NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

Ukazały się

Abnett, Dan - "Pancerz pogardy"


 Pilipiuk, Andrzej - "Traktat o higienie. Z dziejów dra Skórzewskiego"

 Jadowska, Aneta - "Kurczaczek i Salamandra"

 Jaumann, Bernhard - "Sępom na pożarcie"

 Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

Linki

Ringo, John & Cochrane, Julie - "Wojna Cally"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Ringo, John - "Posleen"
Data wydania: Lipiec 2007
ISBN: 978-83-7418-157-0
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 368
Cena: 29,90 zł



Ringo, John & Cochrane, Julie - "Wojna Cally" #2

Rozdział 1

Chicago, piątek, 10 maja 2047

W jego ulubionym barze sportowym w Chicago na środku sali stał przedwojenny kwadratowy kontuar, w którym szkło, barmana i drinki zastąpiono dużym holotankiem. Co niezwykłe w barze, obowiązywał tu całkowity zakaz palenia, ponieważ dym często psuł obraz. Dźwięk w systemie „surround” był praktycznie idealny, a kelnerzy i kelnerki przynoszący drinki z tradycyjnego baru umiejscowionego przy kuchni przyjmowali zamówienia tak cicho, że nie przeszkadzali w oglądaniu gry. Zamiast zastarzałego dymu, w barze czuć było piwem, smażeniną i olejkiem cytrynowym, którego obsługa używała do polerowania kontuaru na wysoki połysk. Rzadko tu przychodził, bo w jego branży należało wystrzegać się rutyny. Był to jednak jego ulubiony wodopój i bywał tu chyba trochę częściej, niż powinien.
Charles Worth lubił hokeja. Nie chodziło nawet o bójki na lodowisku. W jego zawodzie prymitywna przemoc była chlebem codziennym. Podobało mu się szybkie tempo, czysty artyzm rywalizacji. Hokej był grą prawdziwych mężczyzn, z prawdziwą muzyką w tle, a nie jakimiś dęciakami. Nie było tu cheerleaderek, ale Worth uważał się za swego rodzaju konesera kobiet i zdecydowanie wolał, by były w zasięgu jego dotyku. Lubił kobiety oryginalne, autentyczne, niezwykłe – pod warunkiem, że były też piękne, tak jak blondynka po lewej stronie, która przykuła jego uwagę. Potrafił wypatrzyć jasny blond z odległości kilometra i prawie nigdy nie dał się nabrać na farbowane włosy. Ta oczywiście była naturalną blondynką. Nawet dobry fryzjer miał trudności z uchwyceniem wszystkich odcieni naturalnego koloru włosów – Worth wiedział o tym, bo sam często zmieniał wygląd. Jej pozostałe atuty również sprawiały wrażenie naturalnych, na ile można było stwierdzić przez ubranie.
Wyglądała tak dobrze, że oderwała jego uwagę od meczu, chociaż Zurych spuszczał niezły łomot Montrealowi. Dla fana Toronto niewiele było przyjemniejszych rzeczy niż oglądanie, jak Montreal dostaje po tyłku. Dziewczyna miała kremową jasną cerę podkreślającą kolor jej włosów i oczy o ciepłym piwnym odcieniu. Dziwne zestawienie. Albo nie miała żadnego makijażu, albo potrafiła go stosować lepiej niż wszystkie kobiety, które Worth znał. Zauważyła, że jej się przygląda, i uśmiechnęła się, lekko rozchylając wargi.
Miała doskonały gust. Jej bluzka z prawdziwego jedwabiu była idealnie skrojona, a rozpięte górne dwa guziki ukazywały rowek między piersiami. W ciemnej zieleni było jej bardzo do twarzy. Worth poczuł żar w dole brzucha, kiedy dziewczyna wzięła swojego drinka, przeszła naokoło baru i siadła na wolnym miejscu obok niego ze wzrokiem utkwionym w holotanku.
– Wybrałeś dobre miejsce. Lepiej stąd widać ławkę Zurychu. Mogę się przysiąść?
– Zapraszam. – Wskazał jej prawie pustą szklankę. – Guinness?
To na pewno jest naturalna cera. Delikatny aromat jej perfum był niemal bolesny.
Uśmiechnęła się i kiwnęła z roztargnieniem głową, ze wzrokiem wbitym w holotank.
Worth przywołał kelnera i wskazał jej szklankę. Chwilę później przyniesiono nowego guinnessa. Mężczyzna wcisnął kelnerowi do ręki pieniądze za drinka i porządny napiwek, żeby nie stał później nad kobietą, którą miał nadzieję zabrać do domu.
– Dzięki. – Napiła się ze świeżej szklanki i oblizała pianę z górnej wargi.
– Kibicujesz Zurychowi? – spytał.
– Nie, Toronto. – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – No dobra, każdemu, kto gra z Montrealem.
Worth poczuł lekkie ukłucie niepokoju. Ta sama drużyna co moja. Podejrzany zbieg okoliczności? Czy może ostrzeżenie z biura Tira przyprawia mnie o paranoję?
Transmisję meczu przerwał blok reklamowy. Dwa małe czarno-białe hologramy w rogu tanku przedstawiały wspartego na lasce mężczyznę około sześćdziesiątki i nieco starszą kobietę na wózku. W głównej części hologramu ta sama para – młoda, sprawna i kolorowa – szła, trzymając się za ręce, przez pole żyta, w szytych na miarę polowych mundurach i z najnowszymi karabinami grawitacyjnymi w rękach.
– Masz dość starości? – spytał chłodny, ale zarazem przyjazny głos. – Praca bez przyszłości gasi ogień twojego związku? Grupa Epetar szuka wojowniczo nastawionych ludzkich kolonistów, którzy przyłączą się do wielorasowej ekspedycji mającej odzyskać świat. Wiek i stan zdrowia bez znaczenia, standardowy kontrakt...
– Cholerni odmłodzeńcy. – Jeden z klientów baru cisnął w tank orzeszkiem.
– Jestem Sarah Johnson. – Blondynka odwróciła się do Wortha i wyciągnęła rękę. Miała mocny uścisk dłoni.
– Jude Harris. Miło mi poznać drugiego fana Toronto. – Uśmiechnął się, zwalczając chęć przytrzymania jej dłoni trochę dłużej.
– Tak? Masz wobec tego świetny gust, jeśli chodzi o drużyny. Czym się zajmujesz? – spytała.
– Jestem korporacyjnym człowiekiem od kłopotów. Generalnie dużo podróżuję – odparł.
– Brzmi interesująco. Kłopoty czasem sprawiają kłopoty? – zażartowała.
– Nie, jeśli wszystko dobrze zrobię. – Jego uśmiech zbladł. – A co ty robisz, Saro?
– Jestem sekretarką w kancelarii prawniczej. – Skrzywiła się. – To niezbyt ekscytujące, ale na życie wystarcza. Mówiłeś, że podróżujesz? Musi być świetnie, wiesz, jeździć w różne miejsca.
Spojrzała na niego i upiła kolejny łyk piwa.
– Jeden hotel po drugim, nic ciekawego. Oho, znów grają. – Skupił wzrok na jej miękkiej dłoni trzymającej szklankę. – Ładne paznokcie jak na sekretarkę.
– Słucham? – Popatrzyła na swoje nieskazitelnie wymanikiurowane dłonie, jakby nie rozumiała, o czym mówi. – Aha, klawiatura. Nikt już teraz nie pisze ręcznie. Przede wszystkim oczekują, żeby wyraźnie mówić. Trzeba też dbać o porządek i pilnować detali.
– Ale trochę na pewno piszesz?
Wziął jej dłoń, spojrzał w oczy i delikatnie pocałował palce.
– No, trochę. – Uśmiechnęła się. – Cała sztuka polega na tym, żeby uderzać w klawisze tak, aby paznokcie wchodziły w odstępy między nimi.
Niespodziewanie wyrwała dłoń i wskazała tank.
– Widziałeś? Shinsecki trafił Schmidta prosto w twarz! Boże, popatrz na jego nos! O rany, sędziowie będą mieli problem, żeby ich rozdzielić.
Zakryła usta dłonią i otworzyła szeroko oczy, widząc bryzgi krwi na lodzie między dwoma walczącymi.
– Aha, chyba złamał mu nos. Musiało boleć – powiedział Worth. Patrzyli przez chwilę na bijatykę i innych graczy, którzy krążyli dookoła jak rekiny, kiedy sędziowie próbowali rozdzielić dwóch zawodników. Jeden z nich chyba przypadkowo dostał łokciem w twarz za swoje wysiłki.
– Mój Boże, czego to człowiek nie robi, żeby trochę się rozerwać? – Dziewczyna zadrżała i napiła się piwa.
– No, nie wiem. – Worth wzruszył ramionami, odwracając się do niej. – Lubię oglądać mecze, ale tak naprawdę interesuje mnie strategia i rywalizacja. A bijatyki... To chyba ciemniejsza strona natury każdego człowieka.
– Tak myślisz? – Przechyliła głowę. – Moim zdaniem cała ta agresja to raczej męska rzecz. Uważam... – Zaczerwieniła się trochę, wypijając ostatni łyk. – Uważam, że w większości kobiet tak naprawdę jest jakaś uległość. Nie chodzi mi o to, że chcę, żeby jakiś facet wlókł mnie gdzieś za włosy, czy że chciałabym przez resztę życia prać mu skarpety i gacie, ale moim zdaniem większość kobiet woli facetów, którzy... no wiesz, potrafią przejąć dowodzenie. A faceci są... no, właśnie tacy. – Wzruszyła ramionami. – Tak jak powiedziałam, to męska sprawa.
– To bardzo... spostrzegawcze. – Worth popatrzył na nią z uwagą, zaglądając jej w oczy. – Założę się, że znasz się na ludziach.
Widział pospiesznie bijące tętno na jej szyi. Oblizała wargi i znieruchomiała, jakby zmroziło ją panujące między nimi napięcie. Worth nachylił się i pocałował ją długo i wyzywająco; cofnął się dopiero wtedy, kiedy uprzytomnił sobie, że wplótł dłoń w jej włosy u nasady karku, że jego dżinsy są nieprzyjemnie napięte i że wciąż są w publicznym miejscu (a do jego ulubionych zabaw publika była zbędna). Poza tym dostał ostrzeżenie od swoich kontrolerów. Dziewczyna może być bardzo ładną przynętą. Tak czy inaczej, jeśli ktoś by go spytał, Worth zamierzał świetnie się zabawić, aby to sprawdzić.
W tanku znów rozpoczęto grę, kiedy sędziowie w końcu rozdzielili Schmidta i Schinseckiego i odesłali tego drugiego na ławkę kar. Widać było, że Zurych chce to sobie odbić na lodzie. Montreal przegrywał sześcioma punktami i wykazywał pierwsze oznaki zdenerwowania takim upokorzeniem.
Worth zauważył, że szklanka dziewczyny jest prawie pusta, zamówił więc następnego drinka. Przez pozostałą część meczu gładził ją pod barem po udzie. Kiedy Montreal przegrywał już dziewięcioma punktami, znudził się rzezią, a zainteresował bardziej osobistymi przyjemnościami.
– Mam pytanie – wydyszał, nachylając się do jej ucha. – Mówiłaś, że lubisz, jak facet przejmuje dowodzenie. Wychodzę frontowymi drzwiami. Między toaletami jest tylne wyjście. Tam jest napisane, że włącza się alarm, ale się nie włączy. Jeśli mówiłaś poważnie, zaczekaj pięć minut i wyjdź z baru tylnym wyjściem, będę tam czekał. Chcesz, żebym objął dowodzenie?
Pokiwała głową.
– Tak, chyba tak.
– Dobra, to wiesz, co masz robić. Zrób to, a ja zrobię swoje.
Wyszedł z baru, nie oglądając się. Miał nadzieję, że dziewczyna jest wystarczająco wstawiona i napalona, by zrobić to, co jej kazał. Miał na nią wielką ochotę, ale przeżył tak długo tylko dlatego, że nikt nigdy nie widział, jak wychodził z barów ze swoimi ofiarami. Nocne powietrze smakowało rześko, kiedy minął dwa inne bary i ruszył na parking; rześkość tę zakłócała ledwie zauważalna domieszka smrodu zastarzałego moczu, wymiocin i seksu, który zawsze unosi się pod popularnymi przybytkami nocnego życia. Worth czuł przypływ adrenaliny i jak zawsze zastanawiał się, czy zastawił przynętę i rozegrał wszystko tak jak trzeba. Czy dziewczyna do niego wyjdzie, czy ucieknie?
Idealnie zmieścił się w czasie. Kiedy tylko samochód zatrzymał się w zaułku, zasłonięty z jednej strony ścianą baru, z drugiej dużym kontenerem na śmieci, dziewczyna wyszła, zataczając się. Kolejny plus dla niego – lampa nad tylnym wyjściem była przepalona i widział dziewczynę tylko w świetle własnych reflektorów. Potknęła się na jakimś wyboju i otworzyła drzwi pasażera.
Z przesadną ostrożnością opuściła się na fotel jego niskiego Detroit Ravera, podczas gdy on udawał, że szuka kostki z muzyką. Jego zakończenia nerwowe skwierczały z uczucia triumfu i niecierpliwości; kiedy dziewczyna zamknęła za sobą drzwi, po plecach przebiegł mu zimny dreszcz. Karoserią zatrząsł rytm „Godzilli” Blue Oyster Cult i Worth włączył się w nocny chicagowski ruch.

* * *
Po wyjściu z windy uwolnił się z objęć wiszącej na nim blondynki i poprowadził ją do drzwi swojego loftu. Otworzył je i odczekał, żeby widok zrobił na niej odpowiednie wrażenie. Nawet przy jego dużych zarobkach niełatwo było urządzić pomieszczenie w stylu lat siedemdziesiątych, który tak lubił. Był dumny, że udało mu się zdobyć meble z czarnej skóry, szkła i chromu, których piękno podkreślał robiony na zamówienie nieskazitelnie biały dywan. Trzy ściany pokoju pokrywała boazeria z imitacji dębu – nawet dla niego prawdziwy dąb był nieosiągalny. Czwartą od sufitu do podłogi zasłaniały czarne aksamitne zasłony. Wolno stojący bar pod jedną ze ścian miał blat z czarnego lanego marmuru i szafki z takiej samej imitacji dębu jak boazeria.
Czerwone lampy lawa – oryginały, nie reprodukcje – oświetlały pomieszczenie i dodawały nieco potrzebnego koloru. Punktowe reflektorki podkreślały oryginały Dalego i Eschera. Zapach sosnowych odświeżaczy powietrza nie do końca maskował słaby odór zastarzałego potu, seksu, rdzy i skóry.
Dziewczyna zatrzymała się i rozejrzała, mrugając. Obdarzyła Wortha jednym ze swoich olśniewających uśmiechów i szybko wtuliła twarz w jego szyję, lekko drżąc. Boże, musi być naprawdę nieźle nagrzana...
– Napijesz się czegoś? Ja naleję sobie martini. – Uśmiechnął się. – Oczywiście wstrząśnięte, nie mieszane.
Podszedł do baru i zaczął zdejmować różne butelki ze szklanych półek w głębi.
– Dlaczego nie? – Zaśmiała się i rzuciła torebkę na kanapę.
Nalał i podał jej drinka.
– Zdrówko.
Upiła łyk, a potem odstawiła kieliszek na stolik ze szkła i chromu, przysunęła się do Wortha i powędrowała dłońmi w górę jego piersi. Objął ją i jego wargi przemknęły wzdłuż linii jej szczęki, by lekko skubnąć płatek ucha. Poczuł, że uginają się pod nią kolana, przeniósł więc ciężar ciała, by ją podtrzymać, a wtedy jej biodra niby nieumyślnie naparły na jego nogę. Poczuł, że w kroczu wzbiera mu żar; zanurzył twarz w jej włosach i odetchnął ich czystym, świeżym zapachem, zmieszanym z aromatem jej rozgrzanego ciała.
Palce lekko mu drżały, kiedy rozpinał jedwabną bluzkę; ostrożnie, czule przeciągał pierwsze chwile uwertury, która miała zakończyć się eksplozją furii. Łagodnie budował zaufanie, które pozwalało wciągać je wszystkie dobrowolnie w pułapkę – to był najdoskonalszy sprawdzian jego sztuki. Wsunął dłonie pod bluzkę i przesunął nimi wzdłuż jej kręgosłupa, po miękkiej, doskonałej skórze. Potarł jej policzek swoim, zadowolony, że ogolił się po południu, i pocałował ją w usta, zanurzając się głęboko w wilgotnym gorącu. Boże, mógłby utonąć w tej kobiecie.
Jej smukłe palce z tymi niesamowicie kobiecymi paznokciami bawiły się jego włosami na karku; poczuł, że zaczyna szybciej oddychać, zniecierpliwiony, że musi się powstrzymywać, by sprowokować ją do następnego ruchu. Przeciągnął bardzo delikatnie palcem w górę jej kręgosłupa, a potem chwycił ją obiema dłońmi za pośladki i mocno przyciągnął do siebie. Zadrżała.
– No to gdzie jest twój pokój? – Wtuliła się w jego szyję i lekko ugryzła go w ramię.
Zabrał jedną dłoń z pośladków dziewczyny i wplótł ją w jej włosy, lekko odchylając jej głowę do tyłu i skubiąc czubek nosa.
– Nieee. Sypialnia to banał. Chodź.
Wziął ją za rękę i poprowadził do zasłoniętej aksamitem ściany. Wcisnął jakiś przycisk i wyszczerzył zęby w uśmiechu, kiedy zasłony rozsunęły się na bok, ukazując przymocowane do ściany cztery stalowe pierścienie i dziesięciocentymetrowe siedzenie o regulowanej wysokości.
– Jak raz spróbujesz, nigdy więcej nie będziesz chciała tego robić w łóżku. To niewiarygodne. – Nie będziesz już w ogóle niczego chciała, ale to nie mój problem.
– Nie zrobisz mi krzywdy, co? – Popatrzyła na niego nerwowo.
– Nigdy w życiu. Przysięgam. – Ujął delikatnie jej twarz w dłonie i spojrzał w oczy. – To by mnie nie bawiło. Przyjemność to dla mnie sprawianie przyjemności tobie.
Oparła się na nim całym ciężarem ciała, kiedy sadzał ją na siedzeniu.
– Ups. Będzie lepiej bez dżinsów.
Z woreczka wiszącego przy podłodze wyjął parę czarnych jedwabnych szarf, potem przyklęknął na jedno kolano, by pomóc jej zdjąć spodnie i majtki. Obcałował jej biodro i wewnętrzną stronę uda.
Kiedy już wyswobodziła nogi, pogładził jej jedwabistą skórę i przywiązał ją do pierścieni. Ładne nogi. Wszystko ma ładne. Szkoda, że się zmarnuje. Rozpiął spodnie i położył dłonie na jej głowie.
– Wiesz, że nic nie możesz zrobić, co? – mruknął.
Kiwnęła głową i cicho jęknęła, kiedy ją wziął. Nie trwało to długo. Zamrugała ze zdziwienia, kiedy wycofał się i zapiął spodnie.
– Już... skończyliśmy? – Szarpnęła mocno zawiązane szarfy i skrzywiła się. – Możesz mnie rozwiązać? Zaczynają ocierać.
– Och, jeszcze nie skończyliśmy, skarbie, to był dopiero pierwszy akt. Kto cię przysłał?
Podszedł do baru i napił się martini.
– Co? Nikt. To jakaś gra? Nie jestem dobra w grach.
– Tak, jasne. – Uśmiechnął się. – A więc jak się nazywasz, skarbie? – Podszedł szybko z powrotem do ściany. – Kto cię przysłał!? – wrzasnął jej do ucha.
– Au! – Szarpnęła mocniej więzy. – Wcale mi się to nie podoba. Chcę iść do domu. Rozwiąż mnie, do cholery!
– Przykro mi, skarbie. – Klepnął przycisk. – Albo mi powiesz, kto cię przysłał i jak naprawdę się nazywasz, albo akt drugi będzie bardzo przyjemny dla mnie i nieprzyjemny dla ciebie. Chyba że lubisz takie rzeczy. – Jego głos brzmiał dziwnie głucho. – Kto cię przysłał?
– Jestem... Jestem Sarah Eileen Johnson – wyjąkała; jej oczy były dwa razy większe niż normalnie. – Jestem sekretarką w Sinclair i Burke. Nikt mnie nie przysłał, przysięgam na Boga. Au! Proszę, wypuść mnie. Jeśli mnie wypuścisz, obiecuję, że nigdy nikomu nic nie powiem. Proszę. Proszę, wypuść mnie!
Zamrugała raptownie, zdziwiona zmienionym brzmieniem własnego głosu.
– Nie mogę tego zrobić, skarbie. – Znów podszedł do baru i napił się. – To by było dla mnie niebezpieczne, a ja bardzo cenię sobie własne życie. Ty najwyraźniej nie. Och, zauważyłaś, jak śmiesznie mówimy? To drobny efekt uboczny elektronicznego wygłuszania. Kneble i przesłuchiwanie nie za bardzo idą w parze. Więc krzycz ile chcesz, proszę bardzo. Pewnie już słyszałaś, jak działa taki system. Mówiłaś, że kto cię przysłał?
– Nikt! Boże, przepraszam. Nie wiem, za kogo mnie bierzesz, jestem zwykłą sekretarką i nie wiem, czego chcesz! Proszę, proszę, nie rób mi krzywdy.
– W porządku, skarbie, wygląda na to, że musimy to rozegrać na ostro. Fajowo. – Podszedł do stolika i wziął telefon. – Sam? Możesz tu podejść na górę? Może mi się przydać zawodowiec. Masz trochę... bardziej beznamiętne podejście. Dobra. Jasne, mogę zacząć sam. Tak, zostawię trochę dla ciebie.
– O mój Boże, proszę, nie rób mi krzywdy! Proszę!
– Zobaczmy... – Podszedł do baru i otworzył szafkę. – Bykowiec, nahajka, kij bejsbolowy, poganiacz bydła, lancety... – Spojrzał na nią i uniósł brew. – Co wolisz? – Skrzywił się. – Och, byłbym zapomniał. Nie uwierzyłabyś, ile musiałem się narobić, żeby doczyścić dywany po ostatnim razie.
Podszedł do szafy i wyjął duży kawał folii, który następnie rozłożył pod jej nogami.
– Wiesz, że spulchniacz do mięsa usuwa plamy krwi? Pewnie wiesz, w końcu jesteś dziewczyną.
– O Boże, o Boże, o Boże. Wypuść mnie, a ja już nigdy nic takiego nie zrobię. O Boże. Proszę pana, nie jestem tym, o kogo panu chodzi, niech mi pan nie robi krzywdy.
– Hmmm. Uwielbiam skórę. – Wziął bicz i podszedł bliżej. – Kto cię przysłał, skarbie?
– Jestem sekretarką!
Stłumione przez system elektroniczny wrzaski spłynęły na Wortha jak ambrozja. Nieważne, ile razy to się powtarza – nigdy nie można stracić na to ochoty. W końcu zauważył mrugające czerwone światełko, podszedł więc do drzwi i otworzył.
Przysadzisty, łysiejący mężczyzna z pudełkiem pizzy wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Postawił pudełko na barze, otworzył je i zerknął na kobietę wiszącą bezwładnie na pierścieniach.
– O rany, Worth, niewiele roboty zostawiłeś dla mnie. Dobrze, że przynajmniej ma jeszcze zęby. Stary, stałem tam i waliłem w dzwonek z dziesięć minut!
– Wiesz, że nic nie słyszę, kiedy mam włączony system.
Sam poszedł do kuchni i przyniósł trzy piwa.
– Chcesz jedno?
– Nie. Trzymam je dla ciebie, stary.
Niższy mężczyzna wzruszył ramionami i ugryzł kawałek pizzy, a potem z piwem w ręku podszedł do ściany, gdzie czekały na niego rozłożone na półce skalpele.
– Miałeś przynajmniej dość rozumu, żeby zostawić to mnie. Widać tę podejrzewasz bardziej niż poprzednie.
– Może na starość robię się bardziej ostrożny. – Worth wzruszył ramionami i zmieszał sobie martini.
Oprawca zachichotał i wylał pół puszki piwa na głowę blondynki. Pokiwał głową, kiedy się zakrztusiła.
– Oczywiście dla panienki to zła wiadomość. Droga pani, z przykrością stwierdzam, że rola mojego przyjaciela dobiegła końca. Worth jest w swojej robocie prawdziwym zawodowcem, ale nie jest mną. Naprawdę, powinna pani oszczędzić sobie bólu i odpowiedzieć na moje pytania teraz, a nie potem. – Podniósł mały skalpel i spojrzał na nią zimnym wzrokiem. – Jak się nazywasz? Imię i nazwisko.
– Sarah Eileen Johnson – wyszeptała słabo kobieta.
Sam spojrzał na Wortha; ten pokręcił głową i podał mu małą torebkę. Oprawca wyciągnął jej zmiętoszoną już zawartość i zaczął przeglądać.
– Prawo jazdy, dwie karty kredytowe, wizytówka Sinclaira i Burke’a, adwokatów, kilka paragonów, różne wizytówki, trochę gotówki, książeczka czekowa, kosmetyki, drobne... Wszystko używane. Dobre papiery. Zawodowa robota. – Westchnął i odłożył skalpel, a potem podszedł do szafki pod barem i wyjął małą torebkę. Wyciągnął ze środka igłę i buteleczkę. – Zawsze lubię zaczynać od pentatolu sodu, ale później jestem trochę staroświecki.
Sprawnie zrobił jej zastrzyk i położył strzykawkę obok skalpeli, potem spojrzał na zegarek.
– Dobra, jak się nazywasz?
– Jestem... Jestem Sarah Eileen Johnson. Dlaczego mi to robicie?
– Hmmm. Interesujące. – Wyjął z kieszeni małą latarkę i zajrzał w jej oczy. – Wyjaśnisz mi, dlaczego jesteś odporna na pentatol sodu?
– Mó... Mówiłam – wyjąkała – że jestem sekretarką w kancelarii i zajmuję się poufnymi aktami. Trzeba... Trzeba mieć zrobiony zabieg i pismo od lekarza, inaczej nie zatrudnią.
– Tak? – Sam wyjął kolejną buteleczkę i świeżą igłę. – Spróbujmy jeszcze jednej.
Po pięciu buteleczkach uśmiechnął się pod nosem.
– Niezłe zabezpieczenia jak na sekretarkę.
– To... firmy ubezpieczeniowe. To paranoicy. Ja... Ja... Proszę, nie róbcie mi już nic złego. Jestem tylko sekretarką. Nic nie wiem! – zawyła rozpaczliwie.
– Teraz chyba weźmiemy się za trzonowce. Kim jesteś?
– A kim mam być?! – wrzasnęła. – Będę, kim chcecie – załkała. – Proszę, proszę...
– A więc kim jesteś? – spytał Sam, kiedy się uspokoiła.
– Jestem sekretarką! Zwykłą sekretarką. – Zaczęła szlochać.
Dwie godziny później Sam ściągnął gumowe rękawiczki i spojrzał na Wortha.
– Naprawdę, więcej nie ma sensu. Co chwila mówi coś innego i żadna z tych historii nie trzyma się kupy. – Poszedł do kuchni i wrócił z tekturowym talerzykiem. – Coraz trudniej ją ocucić. – Wzruszył ramionami. – Możemy bawić się tak całą noc, ale naprawdę nie ma po co.
Położył zimny kawałek pizzy na talerzyku, zaniósł go do mikrofalówki i wrócił do Wortha, który patrzył skrzywiony na zakrwawione, na wpół martwe ciało i splątaną masę jasnych włosów.
– Moim zdaniem jako zawodowca, to coś – wskazał kawałkiem pizzy – to sekretarka.
– Cholera. Starczyłaby na cały weekend. Chyba trzeba ją odciąć, a potem się zastanowimy, gdzie się jej pozbyć.
– Jest piątek. – Worth wyjął buteleczkę rozcieńczalnika i rozpoczął żmudne zmywanie krwi z biczów. – Może facet, który prowadzi spalarnię na Oak Street i sprzedaje prochy GalTechu, zgodzi się przyjść za kilkaset dawek provigilu-C.
Rzucił zakrwawiony papierowy ręcznik do kosza i wziął następny, obserwując kątem oka, jak Sam odcina dziewczynę, a ta pada na folię.
Zanim dotarło do niego, że ciało wykonało dziwnie skoordynowany przysiad, dziewczyna wystrzeliła do góry, wyprowadziła kopnięcie z półobrotu i trafiła oprawcę pod ucho. Mężczyzna runął na ziemię jak marionetka, której odcięto sznurki, a wtedy odbiła się od jego brzucha i wylądowała przed Worthem. Zatrzymała się na ułamek chwili; tylko tyle potrzebowała, by trafić go bocznym kopnięciem w splot słoneczny. Siła ciosu rzuciła Wortha na drzwi szafy; uderzył o nie głową i osunął się na podłogę, z trudem łapiąc oddech.
– Kim... Kim jesteś?
Ostatnią rzeczą, jaką Charles Worth zobaczył, był ogień z pistoletu jego zmarłego kolegi, który niedoszła ofiara trzymała w wyciągniętych rękach.

* * *
– Jestem kimś, kto nie kłapie jadaczką, kiedy zabija. – Podeszła do ciała i przekrzywiła głowę, przyglądając mu się z uwagą, a potem na nie napluła. – Nazywam się Cally O’Neal, a to jest za to, że próbowałeś mnie zabić, kiedy miałam osiem lat.
Drzwi otworzyły się z trzaskiem i wpadło trzech obwieszonych bronią mężczyzn w czarnych pancerzach osobistych.
– Spóźniłeś się, dziadku – warknęła dziewczyna.
– Straszne korki. – Szpica sekcji ściągnął maskę i przeczesał dłonią ogniście rude włosy, odruchowo wsuwając pod policzek grudkę tytoniu Red Man. Był średniego wzrostu, potężnej, zwalistej budowy; długie ręce nadawały mu wyglądu goryla. Wyglądał na dwadzieścia lat, ale coś w jego sposobie poruszania i spojrzeniu sugerowało nabyte z wiekiem doświadczenie.
– Trzy godziny? – spytała z niedowierzaniem Cally, lekko skręcając nagie ciało, jakby naciągała nadwerężony mięsień. Spojrzała na swoje powyrywane paznokcie. – Lepiej, żeby to był jakiś karambol. Miałam być przynętą, a nie wykonawcą, do cholery!
– Cześć, Cally. – Tommy Sunday ściągnął kominiarkę i skrzywił się. – Ciężki dzień w biurze, co?
Mężczyzna był olbrzymem, szerokim w barach i potężnie umięśnionym, o jasnozielonych oczach i twarzy gwiazdora filmowego.
– Tak, wredne były te akta – odparła. – Słucham.
– Zakłócacz – powiedział, wzruszając ramionami – czy coś w tym rodzaju. Wysłał nas w maliny, szukaliśmy cię w całym Chicago. Przepraszam, że to tak długo trwało. Cieszę się, że ci się udało.
– Co u Wendy? – Cally przeszła na drugą stronę baru i podniosła swoje dżinsy.
– Znów w ciąży.
– Czy wy nic innego nie robicie? – Mechanicznie założyła spodnie, potrząsając głową.
– Widuję ją raz na parę miesięcy, więc odpowiedź brzmi „nie”.
Czwarty członek zespołu rozejrzał się po pokoju w pozycji jakby wziętej z podręcznika, a potem podszedł do zwłok i trącił je nogą.
– To naprawdę on? – spytał.
– Nie wiem. – Cally wzruszyła ramionami. – Rzuć próbnik.
Zręcznie chwyciła urządzenie i uklękła obok trupa, po czym wbiła igłę w mniej więcej nienaruszone miejsce na skroni. Spojrzała na czytnik i kiwnęła głową.
– DNA mózgu nigdy nie kłamie. To on.
– Ekipa sprzątająca w pierwszą alejkę – zażartował Tommy, odsuwając się na bok, by przepuścić kilka milczących postaci w bieli, które zaczęły drobiazgowo sprzątać salon. Zdjął czarną kurtkę i białą koszulkę spod spodu i podał ją Cally. Jego wzrok zatrzymał się na chwilę na plamie krwi wsiąkającej w biały puszysty dywan.
– Ból to słabość opuszczająca ciało. – Wciągnęła koszulkę przez głowę. – To nic, wszystko wyleczy wycieczka do bloku. Możesz wyciągnąć piszczka z jego wozu? Fotel pasażera, od strony drzwi.
Zaczekała, aż ekipa sprzątająca wyniesie pierwsze zwłoki, po czym sama ruszyła za nimi.
– Dzięki. Do zobaczenia w samochodzie.
– Briefing pooperacyjny będzie... interesujący. – Tommy założył z powrotem kurtkę i poszedł za Cally.

* * *
O’Neal zauważył, że jeden z członków oddziału stoi jak wryty i patrzy na rozchlapany mózg i płyny ustrojowe w miejscu, gdzie przed chwilą leżało ciało Wortha.
– Jakiś problem, Jay? – Splunął na drugie ciało zamiast na podłogę, żeby sprzątacze mieli mniej roboty.
– Dosłownie rozwaliła mu mózg. – Komandos pokręcił głową. – A do tego przejęła się tym nie bardziej niż złamanym paznokciem.
Starszy mężczyzna podniósł rękę, powstrzymując sprzątaczy od zabrania drugich zwłok. Obejrzał je pobieżnie – zauważył odbarwienie na linii szczęki – a potem wrzucił próbkę mózgu do pojemnika.
– To mi wygląda na czyste trafienie w jeden z czułych punktów. Trudno powiedzieć, czy to było kopnięcie, czy uderzenie ręką.
Potem przeszedł na drugą stronę salonu, by podnieść leżące tam pantofle na wysokim obcasie i torebkę.
– Cally jest twórcza – powiedział. – Twórczo brutalna.
– Szkoda, że nie zdążyliśmy wcześniej. – Młodszy agent pokręcił głową, wciąż przyglądając się plamom na dywanie. – Ale kiedy ma się gościa, który wymknął się trzem poprzednim próbom, niszcząc przynęty... Po prostu... nic nie mogliśmy poradzić.
– Dobra, zobaczmy, co my tu mamy. – O’Neal pobieżnie obejrzał pomieszczenie, szukając elektroniki, a potem podał cyberpunkowi czytnik i kilka pojemników. – To twoja działka, Jay. Pewnie to nic przydatnego, ale kto wie.
Wyszedł na korytarz i ruszył w kierunku schodów, zostawiając drugiego agenta samego. Nieważne, ile czasu minęło, wspinanie się na schody tak, żeby nie trzeszczały, chyba nigdy nie straci swojego uroku.
– Będzie wściekła – powiedział Tommy, schodząc za nim na dół.
– W porządku – odparł Papa O’Neal. – Znam jej słabości.

* * *
Cally weszła do przyjemnie chłodnego mieszkania i stanęła jak wryta: każdy centymetr kwadratowy powierzchni był zastawiony kwiatami i pudełkami czekoladek. Były tam irysy, róże, niezapominajki i... i różne inne, których nawet nie umiała nazwać. Zrzuciła pantofle z nóg i podeszła do jednej z bombonierek, chrząknąwszy na widok marki. Powiedzmy, że były to „bardzo drogie” czekoladki.
– Nie można mnie przekupić, nie można mnie złamać – mruknęła, wyciągając czekoladkę i nadgryzając ją. – Zazwyczaj. – Zmrużyła oczy, patrząc na kwiaty. Ugryzła jeszcze kawałek i zmarszczyła brew. – Najczęściej.
Przeszła przez pokój, pogryzając czekoladkę i rozkoszując się uczuciem, że stąpa po miękkim dywanie całymi, zdrowymi palcami, a potem weszła do kuchni i nalała sobie margaritę z lodówki. Wracając do sypialni, wrzuciła do ust kolejną czekoladkę; skrzywiła się, czując smak malin. Zatrzymała się przy vidzie, wybrała kostkę i ustawiła audio na Tori Amos.
– Hip hip, hura, niech żyje muzyka do spania – mruknęła.
W sypialni świeżo wyczyszczona wieczorowa torebka powędrowała do górnej szuflady komody, dołączając do kilkunastu innych. Portmonetka bez gotówki spoczęła w szufladzie na dole, zabezpieczonej czytnikiem linii papilarnych i pułapką, wraz z kilkudziesięcioma innymi. Sarah Johnson z Chicago nie została spalona i mogła jeszcze kiedyś się przydać.
Nowa koszulka i bardzo dokładnie uprane dżinsy zostały powieszone w szafie na wieszakach. Bielizna, także nowa, trafiła do kosza na brudy. Cally podeszła do potrójnego, wysokiego na całą ścianę lustra i obejrzała się z przodu i z tyłu. Żadnych blizn, żadnych śladów. Ale nigdy nie ma. Nachyliła się do lustra i przyjrzała oczom, znów jej własnym, błękitnym. Wyszczerzyła zęby i obejrzała je ze wszystkich stron – jak zwykle doskonałe. Ani śladu, choćby najdrobniejszego, że coś było uszkodzone.
Weszła do łazienki, wyjęła z szafki czysty ręcznik, wróciła do sypialni i położyła go na nocnym stoliku.
Miała nadzieję, że ostatnim zadaniem zarobiła przynajmniej na dwa dni odpoczynku.
Za pomocą pada przy łóżku ściszyła muzykę do przyjemnego mruczenia w tle i ustawiła odtwarzanie na losowy wybór piosenek przez całą noc. Kolejne dotknięcie pada włączyło aktywne systemy zabezpieczeń. Cally przewróciła się na bok, przytuliła do poduszki – zupełnie jak dziecko do pluszowego misia – i zasnęła.
Tybet. Przed wojną jej wzrost wyróżniałby ją w tłumie. Po wojnie, kiedy wszędzie tam, gdzie wciąż byli jacyś ludzie, było pełno Amerykanów, wyglądała pospolicie z mysimi, krótko przystrzyżonymi włosami i w czerwonej kurtce. A teraz w domu, w zaciemnionej sypialni. Dawny wysoki urzędnik partii, który przyspieszył pierwszy najazd Posleenów o dwa tygodnie, wygrywając dla siebie dwadzieścia lat. Jedno z jego dzieci piszczało w innym pokoju do telewizora. Garoty w ogóle nie było słychać.
Irlandia. Amerykański urzędnik na wakacjach. Wydaje się, że turystyka nigdy nie umiera. Żadnych świadków, jest cały na czarno. Gracz? Jego kark tak łatwo pęka, a on przekręca się, pada, i pojawia się biel. Miało nie być bieli. Skąd on się tu wziął? Boże, nie. Nie.
Czerwone światło, w powietrzu zapach kadzidła i książek. Krząta się po sanktuarium. Jest spokojny dzień. Ojcze, wysłuchasz mojej spowiedzi? Tak, tam, przez drzwi. Co? Na zewnątrz. Pada śnieg. Drzwi są zamknięte. Nie można wejść. Ciągle to samo. Nie można wejść z powrotem do środka.
Floryda. Pływam z delfinami. Mama jest ze mną. Jest ze mnie dumna. Woda jest chłodna, a słońce grzeje. Głupi, śmieszny Herman. Wieczorem będzie ciasto z limetkami i przytulanki z tatą przed snem.
Obudziła się z uśmiechem i odruchowo wyłączyła zabezpieczenia, sięgając po ręcznik, by wytrzeć twarz. Od trzydziestu lat budzę się z twarzą zlaną potem. Ale sypiam jak dziecko, dzięki Bogu. Uwielbiam mieszkać nad morzem. Wstała, podeszła do komody i otworzyła dolną szufladę.
– No to kim chcę dzisiaj być? Nie Sarą. Zobaczmy... Miejscowa, zabawowa, nie można jej nazwać inteligentną, ale i nie jest głupia... Pamela. Opalona, doskonałe paznokcie. Manicure, pedicure, popołudnie poważnych zakupów, potem wieczorne wyjście. – Spojrzała w swoje odbicie w lustrze. – Tak, Pamela.
Wyjęła z komody różową skórzaną portmonetkę, a potem sięgnęła po stanik i majtki ze srebrnoszarej koronki. Wzięła prysznic i umyła włosy, dodając odrobinę ciemniejszej farby – Pamela nie była naturalną blondynką. Potem wyjęła buteleczkę olejku i uważnie nałożyła go na ciało, spłukała i sprawdziła rezultaty. Jak zwykle żadnych smug, żadnych plam i żadnych zmarszczek od słońca.
Stanęła przed szafą, przez chwilę wczuwając się w rolę.
– Pamela. Sprytna, wyluzowana. Lubi róże i szarości.
Położyła na łóżku różową bluzkę z dekoltem w serek, szare spodnie rybaczki i brezentową torbę plażową, potem wyjęła z szafy brązowe klapki.
– Zegarek? Tak, analogowy, z brązowym paskiem.
Kiedy już się ubrała, poszła poszukać czegoś na śniadanie – Pamela lubi grejpfruty – ale po drodze do kuchni zatrzymała się w salonie i odłożyła na miejsce buty Sary.
Po śniadaniu pojechała do centrum handlowego. W New Charleston było na razie tylko jedno, zawsze zatłoczone. Dawni mieszkańcy podmieść, którzy przyzwyczajali się do życia z powrotem na powierzchni, czuli się w nim jak w domu; nawet nastoletni mieszkańcy Charleston doceniali zalety klimatyzacji. Salon kosmetyczny „Low Country – Paznokcie i Spa” znajdował się na niższym poziomie, blisko jednego końca galerii. Cally weszła tam z uśmiechem, od razu kierując się w stronę kędzierzawej brunetki krzątającej się za ladą.
– Jeannie?
– Pamela! – Dziewczyna powitała ją promiennym uśmiechem. – Gdzie się chowałaś, dziewczyno, minęły całe tygodnie!
– Byłam u mamy i siostry w podmieściu Kair. Mówię ci, jak się cieszę, że znów widzę światło dzienne! Masz czas na cały zestaw? Muszę sobie zrobić dłonie i stopy, a za twoją maseczkę z ogórków oddałabym chyba życie.
– Jakim cudem udało ci się tak opalić w podmieściu? – Dziewczyna wyszła zza lady i delikatnie poprowadziła ją do małego stolika, na którym leżały jej narzędzia pracy. – Musiałaś chyba co drugi dzień chodzić do solarium.
– Żebyś wiedziała. Czy ten arbuzowy róż pasuje do mojej cery, czy może dzisiaj powinnam pójść bardziej w lila?
– Hmmm. Popatrzmy... – Jeannie przyłożyła dwie buteleczki lakieru do paznokci do dłoni Cally. – Myślę, że możesz wziąć arbuzowy. W nastroju do zabawy?
– W nastroju do poważnej zabawy. – Cally uśmiechnęła się figlarnie. – W podmieściu czułam się jak żywcem pogrzebana.
– Tam zawsze tak jest. – Jeannie cicho syknęła. – Koleżanko, masz o wiele za dużo stresu i źle się odżywiasz. – Podniosła palec Cally ze świeżo przyciętą skórką. – Popatrz na te krawędzie. Ale to mnie nie dziwi. Rodzina potrafi najgorzej zestresować, a pod ziemią wciąż nie mają dobrego jedzenia. Nie tak jak tutaj.
– Na pewno. Tam nie podają potrawki z samic kraba.
– Owoce morza są dobre, ale musisz jeść świeże warzywa, bo za szybko się zestarzejesz. I pij dużo wody. Daj mi chwilę. – Wyszła na zaplecze i wróciła z dwiema szklankami i dzbankiem wody z lodem. – Proszę. Destylowana i remineralizowana. Najlepsza woda po tej stronie Gór Błękitnych.
Siedem godzin później Cally schowała do szafy dwa nowe kostiumy i parę butów, uczesała się, założyła kolczyki ze słodkowodnymi perłami i ruszyła na spotkanie pubowego gwaru, porządnej muzyki i wszelkich rozrywek, jakich uda jej się zażyć. To jedna z zalet miasta nad morzem. Nawet po wojnie z Posleenami coś tu jest. Na Pappas Street przy El Cid zawsze znajdzie się jakąś rozrywkę.
Co dziwne, Charleston podczas wojny niewiele ucierpiał. Miasto zostało szybko ewakuowane, więc z posleeńskiego punktu widzenia nie było tu nic do jedzenia. Wiele zabytkowych budynków pozostało całkowicie nienaruszonych, wśród nich wiekowa szkoła wojskowa. Niedawno obchodziła trzydziestą piątą rocznicę ponownego otwarcia jako uniwersytet i akademia przyszłych oficerów Sił Uderzeniowych Floty. Chociaż w powojennym świecie ukończenie akademii nie gwarantowało oficerskiej nominacji, dawało wiele innych możliwości; przyjęcie do niej było wysoko cenione przez młodych mężczyzn jako możliwość ucieczki z zatłoczonych podmieść.
Tam, gdzie byli młodzi mężczyźni, były bary i muzyka, nie było za to ludzi, których Cally musiałaby zabić. Zazwyczaj. Tak czy inaczej, było to dobre miejsce, żeby się rozerwać.



Dodano: 2007-07-09 16:38:40
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Kulawego szermierza"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS