NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gaiman, Neil - "Mitologia nordycka"

Sanderson, Brandon - "Legion"

Ukazały się

Ryman, Geoff - "Tlen"


 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilczy księżyc"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Headley, Maria Dahvana - "Gniazdo"

 Piotrowski, Przemysław - "Radykalni. Terror"

Linki


Opowieści bębnów, czyli elementy fantastyczne w literaturze Czarnego Lądu

Zwykło się mówić, że Afryka nigdy nie wykształciła własnej literatury. I częściowo – tylko częściowo! – jest to prawdą, bowiem wielu form wypowiedzi w afrykańskiej literaturze nie znajdziemy. Na przykład fantastyka jest praktycznie nieobecna jako gatunek, który znamy współcześnie – zatem powieści i opowiadań tego rodzaju tam nie uświadczymy. Absolutnie jednak nie oznacza to, że fantastyka w afrykańskiej literaturze nie zaistniała. Przy bliższym poznaniu Czarny Ląd okazuje się być nie tylko conradowskim jądrem ciemności, ale także wspaniałym kontynentem pełnym niezwykłych opowieści.

O pochodzeniu bajek

Tradycja literacka w Afryce rozwinęła się porządnie dopiero w XIX i XX wieku, a działo się tak za sprawą przebudzenia świadomości narodowej mieszkańców kontynentu. Do czasu rozpoczęcia europejskiej kolonizacji, plemiona afrykańskie nie stworzyły jednolitego literackiego wzorca, jak na przykład Francuzi, Niemcy czy Brytyjczycy. Dopiero pod ich wpływem pierwsi pisarze afrykańscy, najczęściej kształceni o ironio na zachodnich uczelniach, wypracowali swój własny niepowtarzalny styl, pisząc poezję i dramaty lub literaturę „ku pokrzepieniu serc”. Czy zatem można znaleźć fantastykę w tekstach afrykańskich? Wbrew pozorom, w baśniach, mitach, opowieściach i bajkach, elementów fantastycznych jest całkiem sporo.
Nie wiemy kiedy dokładnie powstały w Afryce bajki, ich rodowód jest praktycznie nieznany. Czarne plamy na literackim drzewie genealogicznym biorą się z tego, że każde plemię tworzyło swoje własne opowieści. I tak na przykład różne wersje tych samych praktycznie bajek możemy znaleźć u Zulusów i na terenie Konga, a jeszcze nieco inne na Madagaskarze. Choć rdzeń opowieści jest zazwyczaj ten sam, a historie różnią się jedynie szczegółami (np. w jednej wersji występuje orzeł a w drugiej sokół), to na dobrą sprawę niezwykle ciężko ustalić skąd bajka pochodzi.
Ponad dziewięćdziesiąt lat temu czarnoskóra amerykańska pisarka pisząca pod pseudonimem Joel Chandler Harris opublikowała zbiory bajek i opowieści „Uncle Remus” i „Nights with Uncle Remus”, czyli „Wuj Remus” i „Noce z Wujem Remusem”. Zawarła w nich zebrane z Czarnego Lądu ludowe przypowieści i historie, w których pełno jest magii, cudów i dziwactw charakterystycznych dla współczesnej prozy fantastycznej; choć oczywiście nie znajdziemy w niej potworów a la Cthulhu, Pierścienia Władzy, hrabiego Drakuli czy Wieży, do której zmierza Roland. Nie te czasy. Nie przeczytamy także o hienach, złych lwach i przebiegłych jeżozwierzach. W opowieściach tych znajdziemy za to sprytne króliki, cwane lisy i wilki, bowiem Harris musiała afrykańską faunę dostosować do realiów amerykańskich.
Kiedy książka trafiła do znawców tematu, zaczęli się oni zastanawiać nad korzeniami tych historii i powstały dwie teorie wyjaśniające ich pochodzenie. Jedni krytycy uważali, że Harris zaadaptowała na potrzeby swojej książki bajki Indian zamieszkujących Amerykę Południową. Drudzy zaś skłaniali się ku hipotezie mówiącej, że Indianie przejęli je jeszcze od Murzynów zamieszkujących Brazylię. Prawda tymczasem okazała się inna.
Bajki powstały najpierw w Afryce, w tej samej Afryce, która według białych nigdy nie posiadała własnej rozwiniętej literatury. Część pochodzi bezpośrednio z Czarnego Lądu, część zaś powstała na statkach śmierci wiozących Murzynów do Europy Zachodniej i amerykańskich kolonii. Naukowcy szli dalej tym tropem, powoli i mozolnie odtwarzając historię afrykańskiej literatury. I tak na przykład doszli do wniosku, że opowieści o pająkach, np. o pajęczym-bogu Anansim, dotarły z Afryki Zachodniej, a teksty o zającach/antylopach z Afryki Południowej i Wschodniej.
Wszyscy znamy historię żółwia, który wygrał z pewnym siebie zającem. Podobne opowieści możemy znaleźć w Afryce. Żółwie są tam uważane nie tylko za przysmak, ale i za cwane jak diabli stworzenia, potrafiące cierpliwością, sumiennością i ciężką pracą pokonać wszystkich przeciwników i przeciwności losu, niezależnie czy na drodze stanie im lew, słoń, czy krokodyl. Zresztą duże zwierzęta niekoniecznie przez Afrykanów są uważane za coś dobrego; to właśnie małe stają się bohaterami bajek i walczą z głupim słoniem lub ohydną hieną. Ciekawe jest to, że krokodyl nie zawsze jest zły, często pomaga innym zwierzętom.
Bywało w Afryce także i tak, że ludzcy bohaterowie albo mieli cechy przypisywane małym istotom, albo wręcz sami tak wyglądali. Na obszarze ludów Bantu powstała kiedyś opowieść o wspaniałym myśliwym Hlakanyanie i Hweanu, jego ojcu. Ten pierwszy był bardzo przebiegły, cwany i miał wielkość łasicy. Tak też go nazywano w opowieści – łasica.
Oprócz zwierząt i jak przeczytamy później duchów, w literaturze afrykańskiej znajdujemy magię. Część z magicznych rytuałów przetrwała do naszych czasów w postaci np. voodoo, które przecież wywodzi się właśnie z Afryki, a różne symbole ochronne i talizmany w dalszym ciągu w afrykańskiej dżungli mają silne oparcie w wierze. W wielu rejonach Afryki po dziś dzień ludzie wierzą, że talizmany odgrywają w ich życiu ważną rolę. Kiedyś twierdzono, że obdarzone były magiczną, nadprzyrodzoną mocą, potrafiły udzielać porad w nawet najgorszych sytuacjach, a nawet zmieniać się w zwierzęta i przedmioty. Kult tych ostatnich przetrwał w wielu formach po dziś dzień. Niektóre plemiona afrykańskie wierzyły, że pokonani przeciwnicy wspierają swoich zwycięzców.

Opowieści bębnów

Pierwotnie afrykańskie bajki, mity i przypowieści przekazywane były drogą ustną, podczas na przykład religijnych świąt. Przy muzyce bębnów i podczas tańca. Najczęściej opowiadano sobie eposy o królach i przodkach, tak bardzo przecież czczonych przez poszczególne plemiona. Wierzono w Afryce w reinkarnację. Duchy zmarłych powracały na Ziemię w ciałach zwierząt, mszcząc się czasami za wyrządzone za życia krzywdy. Umarły mógł przybrać na przykład postać lwa i pożreć nieostrożnego wędrowca albo jeżozwierza, albo wejść po prostu w drzewo i w nim zamieszkać. Motyw krwiożerczego drzewa powtarza się w wielu afrykańskich przypowieściach.
W jednej z nich, bajce opowiedzianej w języku suahili, zatytułowanej „Watoto na Zimwi”, czyli „Dzieci i Zimwi”, występuje tykwa-ludojad. Chłopcy znajdują drzewo, które kiedyś było pokonanym potworem. Widząc je roślina ożywa i rzuca się na malców, lecz ci uciekają do wioski. Przy rzece zatrzymują się, prosząc przewoźnika o pomoc. Słysząc co się dzieje, stary mężczyzna spełnia życzenie chłopców, pozwalając im uciec do wioski. Tykwa leci za nimi, lecz nim dotrze do chat, w których uciekinierzy się schronili, zostaje złapana i rozłupana przez silnych mężczyzn w wiosce, a potem spalona w ognisku.
Najciekawsza jest jednak pierwsza „część” bajki. Czytelnik dowiaduje się z niej, że tykwa była kiedyś potworem-ludobójcą i pożerała dzieci. Zło w niej zawarte miało moc tak silną, że pozostało nawet po śmierci. Tytułowy Zimwi porwał kiedyś dziewczynkę, która przyszła na plażę szukać małej muszli znalezionej podczas zabawy z koleżankami. Uwięzioną wsadził do bębna, a potem zmuszał do śpiewania w jego wnętrzu. W zamian za swoje występy, Zimwi (przy czym słowo to odnosi się ogólnie do demonów), dostawał picie i jedzenie, ale niczego nie dawał dziewczynce. Gdy dotarli do rodzinnej wioski, mała została uwolniona przez rodziców, którzy rozpoznali jej głos, a potem upili demona. Zamienili córkę na pszczoły, węża i termity. Zimwi ruszył dalej w drogę, ale bęben nie chciał śpiewać. Otworzywszy go potwór został pokąsany straszliwie i umarł, a na miejscu jego śmierci wyrosła rzeczona tykwa.
Chociaż wspomniana bajka została opowiedziana w języku suahili, to możemy znaleźć podobne historie w każdym zakątku Afryki. I tak Zulusi mają Amasinu, mieszkańcy Kongo Nkish, demona z kilkoma głowami, plemię Kumbu – Eimu itd. W bajkach Czarnego Lądu spotykamy także dobre i złe duchy, przy czym często jest tak, że dobre duchy to duchy dziecięce, a złe – dorosłych.
Lud Zarumo zamieszkujący tereny Dar es-Salaam w dzisiejszym Sudanie, składa np. ofiary męskim przodkom rodu, których nazywa „Makunga”, oraz duchom zbiorowym Vinyamkela (liczba mnoga), zwanym w liczbie pojedynczej Kinyamkela. Są to dobre duchy dzieci, zazwyczaj widzialne jedynie w połowie – jedna ręka, jedna noga, jedno oko itd. Tymczasem Majini to złe duchy dorosłych. Oba „gatunki” duchów zamieszkują drzewa.
W jednej z opowieści chłopcy – znów w bajce pojawia się motyw dziecka – zjadają banany dobrego ducha, który potem idzie za bohaterami do wioski i grozi śmiercią. Biorąc pod uwagę fakt, że w założeniu ma być to duch dobry, to znawcy uważają słowa ducha za groźbę bez pokrycia. Mimo to do akcji wkracza miejscowy czarownik i przekupuje darami – jedzeniem i piciem – ducha, który od tej pory zgadza się zostawić chłopców w spokoju.
Możemy zatem stwierdzić spokojnie, że afrykańskie bajki, tak jak ich europejskie odpowiedniczki, mają charakter dydaktyczny. Starają się uczyć i objaśniać. Na przykład bajki Bantu objaśniają śmierć i jej charakter, opowiadają o bogach, demonach i istotach pozaziemskich. Jedno z afrykańskich plemion, Dogoni, wprost utrzymuje, że zostali stworzeni przez istoty z kosmosu.
Bajki mają także charakter rozrywkowy. Tradycja opowiadania sobie historii dla rozrywki jest bardzo, bardzo stara i ma swój początek jeszcze przed przybyciem do Afryki Arabów, którzy zresztą bardzo wiele motywów zaadoptowali do swojej mitologii. Zresztą ta swoista wymiana handlowa działa w obie strony. Henri Junod w zbiorze „Chants et contes des Bunonga”, czyli „Pieśni i bajki Bunonga” z 1897 roku wspomina o usłyszanej w Afryce bajce, w której ku swojemu zdziwieniu znalazł motywy czysto arabskie. Przy czym nikt nie wie, kiedy i gdzie dokładnie powstała. On sam usłyszał bajkę w Kongu i na Wybrzeżu Kości Słoniowej.
Zatytułowana „Trzy naczynia” opowieść to historia trzech braci, którzy posiadają cudowne przedmioty – latający dywan albo kosz, magiczne zwierciadło oraz eliksir życia – i zakochują się w ujrzanej w zwierciadle młodej kobiecie, która umiera. Pierwszy zawozi całą trójkę do celu w koszu drugiego, a potem trzeci ratuje piękną bohaterkę. Problem jest jednak jeden: którego poślubi? Najczęściej w takich momentach opowiadający cichł i odchodził, zostawiając z dylematem słuchaczy, którzy sami wybierali rozwiązanie. Taka metoda „aktywnej opowieści” znana była w Afryce nie od dziś.
Kto chociaż trochę interesuje się muzyką hip-hopową ten wie, że istnieje coś takiego jak „pojedynki”, najpopularniejsze w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem coś podobnego istniało w Afryce już setki lat temu. W bardzo wielu plemionach był zwyczaj, nakazujący wręcz starcia na słowa. Uważano to za dobrą rozrywkę i ćwiczenie języka. Na przykład na Madagaskarze rozwinęły się krótkie i celne porzekadła, ohabolana oraz hain-teny, co dosłownie znaczy „zręczna mowa”. Są to krótkie poematy w formie dialogu, w którym dwaj recytatorzy popisują się dysputą przeplataną przysłowiami. Odpowiedzi są cięte, ale ich ostrze stępia bogactwo obrazowania. Rozwija się wymiana zdań, która oprócz rysów elegijnych zawiera zawsze odrobinę humoru.
Współczesna literatura afrykańska jest w dalszym ciągu daleko za europejską, choć szybko dystans nadrabia. Gdy zniesiono kolonializm i państwa Afryki uzyskały niepodległość, pisarze zaczęli tworzyć nowoczesną prozę. Proces ten rozpoczął się jednak na dobrą sprawę dopiero w dziewiętnastym wieku. Nie można jednak powiedzieć, że wraz z pójściem w stronę nowoczesnego pisania, Afryka utraciła własną tożsamość literacką i zapomniała o bajkach, duchach i demonach zamieszkujących drzewa. Absolutnie nie. Wypada tu chociaż wspomnieć o afrykańskim romantyzmie, który przyniósł coś zupełnie odwrotnego – odrodzenie się bajek w nowej formie.
Jednym z pisarzy tworzących w XX wieku był Jacques Rabemananjara z Madagaskaru, urodzony w 1913 roku. Można go porównać do Adama Mickiewicza. Tworzył prozę przesyconą wręcz zachwytem dla własnego kraju, wspierając w niej „szlachetne”, jak pisał, tradycje. Sławił w poezji tradycyjnych bogów, duchy i starożytnych bohaterów. Inny pisarz, Flavien Ranaivo, rok młodszy od Jacquesa, tworzył także prozę podobną do mickiewiczowskiej. W jego wierszach i dramatach „Żeglarze świata” czy „Uczty bogów” z 1962 znajdziemy mistycyzm, ludowość, magię i tradycję. Są więc afrykańskie bajki ciągle żywe i, miejmy nadzieję, dzięki współczesnej fantastyce przebogata mitologia Czarnej Afryki dotrze także do nas. Ale o tym, kto taką literaturę pisze i jak wykorzystuje ludowe opowieści, opowiem w drugim tekście z cyklu.


Opracowano na podstawie książki: „Czarny Ląd. Literatura i Język”.



Autor: Żerań


Dodano: 2007-06-05 21:52:43
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Azirafal - 08:55 04-03-2011
Że tak tylko szturchnę - http://en.wikipedia.org/wiki/Joel_Chandler_Harris ;)

hanness - 23:28 30-09-2009
Chcialbym zwrocic uwage panstwa na to, ze Joel Chandler Harris wcale nie "byla" czarnoskora kobieta. Wrecz przeciwnie byl on bialoskorym mezczyzna. Czy to drobiazg - nie wiem, ale ze zasadniczy - to fakt. Ktos wymyslil "czarnoskora" Harris widocznie dla "rownowagi" z bialoskora Magaret Mitchell, ktora, jak wiadomo tez pochodzila z Atlanty, Georgia

Shadowmage - 01:01 10-06-2007
A ja cały czas czekam na drugą część tego artykułu, którą także ma w planach Żerań. Ma być o motywach afrykańskich wykorzystywanych we współczesnej fantastyce.

Hitokiri Battosai - 18:35 06-06-2007
No proszę ^^ W Afryce mieli rapowe bitwy :P Całkiem fajny artykuł i można się ciekawych rzeczy dowiedzieć.

Komentuj


Konkurs

"Rok Potopu" do wygrania


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Dashner, James - "Gra o życie"


 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

 Hildebrandt, Johanne - "Sigrid"

Fragmenty

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

 Mitchell, David - "Slade House"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS