NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Szmidt, Robert J. - "Ostatnia misja Asgarda"

Weekes, Patrick - "Cesarstwo masek"

Ukazały się

Szostak, Wit - "Fuga" (Powergraph)


 Andrews, Ilona - "Magia zmienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Dotąd dobrze"

 Hobb, Robin - "Przeznaczenie Skrytobójcy"

 Paolini, Christopher - "Widelec, Wiedźma i smok"

 Flanagan, John - "Powrót Temudżeinów"

 Bloch, Robert - "Psychoza"

 Campbell, John W. - "Coś"

Linki

King, William - "Anioły śmierci"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: King, William - "Terrarchowie"
Data wydania: Kwiecień 2007
ISBN: 978-83-7418-143-3
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 368
Cena: 29,90 zł
Tom cyklu: 1



King, William - "Anioły śmierci" #4

Rozdział 4
„W sztuce wojennej tylko jedno jest ważniejsze od elementu zaskoczenia. Tym czymś jest element zaskoczenia.”
Armande Koth,
Sztuka wojenna w erze muszkietu i smoka

Mieszaniec rzucił się na ziemię wraz z pozostałymi,
zanim jeszcze dotarli do grzbietu wzgórza, i posuwał się dalej na czworakach. Podobnie jak wszyscy inni, wiedział, że człowiek jest najbardziej widoczny na grani, zwłaszcza podświetlony przez słońce. Nie mogli dać się zauważyć.
Spojrzeli w dół, w długą dolinę, zamkniętą z obu stron szczytami. Jezioro, do którego wpływał wodospad znajdujący się na drugim krańcu, zajmowało większą jej część. Wokół skupiły się liczne nadgryzione zębem czasu budowle. Kiedyś jezioro było mniejsze, ruiny wielu wież wystawały teraz bowiem spod jego powierzchni. Widać było, że niegdyś znajdowało się tu duże miasto.
Na lewym brzegu, na lekkim skalistym wzniesieniu blisko wodospadu stał przysadzisty, ufortyfikowany dwór, częściowo leżący w ruinie. Z boku wyrastała mała wieża, na której szczycie błyszczał dzwon. W pobliskich zagrodach pasło się dużo chudych górskich owiec. W okolicy nie było nikogo, tylko kolumny dymu unosiły się z kominów. Wyglądało na to, że mieszkańcy rozsądnie postanowili trzymać się z dala od zimnych szponów wiatru. Mieszaniec pomyślał, że trudno ich za to winić.
– Achenar – powiedział Łasica. – Niezbyt dobre miejsce.
Mieszaniec pokiwał głową. Patrzyli na ruiny starożytnego miasta Boga Pająka, zniszczonego przez Terrarchów w czasie wojennych podbojów. Siedzibę demona Urana Uhltara, okrytego niesławą w legendach, miejsce, którego nazwa wciąż budziła przerażenie osiem wieków po jego zniszczeniu.
– Szkoda, że nie uprzedzili, że się tu wybieramy – mruknął Barbarzyńca.
– A co, zostałbyś w domu? – spytał sierżant Hef.
– Nie. Ale zabrałbym ze sobą trochę kul ze srebrzca.
– To tylko kupa gruzów – bąknął Leon.
– Ludzie z górskich plemion unikają tej okolicy – wyjaśnił Łasica. – Trudno mieć o to do nich pretensje.
– Myślałem, że to jedno z ich świętych miejsc – odezwał się Hef.
– Chyba jedno i drugie. Wielu z nich wciąż czci Urana Uhltara, oczywiście w tajemnicy.
– Poganie – rzucił Gunther.
Mieszaniec przyglądał się ruinom w świetle zmierzchu. Wcale mu się tu nie podobało, i to nie dlatego, że groźna reputacja miasta podsycała jego wyobraźnię. Coś w tym miejscu sprawiało, że skóra mu cierpła.
– Ten Zarahel miał dobry pomysł – zauważył Hef. – Wątpię, żeby któreś z plemion upomniało się o te ruiny.
– A czego tu szuka czarodziej? – spytał Leon. – Jedno jest pewne, nie zjawił się tutaj przypadkowo. Po co drąży kopalnię?
– Mówią, że kapłani Urana Uhltara wypełniali świątynie złotem zabranym podbitym narodom jako danina – odparł Mieszaniec. – Może coś tam zakopał.
– Niee – zaprzeczył Łasica. – Terrarchowie zabraliby złoto. Wiecie, jacy są. Chciwe z nich skurczybyki.
– Nie wolno nam krytykować lepszych od nas – powiedział Gunther. – Zwłaszcza tobie.
– Jeśli ja ich nie obmówię, nikt tego nie zrobi.
– Myślę, że tu dzieje się coś więcej, niż nam się wydaje – przyznał Mieszaniec. – Przecież kompania furażerów i czarodziej znaleźli się tu nie bez powodu.
– Jesteśmy tu, żeby dorwać innego czarodzieja, zabić proroka i załatwić całą tę sprawę przed Czasem Żałoby – oznajmił sierżant Hef.
– Nadal uważam, że chodzi o coś więcej. A co z tą kopalnią, o której gadał Vosh? Co z ludźmi, którzy poznikali? W co się tu gra? – dopytywał się Mieszaniec.
– A kto rozgryzie czarodziejów? – odparł sierżant. – My mamy tylko położyć temu kres, cokolwiek by to nie było, i lepiej się za to zabierzmy.
– A skoro mowa o czarodziejach... o co chodzi z tymi Karmazynowymi Cieniami?
– Jeśli to ułatwi nam zadanie, na co się tu skarżyć?
– Wartownicy na wieży – przerwał Łasica.
Przyjrzawszy się uważniej, Mieszaniec też to dostrzegł. Ponad parapetem widoczna była głowa mężczyzny. Wyglądało na to, że strażnik trzyma muszkiet. Rozbójnicy nie zaniedbywali środków ostrożności.
– W ruinach może się ich chować więcej.
– Nie widzę żadnych – powiedział sierżant.
– Ja też nie – zgodził się Łasica. – Ale założę się o ostatni grosz, że tam są.
– W takim razie zajmijcie się nimi – polecił sierżant. – Ty i Barbarzyńca. Ale nie podchodźcie za blisko, żeby nie uaktywnić czujek.
– Nie podobają mi się te ruiny – rzucił Barbarzyńca.
– Boisz się, że Bóg Pająk cię dorwie? – spytał Łasica. – Stary Uran Uhltar leży w grobie już od tysiąca lat.
Mieszaniec chciał, żeby Łasica się zamknął. Jakie znaczenie miało tysiąc lat dla boga? I czy bogowie umierali, tak jak zwykli śmiertelnicy? Może po prostu spał. Coś w tych ruinach budziło jego niepokój.
– Niczego się nie boję – oznajmił Barbarzyńca. – Tylko nie podoba mi się tu.
Łasica dotknął rękojeści noża i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Palce Barbarzyńcy ściskające rękojeść miecza zbielały.
– Zróbcie to po cichu – dodał z naciskiem sierżant. Wyglądało na to, że mimo rozkazów Sardeca nie chce ryzykować.
– Nie musisz nam tego mówić, sierżancie – rzucił Łasica z uśmiechem podrzynacza gardeł. – Znamy się na tej robocie.
– Czarodziej powiedział, żeby się nie zbliżać – przypomniał Gunther.
– Słyszałeś kiedyś, żeby ktoś wystawiał czujki tak daleko od obozu? – odparł pytaniem Łasica.
– Zawsze jest ten pierwszy raz – stwierdził sierżant. – Trzeba zachować ostrożność.
Łasica i Barbarzyńca pokiwali głowami i zniknęli za granią. Pozostali zajęli pozycje, trzymając straż.
– Mieszańcu, ty wracaj i daj znać porucznikowi, co się dzieje.
Chłopak skinął głową i zrobił, co mu kazano. Żałował, że sierżant nie wybrał kogoś innego. Nie podobało mu się, że porucznik będzie go miał na oku.

* * *
Niewiele mieli do roboty, czekając, aż słońce zajdzie. Musieli tylko sprawdzić broń, upewnić się, że jest naładowana, i przyglądać się czujnie Czcigodnym. Większość furażerów była podekscytowana, a ta nerwowość udzieliła się pomostogrzbietowcom. Założono im kagańce, aby ryki zwierząt zbyt wcześnie nie zdradziły ich pozycji, to zaś wcale nie wpłynęło pozytywnie na ich temperament.
Trzymając się z boku, czarodziej zajął się własnymi sprawami. Mieszaniec przyglądał się zafascynowany, jak mistrz Severin przegląda zawartość swojego kufra. Wypakował trójnóg oraz przenośny piecyk i rozpalił w nim ogień. Wyciągnąwszy dziwną srebrną butelkę, odkorkował ją i postawił na piecyku. Zaczął wyznaczać mistyczny krąg wokół trójnoga, a potem drugi, większy, na stosunkowo płaskim terenie w pobliżu. Linie wyżłobił ostro zakończoną drewnianą laską i wypełnił dziwnymi, wielokolorowymi solami. Połączył oba kręgi dwoma odcinkami, wypisując symbole Starszych na ziemi obok. Kiedy skończył, zajął pozycję w większym kręgu. Mieszaniec zauważył, że zbielały mu palce ściskające muszkiet. Z każdym uderzeniem serca rosło napięcie.
Mistrz Severin zamruczał coś w formalnej odmianie języka Czcigodnych. Od każdego słowa jeżyły się włoski na karku Mieszańca, a im bardziej wydłużały się cienie, tym mocniej odczuwał jakąś złowróżbną obecność, jakby złowrogie istoty czaiły się w pobliżu, unosząc w powietrzu poza zasięgiem wzroku. Wydawało mu się, że gdyby tylko odwrócił głowę dość szybko, zdołałby dostrzec którąś z nich, ale tak się nie stało.
Poganiacze trzymali się blisko swoich zwierząt, uspokajając je. Im dłużej trwał rytuał, tym więcej uwagi potrzebowały wyrmy.
Śpiew trwał, napinając wszystkim nerwy. Porucznik Sardec krążył wśród nich, wyznaczając zadania każdemu oddziałowi. Widząc zainteresowanie Mieszańca, wskazał go i powiedział:
– Ty, mam dla ciebie robotę.
Nie było w tym nic zaskakującego. Mieszaniec zasalutował. Obserwacja czarodzieja przy pracy mogła poczekać. I tak jeszcze przez kilka godzin nic się nie będzie działo. Jak zawsze. Rzucanie potężnych czarów zwykle trwało długo, a przynajmniej tak mówiła Stara Wiedźma.

* * *
Po zachodzie słońca oddziały zaczęły przemykać w kierunku ruin, zajmując pozycje przed atakiem. Ponieważ Mieszaniec widział w nocy lepiej niż większość ludzi, Sardec przydzielił mu paskudne zadanie, każąc przesuwać się od oddziału do oddziału i sprawdzać, czy wszyscy są na miejscach i pułapka się zamknęła. Większość furażerów czekała w niewielkich grupach, jeden człowiek stał na warcie, podczas gdy pozostali drzemali. Jako furażerzy należeli w większości do grona weteranów przyzwyczajonych spać gdzie popadnie, ale trzeba było prawdziwego talentu, żeby zasnąć na przeszywającym wietrze, i to kiedy walka wisiała w powietrzu.
Wreszcie dotarł do najbardziej oddalonego miejsca koło wodospadu, gdzie czaili się Łasica i Barbarzyńca. Ich złachmanione zielone tuniki pokrywały plamy krwi. Prawdopodobnie w czasie zwiadu natknęli się w ruinach na kilku górali. Byli z nimi Leon, Gołąb i sierżant. Zbliżając się, Mieszaniec podał hasło, nie zamierzał bowiem pozwolić poderżnąć sobie gardła. Łasica zbyt dobrze posługiwał się nożem.
– Gdzie jest ta cholerna kopalnia? – zapytał, ot tak sobie, Łasica. – Myślę, że ten mały skurczybyk Vosh powinien nam ją pokazać. Może jest tam złoto.
– Powiedział, że jest nawiedzona – przypomniał Gołąb. Łasica się nie odezwał, tak jak pozostali. Przerażała ich myśl, co czekało na nich w kopalni. Trudno unikać mrocznych myśli w złowrogich ruinach starego Achenaru.
Wokół nie zapłonęło ani jedno światełko. Nikt nie zdradził swojej pozycji. Czekali na rozpoczęcie ataku.

* * *
Porucznik Sardec przyglądał się, jak czarodziej śpiewa i rysuje w powietrzu różdżką, wskazując pięć punktów astrologicznego kompasu i przyzywając imiona istot, które niedobrze było słyszeć. Zastanawiał się, kiedy coś wreszcie nastąpi. Minęła niemal godzina, odkąd rozpoczął się rytuał, i z każdą mijającą minutą wzrastało ryzyko, że coś w dole pójdzie nie tak, jak powinno, że jeden z furażerów zrobi coś bardziej głupiego niż zwykle i że któryś z ludzi zostanie zauważony. Czarodziej zajmował się tylko magią, nie odczuwając presji czasu.
Sardec zazdrościł Severinowi tej umiejętności. W jego rodzie moc zawsze dziedziczono po kądzieli. Nawet w tych smutnych czasach zmierzchu wydali kilku znaczących magów. Gdyby był czarodziejem, przynajmniej darzono by go szacunkiem. A nikt nie szanował młodszego oficera mającego jedynie trzydzieści parę lat. Nawet inni Czcigodni traktowali go niemal jak dziecko.
Dla większości rodaków był po prostu młodzikiem. Większość Terrarchów uważała, że ktoś, kto liczy mniej niż sto zim, wcale nie osiągnął jeszcze dojrzałości. Stare powiedzenie mówiło, że wyedukowanie Terrarcha zajmuje cały wiek. Czasami podejrzewał, że to po prostu kolejna gra, w którą zabawiali się jego pobratymcy. Z wiekiem zyskiwało się status, status zaś dawał władzę. A ci, którzy zdobyli władzę, starali się ją utrzymać i bezustannie przypominali tym z niższą pozycją społeczną, gdzie jest ich miejsce. A jego miejsce, mimo rodzinnych koneksji i czystego rodowodu, znajdowało się na samym dole piramidy. I pozostanie tam na bardzo długo, jeśli nie zrobi czegoś, aby się wyróżnić, jak uczynił to jego ojciec siedemset lat temu, kiedy ocalił życie lorda naczelnego dowódcy Azarothe’a przy Brodzie Trzech Różdżek w czasie ostatniej fazy Podboju.
Żałował tylko, że tak bardzo rzuca się w oczy. Nawet w najlepszym okresie wśród Czcigodnych rodziło się niewiele dzieci czystej krwi, a co dopiero teraz. Zawsze rozmnażali się bardzo powoli, w przeciwieństwie do tych przeklętych ludzi. W ciągu ostatnich stuleci z powodów, których nikt nie potrafił zrozumieć, pojawiało się coraz więcej odrażających mieszańców, takich jak ten bezczelny typ w jego własnej jednostce...
Z buteleczki zaczął się unosić dym. Miał rdzawoczerwonawą barwę. Z początku wyglądał jak połyskujące pyłki kurzu, które jednak potem straciły swój blask i zbiły się w coś grubszego i czerwonawego. Mistrz Severin śpiewał dalej i czerwień przybrała kształt, stając się pasmami cienkimi niczym papier, przypominającymi z grubsza wielkie bezcielesne nietoperze. Wiły się wokół siebie i krążyły wewnątrz magicznego kręgu niczym lwy zamknięte w klatce lub ozdobne rybki w misie.
Powoli nabierały cielesności, jakby czerpały skądś ciężar i masę, stając się mniej przezroczyste i bardziej żywotne.
– Karmazynowe Cienie – wyszeptał kapral Toby z podziwem w głosie. Sardec się wzdrygnął. Słyszał opowieści ojca o tych istotach. Zrobiło mu się sucho w ustach. Wypełniło go dziwne uniesienie. Był oto świadkiem czegoś niezwykłego, widział, jak sięgano po starożytną broń jego ludu. Naoczne przejawy magii, która zniewoliła ludzkość i przypieczętowała panowanie Terrarchów na niemal tysiąc lat.
Cienie nabrzmiały, wydymając się niczym żagle. Słowa, jakie wyśpiewywał Severin, użyczały im cielesności. Czerpały siłę z nich i z niego. Czarodziej nucił, a cienie kłębiły się, wzbijając się coraz wyżej niczym dym ulatujący z komina. Masa rozdzielała się na coraz cieńsze i coraz bardziej wydłużone fragmenty wznoszące się ku górze jak latawce. Rój Karmazynowych Cieni kłębił się w wielkiej niewidocznej tubie.
Powietrze wypełnił szeleszczący szmer. Przypominał niemal głos. Mistrz Severin odpowiedział w języku, który wydawał się znajomy. Sardec wyczuł jakąś obecność, wrogą i wygłodniałą; obecność powstrzymywaną przez kręgi i siłę woli czarodzieja. Wiedział, że gdyby maga tu nie było, istota sięgnęłaby po niego oraz jego ludzi i niewiele mogliby zrobić, aby ją powstrzymać.
Wielkie wyrmy wymachiwały nerwowo ogonami, a poganiacze z trudem je uspokajali. Sardec wyjął miecz. Stare runy zalśniły na jego powierzchni, wskazując na zawirowania magii.
Skóra mu cierpła, gdy słuchał tego szeleszczącego głosu, który przenikał przez skórę i odbijał się echem w kościach. Miał wrażenie, że niemal rozumie znaczenie słów, choć wiedział, że nie byłoby to dobre dla jego duszy. Nawet najmniej wierzący z furażerów kreślili teraz na piersiach znaki Starszych. Niektórzy szeptali modlitwy do świętych i proroków, aby wstawili się za nimi u Światła.
Wreszcie, gdy pomyślał, że już dłużej tego nie zniesie, negocjacje dobiegły końca. Severin i Mistrz Karmazynowych Cieni doszli do porozumienia. Mag wykonał gest ręką i ogromna niewidoczna klatka zamykająca znajdujące się w niej cienie jakby zapadła się pod ziemię. Niczym pióropusz dymu rozwiewany przez wiatr, stwory popłynęły ku odległemu dworowi, stając się coraz bardziej liczne. Kłębiąc się i rozdzielając, frunęły na tle ciemniejącego nieba. Sardec był pewien, że zmierzają do celu, choć ich lot wydawał się chaotyczny.
W pobliżu jeziora napotkały na opór. Pewnie jakieś czujki. Zakłębiły się, uderzając o niewidzialną barierę, jakby nie potrafiły jej pokonać. Sardec wstrzymał oddech. Słyszał, że pewne rodzaje zaklęć zwracają się przeciwko osobie, która je wykorzystała, jeśli podczas czarowania popełniła błąd. Mistrz Severin wyrecytował jednak kolejne zaklęcie i niewidoczna bariera puściła niczym słaba tama powalona przez niedającą się powstrzymać falę przypływu. Cienie znowu popłynęły do przodu i jak powódź runęły na walący się dwór i jego mieszkańców, przesłaniając mury.

* * *
Mieszaniec, który obdarzony był lepszym niż ludzki wzrokiem przebijającym noc, patrzył, jak chmura cieni spada na dwór. Widział, jak skrawki czerwieni opływają ludzi, spowijając ich niczym całunem. Słyszał krzyki. Patrzył, jak jakiś mężczyzna zeskoczył z wieży, wymachując rękami w poszukiwaniu śmierci. Jego upadek wydawał się spowolniony, jakby przyciąganie ziemskie nie działało tak silnie, jak zazwyczaj.
Mieszaniec zwalczył chęć zasłonięcia sobie uszu. W krzykach górali pobrzmiewała jakaś beznadzieja, zagubienie i szaleństwo. Miał pewność, że umierali nieczystą śmiercią. Poczuł przypływ nienawiści w stosunku do Terrarchów, którzy do tego doprowadzili. Uczucie to walczyło w nim z ostrożnością. Był to bowiem dowód na przytłaczającą moc Terrarchów. Tak naprawdę, po raz pierwszy widział tę zbrojną pięść, która normalnie pozostawała ukryta. Oto powód, dla którego rodzaj ludzki wciąż leżał pod ich butem po tysiącu latach, i pewnie pod nim pozostanie przez kolejny tysiąc.
Cienie dostały się do budynku, wlatując przez kominy, otwory w dachu, ześlizgując się po murach i wpadając przez szczeliny w drewnianych okiennicach. W parę chwil później krzyki rozbrzmiały od nowa. Trwały przez minuty, które dłużyły się niczym godziny.
Wrzaski przycichły i zamilkły. Ciała przestały się ruszać. Powoli, o wiele wolniej niż podczas ataku, Karmazynowe Cienie uniosły się znad dworu i pofrunęły z powrotem ku grani. Coś w ich wyglądzie i sposobie poruszania wskazywało na ohydne nasycenie, jakby przepełniały je wyssane moce życiowe. Przez chwilę, gdy się zbliżały, Mieszaniec odczuwał najprawdziwsze przerażenie. Kilku furażerów rzuciło się do ucieczki, lecz sierżant Hef głosem, który nie znosił sprzeciwu, rozkazał im się zatrzymać.

* * *
Z pewnym uczuciem ulgi Sardec patrzył, jak cienie sfruwają w dół, z powrotem do srebrnej flaszeczki. Wpadały do niej jeden po drugim, a kiedy ostatni wcisnął się do środka, Severin wymówił kończące rytuał słowa, po czym ostrożnie przeszedł po liniach łączących oba kręgi i zakorkował butelkę. Pradawna potworność ponownie została bezpiecznie zamknięta. Severin odwrócił się i pokłonił pięciu punktom kompasu, a potem osunął się na kolana. Wyglądał na znużonego niczym starzec, na twarzy pod maską widoczny był grymas częściowo skrywanego poczucia winy i jeszcze bardziej ukradkowy wyraz zadowolenia.
Nagle zesztywniał, a potem zaczął dygotać, jakby powalony przez paraliż. Niektórzy z co dzielniejszych ludzi rzucili mu się na pomoc, lecz porucznik gestem kazał im się cofnąć, otrzymał bowiem rozkaz, by nie naruszać linii z kolorowych soli. Gdyby Sardec lepiej się przyjrzał, zdołałby dostrzec coś ciemnego i dziwnego, przyciągającego drobinki światła, co kłębiło się wewnątrz kręgu. Mógłby to nawet wziąć za świetliki.
Porucznik wiedział, że przerwanie kręgu mocy zawsze pociąga za sobą niebezpieczeństwo, lecz ktoś, kto zdecydowałby się na taki krok w szczytowym momencie rytuału, niemal prosił się o niewyobrażalną katastrofę.
Czarodziej wyszedł z transu. Krzywiąc twarz, odezwał się z wysiłkiem:
– Pojawiły się pewne trudności. Napotkałem opór większy, niż się spodziewałem. Ruszajcie! Dołączę do was, kiedy będę mógł.
Mówiąc to, pochylił się do przodu i upadł na linię magicznego kręgu. Wokół jego postaci buchnęły iskry, lecz nie stało się nic więcej. Sardec zaklął i podszedł, aby odciągnąć ciało maga, przekonany, że klinga z prawdziwego srebrzca ochroni go przed najgorszym. Sprawdził oddech i puls czarodzieja. Dobrze, nadal żyje.
Sardec zaczął się jednak zastanawiać, co teraz. Przed czym przestrzegał go Severin? Czy to pułapka? Czy powinien dać rozkaz do ataku? Zdecydował, że tak. Trzeba rzucić się w wir walki jak najszybciej. Był pewien, że jego klinga okaże się potężniejsza niż zaklęcia. Czy pozostawić tu siły w odwodzie? Nie. Tutaj nie istniało żadne bezpośrednie zagrożenie, a w dole potrzebny będzie każdy człowiek.
– Wy dwaj, zajmijcie się mistrzem Severinem – rozkazał dwóm żołnierzom. – Kapralu Toby, wypuść flarę sygnałową! Reszta, wsiadać na wyrmy. Pochwycimy czarodzieja dla inkwizycji.
Flara pomknęła w niebo. Pomostogrzbietowce przygotowały się do wymarszu.

* * *
Kiedy flara wybuchła w górze, Mieszaniec zerwał się na równe nogi wraz z sierżantem i pół tuzinem chłopaków. Pognali przed siebie z bronią w gotowości, przemykając z kryjówek w ruinach prosto do najbliższych drzwi. W zanikającym świetle racy widział, jak wszędzie dokoła pozostali robią to samo. Spodziewał się, że zaraz w jego ciele zagłębi się kula.
Na otwartej przestrzeni odległość wydawała się ogromna. Odnosił wrażenie, jakby w ogóle nie posuwał się do przodu, jakby każda noga poruszała się powoli niczym melasa spływająca po ściance kamiennego słoja. Był świadom tego, co może pójść nie tak, wszystkich wypadków i nieszczęść, jakie ewentualnie go spotkają. Przyjaciele popełnią błąd. Broń przypadkowo wypali. Bagnet niechcący utknie w czyichś plecach w trakcie ataku. W każdym razie ludzie, którym się to przytrafiało, przysięgali, że to przypadek, ale kto wie – czasem nawet wśród przyjaciół wyrównywano stare porachunki.
Jakiś człowiek wspiął się z trudem na wieżę. Wyglądało na to, że – o dziwo – we dworze nadal znajdują się żywi ludzie. Mieszaniec zobaczył, że mężczyzna się odwraca i patrzy w jego kierunku. Nie mógł uwierzyć, jak powolne są ruchy wartownika. Wiedział, że to tylko efekt jego własnej wyostrzonej percepcji, ale wydawało się to tak niezwykłe, że się zaśmiał. Mężczyzna był wyraźnie skonfundowany. Pochylił się do przodu, jakby chciał lepiej przyjrzeć się wydarzeniom. Mieszaniec zatrzymał się w biegu, próbując uspokoić oddech, uniósł muszkiet i wypalił. Iskry sypnęły z panewki. Kolba muszkietu wyrżnęła go w ramię. Ostry dym sprawił, że oczy mu łzawiły. Trafił do celu bardziej dzięki szczęściu niż odpowiedniemu ułożeniu broni. Wartownik osunął się, znikając mu z oczu.
Pozostali zaczęli strzelać, pewnie bardziej do cieni niż czegoś innego, ale tak właśnie się działo, kiedy zaczynało się szaleństwo. Mieszaniec dostrzegł kilka znajomych twarzy, które rozpoznał, gdy na krótko oświetlił je blask wystrzału, a potem przesłonił kłąb prochowego dymu. Niektórzy przyklęknęli, żeby przeładować. Tak przynajmniej podejrzewał. Zawsze zdarzają się jednak tacy, którzy nie garną się do przodu, gdy trzeba zrobić wyłom. Sam nie zawracał sobie głowy ponownym załadowaniem, tylko nasadził bagnet na czubek muszkietu. Gdy znajdą się w środku, dojdzie do walki wręcz.
Kiedy chłopaki dotarli do murów, podnieśli wycie niczym armia szatanów. Mieszaniec zobaczył, że sierżant rozkazuje jednemu z nich otworzyć drzwi. Były zamknięte na klucz. Ktoś rozsądny przestrzelił zamek i rozwarł je kopniakiem.
Mieszaniec dostrzegł długi mroczny korytarz. Sierżant wyciągnął latarnię sztormową i wszedł do środka. Był z niego dzielny mężczyzna, człowiek z latarnią stanowił bowiem zawsze najłatwiejszy cel.
Wszyscy inni trzymali się z tyłu. Sierżant znieruchomiał, obejrzał się za siebie i gestem nakazał Mieszańcowi ruszać.
– Porucznik Sardec wyznaczył cię do prowadzenia ataku – oznajmił tonem niepozbawionym współczucia.
Na to nic już nie można było poradzić. Wszyscy wiedzieli, że Mieszaniec dobrze widzi w nocy. Wszedł pierwszy z bagnetem w gotowości. I to wystarczyło, aby reszta ruszyła za nim.
Cudownie, pomyślał, wiedząc, że jako pierwszy oberwie kulą z muszkietu, kiedy obrońcy otworzą ogień. Może będzie miał okazję umrzeć bohaterską śmiercią. Kolejna rzecz, za którą powinien dziękować porucznikowi Sardecowi.



Dodano: 2007-03-22 17:30:35
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Mutanta"


Wygraj "Dragon Age: Cesarstwo masek"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Abercrombie, Joe - "Nim zawisną"


 Baxter, Stephen - "Ultima"

 Abercrombie, Joe - "Ostrze"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Komuda, Jacek - "Westerplatte"

Fragmenty

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS