NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gwynne, John - "Zgliszcza"

Harrison, Harry - "Przestrzeni! Przestrzeni!" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Le Guin, Ursula K. - "Dotąd dobrze"


 Hobb, Robin - "Przeznaczenie Skrytobójcy"

 Paolini, Christopher - "Widelec, Wiedźma i smok"

 Flanagan, John - "Powrót Temudżeinów"

 Bloch, Robert - "Psychoza"

 Campbell, John W. - "Coś"

 Hoffman, Alice - "Zasady magii"

 Butorin, Andriej - "Mutant"

Linki

Stephenson, Neal - "Diamentowy wiek"
Wydawnictwo: ISA
Tytuł oryginału: The Diamond Age
Data wydania: Lipiec 2007
ISBN: 978-83-7418-152-5
Oprawa: twarda
Format: 161 x 240 mm
Liczba stron: 496
Cena: 49,90 zł



Stephenson, Neal - "Diamentowy wiek"

Reformy i upadki moralne następują na arenie dziejów za przyczyną sił społecznych i powstają najczęściej jako skutek oddziaływania nawyków wcześniejszej epoki. Potężne wahadło historii odchyla się i cofa, a przemienności tych ruchów nie powstrzyma kilka wybitnych indywiduów wiszących u jego końca.


– Sir Charles Petrie, WIKTORIANIE




Lturysta odwiedza salon fikacji; osobliwe właściwości nowoczesnego uzbrojenia
Dzwony świętego Marka uderzały zmiennym tonem, gdy Pączek podjechał na łyżworolkach pod salon fikacji, aby zmodernizować czaszkolet. Łyżworolki były nowe i rozwijały szybkość w dowolnych granicach od stu do stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, w zależności od tuszy użytkownika i obleczenia jej – bądź nie obleczenia – w kombinezon aero. Pączek uwielbiał przylegające do ciała skóry, które uwidaczniały sploty jego mięśni. Przed dwoma laty, podczas poprzedniej wizyty w salonie, zażyczył sobie implantu kolonii pażytów – maleńkich szkodników, których ze względu na rozmiar ujrzeć ani poczuć nie sposób – i które przez swoje elektryczne flukta stymulowały włókna mięśni, zgodnie ze szczegółowym programem zwiększającym, jak domniemywano, ich masę, co w połączeniu z testosteronową pompą wmontowaną w przedramię Pączka dawało efekt nieustannych ćwiczeń – dniem i nocą – w sali gimnastycznej, acz bez potrzeby ruszania nawet palcem. Jedyna niedogodność polegała na tym, że mikrowyładowania elektryczne naprężały niepotrzebnie ciało Pączka i szarpały mięśnie. Przywykł do tego, rzecz jasna, choć jeżdżąc na łyżworolkach, miewał kłopoty z równowagą, co osobliwie dawało się we znaki przy szybkości stu kilo na zatłoczonej ulicy. Jednak niewielu było takich, którzy odważyliby się zwrócić Pączkowi uwagę – nawet gdy zwalał ich z nóg na przejściach – a po owym dniu już nikt nigdy więcej nie ośmieliłby się go zaczepić.
Pączek rzucił posadę wabia, o dziwo bez konsekwencji, ba, zostało mu po niej w kieszeniach bez mała tysiąc juków, z których trzecią część przeznaczył na nowe stroje, głównie czarne skóry, trzecią część na łyżwy, a pozostałą miał zamiar wydać w salonie fikacji. Kupno tańszego czaszkoletu nie stanowiłoby problemu, lecz pociągałoby za sobą konieczność jazdy przez Groblę do Szanghaju, gdzie w jakiejś bocznej bramie Brzegowcy odwalali robotę za pół darmo, co niestety groziło zakażeniem kości i utratą pieniędzy po podaniu narkozy. Poza tym do Szanghaju wpuszczali tylko dziewice – gdy ktoś, tak jak Pączek, chciał przejechać Groblę z czaszkoletem w głowie, musiał płacić daninę setkom glin. Nie było sensu oszczędzać w tym wypadku. Wiedział, że otwiera się przed nim wielce obiecująca kariera i związane z nią awanse w hierarchii nadzwyczaj niebezpiecznych profesji narkobiznesu, do których posada wabia – jako płatna przygrywka – w ogóle się nie umywała. Pierwszorzędne uzbrojenie było zatem niezwykle mądrą inwestycją.
Przeklęte dzwony nie przestawały dudnić we mgle. Pączek wydał cichą komendę ordynacji muzycznej – fazowej maszynerii akustycznej, rozrzuconej na bębenkach usznych niczym nasionka na powierzchni truskawki. Natężenie dźwięku wzrosło, ale nie zagłuszyło głębokiego tonu dzwonów, rezonującego w długich kościach Pączka. Pomyślał, że podczas wizyty w salonie każe odwiercić baterie zasilające z prawego wyrostka sutkowego i wmontować nowe. Baterie działały rzekomo przez lat dziesięć. Pączek miał je dopiero od sześciu, chodziło jednak o to, że słuchał muzyki bez przerwy, i to bardzo głośno.
W salonie czekały trzy osoby. Usiadł w fotelu i podniósł mediatron leżący na stoliczku do kawy. Gadżet wyglądał z daleka jak stara, pognieciona i niezadrukowana gazeta. „Roczniki samoobrony” – powiedział dostatecznie głośno, by usłyszeli go wszyscy obecni. Na pierwszej stronie gazety pojawiło się logo jego ulubionego mediażeru. Mediaglify – całkiem niezłe i ciekawie animowane – ułożyły się w siatkę. Przyglądał się im, dopóki nie znalazł glifu zapowiadającego fachową analizę porównawczą interesujących go rodzajów uzbrojenia, a wtedy bez dalszej zwłoki stuknął weń paznokciem. Pokazały się nowe mediaglify, otaczające większe kinoramy, na których fachowcy z „Roczników” testowali różne modele czaszkoletów, strzelając z nich do celów żywych i martwych. Pączek rzucił mediatron na stół. Znał wyniki testów na pamięć, przeglądał je nieustannie od kilku dni, a redakcja „Roczników” nie zadała sobie trudu uaktualnienia materiału. Jego wybór nie uległ zmianie.
Pewien jegomość z kolejki zamówił tatuaż, którego wykonanie zajęło dziesięć sekund. Inny przyszedł po nową porcję naboi do czaszkoletu. Załadunek trwał równie krótko. Jakieś dziewczątko życzyło sobie wymiany kilku pasożytów w twarzowej siatce raktywu – głównie wokół oczu, gdzie pojawiały się zmarszczki. Zabieg trwał dobrą chwilę. Pączek podniósł ze stołu mediatron, przeszedł na tryb raktywny i włączył swój ulubiony program Zamknij się lub zdychaj.
Przed instalacją broni artysta fikacyjny poprosił o okazanie juków, co w innych okolicznościach byłoby zniewagą, lecz tutaj, na Wynajętej Ziemi, stanowiło normalną procedurę, gdy chodziło o interesy. Zasoby finansowe Pączka zadowoliły go i przekonały, że nie ma do czynienia z oszustem. Bez dalszej zwłoki znieczulił czoło Pączka tetykiem w aerozolu, naciął odpowiednio skórę i zawinął ją na potylicę, po czym uruchomił maszynę zamontowaną na wysięgniku anemicznego robota, którego pchnął nad głowę pacjenta niczym dentystyczną wiertarkę. Ramię automatycznie zlokalizowało stary czaszkolet, poruszając się z zatrważającą szybkością i determinacją. Pączek – który nawet w najlepszej formie bywał przeczulony za sprawą mięśniowych stymulantów – szarpnął się lekko, ale robot okazał się szybszy i bez trudu wyłuskał starą broń. Właściciel salonu obserwował całą procedurę na ekranie monitora i nie miał nic do roboty oprócz wygłaszania uwag w rodzaju: „Otwór w pańskiej czaszce jest nieco chropowaty, maszyna powiększy go wiertłem, o tak, a teraz nowa broń...”
Czaszką Pączka targnęła niemiła pulsacja – robot wmontował nowy model. Przypomniał sobie, jak to w dzieciństwie bawił się z kolegami w wojnę i obrywał kulą z bebetonu, co nieraz kończyło się bólem głowy, takim samym jak ten, który go teraz nękał.
– Załadowałem panu sto magazynków prażonej kukurydzy – odezwał się właściciel. – Proszę sprawdzić celność. Gdy przyzwyczai się pan do obsługiwania nowego modelu, załadujemy zwykłą amunicję.
Naciągnął skórę z powrotem na czoło i zlepił brzegi substancją gojącą, by nie pozostały blizny, za które płaciło się dodatkowo, jako że były widocznym dowodem obecności letu. Pączek nie dbał jednak o blizny, ponieważ usłyszał kiedyś, że niektóre laski w ogóle za nimi nie przepadają. Jego postępowaniem wobec przedstawicielek rodzaju żeńskiego rządził chaos niskich instynktów, mrocznych domniemań, obłąkanych teorii, podsłuchanych urywków rozmów, niezbyt dobrze zapamiętanych złych rad oraz zbiór przesadnych – bez wątpienia – anegdot, co czyniło zeń ofiarę ciemnych zabobonów, które w tym konkretnym przypadku kazały mu odpuścić sobie blizny na czole.
Nadto miał w domu pokaźną kolekcję bryli – niezbyt gustownych okularów słonecznych z wmontowaną w szkło oka dominującego siatką celownika. Bryle nigdy go nie zawiodły pod względem celności, poza tym z miejsca rzucały się w oczy i każdy, chcąc nie chcąc, natychmiast nabierał pewności, że nie da się wydymać ich właściciela.
– Proszę zarepetować – rzucił właściciel salonu i obrócił o sto osiemdziesiąt stopni pokryty plastikiem fotel – taki sam jak te, na których przed stu laty siadywało się u fryzjera. Pączek ujrzał przed sobą manekin ustawiony w rogu salonu. Kukła nie miała twarzy i śladów owłosienia, była za to upstrzona małymi, wypalonymi dziurkami, podobnie jak znajdująca się za nią ściana.
– Status – mruknął Pączek i poczuł lekkie buczenie posłusznej rozkazom broni.
– Ładuj – rzucił i znów zahuczało mu w uszach. Skierował czoło na manekin.
– Ognia – warknął, nie otwierając ust. Czaszkolet usłyszał go jednak i Pączek poczuł nieznaczny, szarpiący głową odrzut. Manekin odezwał się pełnym zdumienia „puk!”, któremu towarzyszył mały rozbłysk na ścianie nad jego niby-łepetyną. Ból pod czaszką się nasilił, ale Pączek nie zwracał na to uwagi.
– W tym modelu zastosowano szybszą amunicję, dlatego musi pan celować odrobinę niżej – poradził właściciel.
Pączek ponownie wystrzelił. Tym razem trafił kukłę prosto w szyję.
– Wspaniale! Piekło-ogniem odstrzeliłby mu pan łeb! – zachwycił się artysta. – Wygląda na to, że wie pan, jak się z tym obchodzić, ale dla porządku informuję, że są jeszcze trzy opcje... i trzy magazynki na różną amunicję.
– Wiem – rzucił Pączek. – Sprawdzałem ten model. – Do letu powiedział natomiast: – Dziesięć, średnim rozrzutem. – A potem syknął: – Ognia!
Tym razem poczuł porządne szarpnięcie głową. A na ciele manekina i na ścianie wybuchło jednocześnie dziesięć „puków”. W salonie zrobiło się gęsto od dymu z przysmażonego plastiku.
– Może pan strzelać i setką – odezwał się właściciel. – Ale odrzut urwie panu głowę.
– Już go rozpracowałem – oznajmił w odpowiedzi Pączek. – Załaduj mnie, koleś. Pierwszy magazynek elektrykami, drugi obezwładniaczami, a trzeci piekło-ogniem. I przynieś pieprzoną aspirynę!


Źródło Wiktorii; zobrazowanie otoczenia
Wloty kanałów powietrznych Źródła Wiktorii unosiły się nad szczytem Królewskiego Ogrodu Ekologicznego niczym bukiet trzystopowych kalii. Analogię potęgowało leżące poniżej i odwrócone korzeniami do góry drzewo rur hydraulicznych, rozrzuconych niczym fraktal po diamentowym łożysku skalnym Nowego Chusanu i wpadających do ciepłych wód Morza Południowochińskiego niezliczoną ilością naczyń włoskowatych, ułożonych pasem wokół leżącej kilkadziesiąt stóp pod powierzchnią rafy sprytoralowej. Zadanie tłoczenia do góry hektolitrów morskiej wody równie dobrze spełniłaby jedna, olbrzymia rura. Podobnie rzecz się miała z kaliami, które można było zastąpić pojedynczą ssącą powietrze paszczą, połykającą ptaki i śmieci, miażdżone następnie na krwawą pulpę na kratach zabezpieczających maszynerię przed zapchaniem.
Owe proste rozwiązania nie byłyby jednak ekologiczne. Co prawda geotecy z Imperial Tectonics mieli dosyć mgliste pojęcie o ekosystemach, co więcej, nie potrafiliby ich rozpoznać nawet wtedy, gdyby przyszło im w nich zamieszkać, ale wiedzieli, że systemy tego rodzaju są niezwykle wrażliwe na zanieczyszczenia, chronili więc środowisko z niewzruszoną, przykładną, zieloną pracowitością, z jaką projektowali mosty i przepusty odwadniające.
Woda sączyła się do Źródła Wiktorii przez włoskowate mikrorurki, podobnie jak sączący się przez piaszczyste plaże ocean. A powietrze płynęło cicho do Źródła przez artystycznie wyeksponowane pręciki wybujałych kalii; pręciki o parametrze przestrzennym nie tak znowu dalekim od geometrycznego ideału. Konstrukcje te były przy tym tak wytrzymałe, że nie zagrażał im najstraszniejszy tajfun, i tak giętkie, że kładły się niczym morska trawa, targana podmuchami bryzy. Ptaki, które po zmroku zawędrowały w okolice Źródła, wyczuwały dziwną, obcą morskiemu środowisku pochyłość powietrza, zakrzywiającą tor ich lotu i wciągającą je w głąb nocy, lecz nie dość silną, by uniemożliwić im odwrót, z czego skwapliwie korzystały, nie fajdając nawet ze strachu.
Kalie wyrastały z kryształowego wazonu wielkości normalnego stadionu, otwartego dla publiczności i noszącego nazwę Diamentowego Pałacu. Pałac przemierzały co roku rzesze turystów, w tym chmary uprawiających aerobik rencistów i wycieczki szkolnej dziatwy w mundurkach. Wszyscy z ogromnym zaciekawieniem wpatrywali się w szklane ściany (w rzeczywistości diamentowe – przez wzgląd na oszczędność) i zachodzące w nich fazy rozpadu molekularnego, tworzące linię produkcyjną Źródła Wiktorii. W basenach zbierano zanieczyszczoną wodę i powietrze. Obok znajdowały się inne baseny, w których woda i powietrze były już nieco czystsze. Procedurę oczyszczania powtarzano kilkadziesiąt razy. Baseny na końcu linii wypełniał idealnie czysty azot i idealnie czysta woda.
Linię basenów nazywano kaskadą, co miało świadczyć o dosyć abstrakcyjnym poczuciu humoru inżynierów. Niestety, turyści nie potrafili tego docenić, czemu dawali wyraz, nie robiąc przy niej żadnych zdjęć.
Proces oczyszczania zachodził w ścianach między tworzącymi kaskadę basenami. Tak naprawdę nie były to ściany, lecz nieskończenie drobne siatki submikroskopowych kół o wielu wprawianych w nieustanny ruch szprychach. Każda szprycha chwytała zanieczyszczoną cząstkę azotu lub wody i obróciwszy nią, uwalniała do basenu z cząstkami czystszymi. Substancje inne niż woda czy azot nie mogły zostać pochwycone przez szprychę, przez co nie przechodziły na drugą stronę. Inne koła wyłapywały przydatne pierwiastki śladowe, takie jak węgiel, siarkę czy fosfor, i przekazywały je do mniejszej, równoległej kaskady, w której następował proces oczyszczenia. Idealnie czyste molekuły zbierano w rezerwuarach. Niektóre z cząstek łączono z innymi, tworząc pomocne w produkcji molekularne gadżety. Na końcu wszystkie cząstki wtłaczano lejkowatymi przekaźnikami w pęk molekularnych pasów transmisyjnych, nazywanych zasilaczem. Źródło Wiktorii – podobnie jak sześć innych źródeł Atlantydy/Szanghaju – było studnią, w której zasilacz brał swój początek.


Styl życia Pączka i związane z nim komplikacje
natury finansowej; wizyta w banku
Pączek nie mógł się sam sobie nadziwić: miał nowy czaszkolet i ani razu nie użył go w złości. Wystarczała mu świadomość posiadania broni – dzięki niej nosił się w taki sposób, że nikt przy zdrowych zmysłach by go nie zaczepił, szczególnie wtedy, gdy miał na nosie bryle i przyoblekł ciało w czarne skóry. Gdy spojrzał na kogoś z ukosa, ten natychmiast schodził mu z drogi.
Nadszedł czas, aby awansować społecznie. Szukał posady czujki. Zadanie nie było łatwe. Alternatywny przemysł farmaceutyczny pracował w systemie szybkich, punktualnych dostaw i nie prowadził wielu ksiąg, stanowiących dla glin potencjalny materiał dowodowy. Tabakę hodowano w nielegalnych kompilatorach materii, przechowywano w pustych, niskoczynszowych blokach mieszkalnych i dostarczano ulicznym handlarzom za pośrednictwem sieci biegaczy. W trakcie każdej operacji okolicę zaludniała na wszelki wypadek chmara wabi i czujek, którzy nigdy nie zatrzymywali się długo w jednym miejscu – co groziło aresztowaniem za włóczęgostwo – i monitorowali pozycje glin (lub policyjnych kapsuł inwigilacyjnych) przez szpary w ciemnych okularach.
Kiedy Pączek posyłał swojego ostatniego szefa do diabła, był pewny, że załatwi sobie posadę biegacza. Ale nic z tego nie wyszło, a od tamtej pory wylądowało już parę wielgachnych statków powietrznych z Ameryki Północnej, pełnych białych i czarnych śmieci, które rozpełzły się po rynku pracy. Pączkowi kończyły się pieniądze i miał już dosyć darmowego jedzenia z publicznych kompilatorów materii.
Bank Pawia reprezentował przystojny mężczyzna z siwiejącą kozią bródką, pachnący cytrusami i odziany w przesadnie modny dwurzędowy garnitur, uwidaczniający – z niezłym skutkiem – wąską talię właściciela. Można go było znaleźć w dosyć paskudnym biurze nad agencją turystyczną, która mieściła się w szeregu ponurych bloków między Aerodromem a pełnym burdelów nabrzeżem.
Bankier nie był rozmowny. Wymienili uściski ręki, po czym tamten skrzyżował w zamyśleniu ramiona i oparł się o krawędź biurka. W tej postawie wysłuchał świeżo skomponowanej bajeczki Pączka, kiwając od czasu do czasu głową, jakby klient mówił coś istotnego. Wyglądało to dosyć niepokojąco – tym bardziej, że Pączek mówił same bzdury – pocieszał się jednak zasłyszaną opinią, że te fajfusy szczycą się wysokim poziomem usług dla klienta.
Bankier przerwał monolog Pączka w wybranym przez siebie momencie i spojrzał na niego radośnie.
– Życzy pan sobie zabezpieczyć linię kredytową – powiedział, jakby fakt ten stanowił dla niego miłe zaskoczenie, co nie było zbyt prawdopodobne.
– Można chyba tak powiedzieć – przyznał Pączek, żałując, że nie potrafi wyrazić tego w tak kwiecistej terminologii.
Bankier sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął z niej potrójnie złożony kawałek papieru.
– Przypuszczam, że zechce pan rzucić okiem na tę broszurę – zwrócił się do Pączka, a do broszury zaszczekał coś w jakimś nieznanym języku. Gdy Pączek odbierał papier z ręki bankiera, biała kartka wygenerowała ładne, animowane kolorowe logo i muzykę. Logo zamieniło się w pawia. Niżej rozpoczęła się wideoprezentacja prowadzona przez podobnego do bankiera dżentelmena – jakby Indianina, chociaż może Araba. „Parsowie witają w Banku Pawia” – oznajmił.
– Jacy Parsowie? – wyrwało się Pączkowi. Spojrzał na bankiera, który spuścił nieznacznie wzrok i wskazał bródką kartkę. Ta usłyszała pytanie i rozpoczęła już wyjaśnienia. Pączek rychło pożałował swojej ciekawości, bo kartka zaczęła się rozwodzić kwieciście i niezrozumiale na temat genealogii Parsów, którzy bez wątpienia nie życzyli sobie, aby mylić ich z fajfusami, Pakistańcami ani Arabami, co – wedle broszury – nie miało oznaczać, że Parsowie mają coś do zarzucenia tym wielce szanowanym grupom etnicznym. Pączek starał się nie słuchać, mimo to dowiedział się o Parsach więcej, niż było potrzebne: poznał ich przedziwną religię, tendencję do przemieszczania się, nawet pieprzoną kuchnię, która wyglądała dosyć obrzydliwie, co nie przeszkodziło mu poczuć skurczów głodu. Skończywszy z Parsami, broszura przeszła do interesów, czyli zabezpieczania linii kredytowych.
Pączek znał to wszystko na pamięć. Bank Pawia nie różnił się niczym od innych tego typu instytucji: gdy zaakceptował klienta, wstrzeliwał w niego bezzwłocznie kartę kredytową. Implantował ją w stawie biodrowym, podczas gdy inne banki optowały raczej za wyrostkiem na potylicy – miejsce nie miało znaczenia, dla potrzeb karty wystarczała dowolna, w miarę duża kość, znajdująca się tuż pod skórą. Kość była niezbędna ze względu na radiowe połączenie karty, wymagającej do odbioru stosunkowo długiej anteny. Po jej zamontowaniu człowiek mógł chodzić, dokąd chciał, i kupować rzeczy, najzwyczajniej o nie prosząc – szczegółami transakcji zajmowali się Bank Pawia, sprzedawca i karta w biodrze.
Banki różniły się między sobą oferowanymi stopami oprocentowania, minimalnymi miesięcznymi spłatami i podobnymi drobiazgami. Żadna z tych rzeczy nie miała dla Pączka znaczenia. Liczyło się tylko to, co mu grozi na wypadek długów, czekał więc cierpliwie, udając zainteresowanie odsetkami i resztą tego gówna, po czym zapytał obojętnie i jakby od niechcenia o politykę debetową banku. Bankier wyglądał przez okno, jakby nie usłyszał pytania.
Ścieżka dźwiękowa broszury zmieniła ton: kartka odezwała się chłodnym, jazzowym brzmieniem i ukazała wielokulturową ekipę pań i panów – z pozoru nieprzypominających zdegradowanych oszustów kredytowych – siedzących wokół stołu i z mozołem składających kawałek po kawałku etniczną biżuterię. Ludzie ci wyglądali na zadowolonych, popijali herbatę i żywo wymieniali uwagi. Za dużo herbaty, jak na podejrzliwe oko Pączka, który nie dostrzegał wielu spraw, ale nie dawał się nabrać na manipulację medialną. Bank kładł zbyt duży nacisk na herbatę.
Z aprobatą odnotował jednak zwykłe, codzienne stroje dłużników, których nie przebierano w uniformy, a także fakt przebywania w jednej sali kobiet i mężczyzn. „Bank Pawia prowadzi globalną sieć czystych, bezpiecznych i przestronnych warsztatów. W przypadku nieprzewidzianych okoliczności uniemożliwiających spłatę kredytu lub przeliczenia się naszych Klientów z własnymi możliwościami finansowymi. Bank do czasu rozwiązania wszelkich problemów natury finansowej zapewnia dłużnikom zakwaterowanie blisko miejsca zamieszkania. Goście warsztatów Banku Pawia mają osobne łóżka i w niektórych przypadkach osobne pokoje mieszkalne. Dzieci mogą pozostać z rodzicami w trakcie całego pobytu. Warunki pracy należą do najlepszych w przemyśle, a wysoka wartość dodana operacji związanych z produkcją biżuterii ludowej sprawia, że bez względu na wielkość zadłużenia trudności rozwiązywane są niemal w mgnieniu oka”.
– Jaka jest... hm... strategia sprowadzania dłużników... no... wie pan... tam, gdzie ich miejsce? – zapytał Pączek, a bankier całkowicie stracił zainteresowanie procedurą, wyprostował się, obszedł biurko i zająwszy za nim miejsce, spojrzał przez okno ku wodzie, gdzie w oddali majaczył Pudong i Szanghaj.
– Broszura nie podaje tego szczegółu – powiedział wreszcie – jako że większość naszych klientów nie podziela pańskiego zainteresowania detalami dotyczącymi tego konkretnego aspektu umowy kredytowej.
Wypuścił powietrze nosem, jak człowiek, który nie chce drażnić nozdrzy nieprzyjemnym zapachem, po czym jeszcze raz pogłaskał się po bródce.
– Reżim postępowania egzekucyjnego składa się z trzech faz. Każda z nich, rzecz jasna, ma bardzo przyjemną nazwę, ale wystarczy panu wiedzieć, że faza pierwsza to uprzejme napomnienie, druga – znacznie powyżej pańskiego progu bólu, wreszcie trzecia – zejście śmiertelne w spektakularnych okolicznościach.
Pączek pomyślał, że z chęcią pokazałby temu Parsowi, czym jest zejście śmiertelne w spektakularnych okolicznościach, ale facet będący jednoosobowym bankiem miał na pewno niezłą ochronę. Poza tym inne banki prowadziły podobną politykę egzekucyjną, więc pomyślał, że w zasadzie powinien być wdzięczny Pawiowi, że nie owija w bawełnę.
– W porządku. Wrócę tu jeszcze – rzucił na pożegnanie. – Mogę zatrzymać broszurę?
Pars machnął ręką, ale Pączek był już na ulicy. Gdzieś musiała być przecież jakaś łatwa forsa.


Królewska wizyta; Hackworthowie świętują na pokładzie statku; przyjęcie urodzinowe księżniczki Charlotty; Hackworth spotyka para
W piątkowe popołudnie trzy geodesykcyjne nasiona ślizgały się nad dachami i ogrodami Atlantydy/Szanghaju niczym pestki monstrualnej kalabasy wielkości księżyca. Z boisk krykietowych Parku Źródła Wiktorii wystrzeliły do góry dwa maszty cumownicze. Najmniejszy ze statków napowietrznej flotylli oznaczono herbem królewskim. Teraz pojazd ów stał na redzie i czekał, aż dwa większe opadną ku dokom i przycumują. Burty latających machin – puste w środku – wydawały się przezroczyste. Miast zagradzać drogę słońcu, żółciły i zaginały jego promienie, rzucając wszędzie olbrzymie abstrakcyjne wzory jasności i niejasności, chwytane w ręce przez dziatwę w krynolinach i marynarskich mundurkach. Grzmiała orkiestra dęta. Na trapie statku powietrznego „Atlantyda” pojawiła się maleńka postać w białej sukience i pomachała do dzieci. Wszyscy się domyślili, że to jubilatka we własnej osobie: księżniczka Charlotta. Rozległy się powitalne okrzyki i głośny aplauz.
Fiona Hackworth wędrowała po Królewskim Ogrodzie Ekologicznym pod czujnym okiem rodziców, którzy mieli nadzieję uchronić jej spódnice od błota i roślinnych śmieci. Strategia ta nie w pełni się powiodła, ale John i Gwendolyn doprowadzili spódnice do porządku kilkoma szybkimi ruchami rąk, przenosząc brud na białe rękawiczki. Z rękawiczek brud wzniósł się w powietrze. Współczesne rękawiczki pań i panów utkane były z nieskończenie małych splotokuł, które wiedziały, jak pozbywać się zanieczyszczeń. Człowiek mógł taką rękawiczką przerzucić tony błota, a już po paru sekundach jego dłoń jaśniała nieskazitelną bielą.
Hierarchia apartamentów na pokładzie „Eteru” odpowiadała pozycji każdego z pasażerów, jako że część gościnna statku ulegała dekompilacji i przebudowie przed każdym lotem. Dla lorda Finkle-McGrawa, jego trójki dzieci wraz z małżonkami oraz dla Elizabeth (jego pierwszej i jedynej jak dotąd wnuczki) statek wysunął prywatne ruchome schody, które zaniosły ich do luksusowej kabiny położonej na samym dziobie, skąd roztaczał się nieograniczony, stuosiemdziesięciostopniowy widok.
Po przeciwległej do apartamentu Finkle-McGrawa stronie, na rufie, znajdowały się kabiny tuzina innych parów, zwykłych hrabiów lub baronów, zajmujących z wnukami – a nie z dziećmi – przedziały klasy B. Dalej ulokowano kadry kierownicze, poobwieszane złotymi łańcuszkami od zegarków, e-mailowymi puzderkami, telefonami, krzesidełkami, tabakierkami i innymi fetyszami, które miały ukrywać wypiętrzające się spod ciemnych kamizelek brzuchy. Większość dyrektorskich latorośli osiągnęła wiek, kiedy to dzieci przestają być milutkie i nikomu poza rodzicami nie sprawiają przyjemności; a także wzrost, przy którym dziecięca energia zaczyna być raczej zagrożeniem niż cudem, wreszcie poziom inteligencji, który to, co u drobniejszej dziatwy jawi się niewinnością, u starszych osobników przekształca w denerwującą bezczelność. Pszczółkę szukającą nektaru uważa się za ładną mimo jej ostrego żądła, gdy jednak za nektarem rozgląda się szerszeń, człowiek automatycznie sięga po packę. Na szerokich schodach prowadzących do kabin pierwszej klasy niejedna rozbrykana postać ucierpiała z powodu ostrych szarpnięć za ramię, traktowanych jako środek dyscyplinarny przez syczących z wściekłości ojców w cylindrach na bakier, którzy zaciskali zęby i rozglądali się nerwowo w poszukiwaniu potencjalnych świadków.
John Percival Hackworth był inżynierem. Większość inżynierów gnieździła się w maleńkich kajutach ze składanymi kojami, ale on – noszący górnolotny tytuł artifexa i kierujący grupą odpowiedzialną za dzisiejszy projekt – został umieszczony w kabinie drugiej klasy z podwójnym małżeńskim łożem i składaną dostawką dla Fiony. Numerowy wniósł ich niezbyt pokaźne, przewidziane zaledwie na jeden dzień bagaże, w chwili gdy „Eter” klarował obok masztu cumowniczego – sześćdziesięciostopowego diamentoidalnego wiązara, który znikał już pod gładką niczym stół bilardowy powierzchnią krykietowego boiska, nie czekając, aż statek skręci na południe. Park, leżący obok Źródła Wiktorii, pełen był katachtonicznych linii zasilacza, dzięki czemu wyhodowanie w nim dowolnej struktury materialnej nie nastręczało niemal żadnych trudności.
Kabina Hackworthów mieściła się na sterburcie. Oddalając się od Nowego Chusanu, ujrzeli słońce skryte za Szanghajem i przenikające czerwonawym blaskiem odwieczny płaszcz węglowych dymów. Gwendolyn przez godzinę czytała Fionie bajki do snu, a John przeglądał wieczorne wydanie „Timesa”. Potem rozłożył papiery na maleńkim biurku i zaczął je pilnie studiować. Gdy nadeszła odpowiednia pora, przebrali się w stroje wieczorowe, robiąc to bezszelestnie i po ciemku, aby nie obudzić Fiony. Punktualnie o dziewiątej wyszli na korytarz, zamknęli drzwi i kierując się brzmieniem big bandu, ruszyli ku wielkiej sali balowej, gdzie właśnie rozpoczynały się tańce. Posadzkę sali balowej stanowiła płyta transpektakularnego diamentu. Światło było przyciemnione. Tańczące pary zdawały się płynąć nad oświetloną księżycem powierzchnią Pacyfiku w rytmie walca, menueta i lindy – w elektrycznej podróży przez noc.

* * *
Wschód słońca zastał trzy statki powietrzne wysoko nad Morzem Południowochińskim, daleko od lądu. Ocean był tutaj stosunkowo płytki, o czym wiedział Hackworth i niewielka grupa inżynierów. Z okna kabiny Hackworthów rozciągał się przyzwoity widok, mimo to John, obudziwszy się wcześnie, wybrał sobie miejsce na diamentowej posadzce sali balowej, zamówił u kelnera espresso oraz „Timesa” i spędzał przyjemnie czas, podczas gdy Gwen i Fiona przygotowywały się odpowiednio na ten dzień. Wokół kręciło się pełno dzieci dyskutujących o tym, co miało się wydarzyć.
Gwen i Fiona spóźniły się tak bardzo, że aż go to zaciekawiło. Początkowo, czekając na żonę i córkę, wyjął co najmniej tuzin razy z kieszonki swój mechaniczny zegarek, wreszcie, zirytowany, zaczął ściskać go w dłoni, otwierając i zamykając kopertę. Gdy przyszły, Gwen podkurczyła długie nogi i rozłożyła elegancko spódnice na przezroczystej podłodze, ściągając na siebie złośliwe spojrzenia kilku stojących nieopodal kobiet. John stwierdził z ulgą, że większość z nich była inżynierami stosunkowo niskiej rangi bądź żonami inżynierów. Nikt z VIP-ów nie musiał przychodzić do sali balowej.
Fiona opadła na kolana i łokcie i położyła twarz na diamencie, wypinając siedzenie. Hackworth ujął delikatnie kanty spodni, podciągnął je odrobinę do góry i przyklęknął na jednym kolanie.
Sprytoral wyłonił się z głębin z gwałtownością, która zdumiała inżyniera, choć uczestniczył w jego projektowaniu i widział pierwsze próby. Oglądany przez ciemną powierzchnię Pacyfiku, przypominał eksplozję rozrywającą taflę szkła. W oczach Hackwortha wyglądał jak strumień gęstej śmietanki wlewany do kawy, odbijający się od dna filiżanki, rozkwitający fraktalnie i zlewający się w jedno tuż pod powierzchnią napoju. Szybkość tego procesu była starannie zaplanowanym kuglarstwem; sprytoral rósł na dnie oceanu już od trzech miesięcy, czerpiąc energię z superkonu – który wyhodowano w głębinach specjalnie na tę okazję – i ekstraktując niezbędne atomy wprost z morskiej wody i rozpuszczonych w niej gazów. To, co działo się poniżej, wyglądało dosyć chaotycznie i pod pewnymi względami takie było w istocie; lecz każda litokuła dokładnie znała swoje miejsce i zadanie, jakie winna spełniać. Litokuły miały kształt czworościennych cegiełek budowlanych z wapnia i węgla, wielkości ziarenek maku, a każda z nich wyposażona była w oddzielne źródło zasilania, mózg i system nawigacyjny. Uniosły się z morskiego dna na sygnał wydany przez księżniczkę Charlottę, która obudziwszy się tego ranka, znalazła pod poduszką mały prezent: złoty gwizdek na łańcuszku. Księżniczka stanęła na balkonie, nabrała powietrza i dmuchnęła w gwizdek.
Korale zbiegały się ze wszystkich stron do miejsca, w którym miała powstać wyspa. Niektóre litokuły przemieszczały się o parę mil, by zająć wyznaczoną pozycję. Wypychały wodę o objętości równej rozmiarom wyspy – w sumie kilka mil sześciennych. Efektem tego procesu była wściekła turbulencja wybrzuszająca powierzchnię oceanu, zjawisko o takiej gwałtowności, że kilkoro dzieci zaczęło krzyczeć, obawiając się o losy wiszącego wysoko na niebie statku. W rzeczy samej, parę kropel dosięgło diamentowego brzucha pojazdu, co zmusiło pilota do zwiększenia wysokości. Szybki manewr wzbudził salwę śmiechu u zgromadzonych w sali balowej ojców, którzy delektowali się iluzją niebezpieczeństwa w obliczu tak jawnej impotencji natury.
Piana i mgła opadły nieco, ukazując oczom wszystkich nową wyspę, jaśniejącą łososiowo w świetle poranka. Oklaski i okrzyki radości ucichły, przechodząc w pomruki profesjonalnego podziwu. Szczebiot zdumionej dziatwy był jednak zbyt głośny i rozdokazywany, aby cokolwiek usłyszeć.
Mieli jeszcze kilka godzin. Hackworth strzelił palcami na kelnera i zamówił świeże owoce, sok, gofry i kawę. Nie pozostało im nic innego, jak delektować się słynną kuchnią „Eteru” i przyglądać się wyrastającym na wyspie zamkom, faunom, centaurom i zaczarowanym lasom.
Księżniczka Charlotta była pierwszą istotą ludzką, która postawiła stopę na czarodziejskiej wyspie. Zbiegła po trapie „Atlantydy” w otoczeniu grupki małych przyjaciół, przypominających z daleka polne kwiaty, a to z racji przewiązanych wstążkami i chroniących od słońca czepków. Wszyscy zabrali ze sobą kosze na prezenty, które jednak szybko oddano pilnym guwernantkom. Księżniczka stanęła twarzą w stronę „Eteru” i zacumowanego kilkaset stóp dalej „Chinooka”, po czym odezwała się, nie podnosząc głosu, a mimo to wyraźnie słyszana przez każdego gościa. W koronkowym kołnierzyku jej fartuszka ukryto nanofon połączony z fazowym systemem akustycznym zainstalowanym w górnych warstwach wyspy.
– Chciałabym wyrazić swą wdzięczność lordowi Finkle-McGrawowi i wszystkim pracownikom Systemów Maszyn Fazowych SA za ten przewspaniały prezent urodzinowy. A teraz, drogie dzieci Atlantydy/Szanghaju, zapraszam was, jeśli wola, na swoje przyjęcie urodzinowe.
Dzieci Atlantydy/Szanghaju zakrzyknęły „tak!” i rzuciły się biegiem w dół licznych trapów „Eteru” i „Chinooka”, które wysunięto specjalnie na tę okazję, chcąc zapobiec korkom, spowodowanym przez pośpiech obrażeniom lub – Boże uchowaj – naruszeniu etykiety. Przez kilka pierwszych chwil dziatwa uciekała ze statków jak gaz z odkorkowanej butelki, potem zaś zaczęła oglądać cuda wyspy: centaura wysokiego na osiem stóp i zupełnie niegroźnego, który spacerował po łące w towarzystwie rozbrykanego syna i córki; małego dinozaura; jaskinię na łagodnym zboczu pagórka, niewątpliwie zaczarowaną; wreszcie drogę wijącą się ku ruinom zamku.
Większość dorosłych została na pokładzie, pozwalając dzieciom wyszaleć się przez chwilę. Inaczej postąpił lord Finkle-McGraw, którego widziano, jak szedł w stronę „Atlantydy”, ostukując ziemię laską, jakby chciał sprawdzić, czy jest dość wytrzymała dla królewskich stóp.
Na trapie statku pojawiła się szacowna para: ona w kwiecistej sukni, będącej ukłonem w stronę skromnie pojętej mody i stosownej do letniej pory wygody i lekkości, z parasolką pod kolor w dłoni, królowa Atlantydy Wiktoria II; on w wymuskanym, beżowym lnianym garniturze, jej mąż, książę małżonek, którego imię brzmiało, rzecz godna pożałowania, Joe. Joe albo też Joseph, jak nazywano go oficjalnie, szedł przodem, poruszając się pompatycznym krokiem pierwszego człowieka na Księżycu, potem odwrócił się do Jej Królewskiej Mości i podał jej dłoń, którą królowa ujęła wdzięcznie, acz niedbale, co miało podkreślić i przypomnieć wszystkim, że w swoim czasie Wiktoria pływała w reprezentacyjnej osadzie wioślarskiej Oxfordu, zwalczała stres studiów w Szkole B Stanfordu, przemierzając kraulem tamtejszy basen, jeżdżąc na łyżworolkach i uprawiając z powodzeniem jeet kune do. Gdy królewskie espadryle dotknęły wyspy, lord Finkle-McGraw ukłonił się z szacunkiem. Królowa wyciągnęła rękę, którą ucałował, co było gestem pikantnym, choć dopuszczalnym, szczególnie w przypadku tak staromodnych i szacownych dżentelmenów, jak Alexander Chung-Sik Finkle-McGraw.
– Dziękujemy raz jeszcze lordowi Finkle-McGrawowi, Imperial Tectonics SA i Systemom Maszyn Fazowych SA za tak wspaniałą uroczystość. Cieszmy się teraz tą niezwykłą okolicą, zanim zatonie jak pierwsza Atlantyda pod powierzchnią oceanu, na zawsze zakryta przez fale.
Rodzice z Atlantydy/Szanghaju ruszyli ku trapom, choć wielu wróciło do kabin, aby przebrać się stosownie do ubioru królowej i księcia małżonka. Wielkim wydarzeniem – przekazywanym już na kolumny „Timesa” przez uzbrojonych w teleskopy korespondentów mody – był powrót parasolki.
Gwendolyn Hackworth nie zapakowała poprzedniego dnia swojej, ale nie przejmowała się tym zbytnio, jako że zawsze nosiła się bardzo naturalnie, z właściwym tylko sobie wyczuciem stylu. Teraz zeszła wraz z Johnem na wyspę. Gdy tylko oczy Hackwortha przywykły do blasku słońca, przykucnął i zaczął rozcierać w palcach szczyptę ziemi. Gwen zostawiła go samego i przyłączyła się do grupy kobiet, głównie żon inżynierów, choć także kilku parów z tytułem baroneta.
Hackworth znalazł ukrytą ścieżkę, wijącą się pośród drzew ku szczytowi pagórka, gdzie w małym zagajniku chował się staw pełen chłodnej, przejrzystej i słodkiej wody – skosztował jej dla pewności. Zatrzymał się przy nim na chwilkę, rozglądając się po zaczarowanej wyspie i rozmyślając o tym, co porabia Fiona. Bezwiednie zaczął marzyć: może jakimś cudem spotkała księżniczkę Charlottę, zaprzyjaźniła się z nią i teraz razem oglądają jakieś cudowne miejsce. Z długiej zadumy wyrwał go głos recytujący poezję.

Umiłowany Druhu, my dwaj bylibyśmy sobą!
Gdyby w porze wyborów, co nieskrępowane,
Zamiast wędrowania, jak to czyniliśmy, przez doliny
Bogate swoimi płodami, przestworza
Radości, szczęśliwe pastwiska, otwarte dla słowa,
Uleglibyśmy potędze, co szła za nami,
Wiodła nas swym wzrokiem, popychała w sidła
Nawet w chwilach największej zadumy,
Wiązała jak biedak jałówki przy żłobie,
Prowadziła ścieżkami zgnębionej niewoli.
Hackworth odwrócił się i ujrzał starszego dżentelmena, sycącego wzrok tym samym co on widokiem. Genetycznie Azjata mówiący z nieco nosowym, północnoamerykańskim akcentem miał przynajmniej siedemdziesiąt lat. Jego półprzezroczysta skóra wciąż opinała ciasno szerokie kości policzkowe, ale powieki, uszy i wgłębienia wokół ust były ogorzałe i pomarszczone. Pod tropikalnym hełmem ani śladu włosów – mężczyzna był całkiem łysy. Hackworth układał sobie w głowie wszystkie te wskazówki i wreszcie pojął, kto przed nim stoi.
– Zdaje się, że to Wordsworth – zauważył.
Mężczyzna spoglądał na łąki w dole. Przekrzywił głowę i po raz pierwszy zerknął na Hackwortha.
– Wiersz?
– Wnioskując z treści, powiedziałbym, że to Preludium.
– Doskonale – pochwalił dżentelmen.
– John Percival Hackworth, do usług. – Postąpił o krok i wręczył tamtemu wizytówkę.
– Miło mi – odrzekł nieznajomy. Nie zadał sobie trudu, aby się przedstawić.
Alexander Chung-Sik Finkle-McGraw był jednym z kilku lordów arystokratycznego poziomu księcia, którzy wywodzili się z Apthorp, nieformalnej organizacji, której nazwy próżno by szukać w książce telefonicznej. W żargonie kręgów finansowych Apthorp oznaczało strategiczny alians paru olbrzymich firm, w tym Systemów Maszyn Fazowych SA i Imperial Tectonics SA. Jego pracownicy – gdy nikt nie nadstawiał ucha – nazywali kartel John Zaibatsu, wzorem przodków z poprzednich stuleci określających Kompanię Wschodnioindyjską mianem Kompanii Johna.
SMF produkowały dobra konsumpcyjne, a IT zajmowało się nieruchomościami, które – jak zawsze – przynosiły największe zyski. Licząc w hektarach, nieruchomości należące do IT miały skromną powierzchnię i postać kilku wysp o strategicznym położeniu – wielkości raczej hrabstw niż kontynentów – stanowiły jednak najdroższe kawałki ziemi na całej planecie, wyjąwszy kilka wybranych miejsc, jak Tokio, San Francisco czy Manhattan. O cenie wysp decydował fakt, że IT miało geoteków, a geotecy decydowali o tym, czy nowy kawałek ziemi będzie miał urok San Francisco, strategiczne położenie Manhattanu, feng-shui Hongkongu czy okropny, acz obligatoryjny Lebensraum Los Angeles. W dzisiejszych czasach nie trzeba już wysyłać brudasów w bobrowych czapkach, aby nanieśli na mapy położenie ostępów, wytłukli aborygenów i wykarczowali puszczę. Wystarczy jeden młody, zapalony geotek, zwykły kompilator materii i stosunkowo wielkie Źródło.
Jak większość neowiktorian, Hackworth potrafił wyrecytować z pamięci biografię Finkle-McGrawa. Przyszły diuk urodził się w Korei i w wieku sześciu miesięcy został adoptowany przez małżeństwo, które poznało się na studiach w Iowa City i założyło nieco później pierwszą organiczną farmę na granicy Iowa i Południowej Dakoty.
Alexander był nastolatkiem, gdy na lotnisku w Sioux City doszło do nieprawdopodobnego awaryjnego lądowania pasażerskiego odrzutowca. Finkle-McGraw razem z innymi skautami z zastępu, zmobilizowanymi pospiesznie przez drużynowego, stał przy pasie startowym w otoczeniu karetek, strażaków, lekarzy, pielęgniarek i wszystkich służb administracji publicznej z kilku okolicznych powiatów. Niedościgniona skuteczność w niesieniu pomocy, z jaką miejscowa ludność zareagowała na katastrofę, stała się tematem wielu publikacji i motywem filmu fabularnego nakręconego przez telewizję. Alexander nie mógł pojąć dlaczego. Robili przecież tylko to, co rozumne i ludzkie w takich okolicznościach, dlaczego więc mieszkańcy innych części kraju uważali to za niezwykłe i niepojęte?
Owo subtelne spojrzenie na kulturę amerykańską można przypisać edukacji domowej, którą zapewniali mu rodzice aż do ukończenia przez Alexandra lat czternastu. Typowy rozkład zajęć młodego Finkle-McGrawa obejmował lekcje nad rzeką poświęcone kijankom lub wyprawę do biblioteki publicznej, gdzie znajdowały się książki o starożytnym Rzymie i Grecji. Rodzina nie miała dużych oszczędności, dlatego podczas wakacji wybierała się najczęściej na wędrówki z plecakiem po Górach Skalistych albo na spływy kajakowe w północnej Minnesocie. Młodzieniec uczył się również podczas wakacji, i to zapewne z lepszym skutkiem niż jego rówieśnicy zasiadający w ławach szkolnych. Kontakty z dziećmi zapewniała mu głównie drużyna skautów i Kościół, a w zasadzie trzy Kościoły, rodzice Finkle-McGrawa uczęszczali bowiem regularnie do zboru metodystów, kaplicy rzymskokatolickiej i maleńkiej synagogi mieszczącej się w wynajętym pokoju w Sioux City.
Gdy skończył czternaście lat, rodzice posłali go do publicznej szkoły średniej, gdzie osiągał średnią ocen 2,0 przy najwyższej nocie 4. Program edukacyjny okazał się tak zdumiewająco głupi, a inne dzieci tak tępe, że młody Finkle-McGraw stracił zapał do nauki. Wyrobił sobie niezłą reputację jako zapaśnik i biegacz przełajowy, lecz nigdy nie wykorzystywał jej w celach erotycznych, co nie byłoby trudne w przesiąkniętym swobodą seksulaną klimacie tamtych czasów. W jego charakterze dość wcześnie ujawniła się denerwująca dla otoczenia skłonność do nonkonformizmu pojmowanego jako wartość sama w sobie: Alexander przekonał się, że najskuteczniejszym sposobem szokowania maluczkich jest głośne wyrażanie wiary w to, iż niektóre działania są z gruntu dobre, inne zaś z gruntu złe, a człowiek rozumny powinien w swym postępowaniu kierować się przede wszystkim dobrem.
Zdawszy maturę, przez rok zajmował się pewnymi aspektami agrointeresu rodziców, po czym zapisał się na Naukowo-Technologiczny Uniwersytet Stanu Iowa („Nauka i praktyka”) w Ames. Wybrał wydział inżynierii rolnej, ale po pierwszym semestrze przerzucił się na fizykę, którą nominalnie studiował przez trzy kolejne lata, uczęszczając przy okazji na wybrane przez siebie fakultety, w tym informatykę, metalurgię i muzykologię. Nie zrobił dyplomu, nie z powodu lenistwa, lecz za przyczyną klimatu politycznego tamtych czasów. NTUSI, jak większość ówczesnych uniwersytetów, wymagał od studentów zaliczania przedmiotów w szerokim zakresie, w tym zajęć poświęconych sztuce i literaturze. Finkle-McGraw potraktował ów wymóg dosłownie i przez większą część studiów czytał książki i słuchał muzyki, a w wolnych chwilach chodził do teatru.
Pewnego lata, które spędzał w Ames, pracując jako asystent w laboratorium fizyki ciała stałego, miasto na skutek kilkudniowej powodzi zamieniło się w wyspę. Wraz z wieloma innymi mieszkańcami Środkowego Zachodu Finkle-McGraw przez kilka tygodni budował tamy i uszczelniał wały powodziowe workami piasku i plastikową folią. Po raz drugi w życiu zdumiało go upublicznienie przez media całej akcji – wszędzie roiło się od reporterów z obu wybrzeży, którzy nie mogli się nadziwić sprawności podjętych działań i brakowi jakiekolwiek chęci splądrowania opuszczonych domów i gospodarstw. Nauka, jaką wyniósł z katastrofy lotniczej w Sioux City, na trwałe zapisała się w jego umyśle. Wzmocniły ją przykłady zamieszek, do jakich doszło rok wcześniej w Los Angeles. Finkle-McGraw zaczął wyrabiać sobie światopogląd, który w późniejszych latach miał ukształtować jego przekonania polityczne. Światopogląd ów zakładał, że choć ludzie nie różnią się niczym pod względem genetycznym, dzielące ich różnice kulturowe są nie do pokonania, przy czym niektóre kultury mają prawo uważać się za lepsze od innych. Ten ostatni sąd nie był subiektywnym stwierdzeniem wartościującym, stanowił raczej zwykłą obserwację, z której wynikało, że niektóre kultury rosną i rozwijają się, a inne po prostu upadają. W tamtych czasach wszyscy o tym wiedzieli, lecz nikt nie odważył się mówić o tym głośno.
Finkle-McGraw opuścił uniwersytet bez dyplomu i wrócił na farmę, którą zarządzał przez kilka lat, kiedy to rodziców zajmował głównie rak piersi jego matki. Po jej śmierci przeniósł się do Minneapolis i znalazł pracę w firmie założonej przez jednego ze swoich byłych profesorów, a produkującej tunelowe mikroskopy skaningowe, które w tamtych czasach były stosunkowo nowymi urządzeniami przeznaczonymi do oglądania i manipulowania pojedynczymi atomami. Dziedzina, jaką się zajmował, uchodziła za mętną, klientami firmy były wyłącznie duże instytucje badawcze, a zastosowania praktyczne należały do odległej przyszłości. Okoliczności te sprzyjały jednak człowiekowi pragnącemu studiować nanotechnologię i McGraw rozpoczął własne badania, głównie wieczorami, w czasie wolnym. Biorąc pod uwagę jego pilność, pewność siebie, inteligencję („łatwo się adaptuje, jest wytrwały, lecz trudno nazwać go błyskotliwym”) i wiedzę o prowadzeniu interesów wyniesioną z farmy, trudno się dziwić, że został jednym z pionierów rewolucji nanotechnologicznej i że jego własna firma – którą założył po pięcioletnim pobycie w Minneapolis – przetrwała aż do czasów Apthorp; wreszcie, że opanował sztukę poruszania się po politycznych i ekonomicznych ścieżkach Apthorp tak dobrze, iż wyrobił sobie wysoką pozycję arystokratyczną.
Wciąż był właścicielem rodzinnej farmy w północno-zachodniej części stanu Iowa, a także kilkuset tysięcy przyległych doń akrów ziemi, którą przekształcał w porośniętą wysoką trawą prerię z prawdziwymi stadami bizonów i prawdziwymi plemionami Indian, którzy odkryli, że jazda konna i polowanie na dziką zwierzynę jest czymś znacznie lepszym od gnicia w rynsztokach Minneapolis czy Seattle. Jednak większą część roku lord spędzał w Nowym Chusanie, który ze względów praktycznych stał się jego książęcą posiadłością.

* * *
– Public relations? – zapytał Finkle-McGraw.
– Sir? – Współczesna etykieta była w tak nieformalnych okolicznościach liberalna. Hackworth nie musiał posługiwać się właściwymi dla tego poziomu tytułami w rodzaju „wasza łaskawość” czy „mości książę”.
– Pańska dziedzina, sir.
Na wizytówce, którą wcześniej podał lordowi – co było stosowne w tej sytuacji, niczego jednak nie wyjaśniało – widniało jedynie jego nazwisko.
– Inżynieria. Zamówienia.
– Doprawdy? Sądziłem, że człowiek, który zna Wordswortha, jest typem artystycznym i zajmuje się PR.
– Przykro mi, ale tak nie jest. Z wykształcenia jestem inżynierem i niedawno awansowano mnie do Zamówień. Tak się składa, że pracowałem również przy tym projekcie.
– Konkretnie?
– Och, PI i tym podobne rzeczy. Głównie. – Zakładał, że Finkle-McGraw jest na bieżąco z nowymi trendami i rozpozna skrót pseudointeligencji, a uczyniwszy to, doceni założenie wstępne Hackwortha.
Finkle-McGraw rozchmurzył się nieco.
– Wie pan, kiedy byłem chłopcem, nazywano to SI, sztuczną inteligencją.
Hackworth pozwolił sobie na cierpki i przelotny uśmiech.
– Cóż, świadczy to, jak mniemam, o zuchwałości każdej epoki.
– W jaki sposób wykorzystano tutaj pseudointeligencję?
– PI miała zastosowanie wyłącznie do produktów SMF, sir. – Imperial Tectonics stworzyło wyspę, zabudowania i roślinność. Systemy Maszyn Fazowych – pracodawca Hackwortha – zajęły się wszystkim, co się ruszało. – Wykorzystaliśmy zachowania stereotypowe, jeśli idzie o ptaki, dinozaury i inne zwierzęta. W przypadku centaurów i faunów pragnęliśmy osiągnąć większą interaktywność, coś, co stanowiłoby iluzję odczuwania zmysłowego.
– Rozumiem. No cóż, świetna robota, świetna robota, panie Hackworth.
– Dziękuję, sir.
– Teraz już wiem na pewno, że tylko najlepsi inżynierowie awansują do Zamówień. Mimo to chciałbym zapytać, w jaki sposób miłośnik poezji romantycznej doszedł do takiego stanowiska?
Pytanie lorda zabrzmiało nieprzyjemnie w uszach Hackwortha, spróbował jednak odpowiedzieć, ukrywając starannie miłość własną.
– Cóż, człowiek o pańskim doświadczeniu nie dostrzega zapewne żadnej sprzeczności...
– Zgoda, ale człowiek o moim doświadczeniu nie awansował pana do Zamówień. Zrobił to ktoś o zupełnie innym doświadczeniu. I obawiam się, że dostrzegłaby tutaj sprzeczność.
– Pojmuję pański punkt widzenia. No cóż, sir, tak się składa, że studiowałem literaturę angielską.
– Aha! A więc nie należy pan do tych, którzy podążali prostą i wąską ścieżką do dyplomu inżyniera!
– Obawiam się, że nie, sir.
– A pańscy koledzy z Zamówień?
– Cóż, jeśli dobrze rozumiem pytanie, sir, ośmielę się zauważyć, że w porównaniu z innymi wydziałami stosunkowo duża część kadry inżynierskiej Zamówień wiedzie interesujący... z braku lepszego słowa... żywot.
– A co sprawia, że żywot jednego człowieka jest bardziej interesujący od żywota innego?
– Najogólniej rzecz biorąc, interesującymi znajdujemy rzeczy nowe i nieprzewidziane.
– Brzmi to niemal jak tautologia. – Lord Finkle-McGraw nie należał do osób wylewnych, w tym wypadku dał jednak do zrozumienia, że satysfakcjonuje go przebieg rozmowy. Zwrócił twarz ku wyspie i przez okrągłą minutę przyglądał się dzieciom, wiercąc przy tym czubkiem laski dziurę w ziemi, jakby wciąż miał wątpliwości co do niepodzielności gruntu. Potem, podniósłszy laskę, zakreślił nią łuk obejmujący połowę wyspy. – Jak pan sądzi, ilu spośród nich będzie wiodło interesujący żywot?
– Jeśli ma pan na myśli dzieci, sir, to przynajmniej dwoje: księżniczka Charlotta i pańska wnuczka.
– Jest pan bystry, Hackworth, i, jak podejrzewam, zdolny do przebiegłości, którą na szczęście trzymają w ryzach pańskie niezachwiane zasady moralne – oświadczył Finkle-McGraw nie bez wyniosłości. – Niech mi pan powie, jeśli łaska, czy pańscy rodzice byli poddanymi, czy może sam pan składał Przysięgę?
– Złożyłem ją, ukończywszy dwudziesty pierwszy rok życia, sir. Jej Królewska Mość... która wtedy była jeszcze Jej Książęcą Wysokością... podróżowała po Ameryce Północnej przed podjęciem studiów w Stanford, a ja w tym czasie złożyłem Przysięgę w kościele Świętej Trójcy w Bostonie.
– Dlaczegóż to? Jest pan człowiekiem rozsądnym i w przeciwieństwie do wielu inżynierów znającym wartość kultury. Mógł się pan przyłączyć do Pierwszej Rozdzielonej Rzeczypospolitej czy jakiejkolwiek innej syntetycznej gromady z Zachodniego Wybrzeża. Miałby pan przed sobą niezłe perspektywy bez potrzeby stosowania się do... – Finkle-McGraw wskazał laską dwa olbrzymie statki powietrzne – ...moralnej dyscypliny, jaką sobie narzuciliśmy. Dlaczego zdecydował się pan na ograniczenia, panie Hackworth?
– Nie wdając się w kwestie natury osobistej – zaczął ostrożnie Hackworth – powiem tylko, że jako dziecko znałem dwa rodzaje dyscypliny: żadną i nazbyt surową. Całkowity jej brak prowadzi do degeneracji, a kiedy mówię o degeneracji, nie czynię tego z poczuciem wyższości, sir, pozwalam sobie natomiast na aluzję do spraw, które znam aż za dobrze i które sprawiły, że moje dzieciństwo nie było idyllą.
Finkle-McGraw – uświadomiwszy sobie, że posunął się w swych dociekaniach za daleko – przytaknął energicznie.
– Doskonale znamy ten argument.
– Ma się rozumieć, sir. Nie ośmieliłbym się zakładać, że byłem jedynym młodym człowiekiem, któremu dały się we znaki ruiny macierzystej kultury.
– W pańskich słowach nie było takiej implikacji. Jednak wielu ludzi o poglądach zbliżonych do pańskich przystępuje do gromad o ostrzejszym od naszego reżimie, gromad, które traktują nas jak degeneratów.
– W moim życiu zdarzały się okresy nadmiernego, bezrozumnego dyscyplinowania – skutek kaprysu tych, którzy byli odpowiedzialni za wcześniejsze rozluźnienie norm. Doświadczenia te w połączeniu ze studiami historycznymi skłoniły mnie do wniosku, jak zresztą wielu innych, że w poprzednim stuleciu niewiele było rzeczy godnych naśladowania i że w poszukiwaniu stabilnych modeli społecznych musimy odwołać się do przykładów wieku dziewiętnastego.
– Świetnie powiedziane, Hackworth! Lecz jest chyba panu wiadomym, że wspomniany przez pana model nie przetrwał panowania pierwszej Wiktorii.
– Wyrośliśmy jednak z ówczesnej ignorancji i z powodzeniem przezwyciężyliśmy wiele wewnętrznych sprzeczności tamtej epoki.
– Czyżby? Podoba mi się pańska pewność. Lecz czy rozwiązaliśmy owe sprzeczności w taki sposób, by nasze dzieci wiodły interesujący żywot?
– Przyznaję, sir, że nie nadążam za pańskim tokiem myślenia.
– Niedawno sam pan powiedziałeś, że inżynierowie z działu Zamówień, ci najlepsi, wiodą ciekawy żywot i że nie interesują ich proste drogi. Implikuje to pewien związek, czyż nie?
– Bezsprzecznie.
– Implikuje to innymi słowy, że chcąc wychować następne pokolenie, które będzie mogło osiągnąć pełny potencjał, musimy znaleźć sposób, by życie tych dzieci stało się interesujące. Dlatego chcę panu zadać pytanie, Hackworth: czy nasze szkoły są zdolne osiągnąć ten cel? Czy może przypominają bardziej instytucje edukacyjne, na które skarżył się Wordsworth?
– Moja córka nie osiągnęła jeszcze co prawda wieku szkolnego, ale obawiam się, że pańskie wątpliwości mają uzasadnienie.
– Zapewniam pana, Hackworth, że tak jest. Troje moich dzieci uczęszczało do naszych szkół, które znam jak własną kieszeń. Dlatego postanowiłem, że Elizabeth zostanie wychowana inaczej.
Hackworth poczuł rumieniec zażenowania na twarzy.
– Sir, pozwolę sobie przypomnieć, że zaledwie się poznaliśmy i że nie czuję się godny zaufania, jakim mnie pan obdarza.
– Nie mówię panu tego jako przyjaciel, drogi Hackworth, lecz jako profesjonalista.
– Zatem zwrócę pańską uwagę na fakt, że jestem inżynierem, a nie psychologiem wieku dziecięcego.
– Pamiętam o tym, panie Hackworth. Rzeczywiście, jest pan inżynierem – i to doskonałym – w firmie, którą wciąż uważam za swoją... choć jako arystokrata nie mam z nią formalnych związków. A teraz gdy doprowadził pan swój udział w tym projekcie do szczęśliwego końca, zamierzam zaproponować panu nadzór nad nowym przedsięwzięciem, do czego, jak mam powody sądzić, doskonale się pan nadaje.


Pączek wchodzi na drogę bezprawia;
obraza plemienia i jej konsekwencje
Pączek natknął się na swą pierwszą ofiarę zupełnie przypadkowo. Pomylił się i skręcił w ślepy zaułek, w którym niechcący uwięził czarnego mężczyznę wraz z żoną i trójką rozbrykanych dzieci. Ujrzawszy go, przestraszyli się, jak większość nowo przybyłych, on zaś dostrzegł, że spojrzenie mężczyzny spoczęło na brylach, wyrażając obawę, czy niewidoczna z zewnątrz siatka celownika nie skupia się na nim, jego kobiecie czy dzieciach.
Pączek nie zszedł im z drogi. Miał broń, a oni nie, dlatego uważał, że powinni ustąpić. Lecz oni tylko zamarli.
– Macie jakiś problem? – spytał.
– Czego chcesz? – odezwał się mężczyzna.
Od bardzo dawna nikt tak szczerze nie interesował się potrzebami Pączka, co nawet mu się spodobało. Jak sobie uświadomił, ludzie ci uważali, że padli ofiarą napaści.
– No... tego, co wszyscy. Pieniędzy i reszty gówna – rzucił od niechcenia, a mężczyzna wyjął z kieszeni garść twardych juków i podał mu je, a potem podziękował najzwyczajniej w świecie i cofnął się.
Pączkowi spodobało się, że czarni okazują mu szacunek – przypomniał sobie swoje szlachetne dziedzictwo związane z osiedlami przyczep mieszkalnych w północnej Florydzie – nie miał także nic przeciwko pieniądzom. Od tego dnia zaczął się rozglądać za czarnymi z tym samym spłoszonym wyrazem twarzy. Ludzie ci kupowali i sprzedawali towary na lewo, dlatego zawsze mieli przy sobie gotówkę. Przez kilka miesięcy wiodło mu się całkiem nieźle. Co jakiś czas odwiedzał nawet mieszkanie swojej dziwki, Tequili, kupował jej bieliznę, a Harvowi dawał czekoladki.
Harv – jak zakładali z Tequilą – był synem Pączka. Miał pięć lat, co oznaczało, że został poczęty podczas wcześniejszego cyklu pełnego rozstań i powrotów związku tych dwojga. Teraz dziwka znowu była w ciąży i gdy Pączek się u niej zjawiał, chcąc nie chcąc, musiał przynosić więcej prezentów. Uroki ojcostwa!
Pewnego dnia namierzył dobrze ubraną rodzinę. Spodobały mu się ich ciuchy. Facet miał na sobie garnitur, a jego kobieta ładną, czystą sukienkę. Trzymali na rękach niemowlę, całe w białych koronkach, i wynajęli tragarza, który pomagał im wynieść bagaże z Aerodromu. Tragarz był biały, z daleka podobny do Pączka, który wpadł we wściekłość, widząc reprezentanta swojej rasy zniżającego się do roli jucznego zwierzęcia dla czarnych. Gdy tylko tamci znaleźli się w spokojniejszej okolicy, z dala od Aerodromu, podszedł do nich rozkołysanym krokiem, który ćwiczył w lustrze, i poprawił bryle, podsuwając je wyżej palcem wskazującym.
Facet w garniturze był inny niż reszta. Nie próbował udawać, że nie widzi Pączka, nie szukał drogi ucieczki, nie jęczał i nie wpadł w odrętwienie, najzwyczajniej w świecie zatrzymał się, rozstawił nogi i bardzo uprzejmie zapytał:
– W czym mogę panu pomóc? – Nie mówił jak amerykańscy czarni, miał niemal brytyjski akcent, może nieco ostrzejszy.
Pączek podszedł bliżej i na szyi mężczyzny zauważył pas kolorowego materiału opadający na klapy jak szalik. Facet miał na pewno mieszkanie i dobrze się odżywiał. Tylko ta blizna wysoko na policzku...
Pączek wciąż się zbliżał i w końcu stanął tuż przed facetem. Do ostatniej chwili miał odchyloną głowę, jakby odlatywał, słuchając głośno muzyki (tak było w istocie), potem niespodziewanie pochylił się i spojrzał tamtemu prosto w twarz. Był to kolejny sposób, by podkreślić fakt posiadania letu w czole; ludzie zwykle wymiękali na ten widok. Ten gość jednak się nie przestraszył ani nie mrugnął, czego można by oczekiwać, nie cofnął też głowy, co zawsze sprawiało Pączkowi przyjemność. Może pochodził z jakiegoś zadupia, gdzie nie słyszeli jeszcze o czaszkoletach.
– Sir – zaczął facet – zmierzam wraz z rodziną do hotelu. Mieliśmy ciężką podróż i jesteśmy zmęczeni. Moja córka cierpi z powodu zapalenia ucha. Dlatego byłbym niezmiernie zobowiązany, gdyby zechciał pan możliwie szybko wyłożyć swoją sprawę...
– Gadasz jak zafajdany Wiki – przerwał mu Pączek.
– Sir, nie jestem tym, którego określa pan mianem Wiki. Gdyby tak było, nie stałbym tutaj. Muszę jednak prosić, by zechciał pan zwracać uwagę na język, jakim posługuje się pan w obecności mojej żony i córki.
Upłynęło trochę czasu, zanim Pączek pojął sens ostatniego zdania, a potem jeszcze trochę, zanim zdołał uwierzyć, że facet rzeczywiście ma coś przeciwko brzydkim wyrazom używanym w obecności jego żony i córki. Najwięcej czasu jednak zajęło mu zrozumienie, że tamten ośmielił się na bezczelność w stosunku do niego – mocno umięśnionego lturysty z czaszkoletem w głowie.
– Kurwa, będę mówił do twojej dziwki i pierdolonego bachora, co mi się podoba – rzucił głośno. Potem pozwolił sobie na uśmiech. Punkt dla niego!
Mężczyzna się nie przestraszył, wyglądał raczej na zniecierpliwionego. Westchnął głęboko.
– To napad? Wie pan na pewno, w co się pakuje?
Pączek wyszeptał w odpowiedzi: „ognia” i strzelił obezwładniaczem prosto w prawy biceps tamtego. Kula weszła głęboko w mięsień, jak nabój z M-80. Na rękawie marynarki pojawiła się ciemna wyrwa, a ramię zesztywniało wyprostowane, zgodnie z oczekiwaniami – koleś należał do Pączka. Czarny zacisnął zęby, oczy wyszły mu z orbit i przez kilka sekund charczał z głębi płuc, starając się zapanować nad krzykiem. Pączek przyglądał się zafascynowany zadanej przez siebie ranie. Czuł się tak, jakby strzelał do ludzi w raktywie.
Tylko że suka tego faceta wcale nie miała zamiaru wrzeszczeć i błagać o litość. Odwróciła się plecami, osłaniając ciałem dziecko, i od czasu do czasu spoglądała spokojnie przez ramię na prześladowcę. Pączek dopiero teraz zauważył bliznę na jej policzku.
– Teraz załatwię ci oko – oświadczył. – A potem zajmę się dziwką.
Mężczyzna wyciągnął zdrową rękę dłonią do góry, pokazując, że się poddaje. Wyjął z kieszeni jednostki uniwersalnej waluty i podał forsę Pączkowi, który w tej samej chwili się ulotnił, ponieważ w okolicy zaczęło się roić od monitorów – aerostatów wielkości migdała, wyposażonych w oczy, uszy i radio – które zapewne zwabił odgłos wystrzału. Skręcając za róg, usłyszał, jak jeden z nich przelatuje mu z sykiem nad głową, ciągnąc za sobą krótką i cienką jak bicz antenkę, która odbiła światło; jego blask przypominał błyskawicę.
Trzy dni później Pączek kręcił się w okolicy Aerodromu, szukając łatwej zdobyczy, gdy wylądował wielki statek z Singapuru. W strumieniu dwóch tysięcy podróżnych wyróżniała się zwarta grupa dwudziestu solidnie zbudowanych, bardzo czarnych dżentelmenów w garniturach z pasami kolorowego materiału na szyjach i małymi bliznami na policzkach.
Później tego samego wieczoru Pączek po raz pierwszy w życiu usłyszał słowo „Aszanti”. „Z L.A. przyleciało kolejnych dwudziestu pięciu Aszanti!” – zauważył facet w barze. „Mają jakiś zjazd w sali konferencyjnej Sheratona!” – oznajmiła kobieta na ulicy. Włóczęga stojący w kolejce do darmowego kompilatora materii pochwalił się: „Aszanti dał mi pięć juków. Fajne z nich ludziska”.
Kiedy Pączek spotkał znajomego, byłego współpracownika na posadzie wabia, rzucił:
– Hej, w mieście aż się roi od tych Aszanti, co nie?
– Mowa – odrzekł tamten, zachowując się dziwnie niespokojnie, jakby zdumiewał go widok twarzy Pączka na ulicy. Potem coś odwróciło jego uwagę i spojrzał w bok.
– Mają chyba jakiś zjazd czy coś – teoretyzował Pączek. – Parę dni temu zrobiłem jednego.
– Tak, wiem – mruknął znajomy.
– Co? Skąd możesz wiedzieć?
– Bo to nie żaden zjazd, Pączek. Wszyscy ci Aszanti... poza pierwszym... przyjechali do miasta po ciebie.
Struny głosowe Pączka jakby sparaliżowało. Zakręciło mu się w głowie. Przez chwilę nie mógł się skoncentrować.
– Muszę lecieć – rzucił znajomy i ulotnił się.
Przez następne kilka godzin Pączkowi wydawało się, że wszyscy przechodnie na niego patrzą. On również nie odrywał od nich wzroku, wypatrując garniturów i tych kolorowych chust. Po jakimś czasie zobaczył faceta w szortach i podkoszulku – bardzo czarnego, o wydatnych kościach policzkowych, z których jedna naznaczona była blizną. Gość miał bardzo rozbiegane, niemal azjatyckie oczy. Tak, a więc nie mógł liczyć na to, że wszyscy Aszanti ubierają się jednakowo.
Niedługo potem Pączek zamienił się na ciuchy z ubogim downem, który mieszkał na plaży. Oddał mu swoje czarne skóry, a w zamian dostał podkoszulek i szorty. Koszulka była za mała, piła go pod pachami i ciasno opinała muskuły, przez co pażyty dokuczały mu jeszcze bardziej. Żałował, że nie może wyłączyć stymulatorów – chciał, by mięśnie odpoczęły choć przez jedną noc. Musiałby jednak pojechać do salonu fikacji, a słusznie podejrzewał, że Aszanti obstawili wszystkie salony w mieście.
W zasadzie mógłby pójść do jednego z burdeli, ale nie miał pojęcia, jakie układy mają ci Aszanti z podziemiem – ba, nie wiedział nawet, kim właściwie są! – poza tym nie był pewny, czy w tych okolicznościach w ogóle mu stanie.
Błąkając się po ulicach Wynajętej Ziemi – gotów wycelować brylami w każdego czarnucha, który wejdzie mu w drogę – rozmyślał o niesprawiedliwości losu. Skąd miał wiedzieć, że facet jest członkiem plemienia?
W zasadzie powinien był się domyślić, już choćby widząc jego elegancki garnitur i sposób zachowania, inny od przyjętych. Widoczna na pierwszy rzut oka odrębność tych ludzi powinna otworzyć mu oczy, tak jak i to, że tamten nie okazał w ogóle strachu; facet nie mógł po prostu uwierzyć, że ktoś jest aż tak głupi, by go zaatakować.
No cóż. Pączek był właśnie aż tak głupi, w dodatku nie miał swojej gromady, co oznaczało, że wpadł jak śliwka w kompot. Gromada to jedyny ratunek, dlatego musiał sobie jakąś załatwić.
Przed kilku laty chciał przystąpić do Burów, którzy dla białych śmieci, takich jak on, byli tym samym, czym Aszanti dla większości czarnych. Do Burów należeli postawni blondyni w garniturach albo najbardziej konserwatywnych ubraniach. Burowie mieli zawsze z pół tuzina dzieci, a jak ze sobą trzymali! Pączek odwiedził kilkakrotnie miejscowy laager, obejrzał ich treningowe raktywy na swoim domowym miediatronie, zwiększył o parę godzin dawkę ćwiczeń fizycznych, żeby sprostać ich standardom, uczestniczył nawet w kilku koszmarnych sesjach biblijnych. W końcu okazało się, że Pączek i Burowie jednak do siebie nie pasują. Ilość czasu spędzana w kościele mogła człowieka wykończyć – było to jak życie w jego murach. A ta ich historia! O ilu potyczkach Burów z Zulusami może przeczytać dziennie zdrowy człowiek? Ile z nich zdoła zapamiętać? To przesądziło sprawę. Nie zamierzał pójść tego wieczoru do żadnego laagru.
Wiedział też, że Wiki nie przyjmą go nigdy w życiu, a niemal wszystkie pozostałe plemiona były zorientowane rasowo, jak ci Parsowie czy jak im tam. Żydzi kazaliby mu obciąć kawałek fujary i nauczyć się czytać w zupełnie nowym języku, co było ponad jego siły, wziąwszy pod uwagę, że nie potrafił czytać nawet po angielsku. Pozostawały jeszcze gromady cenobityczne – plemiona religijne, przyjmujące ludzi wszystkich ras, ale większość z nich była słaba i nie posiadała przedstawicielstw na Wynajętej Ziemi. Mormoni mieli je i byli silni, z tym że nie wiedział, czy przyjmą go z miejsca, na czym mu bardzo zależało. Istniały także plemiona wymyślone przez pomyleńców – gromady syntetyczne – łączące ludzi dzięki jakiejś nawiedzonej idei, rytuałowi czy umiejętności, których w żadnym wypadku nie zdołałby opanować w pół godziny.
Zbliżała się północ, gdy natknął się wreszcie na faceta w śmiesznej szarej kurtce i czapce z czerwoną gwiazdą. Gość próbował rozdawać małe czerwone książeczki, a Pączek przeżył olśnienie: Sendero! Większość Senderystów była co prawda Inkami bądź Koreańczykami, brali jednak wszystkich. Tutaj, na Wynajętej Ziemi, mieli ładną enklawę – z dobrą ochroną, co ważne – a każdy z nich, facet czy kobieta, był zdrowo stuknięty. Z tego względu stanowili więcej niż przeciwwagę dla paru tuzinów Aszanti. I można było do nich przystąpić, stając w bramie enklawy. Brali wszystkich – i co najważniejsze, nie zadawali pytań.
Słyszał gdzieś, że życie komunisty nie jest usłane różami, ale w tych okolicznościach gotów był zatkać nos i cytować na rozkaz z małej czerwonej książeczki. Zamierzał zwiać, gdy tylko Aszanti opuszczą miasto.
Podjąwszy decyzję, ruszył pospiesznie do enklawy. Gotów był biec – tak mu się spieszyło – ale w ten sposób na pewno zwróciłby uwagę patrolujących ulice Aszanti. Nie mógł sobie pozwolić na wpadkę tuż przed celem.
Skręcił za róg i ujrzał ścianę enklawy Sendero, wysoką na cztery piętra i długą na dwie przecznice. Był to jeden gigantyczny mediatron z maleńką bramą pośrodku. Z jednej strony ekranu pokazywano towarzysza Mao pozdrawiającego gestem niewidoczne tłumy. Obok Mao stała jego żona o końskich zębach i ten jego pomagier o krzaczastych brwiach, Lin Piao. Z drugiej strony widać było Przewodniczącego Gonzalo uczącego dzieci, a na środku slogan wypisany trzyjardowymi literami: O DALSZE WDRAŻANIE W ŻYCIE ZASAD MYŚLI MAO-GONZALO!
Bramy strzegła jak zwykle para dwunastolatków w czerwonych chustach na szyi i z czerwonymi opaskami na rękach. Dzieci trzymały przed sobą przestarzałe jak świat półautomatyczne karabiny z prawdziwymi bagnetami opartymi o obojczyki. Jasnowłosa biała dziewczynka i pulchny azjatycki chłopczyk. Pączek i jego syn Harv spędzali tu niegdyś całe godziny, próbując rozśmieszyć wartowników: stroili miny, przedrzeźniali ich, opowiadali kawały. Nic nie robiło na nich wrażenia. Znał jednak rytuał: teraz zagrodzą mu drogę skrzyżowanymi lufami i nie wpuszczą go do środka, dopóki nie przysięgnie wiecznego oddania myśli Mao-Gonzalo, a wtedy...
Koń albo zwierzak o zbliżonych kształtach galopował w dół ulicy. Nie słychać było stukotu podków ani kopyt... Tak, to musiał być szewalin, czworonożny robot.
Mężczyzna siedzący na jego grzbiecie był Afrykańczykiem w niezwykle barwnym stroju. Pączek rozpoznał wzór materiału. Nie musiał szukać wzrokiem blizny, by wiedzieć, że ma do czynienia z Aszanti. Ujrzawszy Pączka, facet wrzucił wyższy bieg i przeszedł w cwał. Miał zamiar odciąć mu drogę do bramy enklawy Sendero. Był za daleko, by go trafić z letu, którego maleńkie naboje miały niezadawalająco krótki zasięg.
Pączek usłyszał jakiś szum za plecami i odwrócił głowę. Coś uderzyło go w czoło i zostało tam. Z tyłu podkradli się bosonodzy Aszanti.
– Sir – odezwał się jeden z nich – odradzam panu korzystanie z broni, chyba że chce pan, by ładunek w pańskiej głowie detonował. – Uśmiechnął się szeroko, ukazując wielkie, idealnie białe zęby, a potem dotknął czoła. Pączek podniósł rękę i poczuł, że coś przylepiło mu się do skóry między brwiami, dokładnie nad czaszkoletem.
Szewalin zwolnił do kłusa i ruszył w ich stronę. Nagle zaroiło się od Aszanti. Zastanawiał się, od jak dawna go śledzili. Wszyscy mieli piękne uśmiechy i wszyscy trzymali jakieś małe urządzenia, opierając chwilowo palce wskazujące na lufach wycelowanych w chodnik. Facet na szewalinie powiedział coś i nagle wszyscy skierowali broń na Pączka.
Naboje przylepiły się do jego skóry i ubrania i zaczęły wybuchać, wyrzucając ze swego wnętrza setki cząstek zwiewnej przezroczystej materii, które błyskawicznie zlepiały się ze sobą i kurczyły. Jeden z pocisków trafił go w potylicę i Pączek z miejsca poczuł, jak twarz oblepia mu błona i zamyka się. Nie była grubsza od mydlanej bańki, widział więc wszystko doskonale, tym bardziej, że jedna z powiek skleiła się podwinięta, więc siłą rzeczy musiał widzieć. Świat nabrał cudownych, tęczowych barw, jakby oglądany przez pianę. Ów proces spowijania w kurczliwą błonę trwał może pół sekundy i po chwili Pączek, zmumifikowany w plastiku, przewrócił się na twarz. Jeden z Aszanti zdążył go złapać tuż przed upadkiem na chodnik. Położyli go na ulicy i przewrócili na plecy. Ktoś przeciął ostrzem błonę nad jego ustami. Znów mógł oddychać!
Kilku Aszanti zabrało się do przytwierdzania uchwytów do specyficznej folii – dwóch przy barkach Pączka i dwóch przy kostkach u nóg, gdy tymczasem jeździec zsiadł z robota i kucnął obok leżącego. Miał na policzku kilka widocznych blizn.
– Sir – zaczął, szczerząc zęby – oskarżam pana o naruszenie pewnych postanowień Wspólnego Protokołu Ekonomicznego, które wyszczególnię w bardziej odpowiedniej porze, i tym samym nakładam na pana areszt osobisty. Jednocześnie informuję, że każda osoba objęta aresztem w razie stawiania oporu ryzykuje użyciem przeciwko niej środków przymusu, stwarzających śmiertelne zagrożenie dla życia. Co prawda w tej sytuacji... cha, cha, cha... opór jest raczej wykluczony, jednak procedura wymaga, abym poinformował pana o powyższym. Terytorium, na którym się znajdujemy, należy do narodu-państwa uznającego Wspólny Protokół Ekonomiczny, dlatego ma pan prawo do wysłuchania oskarżeń, stając przed ciałem orzekającym danego narodu-państwa, którym w tym wypadku jest Chińska Rzeczpospolita Brzegowa. Naród-państwo może, ale nie musi, przyznać panu dodatkowe prawa. Przekonamy się o tym za kilka chwil, gdy przedstawimy sytuację odpowiednim władzom. O, zdaje się, że właśnie nadchodzi ich przedstawiciel...
Ulicą nadjeżdżał konstabl szanghajskiej policji, na nogi miał założony pedomotyw umożliwiający stawianie ogromnych kroków. Towarzyszyło mu dwóch Aszanti na motorolkach. Czarni uśmiechali się od ucha do ucha, a policjant miał stereotypowo nieodgadnioną minę.
Przywódca Aszanti ukłonił się przed konstablem i z wdziękiem zaprezentował kolejny przydługi cytat z Karty Wspólnego Protokołu Ekonomicznego. Policjant kiwał głową, jakby potakując albo kłaniając się obojętnie. Potem zwrócił się do Pączka i przemówił pospiesznie:
– Czy jest pan członkiem stowarzyszonego plemienia, gromady, zarejestrowanej diaspory, grupy quasi-narodowej z prawami obywatelskimi, suwerennego państwa czy innej formy kolektywu dynamicznego bezpieczeństwa, którego status uznawany jest przez WPE?
– Żarty sobie robisz? – mruknął Pączek. Nieszczęsna błona uciskała mu usta, kwakał więc jak kaczka.
Czterech Aszanti chwyciło uchwyty i podniosło go z ziemi. Ruszyli za sadzącym ogromne susy konstablem w stronę Grobli, która prowadziła ponad morzem do Szanghaju.
– Ej – zakwakał Pączek przez szparę w folii. – Tamten mówił coś o jakichś prawach. Mam jakieś prawa czy nie?
Konstabl obejrzał się ostrożnie przez ramię, by nie stracić równowagi na pedomotywie.
– Nie rób pan z siebie idioty – powiedział przyzwoitą angielszczyzną. – To są Chiny.


Poranne rozmyślania Hackwortha;
śniadanie i wyjazd do pracy
Myśląc o przestępstwie, jakiego miał dokonać nazajutrz, John Percival Hackworth nie mógł zasnąć i trzykrotnie wstawał pod pretekstem udania się do toalety. Za każdym razem zaglądał do Fiony, która przeciągała się w koronkowej nocnej koszuli. Jej ramiona spoczywały wysoko nad głową, jakby rzucała się szczupakiem w objęcia Morfeusza. Mrok panujący w pokoju nie pozwalał dojrzeć jej twarzy, która Hackworthowi wydała się księżycem widzianym przez gęsty biały muślin.
O piątej rano usłyszeli prymitywne północnokoreańskie mediatrony rozbrzmiewające pentatonicznym dźwiękiem pobudki. Ich enklawa, nosząca nazwę Sendero, leżała tuż nad morzem, milę poniżej budynku Hackwortha; było tam przeciętnie o dwadzieścia stopni cieplej. Ilekroć odzywał się chór kobiet swym przenikliwym refrenem o wspaniałomyślności wszystkowidzącego Łagodnego Przywódcy, wydawało się, że ich głosy dobiegają zza sąsiednich drzwi.
Gwendolyn nawet się nie poruszyła. Wiedział, że będzie spała twardo przez następną godzinę albo do chwili, gdy w sypialni pojawi się Tiffany Sue, jej pokojówka, która każdego ranka rozkładała rzeczy dla swej pani: elastyczną bieliznę do porannych ćwiczeń, a na później urzędowy kostium, kapelusz, woalkę i rękawiczki.
Hackworth wyciągnął z garderoby jedwabny tużurek i narzucił go sobie na ramiona. Wiążąc na brzuchu pasek, którego pompony wyślizgiwały mu się z palców w ciemności, zerknął przez drzwi ku garderobie Gwen i wnętrzu jej buduaru. Pod odległym oknem stało biurko służące za sekretarzyk. Właściwie był to stół z marmurowym blatem, na którym leżała korespondencja, zarówno Gwendolyn, jak i innych, a także ledwo widoczne w półmroku karty urzędowe, wizytówki, listowniki, zaproszenia od różnych ludzi, które wciąż czekały na przejrzenie. Niemal całą podłogę buduaru pokrywał wielobarwny dywan, przetarty w niektórych miejscach aż do jutowego podkładu, lecz utkany ręcznie przez najprawdziwszych chińskich niewolników w czasach dynastii Mao. Jedyną funkcją dywanu była ochrona podłogi przed sprzętem do ćwiczeń Gwendolyn, połyskującym nieznacznie w świetle, które odbijało się od chmur nad Szanghajem. Stał tam między innymi step w stylu wyrobów żelaznych Beuax-Arts, maszyna do wiosłowania w kształcie splecionych morskich węży i nimf o zwartych ciałach, stelaż z hantlami, podtrzymywany przez cztery kariatydy o kształtnych pośladkach – nie były to klocowate Greczynki, lecz współczesne kobiety, przedstawicielki czterech głównych grup rasowych, a każdy ich mięsień trzygłowy, pośladkowy, brzuszny świecił własnym blaskiem. Rzeczywiście, klasyczna budowa ciała!
Kariatydy miały stanowić wzór do naśladowania i pominąwszy subtelne różnice rasowe, każde z owych ciał odpowiadało obowiązującemu ideałowi piękna: dwadzieścia dwa cale w talii i nie więcej niż 17% tkanki tłuszczowej. Takiego ciała nie dało się wymodelować bielizną, bez względu na to, co można było przeczytać w reklamach pism kobiecych. Długie, obcisłe staniki współczesnych elegantek i elastyczne tkaniny cieńsze od muślinu uwidaczniały wszystko, co było niegdyś do ukrycia. Większość kobiet – nieobdarzonych nadludzką siłą woli – korzystała z pomocy pokojówek, dbających o to, aby panie odbyły dziennie dwie albo trzy sesje wyczerpujących ćwiczeń fizycznych.
Kiedy Gwen przestała karmić Fionę piersią i porzuciła macierzyńskie stroje, zatrudnili Tiffany Sue, co było kolejnym związanym z dzieckiem wydatkiem, jednym z tych, o których Hackworth nie miał pojęcia, dopóki nie otrzymał rachunków. Gwen zarzucała mu żartobliwie, że ma ochotę na Tiffany Sue. Oskarżenia tego rodzaju stały się niemal standardem wśród nowoczesnych małżeństw, prowokowane przez młodość, urodę i nienaganną budowę wszystkich pokojówek. Tiffany Sue była jednak typową lturystką, głośną, wyzutą z klasy i ociężałą umysłowo, a Hackworth nie mógł jej ścierpieć. Jeśli miał na kogoś ochotę, to na kariatydy podtrzymujące stelaż z hantlami – te przynajmniej odznaczały się nienagannym gustem.
Pani Hull nie usłyszała, jak wchodził do kuchni, i dalej wierciła się przez sen w swojej służbówce. Hackworth włożył naleśnik do piekarnika i wyszedł z filiżanką herbaty na maleńki balkon, gdzie znad ujścia Yangtze napływała poranna bryza.
Dom Hackwortha był jednym z wielu stojących wzdłuż długiego ogrodu. Kilku rannych ptaszków spacerowało już ze spanielami, inni ćwiczyli, pochylając się, by dotknąć stóp. W oddali, u podnóża stoków Nowego Chusanu, budziła się Wynajęta Ziemia: Senderyści wybiegali żwawo z baraków i ze śpiewem na ustach zbierali się na ulicach na poranną gimnastykę. Wszyscy inni lturyści, zgromadzeni w małych, cuchnących enklawach należących do syntetycznych gromad, włączali właśnie mediatrony, aby zagłuszyć wrzawę Senderystów, i odpalali fajerwerki albo strzelali do siebie – Hackworth nie miał co do tego pewności. Paru wielbicieli silników spalinowych kręciło korbami prymitywnych, zajmujących całą szerokość jezdni pojazdów, im głośniejszych, tym lepszych. Na stacjach metra zbierały się pierwsze tłumy pasażerów czekających na przejazd Groblą do Wielkiego Szanghaju, widocznego jedynie jako burzowy front neonowego, cuchnącego węglem smogu, otulającego szczelnie horyzont.
Okolicę, w której mieszkał Hackworth, nazywano szyderczo Podsłuchowolą. Jemu jednak hałas nie przeszkadzał. Przesadna wrażliwość na tumult byłaby oznaką lepszego wychowania lub zgoła nadmiernych pretensji, podobnie jak wieczne utyskiwania czy chęć posiadania willi w mieście bądź małej posiadłości w głębi lądu.
Dzwony świętego Marka wybiły wreszcie szóstą. Przy pierwszym uderzeniu do kuchni wpadła pani Hull i wyraziła zawstydzenie z powodu tak wczesnej obecności Hackwortha oraz zdumienie defloracją jej królestwa. Stojący w rogu kuchenny kompilator materii włączył się automatycznie i zaczął tworzyć pedomotyw, który miał zawieźć go do pracy.
Zanim wybrzmiało ostatnie uderzenie, odezwało się rytmiczne uaak-uaak-uaak gigantycznej pompy próżniowej. Inżynierowie Królewskiego Próżniowego Zakładu Użyteczności Publicznej rozpoczęli pracę przy powiększaniu środowiska eutaktycznego. Pompy huczały potężnie – korzystali zapewne z Nieustraszonych, pomyślał Hackworth i doszedł do wniosku, że przygotowują się do wzniesienia jakiejś nowej budowli, prawdopodobnie skrzydła Uniwersytetu.
Usiadł przy kuchennym stole. Pani Hull smarowała powidłami jego naleśnik. Gdy rozkładała talerze i sztućce, Hackworth podniósł ze stołu duży arkusz niezadrukowanej gazety.
– To, co zwykle – powiedział, a gazeta zmieniła wygląd, tworząc dla niego pierwszą stronę „Timesa”.
Hackworth dostawał wszystkie wiadomości stosowne do jego życiowej pozycji oraz kilka dodatkowych usług: najświeższe, ulubione komiksy i felietony z całego świata, wycinki artykułów opisujących jakieś absurdalne zdarzenia, przesyłane mu przez ojca, który mimo upływu lat wciąż robił sobie wyrzuty, że nie zadbał o odpowiednie ukształtowanie syna, wreszcie reportaże o Uitlanderach – podgromadzie z Nowej Atlantydy, zrzeszającej osoby o brytyjskim pochodzeniu, które przed dziesiątkami lat uciekły z Afryki Południowej. Matka Hackwortha była Uitlanderką, stąd zainteresowanie ich sprawami.
Dżentelmen o wyższym statusie i znacznie poważniejszym zakresie obowiązków otrzymałby całkowicie odmienne informacje napisane równie odmiennym stylem. Elita obywateli Nowego Chusanu czytała „Timesa” na prawdziwym papierze, drukowanego przez wielką, antyczną drukarnię, wypuszczającą co rano o trzeciej niewielki nakład stu egzemplarzy.
Czytanie przez śmietankę towarzyską wiadomości wydrukowanych farbą na prawdziwym papierze wiele mówiło o przedsięwzięciach podejmowanych przez Nową Atlantydę w celu wyróżnienia się z innych gromad.
Współczesna nanotechnologia sprawiła, że niemal wszystko stało się możliwe, wzrosło zatem znaczenie kultury decydującej o tym, co powinno się z nią zrobić, w przeciwieństwie do kultur wyobrażających sobie, co można z nią uczynić. Jednym z ciekawszych spostrzeżeń Odrodzenia Wiktoriańskiego było domniemanie, iż nie jest wcale korzystne czytanie przez każdego innej gazety o poranku, dlatego im wyżej stała jednostka w hierarchii społecznej, tym większe jej egzemplarz „Timesa” wykazywał podobieństwo do egzemplarzy czytanych przez elity.
Hackworth zdołał się ubrać, nie budząc Gwendolyn, lecz gdy zaczął przeplatać łańcuszek od zegarka przez przeróżne guziczki i kieszonki kamizelki, żona poruszyła się niespokojnie. Oprócz zegarka kamizelkę zdobiły także inne codzienne talizmany, takie jak tabakierka, której zawartość pobudzała go w trudnych chwilach, czy złote pióro bijące kuranty, gdy otrzymywał pocztę.
– Życzę ci w pracy miłego dnia, mój drogi – szepnęła Gwen. Potem mrugnęła raz czy dwa razy, zmarszczyła brwi i wbiła wzrok w perkalowy baldachim nad łóżkiem. – Kończysz to dzisiaj, prawda?
– Tak – odparł Hackworth. – Wrócę późno, bardzo późno.
– Rozumiem.
– Nie – wyrwało mu się. Ugryzł się w język. Tylko tego mi trzeba, pomyślał.
– Co powiedziałeś, kochanie?
– Nic wielkiego, tyle tylko, że projekt skończy się sam. A po pracy będę miał chyba niespodziankę dla Fiony. Coś wyjątkowego.
– Najbardziej by się ucieszyła, gdybyś zjadł z nami kolację. To byłby dla niej najlepszy prezent.
– Wiem, najdroższa, ale to coś zupełnie innego, przekonasz się.
Pocałował ją i stanął na posterunku u frontowych drzwi, gdzie czekała na niego pani Hull z kapeluszem w jednej i aktówką w drugiej ręce. Wcześniej wyjęła pedomotyw z KM-u i postawiła go pod drzwiami. Maszyna była dostatecznie mądra, by wiedzieć, że nadal znajduje się w domu. Nie wysuwała długich nóg, pozostając w stanie mechanicznego spoczynku. Stanął na podpórkach i poczuł, jak wokół jego stóp i kostek zapinają się paski.
Powiedział sobie, że jeszcze może się wycofać. Nagle kątem oka dostrzegł mgnienie czerwieni; obejrzał się i zobaczył Fionę drepczącą w nocnej koszuli korytarzem. Płomiennorude włosy miała w nieładzie, skradała się, by zrobić niespodziankę Gwendolyn. Zorientował się po jej oczach, że wszystko słyszała. Posłał jej całusa i opuścił dom, utwierdzony w swym przekonaniu.


Przewód sądowy;
osobliwe właściwości konfucjańskiego sądownictwa;
Pączek wybiera się na długi spacer po krótkim molo
Kilka ostatnich dni Pączek spędził na wolnym powietrzu – w więzieniu położonym w depresyjnej, cuchnącej niecce delty Chang Jiang (jak nazywała rzekę większość skazańców) lub Yangtze, jak nazywał ją sam. Mury więzienia tworzyło ogrodzenie z bambusowych kołków, wkopanych co parę stóp w ziemię i ozdobionych na końcach wesołymi pomarańczowymi wstążkami z plastiku, którymi trzepotał wiatr. Małe urządzenie zamontowane w jednej z kości Pączka wiedziało, gdzie są mury. Idąc wzdłuż ogrodzenia, co chwila widziało się zwłoki, ciała jakby pocięte foremkami do ciasta. Pączkowi wydawało się, że to samobójcy, dopóki na własne oczy nie ujrzał linczu: jednego z więźniów, posądzonego o kradzież czyichś butów, pozostali unieśli nad głowami i zaczęli przekazywać sobie niczym sunącą na ludzkiej fali gwiazdę rocka. Nieszczęśnik wymachiwał rozpaczliwie rękami, starając się na próżno czegoś uczepić. Tłum zawlókł złodzieja pod płot, a następnie cisnął nim ponad ogrodzeniem. Jego ciało dosłownie eksplodowało, przelatując nad niewidzialną granicą więziennego muru.
Wszechobecna groźba linczu była jednak niczym w porównaniu z komarami. Dlatego, gdy usłyszał w małżowinie głos nakazujący mu zameldować się w północno-wschodnim narożniku kompleksu więziennego, nie ociągał się ani chwili – chciał się stąd wydostać, ale też zdawał sobie doskonale sprawę, że jeśli nie przyjdzie, ściągną go za pomocą zdalnego sterowania. Mogli w zasadzie kazać mu iść prosto do budynku sądu i zająć wyznaczone miejsce, ale z powodów proceduralnych wysłali po niego gliniarza, który go eskortował.
Sala sądowa była wysokim pomieszczeniem w jednym ze starych budynków Bundu, o mało ekstrawaganckim wyposażeniu. W głębi znajdowało się podwyższenie, na którym ustawiono stary składany stół przykryty czerwonym płótnem. Na materiale wyhaftowano złotymi nićmi jakiś wzór: jednorożca, smoka czy inne gówno. Pączek nie był specjalistą od mitologicznego bestiariusza.
Wszedł przewodniczący trybunału. Przedstawiono go jako sędziego Kua, a uczynił to większy z dwóch jego pomagierów, masywny, okrągłogłowy Chińczyk, pachnący kusząco mentolowymi papierosami. Konstabl eskortujący Pączka wskazał podłogę. Nie trzeba mu było powtarzać: padł na kolana i dotknął czołem ziemi.
Drugim pomagierem sędziego była Amerazjatka nosząca okulary. W tych czasach mało kto używał okularów w celach korekcyjnych, więc można się było domyślić, że są one czymś w rodzaju fantoskopu, który umożliwia widzenie rzeczy nieistniejących, takich jak programy w raktywie. Ale zdarzało się, że ludzie korzystali z nich dla celów innych niż rozrywka, określano je wtedy wymyślniejszym słowem: fenomenoskopy.
System fantoskopijny implantowało się bezpośrednio w źrenicach, podobnie jak ordynację muzyczną umieszczaną w bębenkach. Gdy ktoś miał specjalne życzenie, system telestetyczny przytwierdzano nawet do kręgosłupa, we wnętrzu wybranych kręgów. Mówiło się jednak, że ma to swoje wady: przy długim korzystaniu rzecz nadwyrężała ponoć rdzeń i wypustki nerwowe, poza tym, jak głosiła plotka, hakerzy pracujący dla dużych korporacji medialnych znajdowali sposób na obezwładnienie systemów obronnych wbudowanych w zestaw i nadawali reklamy w obrębie widzenia obwodowego (a nawet wpieprzali się w sam jego środek) – osobliwie wtedy, gdy człowiek zamykał oczy. Pączek znał jegomościa, który nie wiadomo jakim sposobem został zainfekowany ramą nadającą reklamy jakichś parszywych moteli, w dodatku w języku hindi, która przez dwadzieścia cztery godziny na dobę nakładała się na obraz w prawym dolnym rogu jego pola widzenia. Facet nie wytrzymał i skończył ze sobą.
Sędzia Kieu był, o dziwo, młody; miał nie więcej niż czterdzieści lat. Usiadł przy nakrytym czerwonym płótnem stole i zaczął mówić po chińsku. Dwoje pomagierów stało tuż za nim. Był też Sikh, który wstał i odpowiedział sędziemu w tym samym języku. Pączek nie miał pojęcia, co robi tutaj Sikh, ale przyzwyczaił się już, że Sikhowie pojawiali się zawsze tam, gdzie najmniej się ich spodziewano.
Sędzia Kieu odezwał się z nowojorskim akcentem:
– Przedstawiciel Protokołu zaproponował sądowi, aby rozprawa odbywała się po angielsku. Czy jest jakiś sprzeciw?
Na sali był również ów mężczyzna, na którego Pączek napadł. Miał trochę sztywne ramię, ale poza tym był całkowicie zdrowy. Obok stała jego żona.
– Nazywam się Kieu i jestem sędzią – ciągnął przewodniczący trybunału, patrząc wprost na Pączka. – Możesz się do mnie zwracać „wysoki sądzie”, Pączek... o ile się nie mylę... zostałeś oskarżony przez obecnego na tej sali pana Kwamina o popełnienie wykroczeń uznawanych za bezprawne w Rzeczpospolitej Brzegowej. Jesteś także oskarżony o naruszenie pewnych postanowień Wspólnego Protokołu Ekonomicznego, którego jesteśmy sygnatariuszami. Naruszenia te są związane z wykroczeniami, o których wspomniałem, mają jednak nieco inny charakter. Czy wyrażam się jasno?
– Niezupełnie, wysoki sądzie – odrzekł Pączek.
– Dobrze. Wydaje się nam, że napadłeś na tego gościa i zrobiłeś mu dziurę w ręce – powiedział sędzia Kieu. – Nie podoba nam się to. Capiche?
– Tak, wysoki sądzie.
Sędzia Kieu skinął głową Sikhowi, który zabrał się do dzieła.
– Kodeksowi WPE podlegają wszystkie rodzaje interakcji ekonomicznych zachodzących między ludźmi i organizacjami – zaczął. – Kradzież jest swoistym typem wzmiankowanej interakcji. Podobnie jak okaleczenie, szczególnie pod względem wpływu na zdolność ofiary do zapewnienia sobie dotychczasowej pozycji ekonomicznej. Protokół nie aspiruje do statusu suwerena legislacyjnego, staramy się współpracować z lokalnymi systemami prawnymi sygnatariuszy WPE w rozpatrywaniu naruszeń postanowień stosownego kodeksu.
– Pączek, kapujesz, czym jest konfucjański system sądowniczy? – zapytał sędzia Kieu. Pączkowi zaczynało się kręcić w głowie od tych wszystkich nieznanych terminów. – Domyślam się, że nie. Okay, wytłumaczę ci. Chińska Rzeczpospolita Brzegowa nie jest co prawda państwem konfucjańskim sensu stricte i żadnego innego, ale nasz system sądowniczy zachował konfucjański charakter, głównie dlatego, że mamy go już od paru tysięcy lat i że według nas nie jest wcale zły. Sekret tego systemu polega, najogólniej rzecz biorąc, na tym, że sędzia... w tym wypadku ja... spełnia kilka różnych, niezbędnych w procedurze ról, na przykład rolę śledczego, prokuratora, obrońcy, ławy przysięgłych i... jeśli zajdzie taka konieczność... kata.
Pączek zachichotał, biorąc to za dowcip, po czym zauważył, że sędzia Kieu nie jest w specjalnie radosnym nastroju. Nowojorski akcent go zmylił, wziął sędziego za kogoś, kim tamten w ogóle nie był: za równego gościa.
– Przyjmując pierwszą z wymienionych przeze mnie ról – kontynuował sędzia – zwracam się do pana Kwamina z pytaniem, czy rozpoznaje podejrzanego?
– To ten człowiek – oznajmił pan Kwamina, celując palcem wskazującym w czoło Pączka. – Człowiek, który mi groził, który mnie postrzelił i który ukradł moje pieniądze.
– Pani Kum? – Sędzia zwrócił się do towarzyszki ofiary, a potem z myślą o Pączku uczynił małą dygresję: – W ich kulturze kobieta nie przyjmuje po ślubie nazwiska męża.
Pani Kum kiwnęła głową i powiedziała:
– Jest winny tego, o czym wspomniał mój mąż.
– Panno Pao, czy chce pani coś dodać?
Maleńka kobieta w okularach spojrzała na Pączka i zaczęła mówić z silnym teksańskim akcentem:
– Z czoła tego mężczyzny usunęłam nanokalibrową wyrzutnię pocisków, uruchamianą głosem i nazywaną potocznie czaszkoletem. Broń była załadowana trzema rodzajami amunicji, w tym tak zwanymi obezwładniaczami tego samego typu, jakiego użyto przeciwko panu Kwamina. Nanoobecnościowe badanie numerów seryjnych naboi i porównanie ich z fragmentami pocisków usuniętych z rany pana Kwamina wskazuje, że seria, którą obezwładniono ofiarę, została wystrzelona z broni zamontowanej w czole podejrzanego.
– Szajs – rzucił Pączek.
– W porządku. – Sędzia Kieu masował sobie przez chwilę skronie. Potem spojrzał na Pączka. – Jesteś winny.
– Chwila! – wrzasnął Pączek. – A co z obroną?! Sprzeciwiam się!
– Nie bądź dupkiem – mruknął sędzia.
W tym momencie odezwał się Sikh:
– Jako że uznany za winnego nie posiada żadnego majątku, a wartość jego pracy nie zrekompensuje obrażeń doznanych przez ofiarę, Protokół zamyka swój udział w tej sprawie.
– Kapujesz? – rzucił sędzia. – Okay, powiedz mi, człowieku, czy masz kogoś na utrzymaniu?
– Mam dziewczynę – odpowiedział Pączek. – I ona ma syna, nazywa się Harv i jest chyba mój, o ile się nie przeliczyliśmy. I słyszałem, że znowu jest w ciąży.
– Słyszałeś, że jest, czy wiesz, że jest?
– Była, jak ostatnio ją odwiedziłem... parę miesięcy temu.
– Jak się nazywa?
– Tequila.
Jedna z asystentek przedstawiciela Protokołu – bardzo młoda kobieta – prychnęła i natychmiast zakryła usta dłonią. Sikh przygryzał wargi – tak to wyglądało z daleka.
– Tequila? – powtórzył z niedowierzaniem sędzia. Było jasne, że Kieu prowadził mnóstwo takich spraw i delektował się ich stroną komiczną.
– Na Wynajętej Ziemi mieszka dziewiętnaście kobiet o imieniu Tequila – oznajmiła panna Pao, czytając zapewne tekst z fenomenoskopu. – Jedna z nich przed trzema dniami powiła dziewczynkę... o imieniu Nellodee. Jest również matką pięcioletniego chłopca o imieniu Harv.
– O, rety! – krzyknął Pączek.
– Gratuluję, zostałeś tatusiem – oznajmił sędzia. – Wnoszę z twojej reakcji, że to niespodzianka. Wnoszę także, że twój związek ze wzmiankowaną Tequilą ma dosyć luźny charakter, dlatego stwierdzam, że wydając wyrok, nie będę brał pod uwagę żadnych okoliczności łagodzących. Wiemy już, na czym stoimy, dlatego teraz mam zamiar poprosić cię, żebyś wyszedł tymi drzwiami – sędzia wskazał na drzwi w kącie sali – i dotarł aż do schodów. Następnie wyjdziesz na zewnątrz, przejdziesz przez ulicę i odnajdziesz molo wychodzące na rzekę. Dojdziesz do jego końca i zatrzymasz się na czerwonej linii, czekając na dalsze instrukcje.
Pączek ruszył nieśmiało ku drzwiom, ponaglony niecierpliwym gestem sędziego. Wyszedł z sali i ruszył schodami na dół, a po chwili stał już przy Bundzie, ulicy biegnącej wzdłuż nabrzeża rzeki Huang Pu, nad którą stał rząd dużych europejskich budynków. Podziemnym przejściem wyszedł na nabrzeże pełne spacerujących Chińczyków i beznogich wraków ludzkich, posuwających się za pomocą rąk to w jedną, to w drugą stronę. Nieco dalej grupa Chińczyków w średnim wieku ustawiła na chodniku system nagłaśniający i puszczała archaiczną muzykę, w której rytmie tańczyła niczym w sali balowej. W innych okolicznościach etniczna muzyka i stylowy taniec byłyby dla Pączka czymś osobliwym, teraz jednak widok owych korpulentnych, mających swe miejsce w życiu ludzi pląsających beztrosko napełnił go smutkiem.
Odnalazł molo. Wchodząc na nie, musiał odepchnąć paru żółtków niosących długi pakunek zawinięty w jakąś szmatę i próbujących go wyprzedzić. Z molo roztaczał się ładny widok. Za plecami miał stare budynki Bundu, a przed sobą wirującą, neonową ścianę Strefy Ekonomicznej Pudongu. Na rzece panował duży ruch, wzdłuż całej jej szerokości pływały karawany ciężkich, niskich barek.
Czerwona linia znajdowała się na samym końcu, w miejscu, gdzie molo opadało stromo w kierunku wody. Poczuł pod stopami szorstką powłokę farby, zapobiegającą przypadkowemu osunięciu się do rzeki. Odwrócił się i spojrzał jeszcze raz na zwieńczony kopułą budynek sądu. Szukał wzrokiem okna, w którym – jak przypuszczał – stał sędzia Kieu w towarzystwie swoich pomagierów. Do czerwonej linii zbliżała się chińska rodzina, niosąc długi pakunek ozdobiony girlandami kwiatów. Ktoś umarł, pomyślał, niosą go tu i zaraz wrzucą do rzeki. Słyszał o tym zwyczaju i o takich molach... nazywano je pogrzebowymi.
W jego krwiobiegu zdetonowało kilkadziesiąt mikroskopijnych ładunków wybuchowych, znanych powszechnie jako ciastoformy.


Nell uczy się obsługiwać kompilator materii;
młodzieńcze niedyskrecje; wszystko zmierza ku lepszemu
Niemowlęcy materacyk był już za mały dla Nell, więc Harv, jej starszy brat, oznajmił, że pomoże jej zdobyć nowy. Jest wystarczająco dorosły, rzucił od niechcenia, aby poradzić sobie z takim drobiazgiem. Nell ruszyła za nim do kuchni, w której znajdowało się kilka ważnych, pudłowatych urządzeń o szerokich drzwiach. Niektóre były ciepłe, inne chłodne, niektóre miały okienka, inne hałasowały. Nell widywała, jak Harv albo Tequila, albo jeden z jej narzeczonych, wyjmują z pudeł jedzenie w takim czy innym stadium przyrządzenia.
Jedno z pudeł nazywało się KM. Było wbudowane w ścianę nad ladą. Nell przysunęła sobie krzesło i wspięła się na nie, obserwując z zaciekawieniem brata. Z przodu KM-u był mediatron. Słowem tym nazywano każde urządzenie, które pokazywało ruchome obrazki, emitowało dźwięk, bądź robiło obie te rzeczy naraz. Harv dźgnął mediatron palcem i przemówił do niego. Na ekranie zatańczyły maleńkie figurki. Przypominały te z dużego raktywu, który stał w salonie i którym Nell mogła się bawić, jeśli akurat nie korzystał z niego ktoś większy.
– Co to? – zapytała.
– Mediaglify – rzucił obojętnie Harv. – Kiedyś nauczysz się, jak je czytać.
Nell potrafiła już odcyfrować niektóre z nich.
– Czerwony czy niebieski?
– Czerwony.
Harv dźgnął ekran teatralnym ruchem. Pojawił się nowy mediaglif: białe kółko z wąskim zielonym klinem u góry. Klin robił się coraz większy i większy. KM grał cichutką melodię, która oznaczała, że należy czekać. Harv podszedł do lodówki i wyjął z niej kartonik z sokiem, a potem drugi dla Nell. Spojrzał pogardliwie na KM.
– Trwa tak długo, że to aż śmieszne! – oznajmił tonem znawcy.
– Dlaczego?
– Bo mamy tandetny zasilacz, tylko parę gramów na sekundę. Żałosne...
– Dlaczego mamy tandetny zasilacz?
– Bo mieszkamy w tandetnym domu.
– Dlaczego mieszkamy w tandetnym domu?
– Bo nie stać nas na lepszy ze względów ekonomicznych – wyjaśnił Harv. – Mama musi konkurować na rynku pracy z Chinolami i innymi, którzy się nie szanują i pracują prawie za darmo. Więc mama też pracuje za darmo. – Spojrzał na KM i potrząsnął głową. – Żałosne. W Pchlim Cyrku mają zasilacz... o... taki gruby... – Połączył palce przed sobą i zatoczył rękami okrąg. – A nasz jest pewno grubości twojego małego paluszka...
Odsunął się od KM-u, jakby nie mógł znieść myśli, że musi przebywać w jednym pomieszczeniu z czymś tak przestarzałym, pociągnął soku z kartonika i wyszedł do salonu włączyć sobie raktyw. Nell przyglądała się, jak zielony klin staje się coraz większy, jak wypełnia połowę koła, które nagle stało się zielone, a klin biały i mniejszy, by zniknąć w tej samej chwili, w której urwała się skocznym akordem muzyka.
– Gotowe! – krzyknęła.
Harv zatrzymał raktyw, przyczłapał do kuchni i dźgnął palcem mediaglif przedstawiający animowane, otwierające się drzwi. KM zaczął głośno syczeć. Harv spojrzał na przestraszoną twarzyczkę siostry i potargał jej włosy. Nie mogła się bronić, bo zatykała piąstkami uszy.
– Wyrównuje ciśnienie, bo w środku jest próżnia – wyjaśnił.
Syk ustał, otworzyły się drzwi. We wnętrzu KM-u leżał starannie złożony nowy czerwony materacyk Nell.
– Daj mi go! Daj mi go! – krzyczała oburzona, że pierwszy go dotyka.
Harv droczył się z nią przez chwilę i udawał, że nie chce go oddać, w końcu podał jej materacyk. Pobiegła do pokoju, który dzieliła z bratem, i z całej siły zatrzasnęła za sobą drzwi. Dinozaur, Kaczuszka, Piotruś i Fiołek już na nią czekali.
– Załatwiłam nam nowe łóżko – poinformowała przyjaciół. Chwyciła stary materacyk i rzuciła go w kąt, a potem starannie rozłożyła na podłodze nowy. Materac był zadziwiająco cienki i wyglądał raczej jak kołdra. Ale gdy skończyła wygładzanie kantów, syknął niezbyt głośno – zupełnie jak Harv oddychający w nocy – wciągnął powietrze i zgrubiał. Kiedy skończył, przypominał prawdziwy materac. Zgarnęła z podłogi Dinozaura, Kaczuszkę, Piotrusia oraz Fiołka i z przyjaciółmi w ramionach wypróbowała materac, skacząc po nim kilkaset razy.
– Podoba ci się? – spytał Harv, otworzywszy drzwi.
– Nie! Wynoś się! – wrzasnęła.
– Nell, ten pokój należy również do mnie – oznajmił poważnie. – Poza tym muszę dokonać anihilacji starego materaca.
Nieco później Harv wyszedł z domu spotkać się z kolegami i Nell została sama. Doszła do wniosku, że dzidziusiom przyda się oddzielny materacyk, przyciągnęła więc krzesło do lady, wspięła się na nie i stojąc przed KM-em, spróbowała odszyfrować mediaglify. Większości nie rozpoznawała. Ale przypomniała sobie, że Tequila mówiła do KM-u, gdy nie mogła czegoś odczytać, więc zaczerpnąwszy powietrza, wydała maszynie polecenie.
– Zapytaj o pozwolenie dorosłego – powtarzał KM aż do znudzenia.
Domyśliła się, dlaczego Harv dźgał maszynę palcem, zamiast się do niej odzywać. Spróbowała tej samej metody i szturchała KM raz za razem, aż w końcu trafiła na mediaglify, z których korzystał Harv, produkując materac. Na jednym z nich widać było mężczyznę i kobietę śpiących w ogromnym łożu. Na drugim mężczyznę i kobietę w nieco mniejszym łóżku. Dalej samego mężczyznę. Potem dziecko. Wreszcie niemowlę.
Nell dotknęła wizerunku niemowlęcia. Na ekranie pojawiło się białe kółko i czerwony klin, zagrała muzyka, KM syknął i otworzył się.
Rozłożyła materacyk na podłodze i oficjalnie sprezentowała go Dinozaurowi, który był za mały, aby wiedzieć, jak się po nim skacze. Pokazała mu to. Potem wróciła do KM-u i wyprodukowała materace dla Kaczuszki, Piotrusia i Fiołka. Materace zajmowały teraz dużą część podłogi, a Nell pomyślała, że byłoby wspaniale, gdyby cały pokój zamienić w jeden wielki materac, więc bezzwłocznie wyprodukowała kilka w największym rozmiarze. Potem zrobiła nowy materac dla Tequili i jeszcze jeden dla jej chłopaka, Roga.
Kiedy Harv wrócił do domu, nie wiedział, czy ma się bać, czy wpaść w podziw.
– Mama powie Rogowi, żeby złoił nam skórę – powiedział. – Musimy wywalić ten towar.
Łatwo przyszło, łatwo poszło. Nell wyjaśniła sytuację dzidziusiom, a potem pomogła Harvowi wepchnąć do połykacza anihilacyjnego wszystkie materace, oprócz swojego. Harv musiał użyć całej siły, by domknąć drzwi maszyny.
– Teraz możemy się tylko modlić, żeby to wszystko się zjadło, zanim wróci mama – powiedział. – Trochę to potrwa.
Potem poszli do łóżek i nasłuchiwali ze strachem odgłosu otwieranych drzwi. Ale Tequila i Róg nie wrócili tej nocy do domu. Mama pojawiła się dopiero rano, przebrała się szybko w strój pokojówki i pobiegła do autobusu jadącego do klawy Wików. Spieszyła się tak bardzo, że zostawiła wszystkie śmieci na podłodze, zamiast wrzucić je do połykacza. Kiedy Harv do niego zajrzał, maszyna była na szczęście pusta.
– Mało brakowało... – mruknął. – Powinnaś uważać, korzystając z kompilatora materii, Nell.
– Co to jest kompilator materii?
– To, na co mówimy w skrócie KM.
– Dlaczego?
– Bo KM oznacza kompilator materii, tak przynajmniej mówią.
– Dlaczego?
– Bo tak jest. Chyba tak się pisze literami.
– Co to są litery?
– Coś takiego jak mediaglify, tylko że czarne i maleńkie. I wcale się nie ruszają, są stare, nudne i trudno je czytać. Ale można z nich robić skróty i długie słowa stają się krótkie.


Hackworth przybywa do pracy; wizyta w Dziale Projektowym; kosmetyczne powołanie pana Cottona
Kropelki deszczu zbierały się na spekularnych noskach butów Hackwortha, gdy przechodził przez sklepioną żeliwną bramę. Maleńkie koraliki wody odbijały srebrzystoszare światło nieba i spływały na podeszwy pedomotywu, by spadać z każdym jego krokiem na brązowoszary bruk. Hackworth przeprosił i przecisnął się przez grupkę zaniepokojonych Hindusów. Ich półbuty o twardych podeszwach ślizgały się zdradliwie na mokrych kamieniach, w dodatku musieli unosić brody, by długie białe stójki przy kołnierzach nie poderżnęły im gardeł. Wstali bardzo wcześnie, przyszło im bowiem mieszkać w piętrowych labiryntach, czyli ludzkich klitkach na wyspie położonej na południe od Nowego Chusanu i nazywanej Hindustanem. Pojawili się w Szanghaju o świcie na swoich autorolkach lub welocypedach; opłaciwszy się prawdopodobni kilku policjantom, przejechali przez Groblę łączącą miasto z Nowym Chusanem. W Systemach Maszyn Fazowych SA spodziewano się ich przybycia, Hindusi bowiem przyjeżdżali tu codziennie. Firma mogłaby otworzyć biuro zatrudnienia bliżej Grobli lub nawet w samym Szanghaju, ale zależało jej, by aplikanci starający się o pracę pokonywali całą drogę do centrali i składali podania na miejscu. Trudności z tym związane zapobiegały pojawianiu się ludzi kierowanych zwykłą zachcianką, a nieprzerwana obecność chętnych – obserwujących pracowników niczym stado wygłodniałych szpaków resztki jedzenia – przypominała szczęśliwcom, którzy dostali pracę, o tym, jak łatwo ją stracić.
Architektura Działu Projektowego naśladowała uniwersytecki campus i to nie tylko zewnętrznie, zgodnie z zamierzeniem jego twórcy. Jeśli campusem można nazwać zielony czworobok wyznaczony strzelistymi i porośniętymi winoroślą gotyckimi budowlami, to DP był nim w istocie. Lecz jeśli przyjąć, że campus jest również swoistego rodzaju fabryką, której pracownicy siedzą w rzędach w dużych, dusznych salach i przez cały dzień wykonują, z grubsza rzecz biorąc, te same zadania, to DP z pewnością był campusem również i z tej przyczyny.
Hackworth zajrzał przy okazji do Hali Merkle’a. Budynek był utrzymany w stylu gotyckim i miał duże rozmiary, jak większość budowli Działu Projektowego. Wysokie sklepienia ozdobiono prawdziwymi freskami malowanymi na gipsie. Ponieważ cała budowla – z wyjątkiem fresków – wyrastała prosto z zasilacza, jej twórcom byłoby łatwiej wbudować mediatron w sklepienie i wyświetlać na nim obraz – który w dodatku można byłoby zmieniać od czasu do czasu – jednak neowiktorianie nigdy, a raczej prawie nigdy, nie uciekali się do takich tanich trików. Prawdziwa sztuka wymagała poświęcenia artysty. Wykonywało się ją tylko raz i jeśli człowiek coś spieprzył, musiał przez resztę życia ponosić konsekwencje.
Punkt centralny fresku stanowił klucz cybernetycznych cherubów, z których każdy wspierał ramionami sferyczny atom wtapiający się w części środkowej obrazu w symbol wspólnej pracy – konstrukcję składającą się z kilkuset atomów promieniście symetrycznych wobec siebie i przypominających z daleka łożysko toczne lub piastę. Nad kluczem cherubów i ich wspólnym wysiłkiem unosił się stosunkowo duży i nieproporcjonalny w skali Inżynier w białej szacie. Na jego głowie tkwił monokularny nanofenomenoskop, jakich współcześnie już się nie używa ze względu na trudności z osiągnięciem głębi ostrości, jednak spełniający na fresku bardzo istotną rolę – chodziło o podkreślenie wyrazu niezasłoniętego niczym drugiego oka Inżyniera, stalowobłękitnego, powiększonego, wpatrzonego w wieczność i nieskończoność niczym żelazny okulus z Arecibo. Inżynier podkręcał jedną ręką wypomadowanego wąsa, drugą zanurzał w nanomanipulatorze, czym dawał do zrozumienia – przez starożytny artystyczny zabieg nazywany błyskotliwie trompe l’oeil – że podtrzymujące atomy cheruby tańczą tak, jak im zagra, niczym cybernetyczne syreny pląsające na falach politechnicznego Neptuna.
W narożnikach fresku przedstawiono rozmaitość pożytecznych zajęć. W górnym lewym rogu Feynman, Drexler, Merkle, Chen, Singh i Finkle-McGraw, siedzący na majestatycznej buckyballowej* otomanie, wydawali się pochłonięci czytaniem ksiąg i czerpaniem z nich cennych wskazówek co do przebiegającej w centralnym punkcie fresku pracy, na którą wskazywali konstruktywnie krytycznym gestem. W górnym prawym rogu przedstawiono królową Wiktorię II, która mimo ostentacyjnego charakteru mebla, na jakim ją posadzono – tronu z jednego kawałka diamentu – zdołała zachować spokój i pogodę ducha. Dolny fryz dzieła zapełniały maleńkie postacie, głównie dzieci z zatroskanymi matkami, uszeregowane według wieku. Po lewej stronie widniały duchy minionych pokoleń, urodzonych za wcześnie, aby cieszyć się dobrodziejstwami nanotechnologii; duchy prześladowały (czego nie ukazano dosłownie, lecz zasugerowano artystycznie) dawno zapomniane nieszczęścia, takie jak rak, szkorbut, wybuchy butli gazowych, katastrofy kolejowe, strzelaniny na drogach, pogromy, wojny siedmiodniowe, zawały kopalni, czystki etniczne, epoki lodowcowe, zabawy nożyczkami, połknięcie przepychacza do kanalizacji, ogrzewanie domów węglem, stratowanie przez wołu. O dziwo, żaden z duchów nie miał ponurej miny. Wszystkie wpatrywały się z nadzieją w pracę Inżyniera i jego cherubów, a ich milutkie uniesione twarzyczki oświetlał blask płynący ze środkowej części fresku, wyzwolony (jak przypuszczał obdarzony zmysłem dosłowności inżynier Hackworth) przez energię wiązań atomowych w trakcie drogi atomów do przypisanych im potencjalnie miejsc.
Dzieci zajmujące środek dolnego fryzu stały plecami do Hackwortha; artysta oddał tylko ich sylwetki. Wszystkie unosiły główki i ramiona, patrząc prosto ku światłu. Dzieci w prawym dolnym rogu stanowiły przeciwwagę dla anielskich zjaw z lewego. Były duchami jeszcze nienarodzonych, którzy mieli korzystać z pracy Inżyniera w przyszłości, choć z pewnością nie mogli się już doczekać momentu swego przyjścia na świat. Stały na tle rozjarzonej, falującej kurtyny, przypominającej z oddali zorzę i będącej kontynuacją zwiewnych szat królowej Wiktorii II, siedzącej na tronie powyżej.
– Przepraszam, panie Cotton – odezwał się Hackworth niemal sotto voce. Pracował tu niegdyś – w sumie kilka lat – i znał obowiązującą w tym miejscu etykietę. W sali siedziało stu projektantów w równych, równoległych rzędach. Wszyscy mieli na głowach fenomenoskopy. Jedynymi ludźmi, którzy odnotowali obecność Hackwortha w hali, byli: naczelny inżynier Dürig, jego brygadziści Chu, DeGrado i Beyerley, oraz paru roznosicieli wody i posłańców, którzy stali wyprostowani na obrzeżach pomieszczenia. Zaskakiwanie inżynierów przy pracy nie było w dobrym tonie, dlatego należało zbliżać się do nich w sposób głośny i anonsować cicho swoje przybycie.
– Dzień dobry, panie Hackworth – przywitał go Cotton.
– Dzień dobry, Demetriusie. Proszę się nie spieszyć.
– Za chwilę panu służę, sir.
Cotton był mańkutem. Na lewej dłoni miał czarną rękawicę, przez którą przepleciono siatkę niewidocznych dla oka, lecz niezmiernie precyzyjnych struktur: motorów, czujników pozycyjnych i stymulatorów dotyku. Czujniki śledziły pozycję dłoni Cottona, zgięcie każdej kostki i każdego stawu, pozostała część mechanizmu pomagała mu odbierać wrażenia dotykowe, tak jakby manipulował prawdziwymi przedmiotami.
Ruchy rękawicy ograniczały się do – z grubsza rzecz ujmując – półkola o promieniu mniej więcej jednego kubita. Jeśli łokieć Cottona spoczywał na wygodnym elastomerycznym podparciu lub w jego pobliżu, ruchy dłoni nie były ograniczone. Rękawicę przymocowano do siatki mikroskopijnych drucików, które wychodziły z filakteriów umieszczonych na przedramieniu Cottona i w strategicznych miejscach jego warsztatu pracy. Filakteria działały jak motorki żyroskopów, zmniejszając lub zwiększając działanie sił zewnętrznych, przez co stymulowały ruchy rękawicy. W istocie rzeczy nie były motorkami, a maleńkimi fabryczkami drutu, które produkowały go, gdy zaszła taka potrzeba, wsysały z powrotem i trawiły, gdy należało zwiększyć napięcie czy nawet pociągnąć dłoń w przeciwnym kierunku. Każdy drucik otaczała luźna harmonijkowa powłoczka o średnicy dwóch milimetrów, co znacznie podnosiło bezpieczeństwo pracy, bo niewidzialne druty były ostre jak brzytwa.
Cotton pracował nad jakąś skomplikowaną strukturą, składającą się zapewne z kilkuset tysięcy atomów. Hackworth obserwował jego zabiegi na dwuwymiarowym mediatronie, w jaki wyposażono każdą stację roboczą. Na ekranie widać było spłaszczony obraz z fenomenoskopu. Dzięki temu naczelnicy wydziałów z łatwością mogli nadzorować pracę podwładnych.
Struktury, którymi się tutaj zajmowano, wydały się Hackworthowi komicznie toporne, choć sam nad takimi pracował przez kilka ładnych lat. Ludzie zatrudnieni w Hali Merkle’a wykonywali głównie produkty konsumpcyjne przeznaczone na rynek masowy – rzeczy, które w lwiej części nie wymagały nadmiernego wysiłku. Pracowano tu w symbiozie z oprogramowaniem, które wykonywało wszystkie repetytywne aspekty działań. Był to najszybszy sposób projektowania towarów na kapryśny i ulegający modom rynek konsumencki. Jednak systemy tego rodzaju miały jedną zasadniczą wadę: olbrzymie wymiary. Zautomatyzowana linia projektowa najczęściej usprawniała produkt przez dorzucenie do niego kilku zbędnych atomów.
Każdy inżynier w tej hali – projektujący nanotechnologiczne testery i suszarki do włosów – zazdrościł Hackworthowi pracy w Zamówieniach, gdzie zwartość była celem samym w sobie, gdzie nie marnowano ani jednego atomu i gdzie każdy podsystem projektowano z myślą o konkretnym zadaniu. Taka praca wymagała intuicji i kreatywności – zalet, których próżno by szukać w Hali Merkle’a, gdzie po prostu nie było dla nich zastosowania. Awanse stanowiły tu rzadkość i zależały w przeważającej mierze od dobrej woli Düriga czy kilku innych naczelników, którzy od czasu do czasu, podczas golfa, karaoke czy przy paleniu cygar wspominali odpowiednim osobom o dobrze zapowiadających się młodzieńcach.
Za bieżący projekt Hackwortha, Ilustrowany lekcyjonarz każdej młodej damy, płacił sam lord Alexander Chung-Sik Finkle-McGraw, dlatego cena nie stanowiła przeszkody. Diuk nie tolerował opóźnień, ale i dróg na skróty, dlatego wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik, a każdy atom musiał usprawiedliwiać swoje istnienie.
Mimo to zasilanie tworzone dla Lekcyjonarza – składające się z baterii, jakimi w obecnej dobie napędzano wszystko, od zabawek do statków powietrznych – nie było niczym niezwykłym. Dlatego Hackworth mógł spokojnie zlecić tę część zadania Cottonowi i przy okazji sprawdzić jego talent.
Obleczona w rękawicę dłoń Cottona trzepotała i dotykała po omacku obiektów niczym mucha uwięziona w czarnej pajęczej sieci. Na ekranie mediatronu jego stacji roboczej było widać, jak chwyta średniej wielkości (według obowiązujących tutaj standardów) podzespół, należący zapewne do jakiegoś większego systemu nanotechnologicznego.
Standardowy schemat kolorów wykorzystywany w fenomenoskopach pokazywał atomy węgla na zielono, siarki na żółto, tlenu na czerwono, a wodoru na niebiesko. Układanka Cottona oglądana z daleka miała turkusową barwę, ponieważ składała się w głównej części z atomów węgla i wodoru, a Hackworth patrzył na nią z takiej odległości, że poszczególne atomy stapiały się w jedno. Przypominała siatkę ułożoną z długich i prostych, choć nieco chropowatych żerdzi stykających się ze sobą pod kątami prostymi. Hackworth rozpoznał w niej prętowy system logiczny – innymi słowy, mechaniczny komputer.
Cotton przytwierdzał element do jakiejś większej części. Hackworth wywnioskował z tego, że zawiódł proces autozespalania, z którego Cotton musiał korzystać na początku. Ręczne manewry nie mogły naprawić systemu, pozwalały jednak stwierdzić – dzięki telestetycznej informacji zwrotnej napływającej do dłoni Cottona przez wszystkie druciki – które wybrzuszenia żerdzi pasują do dziurek, a które wręcz przeciwnie. Było to intuicyjne podejście do wykonywanego zadania. Tego rodzaju praktyk zabraniano surowo na wykładach w Królewskim Instytucie Nanotechnologicznym, cieszyły się jednak niezwykłym powodzeniem wśród niesfornych i bystrych współpracowników Hackwortha.
– W porządku – oznajmił wreszcie Cotton. – Już widzę, w czym rzecz.
Rozluźnił uścisk. Na mediatronie podzespół oderwał się od głównej grupy siłą własnego bezwładu, po czym zwolnił, zatrzymał się i znów zaczął się do niej zbliżać, przyciągany słabymi wektorami van der Waalsa. Prawa ręka Cottona spoczywała na małej akordurze. Gdy uderzył w klawisze, symulacja zamarła. Hackworth kiwnął głową z aprobatą, a Cotton przez chwilę uzupełniał dokumentację. Pisząc, wysuwał lewą dłoń z rękawicy, a skończywszy, zdjął z głowy oprzyrządowanie. Paski i poduszki fenomenoskopu odcisnęły regularny wzorek na jego włosach.
– Czy to korzystny makijaż? – zapytał Hackworth, wskazując brodą ekran.
– Spory krok naprzód – odparł Cotton. – Zdalne sterowanie.
– Za pomocą czego? Uirgu? – spytał, mając na myśli Uniwersalny Interfejs Rozpoznawania Głosu.
– Wyspecjalizowanego wariantu tegoż, sir – odpowiedział Cotton. A potem dodał ściszonym głosem: – Mówi się, że brany jest pod uwagę makijaż z nanoreceptorami na galwaniczne reakcje skóry, puls, oddech i tak dalej. Z tego, co wiem, chodzi o to, by makijaż reagował na stany emocjonalne noszącej go osoby. Ta drobna, czego nie muszę podkreślać, kwestia kosmetyczna ukrywa potężny i niebanalny problem filozoficzny...
– Czyżby? Myśli pan o filozofii makijażu?
– I owszem. Proszę tylko zadać sobie jedno krótkie pytanie: czy makijaż powinien być funkcją stanów emocjonalnych czy wręcz odwrotnie...?
– Przyznam, że nie rozumiem – oznajmił szczerze Hackworth.
– Zapewne chce się pan dowiedzieć o zasilanie Pikielczyka? – Cotton posłużył się kodem oznaczającym Ilustrowany lekcyjonarz. Nie miał pojęcia, kim był Pikielczyk, wiedział jedynie, że projekt ten wymaga zasilania o odpowiedniej mocy i wytrzymałości.
– Owszem.
– Modyfikacje, których pan zażądał, są już gotowe. Przeprowadziłem zlecone przez pana testy, plus kilka innych, które przyszły mi do głowy. Cała dokumentacja jest tutaj... – Ujął ciężką, niby-mosiężną rączkę szuflady biurka i odczekał ułamek sekundy, podczas którego wbudowany w metal analizator daktyloskopijny odczytywał jego odciski palców. Zamek szuflady odskoczył i Cotton wyciągnął ją, ukazując oczom Hackwortha zwykłą rozmaitość biurowych drobiazgów, w tym kilka arkuszy papieru, z których część była biała, a część zadrukowana lub zabazgrana czyjąś ręką. Na jednej kartce widniał staranny napis PIKIELCZYK, sporządzony zapewne przez samego Cottona, który teraz wyjął arkusz i odezwał się z namaszczeniem: – Demetrius James Cotton przekazuje wszystkie przywileje dostępu panu Hackworthowi.
– John Percival Hackworth potwierdza odbiór – powiedział Hackworth, odbierając dokument. – Dziękuję, panie Cotton.
– Cała przyjemność po mojej stronie, sir.
– Okładka – rzucił Hackworth do dokumentu, na którym pojawiły się obrazy i pismo. Obrazy zaczęły się ruszać, ilustrując schemat cyklu maszyny fazowej.
– Kiedy skompiluje pan Pikielczyka, jeśli wolno spytać?
– Najprawdopodobniej jeszcze dzisiaj – odrzekł Hackworth.
– W takim razie będę zobowiązany, jeśli zechce pan powiadomić mnie o ewentualnych niedociągnięciach z mojej strony – zaproponował Cotton dla zachowania formy.
– Dziękuję, Demetriusie. – Hackworth się uśmiechnął. – Format listowy – zwrócił się do dokumentu, który posłusznie złożył się na trzy części. Schował go do wewnętrznej kieszeni marynarki i opuścił Halę Merkle’a.


Osobliwości sytuacji domowej Harva i Nell;
Harv przynosi do domu cudo
Gdy Nell wyrastała z ubranek, Harv wrzucał je do połykacza i prosił KM o przygotowanie nowych. Czasami, gdy Tequila szła z Nell gdzieś, gdzie spotykały się z innymi mamami i ich dziećmi, prosiła KM o specjalną sukienkę z koronkami i wstążkami, aby pokazać światu, jak troszczy się o Nell i jak bardzo ją kocha. W trakcie takich spotkań dzieciarnia siadywała przed mediatronem i oglądała pasywy, a mamy – zawsze w pobliżu – rozmawiały o swoich sprawach i od czasu do czasu rzucały okiem na ekran. Nell przysłuchiwała się rozmowom starszych, zwłaszcza wtedy, gdy mówiła Tequila, nie rozumiała jednak za bardzo, o czym dyskutują dorośli.
Wiedziała jednak – ponieważ Tequila powtarzała to często – że kiedy matka zaszła w ciążę, używała akurat czegoś, co nazywało się maszyną wolności, a co naprawdę było roztoczem umieszczonym w macicy i wychwytującym jajeczka, by je pożreć. Wiktorianie nie stosowali takich środków, nie mając do nich zaufania, natomiast każdy mógł je nabyć od Chińczyków i mieszkańców Hindustanu, którzy – jak wiadomo – nie mieli żadnych skrupułów. Podstawową wadą owych maszyn był krótki okres działania i brak informacji o zaprzestaniu tegoż, co spowodowało ciążę Tequili i narodziny Nell. Jedna z przyjaciółek mamy wspomniała kiedyś, że na rynku dostępne są maszyny, które wprowadza się do środka po to, aby pożarły zarodek. Nell nie miała pojęcia, czym jest zarodek, w przeciwieństwie do wszystkowiedzących koleżanek mamy, które jednak wyrażały obawy co do skuteczności maszyny i dawały do zrozumienia, że na tak horrendalny pomysł mogli wpaść jedynie Chińczycy i Hindusi. Tequila twierdziła, że doskonale zna ów rodzaj maszyn wolności, ale nigdy go nie stosuje z obawy przed skandalem.
Tequila przynosiła czasami z pracy kawałek prawdziwego materiału. Mówiła wtedy, że bogaci Wiktorianie nie zauważą nawet jego braku. Nie pozwalała Nell się nim bawić i dziewczynka nie rozumiała, na czym polega różnica między prawdziwą tkaniną, a tym, co wychodziło z KM-u.
Harv znalazł kiedyś materiał. Wynajęta Ziemia, na której mieszkali, miała własną plażę. Harv wraz z kolegami buszował po niej w poszukiwaniu skarbów. Robił to zawsze wczesnym rankiem, bo wtedy na piasku leżało najwięcej rzeczy zniesionych prądem z Szanghaju lub spłukiwanych w klozetach wiktoriańskiej enklawy Nowej Atlantydy. Tak naprawdę Harv i jego kumple szukali głównie rozciągliwych, śliskich kawałków nanobaru. Nanobar pojawiał się często w kształcie kondomów, niekiedy zaś w większych kawałkach, których używano do zawijania różnych produktów, chronionych w ten sposób przed zgubnym działaniem roztoczy. Tak czy inaczej, nanobar był cennym towarem, zbieranym i sprzedawanym pewnym ludziom, którzy wiedzieli, jak go oczyścić i połączyć w wielkie płachty, nadające się do wytwarzania ubrań ochronnych i innych pożytecznych rzeczy.
Gdy Harv znalazł materiał, ukrył go w bucie i nic nikomu nie mówiąc, pokuśtykał do domu. Tamtej nocy Nell spała bardzo niespokojnie na swym czerwonym materacyku. Gnębił ją koszmar, w którym widziała dziwne światła, i gdy przestraszona zerwała się ze snu, ujrzała z przerażeniem błękitnego potwora. Okazał się nim Harv, który naciągnął kołdrę na głowę i oglądał coś w świetle latarki w swym prowizorycznym namiocie. Nell ostrożnie wysunęła się z łóżka, nie chcąc budzić Dinozaura, Kaczuszki, Piotrusia i Fiołka, a potem wsunęła głowę pod kołdrę Harva, który z latarką w zębach zajęty był nawijaniem czegoś na wykałaczki.
– Harv? – zapytała. – Robisz sekcję roztoczy?
– Nie, głuptasie – szepnął niewyraźnie z powodu latarki w kształcie guzika. – Roztocza są o wiele mniejsze. Zobacz!
Przysunęła się do niego, skuszona ciepłem i pozornym bezpieczeństwem namiotu oraz ciekawością, i ujrzała na skrzyżowanych kostkach brata jakiś wiotki, cętkowany obiekt w brązowym kolorze, długi na kilka cali i włochaty przy krawędziach.
– Co to?
– Cudo. Popatrz – szepnął Harv, po czym wbił w tajemniczą materię wykałaczkę i wyciągnął coś długiego.
– Wyłazi z niego sznurek! – krzyknęła Nell.
– Ciiicho! – Harv ujął koniec nitki kciukiem i palcem wskazującym, a potem pociągnął. Na początku nitka nie była imponująca, ale wydłużała się, gdy ciągnął ją przez włochatą krawędź tkaniny, która falowała tak szybko, że nie można było nadążyć za nią wzrokiem. Wreszcie nitka się urwała. Harv uniósł ją wysoko, przyjrzał się jej uważnie i rzucił na kupkę innych.
– Ile tego jest w środku? – zapytała.
– Posłuchaj, Nell – zaczął i spojrzał na nią, kierując światło latarki prosto w jej oczy i mówiąc głosem brzmiącym w ciemności jak objawienie: – Nic nie rozumiesz. Ta rzecz nie ma w środku nitek, tylko składa się z nitek. Nitki nachodzą na siebie, idą jedna pod drugą i jeśli wszystkie wyciągniesz, to nic nie zostanie.
– Czy to robota roztoczy?
– Hmm, biorąc pod uwagę sposób wykonania... niewątpliwie cyfrowy... bo inaczej nitki nie weszłyby jedna pod drugą i pod następne, a te pod jeszcze inne... – Harv urwał, podziwiając nieludzką wprost śmiałość rzeczy, której konstrukcja budziła w jego umyśle skojarzenia, o jakich wolał nie myśleć – ...jest to robota roztoczy. Tak, Nell, nikt inny nie mógłby tego zrobić.


Środki bezpieczeństwa stosowane w Atlantydzie/Szanghaju
Atlantyda/Szanghaj zajmowała dziewięćdziesiąt procent górzystego obszaru ziemi Nowego Chusanu – wewnętrznego płaskowyżu, który wznosił się milę nad poziomem morza. Powietrze było tu chłodniejsze i czystsze. Granice, wyznaczone w części przez uroczy żeliwny płot, w istocie były strzeżone przez system zwany sforą psich kapsuł, będący elektroniczną siatką quasi-niezależnych aerostatów.
Terminem aerostat określano wszystko, co wisiało w powietrzu. W obecnej dobie sztuka ta nie była trudna. Materiały nanotechnologiczne miały ogromną wytrzymałość, a komputery rozmiary bakterii. Zasilanie maszyn było w praktyce nieograniczone. Siłą rzeczy, trudno było stworzyć coś, co nie byłoby lżejsze od powietrza. Wytwory o bardzo nieskomplikowanej konstrukcji, jak na przykład materiały do pakowania – będące głównym składnikiem współczesnych śmieci – wykazywały zdolność do unoszenia się w powietrzu, jakby nic nie ważyły, a piloci statków powietrznych, latających na wysokości dziesięciu mil nad poziomem morza, przyzwyczaili się do widoku pustych, nikomu niepotrzebnych toreb po zakupach, uderzających w kokpity i wsysanych przez silniki. Górne warstwy ziemskiej atmosfery oglądane z niskiej orbity wyglądały jak pokryte łupieżem. Protokół nakładał na producentów obowiązek dodatkowego obciążania produktów ponad ich ciężar właściwy, co miało zapewnić ich opadanie na ziemię i rozkład w promieniach ultrafioletowych. Niektórzy jednak naruszali Protokół.
Z technologicznego punktu widzenia produkcja rzeczy lżejszych od powietrza nie nastręczała żadnych kłopotów, wkrótce zaczęto więc dokładać do nich odpowiednie turbiny. Silniki te składały się z małego śmigła bądź nawet kilku, zamontowanych w walcowatym otworze przecinającym kadłub aerostatu, a ich działanie polegało na zasysaniu powietrza z jednej strony i wypychaniu go z drugiej, co dawało skuteczny ciąg. Urządzenie z turbinami skierowanymi wzdłuż różnych osi mogło wisieć nieruchomo w powietrzu lub poruszać się w dowolnie wybranym kierunku.
Każdy aerostat z siatki psich kapsuł był aerodynamiczną łzą o lustrzanej powierzchni. W swej najszerszej części urządzenia te osiągały obwód zdolny pomieścić piłeczkę pingpongową. Kapsuły zaprogramowano w taki sposób, by wisiały w przestrzeni, tworząc siatkę o ośmiokątnym wzorze. Kapsuły znajdujące się tuż nad ziemią dzieliła odległość mniej więcej czterech cali, co wystarczało, aby zatrzymać psa (ale już nie kota) – stąd wzięła się nazwa. Natomiast im wyżej, tym większe były odstępy między kapsułami. Dzięki temu nad uświęconą przestrzenią powietrzną enklawy Nowej Atlantydy rozciągała się półkolista kopuła. Gdy wiał silny wiatr, kapsuły kołysały się wraz z nim niczym liście, a siatka, targana podmuchami, przybierała wklęsły kształt. Nie trwało to jednak długo, kapsuły odnajdywały bowiem swoje miejsce, sunąc pod wiatr jak minogi w strumieniu, napędzane małymi turbinami. Pracujące turbiny wydawały cichy, syczący odgłos podobny do dźwięku brzytwy tnącej powietrze. Odgłos ten – gdy pomnożyć go przez liczbę kapsuł znajdujących się w zasięgu słuchu – nie przyczyniał się bynajmniej do tworzenia sielskiej, spokojnej atmosfery.
Gdy wiatr odpowiednio długo dawał się we znaki kapsułom, ich baterie się wyczerpywały. Wtedy kapsuła podpływała do sąsiadki i szturchała ją lekko. Był to znak do rozpoczęcia napowietrznej kopulacji, podczas której wyczerpana kapsuła ładowała się z zasilania towarzyszki. Przypominało to miłosne loty ważek. System zawierał także większe aerostaty nazywane mamkami, które latały swobodnie po całej powierzchni siatki, karmiąc dużymi ilościami prądu losowo wybrane kapsuły, które z kolei rozdzielały energię między sąsiadów. Stwierdziwszy u siebie usterkę mechaniczną systemu, kapsuła nadawała sygnał radiowy. Na jej miejsce wysyłano zmienniczkę z Królewskiego Centrum Bezpieczeństwa, mieszczącego się pod Źródłem Wiktorii, uszkodzona zaś kapsuła mogła poddać się dekompilacji.
Wielu ośmioletnich mieszkańców Atlantydy/Szanghaju przekonało się na własnej skórze, że siatka psich kapsuł nie nadaje się do wspinania, aerostaty bowiem nie miały odpowiedniego ciągu, aby podtrzymać ciężar dziecka. Gdy ktoś postawił na najniższej stopę, miażdżył urządzenie i wbijał je w ziemię. Zmiażdżenie kapsuły nie było równoznaczne z jej zniszczeniem. Wytrzymałe, elastyczne materiały użyte przy ich produkcji pozwalały na odtworzenie poprzedniego kształtu, chyba że kapsuła zaryła się głęboko w błoto lub zepsuły się jej turbiny. Wtedy zastępowano ją inną. Aerostaty dawały się również wyjmować z siatki i przenosić – ale tylko na pewną odległość. Gdy Hackworth bawił się w ten sposób jako dziecko, przekonał się, że im dalej odchodził od wyznaczonego dla kapsuły miejsca, tym gorętsza stawała się jej powierzchnia, a zjawisku temu towarzyszyła seria uprzejmych komunikatów informujących go prostymi żołnierskimi słowami, że jeśli nie zwolni urządzenia, spotkają go przykre, acz niezbyt wyraźnie sformułowane konsekwencje. Od tamtych czasów wiele się jednak zmieniło. Teraz można było kraść kapsuły, gdy tylko miało się na to ochotę. Braki w siatce natychmiast zastępowano nowymi aerostatami, a skradzione kapsuły – po samozakodowaniu – nadawały się do wykorzystania jedynie jako biurowe przyciski.
Przyjazna dla użytkownika modyfikacja siatki nie oznaczała jednak ignorowania przypadków naruszania granicy, a tym bardziej aprobaty dla tak niestosownych zachowań. Faktem jest, że siatka nie stanowiła żadnego zagrożenia i każdy mógł przez nią przejść, odsuwając na bok kapsuły – chyba że nie podobało się to Królewskiemu Centrum Bezpieczeństwa, które w takim przypadku wysyłało do kapsuł rozkaz zabicia winnego prądem albo zanihilowania go za pomocą promieni. Lecz nawet w tak drastycznych przypadkach nie rażono bez uprzejmego ostrzeżenia. Aerostaty – mimo pozorów bierności – słuchały i patrzyły; nic nie mogło przedostać się przez siatkę bez wiedzy setek oczu i uszu w Połączonym Dowództwie Królewskich Sił Zbrojnych.
Jedyną szansę na niedostrzegalne przedostanie się przez granicę mieli najeźdźcy o mikroskopijnych rozmiarach. Ci stanowili prawdziwą groźbę. Jednym z nich była na przykład Czerwona Śmierć, znana także jako Siedmiominutowy Specjał – maleńka aerodynamiczna kapsuła wybuchająca po uderzeniu w przeszkodę i uwalniająca podczas wybuchu tysiące korpuskularnych ciał, nazywanych potocznie ciastoformami. Gdy Specjał trafił w człowieka, formy przedostawały się do krwiobiegu ofiary. Po siedmiu minutach – bo tyle trwa przeciętnie recyrkulacja krwi w całym ciele – formy były ulokowane we wszystkich organach i członkach zainfekowanej osoby.
Owe formy miały kształt mikroskopijnej aspiryny o wypukłej dolnej i górnej części, co wzmacniało ich wytrzymałość na ciśnienie zewnętrzne, a to dlatego że – jak większość urządzeń nanotechnologicznych – zawierały w środku próżnię. W próżni form umieszczano dwie centryfugi obracające się wokół tej samej osi, lecz w przeciwnych kierunkach, co zapobiegało ruchom żyroskopowym urządzenia. Uruchamiano je na różne sposoby, z których najbardziej prymitywnym był siedmiominutowy opóźniacz czasowy.
Detonacja formy niszczyła atomową spoinę scalającą centryfugi i wyrzucała na zewnątrz tysiące balistokuł. Otoczka urządzenia zamieniała się w szrapnel, a każda balistokuła wysyłała falę uderzeniową, która z początku wywoływała zadziwiająco mało uszkodzeń, jeśli pominąć wąskie działania liniowe czy przypadkowe odłupanie fragmentu kości. Po upływie kilku nanosekund od wybuchu balistokuły zwalniały do szybkości dźwięku, fale uderzeniowe zaczynały się na siebie nakładać, tworząc akustyczną minę. Wtedy działo się to, co najgorsze. Zależnie od szybkości początkowej centryfugi, wybuch mógł nastąpić w każdej odległości od punktu detonacji. Tkanki znajdujące się na obwodzie promienia zamieniały się w miazgę, oddzielając się od nienaruszonych komórek na jego długości. Wyglądało to jak wycinanie ciasteczek z błota za pomocą dziecinnych foremek, stąd nazwa. Ofiara wydawała z siebie odgłos zbliżony do trzaśnięcia batem. Niewielkie fragmenty jej ciała fruwały w powietrzu z szybkością zbliżoną do bariery dźwięku.
Przerażeni świadkowie zjawiska widzieli następnie, jak ciało ofiary oblewa się jasnoróżową barwą, wywołaną pojawieniem się krwistych półksiężyców, będących śladami po geometrycznym przecięciu się powierzchni wybuchu ze skórą. Ślady te stanowiły jedyną w swoim rodzaju ilustrację dla patologów, identyfikujących z ich typu i rozkładu rodzaj zastosowanej ciastoformy, a to przez porównanie z innymi śladami zobrazowanymi w podręcznych biblioteczkach. Ofiara wybuchu była już bowiem jedynie przeciekającym workiem przemielonej miazgi, co oznaczało, rzecz jasna, śmierć, od której nie było ratunku.
Takie wynalazki wzbudzały uzasadniony niepokój, że któregoś pięknego dnia ludzie z gromady A skrycie i podstępnie zaimplantują miliony morderczych urządzeń w ciałach członków gromady B, wprowadzając w życie technologiczne marzenie, o którym ludzkość śniła od pokoleń: aby jednym sprawnym pociągnięciem przerobić na gulasz milionowe wrogie społeczności. Faktem jest, że poczyniono już pewne próby w tej materii i na niektórych obszarach – choć jeszcze niewielu – odbyły się masowe pogrzeby przy zamkniętych trumnach. Nadzór nad wspomnianymi urządzeniami był trudny, jeśli nie niemożliwy. Gdy ktoś przez przypadek zjadł lub wypił ciastoformę, stawał się potencjalną ofiarą, przy czym zawsze mógł liczyć na to, że uda mu się wydalić bombę, która w tym wypadku przedostawała się do łańcucha pokarmowego i wracała niekiedy pod inną postacią do krwiobiegu, powiedzmy, jego ukochanej osoby. Największym zagrożeniem dla skuteczności ciastoforemek był z kolei system immunologiczny ofiar, który po infekcji mógł wywołać tyle histologicznego zamieszania, że cel ataku dowiadywał się o wszystkim.
To, co działało w organizmie, mogło odnosić skutek i poza nim, dlatego współczesne gromady wytworzyły własne systemy immunologiczne. Paradygmat superszczelnej tarczy nie sprawdzał się najczęściej na poziomie nano, należało wyrugować zatem wraże ścieżki dostępu. Dobrze chronioną enklawę otaczała powietrzna strefa buforowa wypełniona immunokułami – mikroskopijnymi aerostatami przeznaczonymi do wyszukiwania i niszczenia niewidzialnych najeźdźców. W przypadku Atlantydy/Szanghaju strefa ta obejmowała pas nie węższy niż dwadzieścia mil. Jego najmniejszym pierścieniem była oaza zieleni po obu stronach siatki psich kapsuł, najdalej wysuniętym zaś pas nazywany Wynajętą Ziemią.
Wynajętą Ziemię zawsze okrywała mgła, będąca w istocie nagromadzeniem pary na miliardach immunokuł służących za jądra skraplania wody. Gdy ktoś się uparł i dobrze przyjrzał mgle, koncentrując spojrzenie na punkcie oddalonym o cal od własnego nosa, mógł ujrzeć maleńkie błyski – jakby milionów mikroskopijnych latarek – będące promieniami lidarów, którymi immunokuły przeczesywały przestrzeń. Lidar był mniej więcej tym samym, co radar, z tą różnicą, że wykorzystywał mniejsze długości fal, które były akurat widoczne dla ludzkiego oka. Błyski maleńkich światełek świadczyły o nieustannej walce toczącej się we mgle, walce, w której mikroskopijne kanonierki polowały na siebie niczym U-booty i niszczyciele w czarnych wodach północnego Atlantyku.


Nell odkrywa pewną osobliwość, którą następnie wyjaśnia Harv
Pewnego ranka Nell wyjrzała przez okno i ujrzała świat, który zmienił barwę na grafitową. Samochody, welocypedy, kwadropedy, a nawet łyżworolki zostawiały za sobą wznoszące się wysoko czarne smugi.
Harv wrócił po nocy spędzonej poza domem. Nell wrzasnęła, ujrzawszy go, wyglądał bowiem jak węglowy potwór z dwoma gigantycznymi naroślami na twarzy. Gdy zdjął filtrującą maskę, jego skóra miała szaro-różowy kolor. Pokazał jej białe zęby, a potem zaczął kasłać. Robił to bardzo metodycznie, wyrzucając z siebie zbite kulki flegmy i plując nimi do toalety. Od czasu do czasu nabierał powietrza, a wtedy z jego gardła dobywał się cichy gwizd.
Nie tracąc czasu na zbędne wyjaśnienia, zajął się aparaturą. Odkręcił narośla od maski i wyjął z niej czarne obiekty, z których – gdy rzucił je na podłogę – uniosły się tumany czarnego kurzu. Na ich miejsce włożył białe, które wyjął z nanobarowego opakowania. Zanim skończył, białe obiekty pokryły się czarnymi odciskami palców o idealnie odbitych splotach i krawędziach. Potem podniósł nanobarowe opakowanie i trzymał je przez chwilę pod światło.
– Wczesny Protokół – wycharczał i rzucił opakowanie do kosza.
Następnie przystawił maskę do twarzy Nell, przełożył jej paski przez głowę i ścisnął zapięcia. Długie włosy dziewczynki zaplątały się w sprzączki i ciągnęły boleśnie, ale jej sprzeciw zagłuszyła maska. Oddychanie wymagało teraz nieco wysiłku. Maska przylepiała jej się do twarzy, gdy dziewczynka wciągała powietrze, i nadymała, gdy je wypuszczała.
– Nie zdejmuj jej – polecił Harv. – To ochrona przed tonerem.
– Co to jest toner? – wymamrotała. Słowa nie przedostały się przez maskę, ale Harv domyślił się z jej spojrzenia, o co pyta.
– Roztocza – powiedział. – Tak o tym mówią w Pchlim Cyrku.
Podniósł jeden z czarnych obiektów wyjętych z maski i pstryknął w niego palcem. W powietrze wzbiła się ciemnopopielata chmurka, przypominająca kroplę atramentu wpuszczoną do wody. Chmurka wisiała i wirowała, nie opadając ani nie unosząc się wyżej. W środku błyskały małe światełka niczym iskierki czarodziejskiego proszku.
– Widzisz? Wszędzie są roztocza, przez cały czas. Mrugają do siebie i to jest ich mowa. Są w powietrzu – tłumaczył – w jedzeniu i w wodzie, wszędzie. Muszą stosować się do pewnych przepisów, które nazywają się Protokołami. Jeden Protokół, obowiązujący od bardzo dawna, mówi, że roztocza nie mogą być szkodliwe dla płuc. Jeśli podczas oddychania je połykasz, to powinny się rozpaść w twoim gardle na niegroźne kawałki. – Zrobił teatralną przerwę i wzbudził pstryknięciem kolejny hebanowy kleks, który – jak przypuszczała Nell – zawierał same bezpieczne roztocza. – Są jednak ludzie, którzy łamią przepisy. Nie stosują się do Protokołów. Wpuszczają do powietrza tyle roztoczy... miliony, może miliardy... że gdy te dostaną się do gardeł i płuc, nie są już takie niegroźne... chyba dlatego że jest ich za dużo. Chłopaki w Pchlim Cyrku mówią, że roztocza prowadzą czasami wojny. Biją się ze sobą. Gdy na przykład komuś w Szanghaju przyjdzie do głowy wyprodukować własne roztocze, które nie przestrzega Protokołu, a potem rozmnoży je w kompilatorze materii i wyśle przez morze do enklawy Nowej Atlantydy, żeby szpiegowało Wików albo nawet zrobiło im krzywdę, to Wiki... tacy co zajmują się egzekwowaniem Protokołu... wypuszczają swoje roztocze, które ma znaleźć i zabić tamto pierwsze z Szanghaju, i wtedy wybucha wojna. Tak jak dzisiaj, Nell. Roztocza biją się między sobą. Ten pył... mówimy na niego toner... to martwe roztocza, które zginęły w walce.
– Kiedy skończy się wojna? – zapytała, ale Harv jej nie słyszał, walczył bowiem z kolejnym atakiem kaszlu.
Gdy skończył, wyprostował się i przywiązał sobie do twarzy kawałek białego nanobaru. Miejsce zakrywające jego usta natychmiast poszarzało. Wyrzucił zużyte naboje z pistoletu na roztocza i zastąpił je nowymi. Pistolet tylko pozornie przypominał broń. Zamiast strzelać do roztoczy, wsysał je. Ładowało się go nabojami w kształcie bębnów wypełnionych w środku złożonym w harmonijkę papierem. Przy naciśnięciu na spust pistolet syczał i wciągał powietrze, a razem z nim roztocza, które – przynajmniej teoretycznie – osadzały się na papierze.
– Muszę lecieć – rzucił Harv, naciskając parę razy spust pistoletu. – Nigdy nie wiadomo, co człowiek znajdzie.
Ruszył ku wyjściu, zostawiając na podłodze tonerowe odciski stóp, które szybko rozmazywały się w powietrznych wirach, jakby nigdy tamtędy nie przechodził.


Hackworth kompiluje Ilustrowany lekcyjonarz każdej młodej damy; osobliwości wykorzystanej technologii
Zamówienia mieściły się w wiktoriańskim gmachu na wzgórzu. Budowla miała długość przecznicy i szczyciła się niezliczoną liczbą skrzydeł, wieżyczek, kopułek, atriów i przestronnych werand. Pozycja zajmowana przez Hackwortha nie zasługiwała na osobną wieżyczkę czy balkon, dlatego musiał się zadowolić oknem z widokiem na ogród, w którym rosły gardenie i bukszpan. Co prawda, siedząc przy biurku, nie widział ogrodu, czuł jednak jego zapach, osobliwie wtedy, gdy wiała morska bryza.
Pikielczyk leżał na blacie biurka pod postacią ryzy papieru. Większość kartek nosiła podpis JOHN PERCIVAL HACKWORTH. Rozłożył dokument Cottona. Na arkuszu bez przerwy pojawiała się mała, techniczna ilustracja. Cotton musiał świetnie się bawić przy jej tworzeniu. W firmie nikogo nie karano za nieprzystojny fotorealizm, ale ilustracjonizm należał do dobrego stylu. Osobisty styl Hackwortha był kopią dziewiętnastowiecznych wniosków patentowych i charakteryzował się czarną kreską, odcieniami szarości na mikroskopijnych siatkach rysek i kreskowaniach przekrojów oraz staromodnym fontem literniczym, nieco kanciastym przy brzegach. Styl ów – będąc zaprzeczeniem wymuszonego praktycjonizmu – doprowadzał klientów do rozpaczy, szczególnie wtedy gdy przyszło im powiększać diagramy na salonowych mediatronach. Cotton pojął, w czym rzecz. Wykonał swój diagram podobną metodą i na ilustracji jego nanotechnologiczna bateria obracała się i kręciła jak tryby wału napędowego edwardiańskiego pancernika.
Hackworth położył dokument Cottona na wierzchu ryzy Pikielczyka i ująwszy całość, stuknął nią kilka razy o blat, wierny zabobonnej dbałości o wygląd. Następnie zabrał papiery i ruszył pod ścianę, gdzie w kącie obok okna stał nowy mebel, wtoczony niedawno przez woźnego. Był to wiśniowy sekretarzyk na mosiężnych kółkach. Sięgał Hackworthowi do pasa. Na blacie sekretarzyka spoczywał wypolerowany, mosiężny mechanizm – automatyczny czytnik dokumentów z wysuwaną tacką. Małe drzwiczki z tyłu mebla zdradzały port zasilacza, który w tym wypadku miał średnicę cala, jak zwykłe urządzenie domowe, a nie maszyna wykorzystywana w biurach. Rzecz stawała się jeszcze bardziej niezwykła, gdy wzięło się pod uwagę, że sekretarzyk zawiera jeden z najpotężniejszych ziemskich komputerów – maszynę z pięcioma centymetrami sześciennymi prętowych systemów logicznych Zamówień. Do pracy urządzenia niezbędnych było sto tysięcy watów energii, którą dostarczano nadprzewodnikową częścią zasilacza. Energię tę należało odpowiednio rozproszyć, w przeciwnym razie komputer spłonąłby wraz z dużą częścią budynku. Pozbycie się takiej siły było wymagającym zadaniem technicznym, kto wie, czy nie trudniejszym od stworzenia prętowego systemu logiki. Zasilacze budowane według najnowszego protokołu radziły sobie z tym problemem, wciągając do kabla lód, który po ogrzaniu był wydalany w postaci gorącej wody.
Hackworth położył dokumenty na tacy urządzenia i nakazał maszynie skompilować Pikielczyka. W gabinecie rozległ się odgłos tasowania kart: czytnik chwytał na moment krawędź każdej strony i zapamiętywał jej zawartość. Elastyczny kabel zasilacza – biegnący od ściany do portu ukrytego z tyłu sekretarzyka – napiął się i zesztywniał lubieżnie, gdy serce komputera wessało olbrzymią ilość hipersonicznego lodu i wydaliło gorącą wodę. Na tacy oddawczej pojawiła się pojedyncza kartka papieru.
U góry dokumentu widniały słowa: PIKIELCZYK WERSJA 1.0 – SPECYFIKACJA KOMPILACJI.
Na środku kartki pojawił się obraz produktu finalnego, wspaniale oddany w pseudograwiaturowym stylu Hackwortha. Rzecz wyglądała dokładnie jak książka.
Schodząc po szerokich, spiralnych schodach w największym, centralnie położonym atrium Zamówień, Hackworth rozważał konsekwencje przestępstwa, do którego popełnienia zbliżał się nieuchronnie. W tej chwili było już jednak za późno, by się cofnąć. Zmartwiła go myśl, że podjął nieświadomą decyzję kilka miesięcy wcześniej i nie pamiętał nawet, przy jakiej okazji.
Choć Zamówienia były działem projektowym, a nie produkcyjnym, stały w nich kompilatory materii, w tym kilka stosunkowo dużych, o objętości stu metrów sześciennych. Hackworth zarezerwował sobie skromniejszy, biurowy model, o objętości jednej dziesiątej metra sześciennego. Używanie kompilatorów było procedurą o limitowanym dostępie, dlatego dokonał identyfikacji własnej osoby i projektu. Dopiero wtedy maszyna przyjęła krawędź dokumentu. Nakazał jej natychmiastowe rozpocząć kompilację, a potem spojrzał przez przezroczystą ściankę z diamentu na eutektyczne wnętrze KM-u.
Wszechświat wydał mu się nieuporządkowany, chaotyczny i bałaganiarski, a jedyne, co było w nim interesujące, to uporządkowane anomalie. Przypomniał sobie, jak wybrał się kiedyś z rodziną na przejażdżkę łódką po stawie w parku. Przypomniał sobie żółte wiosła wzbudzające w wodzie zgrabne wiry, i Fionę, która – ucząc się fizyki ciał płynnych na licznych przykładach rozlewania napojów i trunków oraz podczas kąpieli – zażądała wytłumaczenia fenomenu dziur w pofalowanej tafli. Wychyliła się przez burtę – Gwendolyn trzymała ją wtedy za kokardę sukienki – i dotknęła wirów dłonią, chcąc lepiej je zrozumieć. Staw jako taki – zwykła, pozbawiona porządku woda – w ogóle jej nie interesował.
Nie zwracamy uwagi na czarny bezmiar kosmosu, natomiast ciekawią nas gwiazdy, zwłaszcza wtedy, gdy układają się w konstelacje. „Tanie jak powietrze” – mawiamy, mając na myśli coś bezwartościowego, Hackworth wiedział jednak, że każdy oddech Fiony leżącej nocą w łóżeczku mieniącym się srebrzyście w księżycowej poświacie był wykorzystywany przez jej małe ciałko do budowy skóry, włosów i kości. Powietrze stawało się Fioną i zasługiwało, ba, żądało miłości! Porządkowanie materii było podstawowym zadaniem Życia, już to pod postacią samopowielających się cząstek w pierwotnym oceanie, już to jako napędzanej parą angielskiej tkalni, zamieniającej rośliny w wielobarwne bele bawełny, już to jako Fiony leżącej w łóżeczku i zamieniającej powietrze w dziewczynkę.
Kartka papieru, z której czerpał informację kompilator materii, miała grubość stutysięcznej nanometra, co pozwalało na umieszczenie w jej mikroskopijnym fragmencie trzeciej części miliona atomów. Sprytopapier składał się z sieci nieskończenie małych komputerów ściśniętych jak szynka w kanapce obustronnymi mediatronami. Mediatron był urządzeniem, które zmieniało kolor w zależności od miejsca. Dwa mediatrony zajmowały dwie trzecie grubości papieru, a oddzielająca je przestrzeń była dostatecznie szeroka, by dało się w niej zmieścić struktury wielkości setek tysięcy atomów.
Do międzymediatronowej przestrzeni z łatwością przenikało powietrze i światło, dlatego struktury zamykano w próżniokułach – pozbawionych powietrza buckminsterfullerycznych skorupkach, wyłożonych od zewnątrz odbijającą światło warstwą aluminium, by nie implodowały en masse, gdy na kartkę padnie słoneczny promień. W buckyballowych wnętrzach próżniokuł panowały warunki zbliżone do środowiska eutektycznego. I właśnie tutaj rezydowały prętowe systemy logiczne, sprawiające, że papier można było nazwać inteligentnym. Każdy ze sferycznych komputerków łączył się z czterema sąsiednimi, na północy, wschodzie, południu i zachodzie. Połączenie zapewniały wiązki wpychoprętów biegnących w elastycznych, wolnych od powietrza buckyrurkach. Cała strona papieru była niczym innym jak paralelnym komputerem, składającym się z miliardów oddzielnych procesorów. Pojedyncze procesory nie były szczególnie mądre ani szybkie, a ich podatność na wpływ czynników zewnętrznych sprawiała, że na kartce działał zazwyczaj maleńki ich ułamek, lecz nawet przy takich ograniczeniach ów inteligentny papier był – oprócz paru innych rzeczy – potężnym komputerem graficznym.
Nie dorównywał jednak według Hackwortha Pikielczykowi, który miał strony grubsze i gęściej wypełnione maszynerią komputacyjną. Czterokrotnie złożony, tworzył szesnastostronicowy arkusz, trzydzieści dwa arkusze zamykały się spinką, której grzbiet – oprócz zwykłej funkcji łączenia książki – działał jak olbrzymia centrala przekaźnikowa, a także baza danych.
Pikielczyk zaprojektowano do rzeczy wielkich, choć w tej chwili rodził się dopiero w eutektycznej macicy – diamentowej komorze próżniowej, mieszczącej pojedynczy kompilator materii. Diament pokryty był substancją przepuszczającą jedynie czerwone światło. Standardowe procedury technologiczne zabraniały stosowania wiązań molekularnych podatnych na rozpad pod wpływem leniwych czerwonych fotonów, wlekących się na końcu widzialnego spektrum. Dawało to możliwość podglądania wzrostu prototypu przez ścianę kompilatora i było przy okazji ostatnim sposobem zabezpieczenia się przed wpadką. Gdy kod kompilacji roił się od błędów, a prototyp osiągał rozmiary grożące zniszczeniem komory, nieszczęsny projektant mógł uciec się do prymitywnej ostateczności i najzwyczajniej w świecie odciąć kabel zasilania.
Hackworthowi nie groziła taka ewentualność, mimo to obserwował wstępne fazy wzrostu z tej zwykłej przyczyny, że były interesujące. Na początku widziało się pustą komorę, diamentową półkulę połyskującą mdłym czerwonym światłem. Na środku podstawy wprawne oko rozróżniało ośmiocalowy goły przekrój zasilacza, a w nim centralną rurę próżniową otoczoną zbiorowiskiem cieńszych kabli, z których każdy był wiązką mikroskopijnych pasów transmisyjnych przenoszących nanomechaniczne cegiełki – pojedyncze atomy, a nawet ich tuziny, połączone w poręczne transportowe moduły.
Kompilator materii był maszyną kończącą linię zasilacza i działającą według określonego programu, który sterował zdejmowaniem pojedynczych molekuł z pasów transmisyjnych i układaniem z nich struktur o większej komplikacji.
Hackworth był programistą. Pikielczyk – programem, który składał się z wielu dziesiątków podprogramów rezydujących do niedawna na oddzielnych kartkach papieru. Przed kilkoma minutami potężny komputer stojący w gabinecie Hackwortha skompilował wszystko w jedną, skończoną całość, napisaną językiem zrozumiałym dla kompilatora materii.
Na zakończeniu zasilacza koagulowała przezroczysta mgiełka przypominająca pleśń na przejrzałej truskawce. Mgiełka gęstniała i nabierała kształtu, wynosząc pewne elementy nad inne. Rozpostarła się na podstawie komory wokół zasilacza, tworząc własny odcisk: kwadrant koła o promieniu kilkunastu cali. Hackworth spoglądał na nią do chwili, gdy upewnił się, że to, co wyrasta z mgiełki, jest górną krawędzią książki.
W jednym z kątów jego laboratorium stała współczesna wersja maszyny kopiującej, która, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, potrafiła zamienić każdą nagraną informację w coś innego. Potrafiła nawet zniszczyć informację i zaświadczyć o swoim uczynku, co było niezwykle przydatną procedurą w paranoidalnym środowisku Zamówień. Hackworth podał kopiarce dokument zawierający skompilowany program Pikielczyka i zniszczył go. Nie bez śladu.
Kiedy skończył, wrócił do kompilatora i pozbywszy się próżni, podniósł czerwoną, diamentową kopułę. Gotowa książka stała pionowo na łożysku, które ją wydało i które przy zetknięciu z powietrzem zmieniało się w kupkę bezużytecznych śmieci. Hackworth podniósł księgę prawą ręką, a lewą ujął łożysko i wyrzucił je do kosza na odpadki.
Zamknął Lekcyjonarz w szufladzie biurka, zabrał cylinder, rękawiczki i laskę i stanąwszy na spacerówce, ruszył spokojnie ku Grobli, za którą leżał Szanghaj.


Ogólna sytuacja życiowa Harva i Nell;
Wynajęta Ziemia; Tequila
Chiny leżały po drugiej stronie wody i można je było zobaczyć, gdy zeszło się na plażę. Chińskie miasto, to z drapaczami chmur, nazywało się Pudong. Dalej leżał Szanghaj. Harv czasami jeździł z kolegami do Szanghaju. Mówił, że jest większy, niż można sobie wyobrazić, stary, brudny i pełen dziwnych ludzi i widoków.
Mieszkali na WuZecie, co, jak twierdził Harv, było literowym skrótem od Wynajętej Ziemi. Nell znała już mediaglif WuZetu. Harv nauczył ją także znaku Urokczyska, jak nazywało się terytorium, na którym stał ich dom. Mediaglif Urokczyska przedstawiał księżniczkę sypiącą z kijka złote drobiny na szare domy, które – gdy tylko drobiny na nie spadły – stawały się żółte i jasne. Nell sądziła, że złote drobiny są roztoczami, ale Harv twierdził, że roztocza są za małe, żeby je widzieć, po czym wyjaśnił jej, że kijek nie jest kijkiem, tylko magiczną różdżką, a złote drobiny nie są drobinami, tylko czarodziejskim proszkiem. Potem kazał jej zapamiętać mediaglif, bo dzięki niemu znajdzie drogę do domu, gdyby się zgubiła.
– Najlepiej jednak zadzwoń do mnie – powiedział. – Wtedy przyjdę i cię odnajdę.
– Dlaczego?
– Bo wszędzie jest pełno złych ludzi i taka mała dziewczynka jak ty nigdy nie powinna chodzić po WuZecie sama.
– Jakich złych ludzi?
Harv zmieszał się, odetchnął nerwowo kilka razy.
– Pamiętasz ten raktyw, w którym byłem parę dni temu? Ten z piratami, którzy wiązali dzieci i spychali je z deski?
– No.
– Na WuZecie też są piraci.
– Gdzie?
– Lepiej ich nie szukaj. I tak ich nie znajdziesz, bo nie wyglądają jak tamci piraci w dużych kapeluszach i ze szpadami. Piraci z WuZetu są... no... w miarę normalni. Tylko w środku są piratami i wyłapują małe dzieci, i wiążą je...
– I spychają z deski?
– Coś w tym rodzaju.
– Zadzwonię na policję!
– Policja nic tu nie pomoże... Chociaż kto wie...
Policjantami byli Chińczycy. Przyjeżdżali Groblą z Szanghaju. Nell widziała ich kiedyś z bliska, a miało to miejsce wtedy, gdy przyszli do domu aresztować chłopaka mamy, Roga, którego akurat nie było. Policjantów wpuścił Harv. Zaprowadził ich do salonu i przyniósł im herbaty. Powiedział do nich parę słów po szanghajsku, a oni uśmiechnęli się i pogłaskali go po głowie. Harv kazał Nell zamknąć się w sypialni i nie wysuwać nosa, ale nie posłuchała, bo korcił ją widok obcych. Było ich trzech, dwóch w mundurach, a jeden w garniturze. Siedzieli, paląc papierosy i oglądając coś na mediatronie, dopóki nie wrócił Róg. Potem wybuchła awantura i zabrali go, wrzeszcząc przez cały czas. Później Róg już nie przychodził, a Tequila zaczęła spotykać się z Markiem.
W przeciwieństwie do Roga, Mark miał pracę. Pracował w enklawie Nowej Atlantydy, myjąc okna w domach Wików. Wracał do domu późnym popołudniem, bardzo zmęczony i brudny, i brał długi prysznic w łazience. Niekiedy wołał Nell do środka i prosił ją o umycie pleców, bo – jak mówił – nie sięga do pewnego miejsca nad krzyżem. Od czasu do czasu przyglądał się włosom Nell i stwierdzał, że powinna je umyć. Wówczas zdejmowała ubranie i wchodziła z nim pod prysznic, a Mark pomagał jej się myć.
Pewnego dnia zapytała Harva, czy Mark go myje. Słysząc to, Harv bardzo się zdenerwował i zaczął jej zadawać mnóstwo pytań. Później opowiedział o wszystkim Tequili, która zaczęła się z nim kłócić i odesłała go do pokoju z zaczerwienionym i opuchniętym policzkiem. Zdecydowała się jednak porozmawiać z Markiem. Kłócili się w salonie, a uderzenia słychać było nawet przez ścianę pokoju, w którym Harv i Nell leżeli skuleni w łóżku.
Potem oboje udawali, że śpią, ale Nell słyszała, jak Harv wstaje i wymyka się z domu. Nie było go przez całą noc. Rano, jak zwykle, Mark wstał i poszedł do pracy. Tequila też wstała i długo robiła sobie makijaż przed wyjściem.
Nell była sama przez cały dzień. Zastanawiała się, czy tego wieczoru Mark każe jej wejść pod prysznic. Domyśliła się z reakcji Harva, że te prysznice z Markiem były rzeczą złą, co sprawiło jej pewną ulgę, tłumaczyło bowiem, dlaczego tak jej się nie podobały. Nie wiedziała jednak, co zrobić, żeby Mark znów nie kazał jej wejść wieczorem pod prysznic. Powiedziała o tym Dinozaurowi, Kaczuszce, Piotrusiowi i Fiołkowi.
Cztery stworzonka były jedynymi, jakie przetrwały wielką masakrę urządzoną poprzedniego roku przez Maca – jednego z chłopaków mamy – który w napadzie furii zgarnął wszystkie lalki i pluszowe przytulaki Nell i wepchnął je pod pokrywę połykacza, jak nazywano dekompilator anihilacyjny.
Gdy po kilku godzinach Harv podniósł pokrywę, w połykaczu znalazł tylko te cztery zwierzaki. Reszta zniknęła na zawsze. Wytłumaczył to w ten sposób, że dekompilator potrafi anihilować jedynie to, co brało się z KM-u, a wszystko, co zrobiono „ręcznie” (nie potrafił wyjaśnić tego określenia), nie ulegało zniszczeniu. Dinozaur, Kaczuszka, Piotruś i Fiołek były więc stare, pluszowe i zrobione „ręcznie”.
Gdy Nell opowiedziała im o swoich rozterkach. Dinozaur zachował się odważnie i krzyknął, że powinna się bić z Markiem. Kaczuszka miała parę pomysłów, ale dosyć niemądrych, bo była bardzo mała. Piotruś uważał, że powinna uciec. Natomiast Fiołek zaproponowała posłużenie się magią i posypanie Marka czarodziejskim proszkiem, który robiłby to samo, co roztocza wykorzystywane (jak mówił Harv) przez Wików do obrony przed złymi ludźmi.
W kuchni zostało trochę jedzenia przyniesionego przez Tequilę poprzedniej nocy wraz z pałeczkami wyposażonymi w mediatrony wbudowane w ich górną szerszą część. Gdy nabierało się na nie kęs jedzenia, na mediatronach pojawiały się biegnące w górę i w dół mediaglify. Nell domyśliła się, że są w nich roztocza wyświetlające mediaglify i doszła do wniosku, że pałeczka z roztoczami będzie idealną magiczną różdżką.
Miała też srebrzysty plastikowy balon, który Harv zrobił dla niej w KM-ie. Z balonu uciekło powietrze i dlatego nadawał się do użycia jako tarcza – podobna do tych, które widziała na rękach rycerzy w jednym z raktywów Harva. Usiadła na materacyku w kącie pokoju. Przed sobą miała Dinozaura i Fiołka, za plecami zaś Piotrusia i Kaczuszkę. Czekała, ściskając w rękach magiczną różdżkę i tarczę.
Ale Mark nie wrócił. Po powrocie do domu Tequila spytała, co się z nim stało, ale nie wydawała się przejęta jego nieobecnością. Późno w nocy, gdy Nell leżała już w łóżku, wrócił Harv i natychmiast ukrył coś pod materacem. Następnego dnia Nell zajrzała pod posłanie i znalazła parę ciężkich kołków długości jednej stopy, połączonych krótkim łańcuchem. Kołki były pokryte jakąś brunatnoczerwoną mazią, która lepiła się i miejscami kruszyła.
Potem Harv powiedział jej, że Mark już nigdy nie wróci i że należał do piratów, o których jej opowiadał. Dodał też, że gdyby w przyszłości ktoś próbował robić z nią to samo co Mark, powinna uciec z krzykiem, a potem opowiedzieć o wszystkim Harvowi i jego przyjaciołom. Nell była zdumiona. Nie miała pojęcia, że piraci potrafią być tacy podstępni.


Hackworth przedostaje się Groblą do Szanghaju; rozmyślania
Grobla łącząca Nowy Chusan ze Strefą Ekonomiczną Pudongu była jedynym uzasadnieniem istnienia Atlantydy/Szanghaju. Ów twór architektoniczny stanowił bowiem jedynie gigantyczny zasilacz podtrzymywany przez potężnej wielkości łożyska wzdłużne. Z punktu widzenia przepływu towarów i gotówki, fizyczne terytorium samego Nowego Chusanu – płuco sprytoralu oddychające w oceanie – służyło za podstawowe źródło zasobów konsumenckiej gospodarki Chin, a jego zasadnicza funkcja polegała na wypluwaniu megaton nanomaterii wprost do lawinowo rozwijającej się sieci zasilaczy Państwa Środka; sieci, która co miesiąc docierała do miliona nowych gospodarstw chłopskich.
Grobla na niemal całej długości wisiała tuż nad wysokimi falami przypływów, jedynie środkowa mila wyginała się jak łuk do góry, umożliwiając niczym niezakłócony ruch statków. Nie znaczy to, że statki stanowiły niezbędny środek transportu współczesnej doby. Przeciwnie, ich istnienia nic nie uzasadniało. Jednak świat pełen był upartych zwolenników wstecznictwa i sprytnych armatorów flot wycieczkowych, węszących interes w żeglowaniu po ujściu Yangtze swoimi dżonkami, z których rozciągał się wspaniały widok na łańcuchowy łuk wielkiego zasilacza, łączący w sobie ulubiony obraz rzeczywistości miłośników „National Geografic”.
Gdy Hackworth znalazł się na szczycie łuku, ujrzał przed sobą i po prawej stronie wstęgi podobnych grobli, łączących przedmieścia Szanghaju z innymi sztucznymi wyspami. Nippon Nano wyglądała jak Fudżijama – szereg biurowców nad linią wody, nad nimi budynki mieszkalne, im wyższe, tym lepsze, pas pól golfowych, na samym szczycie zaś ogrody, zagajniki bambusowe i inne formy mikrozarządzanej Natury. Po drugiej stronie leżał maleńki Hindustan. Geotektura hinduskiej wyspy nie wywodziła się – jak można byłoby przypuszczać – z wielkiej tradycji Mogołów, lecz wprost z doświadczeń sowieckich. Nie uczyniono niczego, aby ukryć przemysłowe serce skrawka lądu za fraktalnymi artefaktami.
Hindustan przycupnął jak zmokła kura dziesięć mil od Nowego Chusanu, zasłaniając bogatym najlepsze widoki i stając się obiektem wielu pogardliwych żartów. Hackworth nigdy nie pozwalał sobie na dworowanie z Hindusów, wiedział bowiem lepiej od innych, że mieszkańcy wyspy mają wszelkie dane ku temu, by wyprzedzić Nippończyków i Wiktorian w rywalizacji o Chiny. Byli równie inteligentni, liczniejsi i rozumieli mentalność wieśniaków.
Stojąc w najwyższym punkcie łuku i spoglądając ponad równiną przedmieść Pudongu, Hackworth widział wyniosłe serce metropolii. Uderzyła go – jak zwykle zresztą – staromiejska zgrzebność, wielkość powierzchni poświęcanej przez wieki na niezdarne próby rozwiązania problemu Przesuwania Rzeczy Z Jednego Miejsca Na Drugie. Autostrady, mosty, tory i towarzyszące im cuchnące place, zadymione podwórka, linie elektryczne, rurociągi, urządzenia portowe z nieodłącznymi sampanami, dżonkami, sztauerkami, drobnicowcami, kontenerowcami, wreszcie lotniska... Hackworthowi podobało się w San Francisco; uległ nieodpartemu urokowi tego miasta, ale pobyt w Atlantydzie/Szanghaju przekonał go, że wszystkie stare miasta świata są skazane na ostateczną zagładę, a w najlepszym przypadku na rolę parków tematycznych. Przyszłość należała do nanometropolii wznoszonych ze skalnego łożyska atom po atomie, poprzecinanych liniami zasilaczy jak skóra naczyniami włoskowatymi. Stare dzielnice Szanghaju, pozbawione zasilania lub z przedpotopowym kablem zawieszonym na bambusowych słupach, wydawały mu się przerażająco martwe, jak palacz opium siedzący na środku rozgorączkowanej, miejskiej ulicy, wydmuchujący słodki dym i zapatrzony w jakiś starożytny sen, o którym zapomnieli potykający się o niego przechodnie.
Teraz przyszło mu wejść do jednej z takich dzielnic. Musiał znaleźć się w niej jak najszybciej.
Gdy ktoś dopuszczał się fałszerstwa, korzystając z zasilacza, jego czyn prędzej czy później wychodził na jaw, wszystkie bowiem kompilatory materii przekazywały informacje zwrotne do Źródła. Chcąc zachować bezkarność, należało znaleźć sobie prywatne Źródło, niepodłączone do sieci zasilaczy, a rzecz taka nie była łatwa. Jednak fałszerz o dużej motywacji, obdarzony przy tym pomysłowością i dozą cierpliwości, mógł złożyć Źródło zdolne do produkowania przeróżnych, nieskomplikowanych cegiełek w liczbie od dziesięciu do stu daltonów. W Szanghaju nie brakowało pomysłowych i cierpliwych ludzi, a niektórzy z nich wykazywali większą pomysłowość i cierpliwość od innych.


Hackworth odwiedza hong dra X
Ostrze skalpela miało szerokość jednego atomu. Zdelaminowało skórę na dłoni Hackwortha niczym płat szybującego przez dym samolotu. Hackworth oderwał od niej pasek wielkości główki gwoździa i podał go drowi X, który ujął skórę pałeczkami z kości słoniowej, zanurzył ją w wyjątkowej urody miseczce cloisonne napełnionej chemicznymi desykantami, a następnie ułożył na maleńkiej szybce z diamentu.
Prawdziwe nazwisko dra X składało się z serii szeleszczących spółgłosek, oddzielnych metalicznych bzyków, nieziemskich, quasi-germańskich samogłosek i połykanych „r”, nieodmiennie gwałconych przez struny głosowe ludzi Zachodu. W przeciwieństwie do wielu Azjatów, dr X nie zmienił nazwiska na zachodnie, kierując się w tym względzie – jak domniemywano – przekonaniami politycznymi. Wolał, co zresztą sam sugerował w dziwnie protekcjonalny sposób, by nazywano go drem X, ta ostatnia litera bowiem rozpoczynała jego nazwisko w alfabecie Pindżin.
Dr X umieścił diamentowe szkiełko w cylindrze ze stali nierdzewnej. Na jego końcu znajdowała się uszczelniona teflonem kryza z przewierconymi otworami do śrub. Dr X podał cylinder jednemu z asystentów, który ujął metal oburącz niczym jedwabną poduszkę ze złotym jajem, a następnie dopasował cylinder do kryzy przy zakończeniu jednej z wielu masywnych i wykonanych z nierdzewnej stali rur, których sieć pokrywała większą część blatów dwóch laboratoryjnych stołów. Asystentowi przypadł też w udziale zaszczyt połączenia kryz lśniącymi śrubami i dokręcenia ich kluczem dynamometrycznym. Skończywszy dokręcanie, asystent pstryknął przełącznikiem i obudził do życia starożytną pompę próżniową, której hałas uniemożliwił na dobre dwie minuty wszelkie rozmowy. W tym czasie Hackworth rozglądał się po laboratorium dra X, zabawiając się odgadywaniem stulecia, a niekiedy nawet dynastii, pod której rządami wytworzono poszczególne przedmioty.
Wysoko na jednej z półek dostrzegł rząd weków, wypełnionych czymś, co przypominało podroby pływające w urynie. Przypuszczał, że są to woreczki żółciowe wymarłych gatunków zwierząt, zyskujące co godzina na bankowej wartości i przynoszące większe odsetki niż fundusze powiernicze. Zamknięta na kluczyk szafka do przechowywania broni i prymitywny system DTP Macintosh – pozieleniałe ze starości – świadczyły o minionych zainteresowaniach właściciela oficjalnie potępianymi modelami zachowań. W jednej ze ścian wycięto okno wychodzące na powietrzny dukt, nie szerszy od grobu, z poskręcanym klonem pośrodku. Poza tym w laboratorium było takie mnóstwo maleńkich, brunatnych i pomarszczonych obiektów organicznego zapewne pochodzenia, że oczy Hackwortha straciły zdolność ich rozróżniania. Tu i ówdzie wisiały próbki kaligrafii, zawierające zapewne urywki poezji. Przed laty usiłował nauczyć się paru chińskich ideogramów i zgłębić podstawy systemu konfucjańskiego, szybko jednak zrezygnował z tych zamierzeń. Wolał, aby jego transcendencja była czymś, co można mieć na oku, jak element witraża, i nie przenikała tkanki życia niczym złota nić materię brokatu.
Wszyscy obecni mogli się zorientować po dźwięku pompy, że dokończyła pracę. Osiągnęła odpowiednie ciśnienie pary za sprawą oleju. Asystent zamknął zawór oddzielający ją od reszty systemu, a następnie uruchomił nanopompy, które pracowały bezgłośnie. Nanopompy były w istocie turbinami podobnymi do tych, które wykorzystuje się w silnikach odrzutowych, różniły się od nich jedynie rozmiarami. Przyglądając się krytycznym okiem próżniowym rurom dra X, Hackworth zauważył akceptor, czyli cylinder wielkości główki dziecka, o pomarszczonym odpowiednio wnętrzu, którego powierzchnię pokrywały nanourządzenia służące do wyłapywania zabłąkanych cząstek. Między nanopompami a akceptorem próżnia przyjmowała wartość, jakiej można się zapewne spodziewać między Drogą Mleczną a Mgławicą Andromedy.
Rozmyślania te przerwał Hackworthowi dr X, który podniósł się z wysiłkiem ze stołka i zaczął przemierzać pokój, uruchamiając zasilanie całego tego galimatiasu, jaki stanowiły urządzenia z przemytu.
Pochodziły one z przeróżnych epok technologicznych i zostały przeszmuglowane do Królestwa Zewnętrznego z wszelkich źródeł, ale wszystkie służyły jednemu celowi: obserwacji nanoświata przez dyfrakcję rentgenowską, mikroskopię elektronową i bezpośrednie nanoskalowe próbkowania oraz syntezowaniu otrzymanych w ten sposób informacji w jeden trójwymiarowy obraz.
Gdyby Hackworth pracował w ten sposób u siebie, byłby już dawno skończony, ale system dra X działał na zasadzie polskiej demokracji, wymagającej pełnej zgody od wszystkich uczestników, w tym wypadku otrzymywanej naraz od jednego podsystemu. Dr X i jego asystent ustawili się w możliwie najodleglejszych od siebie miejscach podsystemu i przez jakiś czas przekrzykiwali się mieszaniną szanghajskiego i mandaryńskiego z odrobiną angielskich terminów technicznych. Potem zaczęli wprowadzać niezliczone poprawki, bez których zgoda podsystemu byłaby niepełna. Zasięg poprawek obejmował między innymi takie czynności jak odkręcanie i przykręcanie pokręteł, podnoszenie i opuszczanie przełączników, wykręcanie niepotrzebnych podzespołów w laboratorium i kilku innych pomieszczeniach, podnoszenie pokryw i dłubanie przy tablicach rozdzielczych, usuwanie drobnych zanieczyszczeń w postaci zdechłych owadów i ich jajeczek za pomocą zaizolowanych pałeczek do ryżu, przekładanie i machanie kablami, palenie trociczek, wkładanie złożonych kawałków papieru pod nogi stołów, picie herbaty i dąsanie się, przywoływanie niewidzialnych mocy, wysyłanie posłańców do innych sal, budynków i dzielnic ze starannie wykaligrafowanymi zamówieniami i czekanie na powrót tychże z częściami zamiennymi zapakowanymi w pożółkłe kartony oraz wiele innych procedur naprawczych związanych z domeną oprogramowania. Przedstawienie to wydawało się w dużej mierze konieczne, w pewnym jednak stopniu odbywało się wyłącznie na użytek Hackwortha, prawdopodobnie po to, by przygotować grunt pod renegocjacje umowy.
Gdy seans dobiegł końca, wszyscy pochylili się nad oddzielonym od reszty fragmentem Johna Percivala Hackwortha, umieszczonym na arkuszu mediatronicznego papieru o szerokości trzech stóp, rozwiniętym na tę okazję z namaszczeniem przez asystenta i ułożonym na niskim, pokrytym czarnym lakierem stoliczku. Szukali czegoś, co było ogromne wedle standardów nanotechnicznych, powiększenie nie musiało więc być duże, lecz nawet przy tak niewielkim wzmocnieniu obrazu skóra Hackwortha wyglądała jak stół pokryty stertą zgniecionych gazet. Jeśli dr X poczuł się tak niedobrze jak Hackworth, to nie pokazał tego po sobie. Siedział wyprostowany, z dłońmi zaplecionymi na brzuchu okrytym haftowaną jedwabną szatą, lecz po chwili Hackworth, pochyliwszy się, ujrzał jego pożółkłe, długie na cal paznokcie nad szwajcarskim krzyżem starej klawiatury do gry w Nintendo. Palce poruszyły się, a obraz na mediatronie przybliżył. W środku pola widzenia pojawiło się coś gładkiego i nieorganicznego, jakiś zdalnie sterowany manipulator. Nadzorowane przez dra X narzędzie zaczęło się przekopywać przez stertę zdesykowanej skóry.
Rzecz jasna, znaleźli mnóstwo roztoczy, zarówno naturalnych, jak i sztucznych. Te naturalne przypominały maleńkie kraby i od setek milionów lat zamieszkiwały cichuteńko zewnętrzne powłoki innych stworzeń. Sztuczne roztocza natomiast stworzono w kilku ostatnich dekadach. Większość z nich składała się ze sferycznego bądź elipsoidalnego kadłuba i mnóstwa przeróżnych odnóży. Kadłub był próżniokułą – nanośrodowiskiem eutektycznym, zdolnym pomieścić maszynerię fazową stanowiącą wnętrzności roztocza. Diamentoidalną strukturę kadłuba chroniła przed światłem cienka warstwa aluminium, nadająca roztoczu wygląd miniaturowego statku kosmicznego – tyle że wokół było powietrze, w środku zaś próżnia.
Do kadłuba każdego roztocza przymocowano najróżniejsze urządzenia: manipulatory, czujniki, systemy napędowe i anteny. Anteny nie przypominały czułków owadów, będąc zazwyczaj płaskimi wypustkami pokrytymi tu i ówdzie krótką szczeciną – systemami ordynacji fazowych służących do przeczesywania promieniami zakresu światła widzialnego w powietrzu. Większość roztoczy wyraźnie oznaczono nazwą producenta i numerami części – wymagał tego Protokół. Kilka było nieoznakowanych. Pirackie roztocza produkowali ludzie pokroju dra X bądź nielegalne gromady niestosujące się do postanowień Protokołu. Część z nich pochodziła również z podziemnych laboratoriów, które – jak powszechnie przypuszczano – prowadziły wszystkie zaibatsu.
W trakcie półgodzinnego przekopywania się przez skórę Hackwortha, przeczesywania obszaru o boku nie dłuższym niż jeden milimetr, dostrzegli parę tuzinów sztucznych roztoczy, co w tych czasach nie było niezwykłą liczbą. Większość z nich zdechła. Roztocza nie żyły długo, ponieważ jako struktury o dużej komplikacji i niewielkich rozmiarach nie mogły zawierać odpowiedniej liczby systemów redundantnych. Gdy któreś z nich zostało trafione przez kosmiczny promień, natychmiast zdychało. Roztocza nie miały również dużych zapasów energii, więc spora część padała po prostu z wyczerpania. Ich wytwórcy kompensowali straty odpowiednio dużą produkcją.
Niemal wszystkie zaobserwowane roztocza miały taki czy inny związek z systemem immunologicznym Wiktorian, a większość z tych była immunokułami, których praca polegała na przemierzaniu brudnej odpadosfery Nowego Chusanu i odnajdywaniu przy pomocy lidarów obcych roztoczy, które nie przestrzegały Protokołu. Znalazłszy wroga, roztocze zabijało najeźdźcę, doczepiając się do niego i nie wypuszczając z objęć. System wiktoriański używał technik darwinistycznych, by tworzyć zabójców dostosowujących się do swych ofiar, co było metodą skuteczną i elegancką, acz prowadziło do powstawania morderczych tworów o kształtach tak przedziwnych, że ich ludzki rodowód stawał się wręcz nieprawdopodobny, bo czyż w świecie zaprojektowanym przez człowieka byłoby miejsce dla stworzeń o tak niewiarygodnym wyglądzie, jak bezwłosy kret? Dr X z lubością oglądał powiększenie szczególnie potwornego zabójcy, trzymającego w morderczym uścisku nieoznakowane roztocze. Nie oznaczało to bynajmniej, że skóra Hackwortha została zaatakowana przez wraże hordy – martwe roztocza mogły być składnikiem kurzu na jakimś stole, którego dotknął podczas zwykłych, codziennych czynności.
By zobrazować wygląd roztocza, jakiego szukali, Hackworth przyniósł ze sobą rzep, który zaplątał się kiedyś we włosy Fiony podczas wycieczki do parku. Pokazał go teraz drowi X, który natychmiast pojął, o co chodzi, i po kilku sekundach odnalazł odpowiedniego osobnika. Egzemplarz ten nie przypominał żadnego z wcześniej oglądanych przez nich roztoczy, spełniał bowiem rolę rzepa i miał za zadanie jedynie przyczepiać się do pierwszej napotkanej rzeczy. Został wygenerowany kilka godzin wcześniej przez kompilator materii Zamówień, który następnie – stosując się do instrukcji Hackwortha – powielił go i pokrył kilkoma milionami identycznych sztuk zewnętrzną powierzchnię Ilustrowanego lekcyjonarza. Część rzepów przeniosła się na skórę Hackwortha, gdy po raz pierwszy dotknął księgi.
Większość została na podręczniku znajdującym się obecnie w biurze, ale Hackworth to przewidział. Wyłożył całą rzecz, aby dr X i jego asystent nie wyobrażali sobie Bóg wie czego.
– Rzep ma wbudowany wewnętrzny opóźniacz czasowy – powiedział. – Urządzenie to spowoduje jego dezintegrację po dwunastu godzinach od chwili skompilowania. Zostało nam zatem sześć godzin na wydobycie z niego informacji. Zaszyfrowanej, rzecz jasna.
Dr X uśmiechnął się po raz pierwszy tego dnia.

* * *
Dr X idealnie nadawał się do tej pracy ze względu na złą sławę, jaka go otaczała. Był przeciwieństwem inżyniera. Kolekcjonował sztuczne roztocza z zacięciem godnym szalonego wiktoriańskiego miłośnika motyli. Rozbierał je atom po atomie, by zgłębić tajemnicę ich działania, a kiedy znalazł godną uwagi innowację, zapisywał ją w obwodach swej pojemnej bazy danych. Jako że większość innowacji stanowiła dzieło selekcji naturalnej, dr X był często pierwszą ludzką istotą, jaka się o nich dowiadywała.
Jeśli przyjąć, że Hackworth był kowalem całego pomysłu, dr X spełniał rolę kowadła. Rozróżnienie to było tak stare, jak cyfrowe komputery. Kowale tworzyli nowe technologie, a następnie zabierali się za kucie kolejnych projektów, zbadawszy swoje pierwotne dzieła jedynie w zarysach. Kowadła – niecieszące się takim szacunkiem ze względu na swoje zacofanie technologiczne – obrabiały pomysły kowali na wszystkie możliwe strony, wykorzystując je do celów, które twórcom nigdy nie przyszłyby do głowy.
Dr X wybrał parę przenośnych ramion manipulacyjnych ze swego nadzwyczaj obfitego arsenału. Część owych urządzeń skopiowano z nowoatlantydzkich, nippońskich i hinduskich projektów, które Hackworth znał doskonale; inne były natomiast przedziwnie naturalistycznymi chwytakami, jakby żywcem oderwanymi od nowoatlantydzkich immunokuł, i przypominały twory ewolucji, a nie ludzkiego umysłu. Za pomocą ramion ujął rzep Hackwortha. Była to pokryta aluminium megabuckyballowa struktura o tysiącach promieniście rozłożonych haczyków, z których kilka dekorowało fragmenty skebabionej skóry.
Na polecenie Hackwortha dr X obrócił rzep w taki sposób, że ich oczom ukazała się maleńka łatka, wolna od ostro zakończonych haczyków. Łatka była w istocie okrągłym wgłębieniem z regularnym wzorem dziurek i gałek, wbudowanym w powierzchnię roztocza jak luk cumowniczy w kadłub statku kosmicznego. Na obwodzie owego urządzenia wyryty był podpis znamionowy twórcy: IOANNI HACVIRTUS FECIT.
Dr X nie potrzebował wyjaśnień. Miał przed sobą standardowy port. W jego kolekcji znajdowało się zapewne z pół tuzina manipulatorów dopasowanych do tego wzoru. Wybrawszy jeden, zagłębił jego końcówkę w otworach i wydał polecenie po szanghajsku.
Po chwili zdjął osprzętowanie z głowy i popatrzył na asystenta nalewającego mu kolejną filiżankę herbaty.
– Jak długo? – spytał.
– Około terabajta – odparł Hackworth. Podał miarę pojemności, a nie czasu, wiedząc, że dr X potrafi ocenić różnicę.
W rzepie znajdował się maszynofazowy napęd taśmowy obejmujący osiem ułożonych równolegle szpul. Przy każdej szpuli umieszczono oddzielną głowicę zapisu i odczytu. Taśmy były łańcuchami polimerów o różnych grupach bocznych, reprezentujących logiczne wartości jeden i zero. Taśmy tego rodzaju stanowiły standardowy komponent i dr X domyślił się, że podczas zrzutu wyplują z siebie jakiś miliard bajtów na sekundę. Hackworth wspomniał właśnie, że całkowita pojemność taśm wynosi trylion bajtów, pozostało im więc czekać przez tysiąc sekund. Dr X skorzystał z okazji, aby przy pomocy asystentów opuścić laboratorium i zająć się paroma nie mniej ważnymi przedsięwzięciami swojej firmy, znanej w pewnych kręgach jako Pchli Cyrk.


Hackworth opuszcza laboratorium dra X; dalsze rozmyślania; wiersz od Finkle-McGrawa; spotkanie z rozbójnikami
Asystent dra X otworzył drzwi i kiwnął bezczelnie głową. Hackworth wsadził cylinder na głowę i wyszedł z Pchlego Cyrku. Zamrugał, gdy w nozdrza uderzył go odór Chin: duszące wapory setek milionów miseczek z lapsang souchong, przemieszane z ziemisto-słodkim zapachem słoniny i siarkowym smrodem oskubanych kurcząt i ostrego czosnku. Odnajdywał drogę po kocich łbach końcem swojej laski do czasu, gdy jego oczy przywykły do półmroku. Był teraz biedniejszy o kilka tysięcy juków. Znaczny wydatek, lecz najlepszy z tych, jakie mógł poczynić ojciec.
Hong dra X mieścił się w sercu Szanghaju pochodzącego z czasów dynastii Ming i przypominającego mrowisko składające się z maleńkich ceglanych budowli ozdobionych szarą sztukaterią, przykrytych dachówkami i otoczonych murami o wymyślnych fryzach. Z okien na pierwszym piętrze każdego budynku wystawały żelazne pręty służące do suszenia bielizny, co nadawało stojącym w wąskich uliczkach domom wygląd przysadzistych szermierzy fechtujących się floretami. Okolica ta leżała w pobliżu starodawnych murów miasta, wzniesionych dla obrony przed zaborczymi nippońskimi roninami. Obecnie mury zburzono i zamieniono w wygodną, miejską obwodnicę.
Ta część Chin należała do Królestwa Zewnętrznego, co oznaczało, że mogą w niej przebywać „obce diabły” pod warunkiem, że towarzyszą im rodowici Chińczycy. Dalej, w głębi dzielnicy, mieścił się ponoć fragment właściwego Królestwa Środka – Niebiańskiego Królestwa lub NK-u, jak z lubością je nazywano – do którego obcy nie mieli wstępu.
Asystent odprowadził Hackwortha aż do samej granicy, za którą zaczynała się Chińska Rzeczpospolita Brzegowa, odrębny kraj, na który składała się – oprócz wielu innych terytoriów – lwia część Szanghaju. Jakby dla podkreślenia tego faktu po drugiej stronie granicy stały grupy młodzieży w zachodnich ubraniach, słuchając głośnej, zachodniej muzyki, zaczepiając w zachodnim stylu kobiety i generalnie ignorując swoje gromadne obowiązki.
Hackworth mógłby skorzystać z auto-rikszy – jedynego pojazdu zdolnego do manewrowania w wąskich zaułkach, jeśli nie liczyć rowerów i łyżworolek, obawiał się jednak nieznanych urządzeń kontroli i nadzoru montowanych w szanghajskich taksówkach. Wizyta nowoatlantydzkiego dżentelmena w Pchlim Cyrku o tak późnej porze mogłaby niezdrowo pobudzić wyobraźnię żandarmów, którzy, pozbywszy się na dobre elementów przestępczych we własnym kraju, mieli wszelkie prawo czuć niepokój znudzenia i szukać sposobów zapewnienia sobie rozrywki. Jedynie mędrcy, prorocy lub fizycy teoretyczni byliby w stanie doszukać się związku – założywszy, że takowy w ogóle istniał – między zdumiewającym zakresem działań Szanghajskiego Wydziału Policji a rzeczywistym egzekwowaniem prawa.
Hackworth, o zgrozo, był wdzięczny losowi za rozmaitość policyjnych zainteresowań, a to dlatego, że właśnie zaczął się zagłębiać w plątaninę zaułków Sadyby Francuza. Kilka przecznic dalej, przy skrzyżowaniu, skradała się grupka postaci odzianych w łaciate stroje z nanobaru, od których krwawo odbijało się światło mediatronów. Ten rodzaj stroju zarezerwowany był dla ulicznych przestępców. Hackworth pocieszył się myślą, że jest to zapewne gang z Wynajętej Ziemi, który niedawno przekroczył Groblę i nie odważy się zaatakować dżentelmena na ulicy, przynajmniej nie w tym mieście. Nie popełniwszy aż do dzisiejszego dnia żadnego przestępstwa, Hackworth pojął nie bez zdziwienia, że bezwzględne siły policyjne są nieodzowne dla prawidłowego i bezpiecznego funkcjonowania wysublimowanych szkodników społecznych, do jakich miał już prawo siebie zaliczać.
Tego popołudnia czuł wstyd tak wiele razy, że nie potrafiłby zliczyć, lecz równie często wstydowi towarzyszyła racjonalna refleksja: przecież to, co robi, nie jest niczym złym! Nie sprzedawał dla zysku żadnej nowej technologii, za którą zapłacił Zamówieniom lord Finkle-McGraw. Nie czerpał ze swojego czynu żadnych bezpośrednich profitów! Starał się jedynie zadbać o lepsze miejsce w świecie dla swoich potomków, co jest obowiązkiem każdego porządnego ojca!
Stary Szanghaj leżał blisko Huang Pu. Przed laty siadywali tu mandaryni, by ze swych ogrodowych pawilonów cieszyć oczy widokiem rzeki. Upłynęło zaledwie parę minut, a Hackworth przechodził już przez most do Pudongu, po chwili zaś zapuścił się w korytarze żywopłotów między jasno oświetlonymi drapaczami chmur, zmierzając ku wybrzeżu oddalonemu o kilka mil na wschód.
Swój awans spośród maluczkich do elity Zamówień zawdzięczał wynalezieniu mediatronowej pałeczki do ryżu. Pracował nad nią jeszcze w San Francisco. Firma rozważała wówczas wielką ofensywę na rynek chiński, gdzie panoszyli się Nippończycy, którzy opracowali już wtedy sposób na generowanie prawie jadalnego ryżu (za to w pięciu różnych odmianach) wprost z zasilacza, co pozwalało raz na zawsze wyeliminować z życia szczurzy wyścig o pola i kulisów. Dwa miliardy wieśniaków mogło odwiesić na kołki stożkowe kapelusze i zająć się na poważnie własnym wypoczynkiem i wykorzystaniem wolnego czasu, a sugestiami w tej kwestii – o czym nie wolno zapominać – Nippończycy sypali jak z rękawa. I wtedy jakiś geniusz z centrali, gotujący się od trujących nippońskich oparów pierwszego w świecie nanotechnologicznego ryżu, wpadł na pomysł, że jedynym sposobem wygrania na największym planetarnym rynku zbytu jest masowa produkcja całych posiłków, od tradycyjnie chińskich, aż po cyfrowe, interaktywne ciasteczka z przepowiednią. Hackworthowi przypadło w udziale pozornie trywialne zadanie zaprogramowania kompilatora materii do produkcji pałeczek.
Wykonanie projektu z plastiku byłoby idiotycznie proste, polimery i nanotechnologia szły bowiem ze sobą ręka w rękę, jak pasta do zębów z tubką. Ale Hackworth, który jako student poznał chińską kuchnię, nie znosił plastikowych pałeczek, śliskich i zdradliwych w niewprawnej dłoni gwailo. Bambus okazał się lepszy i nie tak znów trudny do zaprogramowania, jeśli się miało odrobinę wyobraźni. Dokonawszy takiego skoku koncepcyjnego, wystąpił z pomysłem sprzedaży przestrzeni reklamowej na tym niewygodnym cholerstwie, bo, jak powszechnie wiadomo, rączki pałeczek i kolumnowe chińskie ideogramy pasują do siebie jak ulał. Nie upłynęło zbyt dużo czasu, gdy zaprezentował przełożonym nadzwyczaj przyjazne dla użytkownika, bambusoidalne pałeczki z kolorowymi reklamówkami, nieprzerwanie biegnącymi przez rączki w czasie rzeczywistym, niczym nagłówki wiadomości na neonie przy Times Square. Dzięki temu wynalazkowi dostał kopa do Działu Zamówień i na drugą stronę Pacyfiku, do Atlantydy/Szanghaju.
Teraz wszędzie widywał swoje cudowne pałeczki. Dla arystokratów z Zarządu jego pomysł był wart miliardy, dla niego zaledwie kolejną tygodniówkę. Na tym polegały różnice klasowe tu i teraz.
Nie wiodło mu się najgorzej w porównaniu z większością mieszkańców świata, mimo to boleśnie odczuwał swą niewysoką pozycję. Chciał czegoś więcej dla Fiony. Chciał, aby dorastając, dysponowała własną fortuną. Kilka pensów inwestowanych w zwykłe akcje nie wystarczało, musiał wyrobić jej prawdziwą pozycję na szczeblu wielkiej firmy.
Ponieważ jednak prawdziwe pozycje we wszystkich większych firmach były od dawna zajęte, jedyny sposób osiągnięcia tego celu wymagał, by założyć własne przedsiębiorstwo i zapewnić mu powodzenie. Zastanawiał się nad tym od czasu do czasu, ale nigdy nie zdobył się na taki krok. Nie wiadomo dlaczego, nie brakowało mu bowiem doskonałych pomysłów. Potem zauważył, że Zamówienia pełne są zdolnych i pomysłowych ludzi, którzy nie zakładali jednak własnych firm. Znając osobiście kilku arystokratów, w tym lorda Finkle-McGrawa, z którym spędził wiele czasu, opracowując projekt Pikielczyka, doszedł do przekonania, że nie ustępuje im inteligencją. Różnica polegała na osobowości, a nie wrodzonej inteligencji.
Hackworth był już za stary, aby zmienić osobowość, ale przed Fioną świat stał otworem.
Zanim Finkle-McGraw podsunął mu pomysł Pikielczyka, Hackworth poświęcił wiele godzin na rozważanie tej kwestii, głównie nosząc Fionę na barana po parku. Z pewnością swojej córce wydawał się oschły – choć kochał ją ponad wszystko – a to dlatego, że będąc z nią, nie potrafił przestać myśleć o jej niepewnej przyszłości. Jak wpoić jej arystokratyczną postawę emocjonalną – hart ducha umożliwiający podejmowanie w życiu ryzyka, znalezienie odpowiedniego towarzystwa, może nawet kilku, jeśli któreś z nich ją odrzuci? Przeczytał biografie wielu szacownych arystokratów i znalazł w nich kilka powtarzających się wątków.
Już, już był gotów się poddać i zdać wszystko na łaskę bądź niełaskę losu, gdy pewnego dnia lord Finkle-McGraw zaprosił go do swego klubu i ni stąd ni zowąd rozpoczął dyskusję nad intrygującą Hackwortha kwestią.
Finkle-McGraw nie potrafił przekonać rodziców swej wnuczki Elizabeth, aby nie posyłali jej do szkół, dla których stracił szacunek, ba, nie miał prawa wtrącać się w ich decyzje wychowawcze. Jego rola dziadka ograniczała się jedynie do wykazywania pobłażliwości dla poczynań wnuczki i obdarowywania jej prezentami. Dlaczegóżby jednak nie dać jej w prezencie czegoś, co uzupełni elementy wychowania, tak nieumiejętnie wpajanego w szkołach?
Rzecz brzmi genialnie – zauważył wtedy Hackworth, zdziwiony nieco niewyszukanym podstępem lorda. – Lecz cóż to są za elementy?
Tak do końca nie wiem – odrzekł wówczas McGraw – ale na początek chciałbym, aby w domu rozważył pan znaczenie słowa „wywrotowy”.
Hackworth nie musiał długo tego rozważać, sam bowiem od dawna bawił się podobnym pomysłem. Ziarno owej idei kiełkowało w jego umyśle od dobrych kilku miesięcy, lecz nie przyniosło owocu z tych samych powodów, dla których nie potrafił wprowadzić w czyn postanowienia o potrzebie założenia firmy. Brakowało mu czegoś, jakiegoś podstawowego składnika, którym – jak zdał sobie sprawę – była nieszczęsna wywrotowość. Lord Alexander Chung-Sik Finkle-McGraw, ucieleśnienie wiktoriańskiego establishmentu, był wywrotowcem. I to nieszczęśliwym, jego dzieci bowiem nie poszły w ogóle w jego ślady. Przerażała go myśl, że wnuczka Elizabeth jest wychowywana według zastarzałej tradycji swych rodziców. Postanowił więc dokonać przewrotu w jej życiu.
Kilka dni później odezwała się melodyjka wygrywana przez złote pióro Hackwortha wiszące przy łańcuszku od zegarka. Bez zwłoki położył przed sobą czystą kartkę papieru i przywołał pocztę. Na arkuszu pojawiło się, co następuje:

KRUK
OPOWIEŚĆ WIGILIJNA UŁOŻONA PRZEZ ŻAKA
DLA BRACI I SIOSTRZYCZEK

Samuel Taylor Coleridge (1798)

Pod starym dębu drzewem
Wieprze niby przy chlewie
Chrząkając, żołędzie żrą łacno:
Dojrzałe, że w kobzach im ciasno.
Wiatr zerwał się, wieprze odeszły.
Wzgardziwszy owocem, pierzchły.
Wiatr przygnał Kruka w niedoli,
Brata cnej Melancholii.
Czarnego jak najczarniejszy atrament,
Na skrzydłach, co suche w dżdżu zamęt.
Kruk zoczył żołądź, zakopał
U brzegu bystrego potoku.
I puścił się w obce krainy,
Z wiatrem i burzą w gościnę,
Nad górę i nad dolinę.
Jesienią, zieloną wiosną,
Skrzydła go niosły beztrosko.
Latem i mroźną zimą
Co przeżył, słów bodaj nie ma!
Gdy wrócił, była z nim Ona,
U dębu wzięta żona.
Na dębie, co go zasadził,
Gniazdo budują radzi.
I wychowują pisklęta,
I zgoda panuje święta.
Lecz oto odziany w skóry
Drwal idzie wielki, ponury.
Z siekierą, złym błyskiem w oku,
Stękając, staje w rozkroku
I ścina dębu cokół.
Nieszczęsne, bezpióre młode
Zabiera bystra woda.
Ich matce w wielkiej udręce
Pęka z rozpaczy serce.

Drwal gałąź od pnia odcina,
I spławia rzeką dębinę.
Tną ją na deski, korują,
I statek mocny rychtują.
Puszczają statek na morze,
Gdy nagle w całe przestworze
Sztormu fala uderza.
Ku skałom statek zmierza.
A nad nim krąży Kruk,
I słyszy belek stuk,
I potępionych krzyk,
l morza wściekły ryk.
Ucieszył się Kruk, machnął skrzydłem,
By Śmierci dziękować za rym ten:
Gdy wszystko bodaj uwiodą,
SŁODKĄ JEST ZEMSTA NAGRODĄ.



Dodano: 2007-06-05 14:08:53
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Dragon Age: Cesarstwo masek"


Wygraj "Mutanta"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Abercrombie, Joe - "Ostrze"


 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Komuda, Jacek - "Westerplatte"

 Crouch, Blake - "Rekursja"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

Fragmenty

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS