NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Szabałow, Denis - "Prawo do zemsty"

Cameron, Miles - "Straszny smok"

Ukazały się

Carson, Rae - "Złotowidząca. Księga 2. Schronienie"


 Hałas, Agnieszka - "Pośród cieni" (Rebis)

 Ziemiański, Andrzej - "Virion. Wyrocznia"

 antologia - "Ojciec"

 Basztowa, Ksenia & Iwanowa, Wikoria - "Ciężko być najmłodszym"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie" (wyd. 2)

 Howey, Hugh - "Pył"

 Howey, Hugh - "Silos"

Linki

Twardoch, Szczepan - "Sternberg"
Wydawnictwo: SuperNowa
Data wydania: Maj 2007
ISBN: 978-83-7054-196-5
Oprawa: miękka
Format: 122 x 193 mm
Liczba stron: 303
Cena: 27,50 zł






Twardoch, Szczepan - "Sternberg"

Dzień, w którym poznałem Sándora Jokáiego, zaczął się zupełnie zwyczajnie. Do dziś nie przestaje mnie dziwić, że wszystkie dni, które zmieniły moje życie, zaczynały się zupełnie zwyczajnie.
Na przykład dzień, w którym do Nowego Sącza zajechali werbownicy, zaczął się jak każdy inny. Wstałem o ósmej, jak zawsze w niedzielny poranek, matka zrobiła mi śniadanie, chleb z masłem i kubek mleka, zjadłem, popiłem i poszedłem na dziesiątą na mszę do Świętej Małgorzaty. Normalnie wróciłbym na dwunastą do domu na obiad, ale kolega z warsztatu, terminator jak ja, powiedział mi, że na rynku jest jakaś nadzwyczajna zabawa, poszliśmy więc tam razem i rzeczywiście, byli Cyganie, piękna muzyka, skrzypki i basy. Wysoki, wąsaty mężczyzna w ułańskiej kurtce i czapce nalewał wino każdemu, kto chciał, więc obaj z Wackiem stanęliśmy w kolejce. Ułan, uśmiechając się spod wąsa, napełnił nam kubki słodkim węgrzynem. Wychyliliśmy od razu i zaraz stanęliśmy ponownie w kolejce, ale Wacek nie wypił już drugiego kubka, bo dopadła go jego matka, z płaczem i wrzaskiem wyszarpała go z kolejki i nie przestając zalewać się łzami i okładać syna różańcem, zaciągnęła do domu. Ja wzruszyłem tylko ramionami. Potem były kolejne kubki wina, potem nie pamiętam już dokładnie, tańczyłem z dziewczynami, któraś założyła mi czako, ułan poinformował mnie, że skoro mam na głowie czako, to właśnie zgłosiłem się na ochotnika do ułanów i że mam tu – i, o, tu – podpisać. Podpisałem, wypiłem jeszcze jeden kubek i padłem, bo nie byłem nawykły do alkoholu. Obudziłem się później, z okropnym bólem głowy, jako gemajn 17. pułku piechoty liniowej księcia Hohenlohe – bo było to jeszcze wtedy, kiedy pułki miały swoich Inhaber. Ułan już nie udawał dłużej ułana, był feldfeblem w piechocie, Czechem, i nazywał się Mikulka, dał mi soku z kiszonej kapusty oraz papier i pióro, bym napisał do matki. Zapytałem wtedy, co się stało, i Mikulka mi wyjaśnił. Napisałem więc list do matki i próbowałem uciec na pierwszym postoju, co wyperswadowano mi za pomocą rózgi i płazu szabli. Zrezygnowałem więc z dezercji i zostałem żołnierzem Jego Cesarskiej Mości.
W międzyczasie była rewolucja, nasz regiment już nie był pułkiem księcia von Hohenlohe, tylko po prostu 17. pułkiem piechoty, zniesiono kary cielesne, potem były bitwy, w Polsce i w Prusach, i w Rosji. Po bitwie pod Altsteinem, jako człowiek piśmienny i cokolwiek wykształcony, dostałem awans: Vize Gefreiter. Jako wicegefrajter – to było takie stanowisko na próbę – sprawowałem się dobrze i zostałem gefrajtrem, a jeszcze później kapralem. Miałem biały mundur z brązowymi wyłogami, krótką szablę, karabin, grenadierską bermycę ze sterczącym niedźwiedzim włosiem i brązową rózgę oznaczającą podoficera, którą bez litości prałem gemajnów, kiedy im się należało – bo to akurat nie podpadało pod kary cielesne. W zasadzie, wyłączywszy usunięcie inhabera, niewiele się dla nas za rewolucji zmieniło, tak się armia dogadała z czerwonymi, na ich zgubę potem. Potem z rewolucją coś się psuło, nie wiedzieliśmy dokładnie co, mi osobiście było przykro, bo nie miałem nic przeciwko byciu wolnym, bo na tym podobno rewolucja polegała. W każdym razie, tak jak przed rewolucją bez przekonania krzyczeliśmy: “Za Cesarza!”, potem krzyczeliśmy: “Za Republikę!”, “Vivat Kleiderpeter!”, “Vivat Egern!”, “Vivat Esterházy!”, “Heil Führer!”, co tylko kazali krzyczeć, a zawsze bez przekonania. Pułk składał się głównie z leniwych Czechów, którzy mieli w dupie cesarza, Republikę i wszystko poza tym, żeby się nażreć, opić piwa i nie dać się zabić, więc krzyczeli to, czego od nich wymagał oficer. Niewielka domieszka Morawiaków, Ślązaków i Polaków nie zdawała się zresztą żywić innych przekonań. Byliśmy cały czas daleko, w Prusach, w Rosji, w Mołdawii i w Polsce. W Polsce było mi smutno, bo salwowym ogniem pod Rzeszowem roznosiliśmy nieudolne szarże konfederatów rzeszowskich, a to w końcu byli Polacy, jak i ja. Ale w sumie nie było mi ich specjalnie żal, bo to i szlachta, i buntownicy, szlag by ich trafił z ich krzyżami na piersiach, sztandarami z Maryją, konfederatkami, szablami – i z ich, pożal się Boże, manewrami. Kiedy raz próbowali zrobić zwrot na polu, bo nasz pułk wylazł z lasu, to chyba połowa się wywróciła, bo konie powjeżdżały na siebie. Takie to było wojsko. Potem była pierwsza klęska, pod Kiszyniowem, potem wszystko to, co potem i o czym napisano już tysiąc artykułów, Kampania Północna. Dostaliśmy iglicówki, zmienił się cały regulamin ćwiczeń, a szlak bojowy 17. pułku jest wszystkim dobrze znany, jego czyny również, więc nie będę się powtarzał. Ja, Michał Socha z Nowego Sącza, zostałem feldfeblem i za pojmanie rosyjskiego działa dostałem nawet nowy medal, Krzyż Żelazny drugiej klasy, który dumnie dyndał mi na lewej piersi, zaraz pod lederwerkiem od ładownicy, a obok srebrnego Medalu za Odwagę, który dostałem jeszcze za Altstein. Oba były gówno warte, co czuję się w obowiązku nadmienić, a co zrozumiałem całkiem niedawno. Miło się w każdym razie wojowało z karabinem Pauly'ego na ramieniu, mogliśmy się Ruskim i Prusakom, piechocie i kawalerii po równo, śmiać w nos i kosić ich jak gliniane garnki na strzelnicy. Oficerstwo się szybko połapało, że dobrzy strzelcy dadzą radę zwalczać artylerzystów, nie wchodząc w zasięg ich dział, i przestaliśmy się nawet bać kawalerii.
A potem nadszedł dzień, w którym poznałem Sándora. Dzień zaczął się zwyczajnie. Obudziłem się na czas, jak zwykle, po prostu otworzyłem oczy i wstałem z pryczy, założyłem garnizonowy mundur i furażerkę z chwostem, przypasałem półszablę, pod pachę wsadziłem rózgę i przeszedłem się między namiotami – bo obóz był, niestety, pod gołym niebem, niedaleko Wilna – wrzeszcząc po niemiecku, czesku i polsku:
Tagewacht! Pohnutka! Budzić się, lenie, bajzle, skurwysyny, Schweinebande zasrana, vůle, małpy cyrkowe! – Nie przepadałem za tym potokiem obelg, ale taki był obowiązek feldfebla, bluzgać, kląć i tłuc gemajnów leszczynową rózgą, grubą jak kaliber muszkietu. Regulamin twierdził, że podoficer powinien do przemocy uciekać się w ostateczności, na co dzień wpływając na gemajnów dobrym przykładem. Z tymi czeskimi wieprzami ostateczność zaczynała się przy pobudce, a kończyła na capstrzyku, więc postępowałem wedle regulaminu.
Potem też było zwyczajnie. Apel, komenda: “Gebet!” i ryczą te moje Czechy po niemiecku: “Vater unser!” Trochę rutynowych ćwiczeń, sprawdzenie mundurów, czystości włosów, czy harcapy dobrze zaplecione i dobrej długości, czy broń czysta, rozdzielenie wart i takie tam, szkoda inkaustu, żeby o tym pisać. I cały czas wrzask, bluzg i rózga, aż się zmęczyłem popołudniem i zrobiłem gemajnom święto, bo odechciało mi się już wrzeszczeć. Nasz ostatni profos zastrzelił się przy czyszczeniu pistoletu i ja, niestety, pełniłem obowiązki, póki pułkownik nie pofatyguje się do pułku i nie wyznaczy kogoś starszego. Tak mi mijał dzień, tęskniłem do bitwy, żeby się odznaczyć i dostać może promocję na chorążego, a potem podporucznika, porucznika i hejże!, mało było generałów, którzy zaczynali od gemajna? Tak się okłamywałem aż do wieczora, kiedy zaczęło słońce zachodzić powoli i byłby już czas, żeby trąbić na capstrzyk, zamykać bramy, gasić ognie, zasznurowywać namioty z beczkami rumu i beczki oznaczać kredą. Ale zanim wydałem rozkaz, usłyszałem okrzykiwania się na warcie, hasło i odzew, i zaraz tętent, w kłusie. Pomyślałem, że może oberst uznał, że warto na chwilę odczepić się od zadków litewskich szlachcianek w celu złożenia odwiedzin w pułku, a nie w karczmie. Niestety, pan pułkownik w jakimś litewskim zadku utknął chyba na dobre, bo zamiast niego ujrzałem Sándora. Zdążyłem się mu dobrze przyjrzeć.
Był niezbyt wysoki i chudy, starszy ode mnie, tak na oko o dobre dziesięć czy piętnaście lat, obdarzony sumiastymi wąsiskami i nieregulaminowymi już warkoczykami, chociaż kto ich tam wie, czy były te warkoczyki regulaminowe, czy nie – huzarzy i tak zawsze mieli regulamin w dupie.
Sándor był huzarem, to nie ulegałoby wątpliwości, nawet gdyby ubrać go w sutannę albo w kurwie łaszki, widać było, jaki miał dosiad w siodle swojego małego, polskiego konika i jak mu sterczały nawoskowane końcówki wąsów. Tamtego wieczoru zaś nosił mundur huzarów Hadika, zwanych tak od nazwiska ich przedrewolucyjnego inhabera – numer, szesnasty bodajże, wcale się nie przyjął, gdyż aktualnym pułkownikiem był również Hadik, tyle że o pokolenie młodszy. Był już listopad, z tych zimniejszych listopadów, więc Sándor granatową pelisę założył na siebie zamiast wieszać ją na ramieniu huzarską modą, a zamiast regulaminowych czerwonych spodni założył długie do kostek szasery. Ot, huzar, pisałem, że mają regulaminy w dupie. Kiedy mnie ujrzał, zasalutował niedbale, nie zsiadając z konia, i powiedział, że przywozi raport od pułkownika.
Niestety nie zdążyłem odpowiedzieć, gdyż właśnie z namiotu wyszedł gefrajter Kubec, bezczelny Morawiak, wybierający się na pikietę – był w pełnym oporządzeniu, z karabinem na ramieniu. Nikt nie wie, co Kubecowi strzeliło do łba – bo jak się zaraz okaże, nikt nie miał okazji go o to zapytać. W każdym razie na widok huzara gefrajter nagle wyprężył się na hab acht, zasalutował, uśmiechnął się szeroko i ryknął:
– Chuj wodzowi w oko!
Może zrobił to, bo rozpoznał mundur huzarów Hadika, pułku znanego ze swego oddania wobec Wodza? Znana jest wszystkim opowieść o tym, jak jeden szwadron 16. pułku zaszarżował na brygadę rosyjskiej kawalerii, by dać Wodzowi czas na ewakuację z zagrożonego zagarnięciem wzgórza. Ze szwadronu ocalało kilku zaledwie gemajnów, ale Sternberg ujechał i jeszcze wygrał tę bitwę. Takie tam bzdury, żołniersko patriotyczne opowiastki.
Kubec Sternberga nie lubił, bo był czerwony – do armii uciekł przed represjami – więc może postanowił po prostu podrażnić się z kimś, kogo uznał za gorącego sternbergistę? Normalnie dostałby za takie popisy rózgą w pysk, poszedł obolały na pikietę i tyle. Gdyby słyszał to oficer – co było bardzo mało prawdopodobne przy naszym korpusie oficerskim, zajmującym się damami, winem i wszystkim w ogóle, co znajduje się daleko od obozu – poszedłby na dwa dni do ciupy, a gdyby trafił na oficera sternbergistę, to zostałby może zdegradowany – i to na chwilę tylko, bo podoficerów brakuje.
Tymczasem Jokái, kiedy tylko usłyszał wrzask Kubeca, wyprostował się w siodle, jakby go ktoś poraził galwanicznym uderzeniem. Ledwie tknął łydkami konia, który natychmiast zwinął się w miejscu, ustawiając się łbem ku obrazicielowi Wodza. Kubec roześmiał się szeroko, przekonany, że dojdzie zaraz do wymiany uprzejmości, a w takich utarczkach Morawiak był szczególnie biegły. Ja wrzasnąłem coś, nie pamiętam już co, huzar natomiast nie odezwał się ani słowem, owinął tylko wodze wokół lewej dłoni, zręcznie okręcił temblak na nadgarstku i dobył szabli, tak szybko, jakby sama wyskoczyła z pochwy i usiadła mu w ręku. Dał swojemu gniadoszowi ostrogi, a wierzchowiec zebrał się i zagalopował z miejsca. Zrozumiałem, do czego zaraz dojdzie, i rzuciłem się powstrzymywać, ale Kubec był daleko, a polskie koniki zwykle biegają szybciej niż polscy podoficerowie. Nasz gefrajter nie był ofermą i nie raz stawiał się kawalerii, więc zamiast dziwić się niespodziewanemu atakowi, wolał działać i bagnet znalazł się na lufie karabinu prędzej, niż gdyby sam pułkownik ryknął żołnierzowi: “Bajonnet auf!” prosto do ucha. Kubec oparł kolbę iglicówki w prawym łokciu i wystawił ostrze przeciwko szarżującemu kawalerzyście. Jokái pędził prosto na niego, szabla nisko pod końskim karkiem, zaraz wycelowała wyżej, w twarz gefrajtra, Morawiak nie mógł strzelić, bo karabin miał bez ładunku – regulamin nakazywał ładować broń dopiero na pikiecie, poza obozem. I, jak na ćwiczeniach, jeździec stanął w strzemionach, a huzarska szabla, unosząc się, tylcem odsunęła do góry lufę z bagnetem, po czym zaraz opadła, rozwalając morawski łeb aż po same zęby.
Sándor Jokái z rozpędu zniósł końską piersią namiot Kubeca, ale zawrócił zaraz konia, jakby chciał dorżnąć bezczelnego gefrajtra. Kiedy zorientował się, że dorzynać nie ma potrzeby, stanął skonfundowany. Nie dobiegłbym doń, bałem się tej przeklętej szabli, ale na szczęście z kłopotu wybawił mnie gemajn Karel Ondraček, który, obudzony krzykami, wyszedł z sąsiedniego namiotu. Karel nie był zbyt bystry, więc nie analizował sytuacji – kiedy zobaczył gefrajtra Kubeca na ziemi, zaś mózg gefrajtra Kubeca na szabli stojącego doń tyłem huzara, ryknął po prostu i runął do ataku, z gołymi rękami. Jokái nie zdążył się nawet odwrócić, kiedy mocarne ręce piekarskiego syna z Brna schwytały go za lederwerki, wyrwały z siodła i strzemion i ściągnęły na ziemię. Chudy i żylasty, próbował się bronić, ale szabla wypadła mu z ręki i zaplątała się w temblak, a Ondraček natychmiast przystąpił do metodycznego masakrowania otaczającej nawoskowane wąsy śniadej facjaty huzara. Po trzecim ciosie pięści wielkiej jak bochen z brneńskiej piekarni Sándor stracił świadomość i byłby go gemajn Karel Ondraček zatłukł jak psa, gdybym Czecha własnoręcznie nie odciągnął, siekąc bez litości podoficerską rózgą po piekarskim łbie.
Skrzyknąłem zaraz wszystkich gemajnów, którzy tylko znaleźli mi się w zasięgu wzroku, i wydałem dyspozycje. Jeden wziął więc huzarskiego konia i pojechał do miasta po pierwszego oficera z naszego pułku, jakiego uda mu się znaleźć, dwóch żołnierzy zajęło się martwym Kubecem, a ja wraz z dwoma pomocnikami zawlokłem Jokáiego do naszego prowizorycznego aresztu, znajdującego się w jedynym budynku w obrębie obozu, w chacie, którą odbudowaliśmy na areszt i biuro pułkownika, gdzie ten urzędował w tych rzadkich chwilach, kiedy bywał w pułku. Odebrałem raptusowi szabeltas, w którym znajdował się jakiś zapieczętowany raport, opróżniłem mu kieszenie i odpiąłem pas i bandolier od karabinka. Ułożyliśmy go pod ścianą, po czym kazałem chlusnąć nań lodowatą wodą z wiadra, celem ocucenia. Kiedy otworzył spuchnięte oczy, po drugim wiadrze, uznałem, że starczy tej kuracji, pacjent będzie żył – zamknąłem więc na zasuwę drzwi naszego aresztu i kazałem trąbić na capstrzyk.
Pobieżnie dopilnowałem moich zwykłych wieczornych spraw, żołnierz, wysłany po oficera, ciągle nie wracał, siadłem na beczce przed aresztem i przemyślałem całą sprawę.
Jokái musi zostać osądzony przez sąd polowy, skazany i rozstrzelany. Sprawa była pozornie prosta, lecz problemy czaiły się, jak zwykle, w szczegółach. Według regulaminu sąd polowy dla szeregowców prowadzi najwyższy stopniem podoficer w pułku, czyli najczęściej profos jako asesor wojskowy. Może go również poprowadzić oficer – i tutaj mogą zacząć się komplikacje, jeśli trafi się oficer sternbergista. Ten bowiem uzna, że Jokái działał w obronie honoru wodza, powodowany jedynie żołnierską miłością do naczelnego dowódcy. I zrobi się skandal.
Pożałowałem, że posłałem umyślnego po “jakiegokolwiek” oficera, jeśli nie daj Bóg przyjedzie chociażby lejtnant Bosche, który Sternberga kocha nawet bardziej niż wódkę, będzie tragedia. Rozważałem nawet przez chwilę, czy nie zacząć rozprawy od razu, nie czekając na oficera, uwinąć się w dwa kwadranse, wydać wyrok i rozstrzelać szaleńca. Uznałem jednak, że nie byłoby to dobre rozwiązanie – chociaż w niczym nie przekroczyłbym regulaminu, oficerowie mogliby potem uznać, że w moim pośpiechu było coś podejrzanego, doszłyby do nich słuchy, że huzar bronił dobrego imienia Wodza, i tym samym, uznany za antysternbergistę, zamknąłbym sobie wszelką możliwość awansu, na który tak czekałem.
Moje rozważania przerwało dobiegające z wnętrza aresztu pukanie.
– Czego? – zapytałem.
– Bądźże człowiekiem, daj suchą koszulę – odpowiedział huzar.
W pierwszym odruchu chciałem mu brutalnie odmówić – w końcu zamordował jednego z moich ludzi – ale po zastanowieniu zmieniłem zdanie.
Jeśli, co najbardziej prawdopodobne, zostanie rozstrzelany, to przed nim zaledwie parę dni życia, nie ma więc powodu, żeby je spędzał głodny i zziębnięty. Jeśli zaś nasz huzar ma za to morderstwo dostać order, to lepiej, żeby nie zapamiętał mnie jako tego feldfebla służbistę, który bez potrzeby dręczył go w areszcie. Nie odpowiedziałem więc wcale, tylko poszedłem do namiotu po moją zapasową koszulę i kurtkę od garnizonowego munduru, bo noce były już zimne. Wziąłem też pół bochenka chleba i butelkę wina, rozrobionego z wodą w raczej smutnych proporcjach. Kiedy wróciłem do aresztu, zreflektowałem się i położyłem prowiant i ubrania na ziemi, dobyłem tasaka i ściskałem broń w ręku, kiedy otwierałem drzwi – nie byłem pewien, czy szaleniec nie zechce się na mnie rzucić. Jednak kiedy zajrzałem do środka, sprawiał wrażenie zupełnie nieszkodliwego, siedział pod ścianą rozebrany do pasa, trzęsąc się z zimna. Twarz obmył mokrą koszulą i, chociaż posiniaczona, przypominała już jakoś ludzkie oblicze.
– Nie bójcie się, feldfebel, nie zamierzam się na was rzucić – powiedział cicho.
– Wcale się nie boję, tylko mię ręka świerzbi, żeby ci łeb odrąbać, morderco – odwarknąłem.
Nie spuszczając zeń wzroku, przyniosłem mu ubranie i jedzenie. Założył koszulę i zbyt obszerną dlań kurtkę, odłamał kawałek chleba, przełknął, popił winem i nagle, bez żadnych wstępów zaczął mówić, ni do mnie, ni do siebie, ni w przestrzeń. Mówił w tym charakterystycznym dla naszej armii języku, który w niemieckie zdania i gramatykę upycha mnóstwo słów węgierskich i słowiańskich, nie będę jednak próbował oddać tego narzecza, poza tym przytoczę jednak opowieść Jokáiego najlepiej, jak ją pamiętam.
– Musiałem to zrobić. Nazywam się wachmistrz Jokái Sándor, 16. regiment huzarów Hadik.
Dopiero wtedy poznałem jego imię i nazwisko, które tak mocno wyryły mi się w pamięci – wyrecytował je razem ze stopniem i nazwą jednostki tak, jakby ten wachmistrz i pułk stanowiły część jego imienia i nazwiska.
– Musiałem to zrobić i zrobiłem. Nie żałuję i wiem, że mnie rozstrzelacie, ale teraz muszę o tym wszystkim opowiedzieć, muszę wypowiedzieć tę miłość, żeby wiedzieli, że naprawdę kochałem Dowódcę, tak bardzo kochałem, że bez żalu położyłem głowę dla honoru, jaki niesie jego imię, bo nie mogłem pozwolić, żeby jakiś czeski wieprz obrażał go swoim zgniłym jęzorem.



Dodano: 2007-05-09 13:09:32
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj ilustrowany "Silmarillion"


Wygraj "Młody świat" i gadżety


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Brooke-Hitching, Edward - "Atlas lądów niebyłych"


 Małecki, Jakub - "Rdza"

 Wexler, Django - "Działa imperium"

 Delaney, Joseph - "Kroniki Gwiezdnej Klingi"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Janusz, Aleksandra - "Cień Gildii"

 Willis, Connie - "Pojedynek na słowa"

 Liu, Cixin - "Ciemny las"

Fragmenty

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie"

 Kańtoch, Anna - "Niepełnia"

 Hudner, Kennedy - "Cel uświęca środki"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #2

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS