NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Fedyk, Karolina - "Skrzydła"

Corey, James S.A. - "Gry Nemezis"

Ukazały się

Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"


 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Funke, Cornelia, del Toro, Guillermo - "Labirynt fauna"

 antologia - "Jednookie walety"

Linki

Horowitz, Anthony - "Mroczna gwiazda"
Wydawnictwo: Znak
Cykl: Horowitz, Anthony - "Księga Pięciorga"
Tytuł oryginału: Evil Star
Tłumaczenie: Beata Śmietana
Data wydania: Czerwiec 2007
Wydanie: pierwsze
ISBN: 978-83-240-0848-3
Oprawa: miękka
Format: 130 x 195 mm
Liczba stron: 312
Cena: 28 zł
Tom cyklu: 2



Horowitz, Anthony - "Mroczna gwiazda"

Koło Fortuny

Z domem przy Eastfield Terrace działo się coś złego. Coś bardzo złego. Wszystkie domy przy tej ulicy były niemal identyczne. Zbudowano je z czerwonej cegły jeszcze w epoce wiktoriańskiej. Miały po dwie sypialnie na piętrze i wykusze po lewej lub po prawej stronie drzwi wejściowych. Niektóre z nich zdobiły teraz talerze anten satelitarnych, inne miały w oknach skrzynki pełne różnobarwnych kwiatów. Lecz spoglądając ze szczytu wzgórza na szereg domów otaczających kościół świętego Patryka w stronę stacji benzynowej Esso i sklepu całodobowego, można było zauważyć, że jeden z domów zdecydowanie odróżnia się od reszty. Numer dwadzieścia siedem nie pasował do innych. Zupełnie jakby zaraził się jakąś chorobą i należało poddać go kwarantannie. Przylegający do niego ogród dosłownie zawalony był odpadkami. Jak można się było spodziewać, ze stojącego obok wejścia pojemnika na kółkach też wysypywał się nadmiar śmieci. Otaczały go czarne worki, których właściciele kosza nie byli już w stanie wepchnąć do środka. Jednak przy Eastfield Terrace coś takiego było na porządku dziennym. Nie było też nic niezwykłego w tym, że frontowych okien domu nigdy nie odsłaniano i o ile mogli to stwierdzić sąsiedzi, nigdy nie włączano tam światła. Od innych domów odróżniał go panujący wokół nieznośny fetor. Najpierw wydawało się, że nieokreślony odór pochodzi z zatkanej rury ściekowej. Stopniowo jednak stawał się coraz silniejszy, aż ludzie zaczęli przechodzić na drugą stronę ulicy, starając się go uniknąć. Cokolwiek było jego przyczyną, sprawiało, że obejmował całą posesję. Trawa w ogródku zaczęła wysychać, kwiaty więdły, aż wreszcie zagłuszyły je chwasty. Nawet cegły w murze dziwnie przyblakły.
Sąsiedzi próbowali jakoś temu zaradzić. Pukali do drzwi, ale nikt nie otwierał. Telefonowali, ale nikt nie podnosił słuchawki. Na koniec złożyli oficjalną skargę w radzie miejskiej w centrum administracyjnym Ipswich, lecz oczywiście minie wiele tygodni, zanim podjęte zostaną jakiekolwiek działania. Poza tym dom z pewnością nie był pusty, bo co jakiś czas zza firanek widać było spacerującą tam i z powrotem sylwetkę jego właścicielki, Gwendy Davis. Raz – ponad tydzień temu – widziano, jak szybkim krokiem wracała ze sklepu do domu. Istniał jeszcze jeden dowód na to, że pod numerem dwadzieścia siedem mieszkała jednak jakaś żywa istota: włączony co wieczór telewizor.
Cała ulica doskonale znała Gwendę Davis.
Przemieszkała tam sporą część swojego dorosłego życia. Z początku samotnie, a potem z Brianem Conranem, który pracował kiedyś dorywczo jako mleczarz. Prawdziwą lawinę plotek wśród sąsiadów wywołało jednak to, że sześć lat te-mu z niewyjaśnionych powodów adoptowała ośmioletniego chłopca i przywiozła go ze sobą do domu. Wszyscy zgadzali się co do tego, że Gwenda i Brian nie należeli do idealnych rodziców. On pił. Oboje kłócili się. Miejscowa plotka głosiła, że prawie nie znali chłopca, którego biologiczni rodzice zginęli w wypadku samochodowym.
Nikt się więc specjalnie nie zdziwił, kiedy doszło do katastrofy. Tak naprawdę, chłopiec był najmniej winny. Matthew Freeman dał się poznać jako dość sympatyczne dziecko, co do tego wszyscy się zgadzali, ale niemal od chwili, kiedy przybył na Eastfield Terrace, zaczął sprawiać kłopoty. Opuszczał szkołę, wpadł w złe towarzystwo. Popełnił całe mnóstwo drobnych wykroczeń, więc trudno się dziwić, że w końcu w jego życie wkroczyła policja. Na koniec miał miejsce napad na miejscową hurtownię elektroniczną w pobliżu dworca kolejowego. Pracownik ochrony ledwo przeżył, a Matta wyprowadzono z hurtowni z rękami umazanymi krwią. Po tym wszystkim oddano chłopaka kolejnym przybranym rodzicom: znaleziono mu nową matkę, gdzieś w Yorkshire. I dobrze mu tak, chuliganowi. Taka opinia na ten temat się ustaliła.
Wydarzenia te miały miejsce mniej więcej trzy miesiące temu. Od tego czasu Gwenda wychodziła z domu coraz rzadziej, nie wspominając o Brianie, którego nikt nie widział na oczy od wielu tygodni. Dom podupadał coraz bardziej. Sąsiedzi stwierdzili wreszcie, że trzeba coś z tym zrobić.
Był pierwszy tydzień czerwca. Dochodziła godzina wpół do ósmej wieczorem. Dni robiły się coraz dłuższe, ciągnąc się w nieskończoność. Mieszkańcy szeregówek przy Eastfield Terrace źle znosili upały. Czuli się zmęczeni gorącem. Łatwo się irytowali, a z domu Gwendy Davis dochodził tak okropny smród, że ledwo można było wytrzymać.
Gwenda krzątała się w kuchni, przygotowując sobie kolację. Nigdy nie zaliczała się do atrakcyjnych kobiet. Niska, zaniedbana, z mętnymi oczami i ściągniętymi ustami, na których nigdy nie pojawiał się uśmiech. Jednak przez tych kilka tygodni od wyjazdu Matta zapuściła się jeszcze bardziej. Włosy, od zawsze w nieładzie, teraz były potargane. Nosiła sukienkę w kwiatki i rozpinany sweter, który, podobnie jak ona, dawno nie miał do czynienia z wodą. Wisiał na niej prawie zupełnie bezkształtny. Pojawił się też nerwowy tik: ciągle zacierała dłonie, jakby bez przerwy było jej zimno albo jakby czegoś się obawiała.
– Zrobić ci coś na kolację? – zawołała cienkim, jękliwym głosem.
Brian czekał na nią w salonie, lecz wiedziała, że nic nie zje. Wolała, kiedy miał tę swoją pracę w mleczarni, ale zwolniono go po kłótni z jednym ze zwierzchników. Wydarzyło się to tuż po zabraniu Matta przez policję. Na dodatek teraz zupełnie stracił apetyt.
Gwenda spojrzała na zegarek. Zbliżało się Koło Fortuny, jej ulubiony cotygodniowy teleturniej. Dzięki antenie satelitarnej mogła oglądać go co wieczór, ale czwartki były dla niej dniem szczególnym, bo nadawano wtedy nowe odcinki, a nie powtórki.
Uzależniła się od tego programu. Uwielbiała jasne światła reflektorów w studio, niespodziewane nagrody, uczestników, którzy mogli wygrać nawet milion funtów, jeżeli właściwie odpowiedzą na pytania i ośmielą się zakręcić kołem. Jednak najbardziej lubiła prezent era, Reksa McKennę, jego trwałą opaleniznę, żarty i wspaniały uśmiech równych białych zębów. Rex dobiegał pięćdziesiątki, ale włosy nadal miał czarne jak smoła. Oczy mu błyszczały, chodził sprężystym krokiem, który ujmował mu lat. Od zawsze kojarzyła go z tym teleturniejem. Chociaż prowadził jeszcze dwa inne programy tego rodzaju i turniej taneczny w BBC, Gwendzie najbardziej podobał się w Kole Fortuny.
– Zaczęło się już? – zawołała z kuchni.
Brian nie odpowiedział. Ostatnio nie odzywał się zbyt często.
Sięgnęła do szafki i wyjęła puszkę fasoli w sosie pomidorowym. Trudno było to nazwać ucztą, ale minęło sporo cza-su, odkąd którekolwiek z nich zarobiło choćby pensa. Przędli bardzo cienko. Rozejrzała się po kuchni w poszukiwaniu czystego talerza, ale nie zauważyła ani jednego. Na wszystkich blatach piętrzyły się brudne naczynia, a ze zlewu wyrastała wieża brudnych talerzy i misek. Gwenda postanowiła, że zje fasolę prosto z puszki. Zanurzyła dłoń w brudnej wodzie, skąd jakoś udało jej się wyłowić widelec. Wytarła zatłuszczone palce o sukienkę i pobiegła do salonu.
W salonie od dawna nie włączała lamp, ale poświata z ekranu telewizora pokazywała jej drogę. Wydobywała też z mroku panujący w pokoju bałagan. Dywan zakrywała warstwa porozrzucanych starych gazet, przepełnione popielniczki, sterty brudnych talerzy, stare skarpety i bielizna. Brian siedział na sofie, która wyglądała na brzydką i używaną już w chwili, gdy opuszczała sklep. Nylonową narzutę zdobiła wielka plama. Nie zwracając na nią uwagi, Gwenda usiadła obok Briana.
Smród, mocno wyczuwalny w całym domu, tutaj był chyba najgorszy. Na to też nie zwracała uwagi.
Miała wrażenie, że odkąd Matt wyjechał, jej życie zeszło zupełnie na psy. Niezupełnie wiedziała dlaczego. Nie, nie, wcale nie przepadała za chłopcem. Wręcz przeciwnie, zawsze wiedziała, że siedzi w nim coś dziwnego. Czy nie śniło mu się, że rodzice zginą w wypadku? Wzięła go do siebie tylko dlatego, że Brian ją przekonał. Jakżeby inaczej, chciał położyć łapę na forsie, którą zostawili rodzice Matta. Szkoda, że rozeszła się tak szybko. Potem chłopaka aresztowała policja, a jej zostały tylko wyrzuty sumienia.
A przecież nie było w tym ani krzty jej winy. Dbała o chłopaka, jak mogła. Nigdy nie zapomni spojrzeń policjantów. Zupełnie jakby to ona popełniła przestępstwo. Teraz żałowała, że przyjęła Matta do siebie. Zmarnował jej życie.
– A teraz w naszym programie nadszedł czas na uśmiech szczęścia. Czas zakręcić kołem Fortuny!
Gwenda usadowiła się wygodnie, gdy zaczęła się melodia – motyw przewodni programu. Ekran wypełniły wirujące banknoty pięćdziesięciofuntowe. Na widowni wybuchł aplauz. Po migających schodach schodził Rex McKenna, trzymając pod rękę dwie ładne dziewczyny. Miał na sobie jaskrawą, wyszywaną cekinami marynarkę. Radośnie pozdrawiał widzów, jak zawsze zadowolony, że wrócił.
– Dobry wieczór wszystkim! – zawołał. – Kto wie, komu przypadnie dzisiaj największa wygrana? – Przerwał i mrugnął wprost do kamery. – To wie tylko koło Fortuny!

Widzowie oszaleli z entuzjazmu, zupełnie jakby po raz pierwszy słyszeli te słowa, mimo że Rex zawsze rozpoczynał teleturniej w taki sam sposób. „To wie tylko koło Fortuny!” było jego firmowym zawołaniem, chociaż Gwenda nie była pewna, czy to prawda. Przecież koło to tylko wielki kawał drewna i plastiku. Skąd coś takiego może cokolwiek wiedzieć?
Rex zamilkł i aplauz ucichł jak nożem uciął. Pogrążona w transie Gwenda wpatrywała się nabożnie w ekran. Zdążyła już zapomnieć o fasoli. Gdzieś w głębi świadomości zastanawiała się, jak to możliwe, że telewizor nadal działa, skoro dwa tygodnie temu elektrownia odłączyła prąd w całym domu, bo nie zapłaciła rachunku. Jej rozsądek był jednak daleko i w sumie nie bardzo ją to obchodziło. Telewizor był dla niej prawdziwym błogosławieństwem. Co robiłaby wieczorami bez Koła Fortuny?
– Witajcie w kolejnym odcinku! Pamiętajcie, że jeden obrót koła może oznaczać milion funtów w waszej kieszeni albo bilet powrotny do domu z niczym! – zaczął Rex. – Ach, jakiż ja byłem zajęty! Wczoraj o szóstej rano obudziła mnie żona, żeby mi przypomnieć, żebym nastawił budzik. Budzik zadzwonił o siódmej i dzwoni do tej pory!
Widzowie zarykiwali się ze śmiechu. Gwenda też się roześmiała.
– Dziś wieczorem mamy dla was niezwykłe widowisko. Za minutę poznacie troje szczęśliwców: zawodników, którzy będą walczyć o dzisiejsze wspaniałe nagrody. Ale pamiętajcie, jeżeli chcecie wygrać milion funtów, co musicie zrobić?

– Zakręcić kołem Fortuny! – krzyczeli widzowie.
Brian nie odzywał się ani słowem. Jego obojętność zaczynała denerwować Gwendę.
– Ale zanim zaczniemy – kontynuował Rex – chciałbym zamienić parę słów z moją ulubienicą, bardzo szczególną osobą. – Podszedł bliżej do kamery, jego twarz wypełniła ekran i Gwendzie wydało się, że zagląda jej prosto w oczy.
– Cześć, Gwendo – powiedział.
– Cześć, Rex – szepnęła Gwenda. Nigdy nie mogła do końca uwierzyć, że naprawdę do niej mówi.
– Jak się miewasz dziś wieczorem, moja droga?
– Nawet nieźle... – Przygryzła wargę i złożyła dłonie na kolanach.
– No to mnie teraz posłuchaj, kochana. Ciekawe, czy zastanawiałaś się chociaż trochę nad tym, o czym rozmawialiśmy. Matt Freeman. Ten wykolejeniec. Ten mały chuligan. Postanowiłaś już, co z nim zrobisz?

Rex McKenna po raz pierwszy zagadnął Gwendę dwa miesiące temu. Na początku bardzo się zdziwiła. Jak mógł przerywać teleturniej oglądany przez dziesięć milionów ludzi tylko po to, żeby z nią porozmawiać? Udawało mu się szepnąć do niej kilka słów nawet w trakcie powtórek. Wiedziała, że to niemożliwe, bo część programów nagrano wiele lat wcześniej. Zaniepokoiła się nie na żarty. Kiedy opowiedziała o tym Brianowi, roześmiał się jej prosto w twarz i powiedział, że zwariowała. To nic, Rex zaraz wytłumaczył jej, co powinna z nim zrobić. Teraz nie przejmowała się ani trochę. Wciąż się dziwiła, ale to, co widziała, działo się naprawdę, a prawda była taka, że mężczyzna jej pochlebiał. Uwielbiała Reksa i wydawało się, że on żywi podobne uczucia wobec niej.
– Matt Freeman zrobił z ciebie wariatkę – mówił dalej Rex.
– Wtargnął do twojego domu, zniszczył twój związek z Brianem, po czym wpakował się w kłopoty. Potem wszyscy wytykali cię palcami i mówili, że to twoja wina. Popatrz na siebie! Bez pieniędzy. Bez pracy. Wyglądasz jak nieboskie stworzenie, Gwendo.
– To nie moja wina – mruknęła kobieta.
– Wiem, że to nie twoja wina, moja droga – odparł Rex. Przez chwilę kamera pokazała szerszy plan i Gwenda zauważyła, że widownia w studio coraz bardziej się niecierpliwi, czekając na rozpoczęcie programu. – Dbałaś o tego chłopaka, traktowałaś go jak syna. A on poszedł sobie bez jednego słowa pożegnania. Nie wspominając nawet o odrobinie wdzięczności. Ach, ta dzisiejsza młodzież! A teraz wydaje mu się, że on tu rządzi. Szkoda, że nie słyszałaś, jakie rzeczy o tobie wygaduje! Pomyślałem, że muszę ci o tym opowiedzieć. Uważam, że chłopak powinien zostać ukarany.
– Ukarany... – Gwenda powtórzyła to słowo z poczuciem lęku.
– Tak samo jak ukarałaś Briana za bezczelność. – Rex pokręcił głową. Może było to złudzenie wywołane oświetleniem w studio, ale kobiecie wydało się, że prezenter za chwilę wyjdzie z telewizora do pokoju. – Prawda jest taka, że Matt to niezłe ziółko – powiedział. – Gdziekolwiek by się pojawił, są z nim tylko kłopoty. Przypomnij sobie, co się stało z jego rodzicami.
– Zginęli.
– Właśnie. Zginęli przez niego. Mógł ich uratować. O wielu rzeczach jeszcze nie wiesz. Ostatnio dał się we znaki kilku moim bardzo dobrym znajomym. Prawdę mówiąc, bardziej niż dał się we znaki. Zabił ich. Wyobrażasz sobie? Wszystkich ich pozabijał. Gdybyś mnie zapytała, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Dlatego musi zostać bardzo surowo ukarany.
– Ale nie wiem, gdzie jest – tłumaczyła się Gwenda.
– Powiem ci. Chodzi do szkoły Forrest Hill. To w Yorkshire, tuż za Yorkiem. Wcale nie tak daleko.
– Co mam zrobić? – zapytała Gwenda. W ustach jej zaschło. Puszka z fasolą przechyliła się jej w dłoniach, a zimny sos pomidorowy zaczął skapywać na kolana.
– Lubisz mnie, prawda, Gwendo? – Prezenter posłał jej jeden ze swoich specjalnych uśmiechów. W kącikach jego oczu pojawiły się małe zmarszczki. – Chcesz mi pomóc. I dobrze wiesz, co trzeba zrobić.

Gwenda skinęła głową i rozpłakała się. Pojedzie do Yorku i nie wróci. Ciekawe, czy Rex McKenna mówi dziś do niej po raz ostatni.
– Wsiądź do pociągu, znajdź go i dopilnuj, żeby nigdy więcej nikogo nie skrzywdził. Jesteś to sobie winna. Wszystkim jesteś to winna. Co ty na to?
Gwendzie odjęło mowę. Skinęła głową po raz kolejny. Łzy coraz większym strumieniem płynęły po jej twarzy. Rex cofnął się.
– Panie i panowie, brawa dla Gwendy Davis. To naprawdę wspaniała kobieta. Zasługuje na duże oklaski.
Widzowie przyznali mu rację. Klaskali i krzyczeli, dopóki Gwenda nie wyszła z pokoju i nie poszła na górę.
Brian został na swoim miejscu na sofie, z lekko rozchylonymi nogami i z otwartymi ustami. Znajdował się w tej pozycji, odkąd Gwenda wbiła mu nóż kuchenny w klatkę piersiową. Wyśmiewał się z niej. Powiedział, że zwariowała. Musiała więc dać mu nauczkę, której nie zapomni. To także zrobiła na polecenie Reksa.
Wyszła z domu kilka minut później. Miała zamiar się spakować, ale w końcu nie znalazła niczego, co warto byłoby zabrać, oprócz siekiery, której używała do rąbania drewna. Wsunęła ją do torby, którą zawiesiła na ramieniu.
Zamknęła drzwi na klucz i ruszyła przed siebie. Wiedziała dokładnie, dokąd zmierza – do Forrest Hill, szkoły w Yorkshire. W odwiedziny do siostrzeńca Matta Freemana.
Chłopak na pewno się zdziwi.



Copyright by 2005 Anthony Horowitz


Dodano: 2007-06-11 17:07:06
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS