotem but, obcy zaczął wymachiwać mieczem w kierunku żołnierza, w końcu zaś w zwolnionym tempie poleciał w tył w rozbryzgu żółtych wnętrzności, kiedy seria pocisków przecięła jego korpus na pół. Trup padł na „ziemię” i leżał tam przez chwilę, a żołnierz kilka razy triumfalnie podskoczył, po czym oba hologramy zamigotały, pojawiły się na nowo i znowu rozpoczęła się walka.
– Cześć, ciociu Cally. – Mike dołączył do pozostałych, kiedy jego matka zaczęła rozkładać koc obok ręcznika Cally. – Tata kupił mi nowe buty. Fajne?
– Świetne! Bardzo realistyczne postacie. – Posleeński normals znów eksplodował, tym razem z głową rozniesioną celnym strzałem. Zwycięski żołnierz w pancerzu wykonał salto w tył, a potem przedwojenny futbolowy taniec zwycięstwa. – Czy Posleen w ogóle czasem wygrywa?
– Czasami. – Chłopiec poważnie pokiwał głową. – Ale wtedy nie pokazują krwi i w ogóle.
Rozmawiał z nią tak, jakby to ona była małym dzieckiem.
– Pamiętasz mnie, Annie? – Cally założyła kosmyk włosów za ucho i wyciągnęła szyję, próbując nawiązać kontakt wzrokowy z małą dziewczynką chowającą się za nogą Wendy.
– Wybacz, przechodzi okres nieśmiałości. – Jej matka pogładziła jasne loki dziecka wtulającego twarz w matczyne kolano. – Och, daj spokój, Annie, przecież pamiętasz ciocię Cally. Sandy ją pamięta.
– To mój piesek. – Szare oczy czterolatki napotkały jej wzrok. – Masz wszędzie pełno piasku.
– Wiem. Sandy bawiła się ze mną. – Przez chwilę oczy Cally wyglądały tak samo młodo jak cała reszta. Zaśmiała się i wstała, otrzepując piasek z brzucha i nóg i entuzjastycznie głaszcząc Sandy. – Dobry piesek, co?
Sandy zamerdała żywiołowo ogonem, jakby zgadzała się, że tak, jest dobrym pieskiem. Tymczasem James i Duncan dotarli już na plażę z kilkoma składanymi krzesłami i dużym plażowym parasolem.
– Cześć, ciociu Cally. Rzucisz nam parę podań po obiedzie?
– Fanatycy futbolu, co? – Shari wyciągnęła z torby piłkę i podała ją Duncanowi. Chłopak natychmiast rzucił to, co miał w rękach, i pobiegł w stronę wody; dobiegając do linii przypływu, z rozmachem wbił piłkę w piach.
– Hej! – James podniósł zrozpaczony wzrok znad krzesła, które właśnie rozstawiał. – Mamo!
– Dobra, leć. Ja rozłożę. – Cally zabrała mu krzesło i machnęła w stronę brzegu.
Wendy spojrzała w jej oczy, kiedy sześciolatek pobiegł za swoimi braćmi i psem nad wodę.
– Dzieci bardzo cię lubią, wiesz? – Zaczęła wyładowywać na koc plastikowe pojemniki z jedzeniem. – Chyba z wzajemnością.
– O tak, są świetne. – Cally rozłożyła następne krzesło. – Cieszę się, że ty i Tommy zdecydowaliście się na następne dziecko. A przy okazji gratulacje. Myślałam jednak, że zaczekacie, aż te podrosną, zanim zrobicie sobie jeszcze jedno.
– No, nawet mimo galtechowskiego sprzętu czasami zdarzają się przyjemne niespodzianki. – Wendy zaczerwieniła się. – A kiedy będziemy tobie gratulować, kochana?
– To znaczy? – Cally upuściła krzesło, które właśnie rozkładała. Szybko je podniosła i nagle bardzo zajęło ją strzepywanie z niego każdego ziarnka piasku.
Shari zakryła dłonią oczy i lekko pokręciła głową.
– No dobra, mogłam to lepiej załatwić – westchnęła Wendy.
– Tak myślisz? – Shari nagle bardzo zainteresował parasol, który rozkładała.
– Cally, nie możesz wiecznie mieć dwudziestu lat – spróbowała jeszcze raz Wendy.
– Nie mam dwudziestu lat od jakichś trzydziestu. – Cally opadła na krzesło, wyciągnęła nogi, skrzyżowała ręce na piersi i popatrzyła podejrzliwie na obie kobiety. – Dobra, gadać mi tu, co wy kombinujecie.
Shari usiadła, objęła ramionami Annie, która wspięła się na jej kolana, i zapatrzyła się na morze. Wiatr rozwiewał jej włosy; mrużyła oczy przed niesionymi przez niego drobinami piasku.
– Cally, takie życie nie jest już dla ciebie. O ile kiedykolwiek było. Nie jesteś szczęśliwa. Kiedy udzielisz sobie pozwolenia, żeby mieć własne życie i się ustatkować? – spytała.
– Wiesz, z czym mamy do czynienia. Robię rzeczy, które potrafi robić bardzo, bardzo niewiele osób. Rzeczy, które trzeba zrobić, żeby inni mogli się ustatkować. – Cally nachyliła się do przodu, opierając dłonie na kolanach. – Posłuchaj, kiedy – jeśli – spotkam właściwego mężczyznę, pewnie zdecyduję się na dzieci, tyle tylko... że na razie go nie spotkałam. Uprzedzenia do odmłodzonych też nie pomagają. Nie żebym się uskarżała, ale trudno zbliżyć się do faceta, kiedy masz tyle lat, że widzisz, że to niedojrzały idiota.
– W barze nigdy go nie spotkasz – wtrąciła się Wendy, podając Cally sok. – Słuchaj, rozumiem, że nie podoba ci się program matrymonialny Bane Sidhe. Mnie też by to chyba odrzucało. Ale oprócz Tommy’ego i Papy musisz znać przynajmniej z pół tuzina porządnych facetów, którzy szaleliby ze szczęścia, gdyby mieli taką żonę, przed którą nie musieliby niczego ukrywać. Co złego jest w umówieniu się raz czy dwa?
– Co złego? – spytała poważnie Cally i jej oczy nagle wydały się martwe. – To, że emocjonalny związek z człowiekiem, który bierze udział w tym samym zadaniu, może sprawić, że albo on, albo ja zostaniemy wzięci do niewoli lub zabici. Nie mówiąc już o tym, że kto chciałby mieć żonę, która ryzykowałaby tak jak ja albo robiła rzeczy, które ja muszę robić? Jestem dobra, ale do tej pory nie zginęłam tylko dzięki głupiemu fartowi, a ten nie trwa wiecznie. Dla kobiety zabójcy jedyną rzeczą gorszą niż ryzyko śmierci jest ryzyko udanego małżeństwa.
Shari skrzywiła się.
– Nigdy o tym nie mówisz! – szepnęła.
– Teraz rozumiecie? – Cally wyjęła kubek i butelkę, wycisnęła trochę soku do kubka, a na wierzch nalała przezroczystego płynu. – Chcesz? – Wyciągnęła kubek w stronę Shari.
Kobieta dotknęła swojego brzucha.
– Nie... Nie mogę.
Cally wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
– Ty oszuście! Nic dziwnego, że chcesz mnie wmanewrować w małżeństwo i ciążę! Gratulacje!
– To prawda? – Wendy położyła dłoń na kolanie swojej najlepszej przyjaciółki. – Nie zgrywałabyś się przed koleżankami? Gratulacje! Och, to świetnie. Będziemy razem jeść lody i tyć! Masz soku.
– Widzisz, co cię omija? – Odwróciła się z powrotem do Cally. – Obiecaj mi, że zastanowisz się przynajmniej, czy Tommy może umówić cię na randkę. Jedną malutką randkę. Jeśli chcesz, nie musisz nawet iść sama, możemy urządzić podwójną randkę.
– Oho. Teraz musisz się zgodzić, Cally. Ja zostanę z dziećmi. Ona i Tommy nie byli nigdzie razem od wieków, to twój obowiązek wobec dwóch najlepszych na świecie psiapsiół.
– Moich jedynych na świecie psiapsiół. – Cally skrzywiła się. – Nie żebym was nie lubiła, to znaczy wtedy, kiedy nie próbujecie mnie umawiać z kolegami z ryb Tommy’ego czy dziadka. – Zmiękła, kiedy obie popatrzyły na nią surowo. – Dobra, dobra, zastanowię się. Kiedy wrócę z następnej misji.
– Mam nadzieję, że krótkiej? – spytała Shari.
– Wiesz, że nie mogę powiedzieć. Ale na waszym miejscu nie miałabym zbyt wielkich nadziei. – Zamieszała drinka słomką z kartoniku soku i napiła się, po czym spojrzała na swojego palmtopa. – Wszystko gra. Działa, skanuje, żadnych śladów.
Reszta popołudnia była praktycznie idyllą. Jadły kanapki z sałatką krabową i piły sok oraz napoje gazowane – no, Cally wypiła piwo. Nie miało znaczenia, że pełniła wartę, bo przez całe swoje dorosłe życie była odporna na działanie alkoholu. Dzieci nie zjadły za wiele serowych chrupek – o wiele zabawniej było rzucać je mewom i psu. Ponieważ Sandy uwielbiała chrupki i ganianie mew, zazwyczaj wygrywała wyścig do każdego rzuconego kąska.
Potem Duncan i James ćwiczyli z Cally podania i byli zachwyceni, bo łapała nawet te krzywo rzucone piłki, a oni nie mieli żadnych problemów, gdyż umiała trafić prosto w ich ręce z dwudziestu pięciu metrów. Przyszło jej do głowy, że chłopcy, którzy mieli bardzo mało styczności z dorosłymi kobietami bez sztucznych ulepszeń, któregoś dnia bardzo się zdziwią. Mogłaby podawać im celnie piłkę nawet z dwa razy większej odległości, ale takie popisy byłyby już amatorszczyzną. Gdyby na plaży był ktoś obcy, nie pozwoliłaby sobie nawet na to, co teraz robiła.
Potem wniosła śpiącą Annie po schodach na górę i zapięła ją w dziecięcym foteliku w kombi, a tymczasem starsi chłopcy zapakowali krzesła i sprzęt turystyczny do bagażnika. Kilka sekund po tym jak Mike usiadł obok młodszej siostry, adidasy, najwyraźniej wyczuwając, że ich właściciel już nie stoi ani nie idzie, wyłączyły hologramy.
– Naprawdę świetne są te buty – powiedziała Cally, obchodząc samochód z tyłu, by pożegnać się z czekającymi przyjaciółkami. – Ale zdziwiłam się trochę, że te potyczki odbywają się bez głosu. Nawet kiedy my byłyśmy małe, efekty dźwiękowe były już całkiem niezłe.
– Ćśśś. – Wendy przyłożyła palec do ust, tłumiąc śmiech. – Tommy wyłączył je pierwszego wieczoru.
Cally pokiwała głową ze zrozumieniem. Poczuła, że Shari wciska jej w dłoń kawałek papieru, i spojrzała na nią pytająco.
– To godzina i numer twojego dziadka. Zadzwoń do niego.
– Co? Przez telefon? – Cally poklepała lekko swoje bikini. Wciąż było mokre. Spojrzała na Shari ze zdumieniem. – Przez telefon? Czemu przez telefon?
– My, cywile, nazywamy to „osobistą rozmową”, Cally. – Shari poklepała ją po plecach z udawanym współczuciem. – Chce z tobą pogadać – dodała już poważniej. – Nie o branży, nie o misjach, po prostu pogadać. Oczywiście zadzwonisz z automatu. Zadzwoń do dziadka, dobrze?
– Dobra, jasne. – Cally nieco niezdarnie uściskała obie przyjaciółki. – Dobra, no to... chyba do zobaczenia następnym razem.
– Zaczekamy, aż zdejmiesz czujniki. – Wendy siadła za kierownicą i patrzyła, jak Cally ściąga z masztów małe pudełeczka i chowa je z powrotem do samochodu.
Nadciągały chmury; Cally czuła w powietrzu deszcz. Wyjechała za małym minivanem na drogę i ruszyła z powrotem w stronę miasta.



Dodano: 2007-07-09 16:41:00
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Kulawego szermierza"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS