NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Crouch, Blake - "Rekursja"

Brennan, Marie - "W labiryncie smoków"

Ukazały się

Smith, E.E. Doc - "Patrol Galaktyczny"


 Marillier, Juliet - "Córka lasu"

 Martin, George R.R. - "Lodowy smok" (nowe ilustracje)

 Vonnegut, Kurt - "Matka noc"

 Czajka-Kominiarczuk, Katarzyna - "Zwierzenia popkulturalne"

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Maas, Sarah J. - "Szklany tron" (oprawa twarda)

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

Linki

King, William - "Anioły śmierci"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: King, William - "Terrarchowie"
Data wydania: Kwiecień 2007
ISBN: 978-83-7418-143-3
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 368
Cena: 29,90 zł
Tom cyklu: 1



King, William - "Anioły śmierci" #2

Rozdział 2
„Podstęp jest jednym z najważniejszych narzędzi
w rządzeniu państwem i strategii”.
Desere z Aurali,
Sztuka rządzenia i strategia

Znajdujący się na przedzie poganiacz zadął w róg sygna-
łowy. Poganiacze wydali z siebie syczący zew i uderzyli zwierzęta w kark długimi niczym piki tyczkami. Z przyprawiającym o mdłości szarpnięciem pomostogrzbietowiec wstał i Mieszaniec znalazł się nad ziemią na wysokości odpowiadającej wzrostowi dwóch mężczyzn. Jak zwykle przez chwilę odczuwał strach. Czasami pasy lub klamry podtrzymujące palankiny puszczały i siedziska spadały na ziemię, a znajdujących się w nich ludzi tratowały wyrmy. Tym razem do tego nie doszło. Kolejne szturchnięcie kijem, następny syk i ruszyli ku leżącym w oddali wzgórzom.
Mieszaniec wiele słyszał o tym, że podróż na grzbiecie pomostogrzbietowca daje poczucie wszechmocy. Bzdura. On czuł się zdany na łaskę wiozącej go dwudziestotonowej bestii. Nie panował nad nią zupełnie, co uświadamiał sobie przy każdym kroku, kołysząc się nieprzyjemnie niczym żeglarz na pokładzie statku na wzburzonym morzu. Od czasu do czasu wyrm skręcał swoją bardzo długą szyję i spoglądał na siedzących w palankinie, a Mieszaniec odnosił wówczas wrażenie, że zwierzę ocenia, czy człowiek na jego grzbiecie nadaje się na przekąskę. Był niemal zawstydzony uczuciem ulgi, jakiego doznał, gdy pomostogrzbietowiec skupił się z powrotem na liściach mijanych drzew, ale nadal wyczuwał głód buzujący niczym ogień w brzuchu gada.
Od czasu do czasu zwierzę przed nimi unosiło ogromny ogon, a wtedy z jego zadu wylatywały długie kiełbaski łajna. W zetknięciu z ziemią zmieniały się w śmierdzące placki. Wyrmy sporo też pierdziały, a Barbarzyńca twierdził, że pewnie z tego alchemicy wyrabiają śmiercionośny gaz zamykany w szklanych granatach. Mieszaniec odparł, że Barbarzyńca się na tym zna, bo sam ciągle ma wzdęcia.
Po drodze myślał o tym, jak wielu ludzi zwiodły wielkie parady, jakie widywali w Smutku, Wieży Radości i innych miastach królestwa. Tak z pewnością było w jego przypadku. Jak wielu innych zawsze uważał, że wyrmy poruszają się równym krokiem niczym gwardziści na paradzie, zdyscyplinowane jak elitarni żołnierze. Teraz wiedział, że przez większość czasu gady na paradach kontrolowali czarodzieje Terrarchów posługujący się lejcami, magicznymi narzędziami, które pozwalały trzymającej je osobie panować nad zwierzęciem siłą woli. Gdy pomostogrzbietowce podróżowały po kraju kierowane tylko przez poganiaczy, posuwały się niespiesznym spacerkiem. Schodziły ze szlaku w poszukiwaniu upatrzonych smakołyków na gałęziach i wracały na niego tylko w odpowiedzi na rozliczne poszturchiwania, posykiwanie i śpiew poganiaczy.
Mimo tego musiał przyznać, że przemieszczali się dość sprawnie. Wyrmy pokonywały odległości swymi wielkimi krokami szybciej niż poruszający się żwawym marszem gwardziści. Można się było jedynie zastanawiać, jak prędko zdołałyby się poruszać, gdyby zechciały iść w linii prostej. Podnóża gór zbliżały się z przerażającą szybkością.
– To jest życie – rzucił Łasica, szukając w kieszeni pasków suszonego mięsa. Porucznik znajdował się daleko od ich palankinu, na przedzie, jak zawsze. Czarodziej i mały obcy człowieczek Vosh jechali razem z nim. Sierżantowi pozostawiono dowodzenie oddziałem. Mieszaniec dzielił palankin z Barbarzyńcą, Leonem, Łasicą i kilkoma innymi ludźmi. – Żadnego marszu. Nie trzeba się wspinać na te cholerne wzgórza. Tylko miła wycieczka na wieś.
– To ty nazywasz je wzgórzami? – parsknął Barbarzyńca. – W północnych krainach nazwalibyśmy je krecimi kopcami, a wasze góry byłyby tylko pagórkami.
– Wobec tego może wolałbyś zleźć z grzbietu tego zwierzaka i pobiec u jego boku, jak robiłeś jako młodzik w swojej górzystej krainie – rzucił Leon, przedrzeźniając sposób mówienia Barbarzyńcy. Przesunął fajkę w lewy kącik ust, przez co podskakiwała cynicznie przy każdym słowie.
– Może i tak zrobię, ale te wzniesienia nie są dość strome, żebym się spocił.
– Zażyjesz nieco ruchu, jak dojedziemy na miejsce – wtrącił sierżant. Wszyscy spojrzeli na niego, podejrzewając, że jak zwykle lepiej od nich orientuje się w tym, co ich czeka.
– Co wiesz, sierżancie? – spytał Łasica. – Nie trzymaj nas w niewiedzy. Powiedz, co się dzieje. Kim jest ten mały szczur na przedzie?
Sierżant zaśmiał się ironicznie. Rozbawienie sprawiło, że policzki mu się zaróżowiły, a maleńkie oczka przypominały oczy złośliwej małpki bardziej niż zwykle.
– Nie myślicie chyba, że pozwolili nam dosiąść bezcennych wyrmów, żebyśmy pokosztowali świeżego powietrza, co?
– Nigdy nic nie wiadomo – odpowiedział Łasica. – Może Czcigodni mają dzisiaj gest.
– Nazywacie to świeżym wiejskim powietrzem – odezwał się Barbarzyńca. – A śmierdzi waszą upadłą cywilizacją.
– Dlaczego pozwolili nam jechać na pomostogrzbietowcach? – spytał Mieszaniec.
– Żebyśmy szybko dotarli tam, gdzie mamy się znaleźć, a musi to być daleko. Zastanówcie się, po co posyłają w te wzgórza kompanię furażerów na wyrmach? I jakim kierunku się udajemy?
– Tam gdzie słońce wschodzi – odparł Mieszaniec. – Ku granicy.
– Cieszę się, że nie śpisz, Mieszańcu – pochwalił sierżant.
– Myślisz, że dojdzie do starcia z Kharadreńczykami?
– Nie wiem, ale szykuje się coś wielkiego. Nieznajomego zaprowadzono do pułkownika wczesnym rankiem, a porucznika oraz kilku innych wyciągnięto z łóżek. Popatrzcie przed siebie, co widzicie?
Nawet z oddali Mieszaniec dostrzegł, że Sardec przygląda się mapie wyjętej zza pazuchy tuniki. Czarodziej przysunął się bliżej, jakby też na nią patrzył. Człowiek z gór skinął głową, jakby w odpowiedzi na jakieś pytanie.
– Patrzy na jakiś zwój – oznajmił Barbarzyńca. – Czy będzie uprawiał magię? Nigdy nie sądziłem, że porucznik jest do tego zdolny.
– To mapa – poprawił Mieszaniec. – Sprawdza, dokąd jedziemy.
Porucznik pochylił się do przodu i powiedział coś do poganiacza.
– Zapuścimy się daleko we wzgórza, inaczej nie jechalibyśmy na tych zwierzakach – mruknął sierżant.
– Myślisz, że przekroczymy granicę – raczej stwierdził, niż zapytał Mieszaniec.
– Myślę, że się do niej zbliżymy.
– Pewnie chodzi o rozbójników – rzekł Mieszaniec. – Na pewno. Gdyby w grę wchodziło coś innego, wyruszylibyśmy większymi siłami.
– Pewnie tak – przyznał sierżant z niechęcią, jakby podejrzewał coś zupełnie innego. Wizje szpiegów, tajnych misji i tym podobnych rodem z tanich brulionów z opowiastkami przemknęły Mieszańcowi przez myśl, ale odrzucił je jako zbyt fantastyczne.
Furażerzy omawiali tę kwestię szeptem, podczas gdy wyrmy zapuszczały się coraz wyżej w pokryte sosnami wzgórza, aż ogarnął ich cień prastarych gór, chłodem przeganiając ciepło słoneczne.

* * *
Wiosna w górach przypominała zimę w dolinie. Śnieg nadal pokrywał górskie szczyty. Czasami opadał lekkimi płatkami zwiewanymi z wyżej położonych dolin i denerwował wyrmy. Bez wątpienia byłyby bardziej rozzłoszczone, gdyby nie wydawały się tak ospałe. Pierwszej nocy obozowali w kotlince, pomostogrzbietowce zostały przywiązane do drzew, a straże wystawione, jakby znajdowali się na terytorium nieprzyjaciela. Musieli zachować ostrożność, ludzie z okolicznych gór nie przepadali bowiem za żołnierzami – uważali ich wszystkich za poborców podatkowych, szpiegów albo złodziei. Mieszaniec przyznawał, że w tej kwestii nie zawsze się mylili. A ostatnio górale byli bardzo niespokojni.
Kiedy rozbili obóz, czarodzieje rozstawili magiczne czujki, stary typ, pokryty runami, sięgający czasów przybycia Starszej Rasy do tego świata. Mieszaniec miał dość czasu, by się im przyjrzeć, zbierając drewno na ognisko dla pozostałych. Zziębnięte palce i obolałe plecy, oto cena, jaką musiał dziś zapłacić za brakujący guzik i swoją mieszaną krew.
Gdy mistrz Severin wymówił słowa aktywujące czujki, dreszcz przebiegł Mieszańcowi po plecach i dziwne drżenie wstrząsnęło jego ciałem. Podejrzewał, że część jego dziedzictwa czyniła go wyjątkowo wrażliwym na magię. Może to jego wyobraźnia, ale wydawało mu się, że czarodziej odwrócił się i spojrzał w jego kierunku. Zmrok i maska uniemożliwiały rozpoznanie wyrazu jego twarzy.
Ze wszystkich furażerów jedynie Barbarzyńca nie markotniał w miarę, jak zbliżali się do gór. Im zimniej się robiło, tym lepszy miał humor. Chłodne powietrze przypominało mu o przeraźliwym zimnie jego ukochanej ojczyzny, choć oczywiście się do niego nie umywało. Mieszaniec podejrzewał, że Barbarzyńca po prostu czerpie przyjemność z tego, że pozostali źle się czują. Dawało mu to okazję, by długo chełpić się na głos wytrzymałością swego ludu i co ważniejsze, własną.
Ci, którzy nie stali na warcie, zawinęli się w peleryny, wyciągnęli fajki i ułożyli się przy ogniskach. Większość żuła twarde paski suszonego mięsa. Łasica podpiekał na czubku bagnetu kawałek twardego jak skała chleba. Rozpalili ogniska w zagłębieniach w lesie. Ich blask bez wątpienia będzie widoczny dla każdego, kto znajdzie się wyżej, jeśli ktoś w ogóle przebywał na dworze w taką noc. Mieszaniec cisnął koło ogniska resztę gałęzi, które zebrał, i osunął się na ziemię, żeby odpocząć.
Kapral Toby podszedł do ognia. Mieszaniec podniósł na niego wzrok. Z tej perspektywy kanciaste rysy twarzy i ogromne ciało dowódcy wyglądały jeszcze bardziej posągowo.
– Upuściłeś to – powiedział Toby głosem tylko odrobinę cichszym od wystrzału z muszkietu. Pochylił się do przodu, wręczył coś Mieszańcowi i odszedł. Chłopak spojrzał na mały, zimny, metalowy przedmiot leżący mu na dłoni. Guzik od tuniki.
– Dzięki – rzucił w stronę oddalających się pleców.
Otworzył plecak i przejrzał jego zawartość w poszukiwaniu igły oraz nici, a potem mimo chłodu zdjął tunikę, owinął się z powrotem peleryną i zaczął szyć przy migotliwym świetle ognisk.
Leon usiadł naprzeciwko i z dziwnym wyrazem twarzy przyglądał się nieufnie otoczeniu. Miejski chłopak ze Smutku wyglądał tu nie na miejscu; przebywając nocą na dworze, czuł się nieswojo. Dostrzegł minę Mieszańca.
– Nie przypomina to nocy w Starej Dzielnicy, co? – zapytał.
– Prawda – zgodził się Mieszaniec. – Nie przypomina.
Obawiał się, że Leon wspomni o tym, że kradli w tym mieście złodziei i że porucznik to usłyszy. Rozejrzał się dookoła, ale Starsi siedzieli z dala, jak zwykle zachowując dystans.
– Jesteśmy daleko od domu, Rik – westchnął Leon. Sporo czasu minęło, od kiedy nazwał przyjaciela prawdziwym imieniem dwa razy w ciągu jednego dnia, a fakt, że to zrobił, stanowił oznakę niepokoju. Normalnie potrafił uszanować decyzję Mieszańca, który postanowił zostawić za sobą przeszłość.
– Rzeczywiście, Leonie. – Mieszaniec zaakcentował jego imię, mając nadzieję, że przyjaciel zrozumie aluzję.
– Myślisz, że w górach naprawdę są olbrzymy i pająkodiablaki?
Mieszaniec wyczuł, że pozostali leżący wokół ogniska żołnierze poruszyli się i zaczęli przysłuchiwać ich rozmowie. Podejrzewał, że takie myśli przychodziły do głowy wszystkim.
– Nawet jeśli są, jestem pewien, że mistrz Severin sobie z nimi poradzi.
– Skąd ta pewność? Co czyni cię takim ekspertem? – spytał Gołąb. Wypiął pierś i podszedł do nich, stawiając stopy na zewnątrz w sposób, który zaskarbił mu przydomek.
– On to wie – odparł Leon. – Przeczytał więcej książek niż ktokolwiek tutaj, włączając w to nawet mistrza Severina.
To stwierdzenie wywołało cichy śmiech u tych, którzy nie znali dobrze Mieszańca. Sierżant powiedział:
– Pewnie tak. Nigdy nie widziałem, żeby ktoś czytał tyle, ile nasz Mieszaniec. Można by pomyśleć, że uczy się na prawnika albo czarodzieja, albo na jednego z tych innych tajemniczych osobników.
Mieszaniec zastanawiał się, czy nie uznać tego za ostrzeżenie. Taka informacja zaciekawiłaby inkwizytora, ale wskazywała również na pewną ignorancję ze strony sierżanta.
I nie chodziło o to, że nigdy nie przeczytałby grimuaru, gdyby miał po temu okazję, tylko o to, że nigdy nie dostanie takiej szansy. Istniały książki, których właściciele bardzo się starali, aby nie wpadły w obce ręce. Mieszaniec mógł tylko marzyć o tym, by dostać taką księgę. Stara Wiedźma nauczyła go kilku rzeczy w okresie, który ze śmiechem nazywał praktyką czeladniczą. Twierdziła nawet, że wykazywał więcej niźli tylko śladowy talent, ale utrzymywała tak tylko wówczas, gdy sobie tęgo popiła i robiła się sentymentalna. Było to przed sprawą z Antoniem, która zmusiła Mieszańca i Leona do ucieczki z miasta w towarzystwie Aniołów samej Śmierci.
– Lubię czytać. No i co z tego? Wszystkim wam się podobało, jak czytałem głośno wieczorem bruliony z opowieściami. – To prawda. Wszyscy lubili opowieści, zwłaszcza ci, którzy nie znali liter.
– Gdzie się tego nauczyłeś, Mieszańcu? – spytał Gołąb.
– W Shadzar – powiedział Mieszaniec, posługując się dawną nazwą Smutku. – Na Wielkim Bazarze.
– Założę się, że to nie cała wiedza, którą tam zdobyłeś – rzucił ktoś w ciemnościach. Mocny głos brzmiał, jakby należał do Przystojnego Jana. Smutek nie cieszył się dobrą sławą nawet w regimentach. Może i stanowili śmieci królestwa, ale nawet oni musieli czasem odczuwać wyższość – choćby w stosunku do kogoś takiego, jak mieszkańcy Smutku.
– Byłeś złodziejem? – spytał ktoś.
– Wszyscy w Smutku są złodziejami – stwierdził inny głos. Być może Gunther. – Albo kurwami. To ohydny dół kloaczny pełen wszelkiego plugastwa.
Nie było sensu zaprzeczać, jako że ten ktoś się nie mylił. O dziwo jednak w tej chwili Mieszaniec odczuwał osobliwą nostalgię za zadaszonymi podwórcami i labiryntem uliczek swego domu. Przynajmniej było tam ciepło. Siedziałby tam nadal, gdyby nie przyjął złotej jednokoronówki królowej i nie został żołnierzem. Oczywiście, gdyby tak nie uczynił, po sprawie z Sabeną i klejnotami Antonio i jego ludzie pewnie już dawno powiesiliby go na rzeźnickim haku razem z Leonem. Stara Wiedźma nie zdołałaby ich ocalić, nawet gdyby chciała, co zresztą mało prawdopodobne. Ostatnimi czasy zrobiła się dziwna, jak wszyscy ludzie magowie. Antonio zaś stał się najpotężniejszym baronem zbrodni w mieście, dostatecznie bogatym, by kupić sobie sądową nietykalność. Mieszaniec pomyślał, że sypianie z jego kochanką nie było chyba dobrym pomysłem. Co gorsza, dał się podpuścić i pomógł jej wykraść magiczny kryształ z kasetki Antonia.
– To rozrywkowe miejsce – zaoponował Łasica. – Nieźle się tam zabawiałem.
– To dlatego, że do niego pasujesz – odezwał się z ciemności inny głos. Łasica tylko się zaśmiał, jakby nie chciał podejmować dyskusji.
– Widziałem tam raz dziwkę Terrarcha... – podjął.
– Coś takiego nie istnieje – rzucił jeden z ludzi.
– Ależ istnieje, w każdym razie wyglądała jak jeden z Czcigodnych...
– To nic nie znaczy, Mieszaniec też wygląda – podsunął ktoś inny.
– Może to był on w peruce – prychnął Gołąb.
Łasica znowu się zaśmiał.
– Myślę, że bym zauważył, tak jak i twoja matka, bo była z nami.
– Łasica jest twoim tatą, Gołąb – zawołał ktoś, a potem podniósł wzrok, słysząc kroki.
Nadchodził Barbarzyńca, prowadząc człowieka z gór. Łasica ustąpił mu miejsca przy ogniu i poczęstował kawałkiem suszonego mięsa oraz łykiem napitku ze swojej specjalnej butelczyny. Nieznajomy przyjął poczęstunek z wdzięcznością. Łasica od razu zabrał się do rzeczy.
– Co tutaj robisz, Vosh?
– Kiepsko się porobiło, Łasico – odezwał się obcy. Mówił z miękkim, śpiewnym akcentem górali. Mieszaniec pokiwał głową – jego podejrzenia się potwierdziły. Obcy nie znałby imienia Łasicy, gdyby się wcześniej nie spotkali. A góral cały dzień przebywał z porucznikiem i czarodziejem.
– W górach zawsze jest kiepsko – odpowiedział Łasica.
– Zrobiło się gorzej, odkąd pojawił się ten czarodziej.
To ich uciszyło. Nikomu nie podobała się obecność jakiegoś czarodzieja, zwłaszcza jeśli mieli z nim walczyć. Czarodzieje na polu walki zawsze oznaczali kłopoty.
– Czarodziej? – powtórzył Łasica. Nawet on wyglądał na zaniepokojonego.
– Terrarch renegat. Przybył późną jesienią. Poszeptał coś do ucha prorokowi i wszyscy musieliśmy go słuchać bez gadania. Swoimi eksperymentami i rytuałami zmienił stary dwór w piekło. Było wystarczająco paskudnie, zanim zaczął drążyć kopalnię. Potem...
– Kiepsko to wygląda – przyznał cicho Łasica. Nikt inny nie ośmielił się odezwać. – Kopalnię? Znaleźliście tam złoto?
– A kto to wie? My żadnego nie widzieliśmy. Kopalnia zaś znajduje się w przeklętym miejscu, koło ruin Achenaru, starego miasta Króla Pająka.
– A czegóż ten czarodziej chce? Po co przybywać zimą w cholerne góry?
– Mnie nie pytaj, ale nie wyniknie z tego nic dobrego. Zabiera ludzi na dół do kopalni, a jego ofiary już nie wracają. Najpierw prowadził tam tylko obcych, ale potem dobrał się do naszych, tych, co to mieli nas zdradzić, jak mówił czarodziej. A prorok się na to godził. Nic dziwnego, jako że sam jest w połowie czarodziejem.
– Już wiem, o co chodzi. Pewnego wieczoru zaczął spoglądać na ciebie krzywo, więc postanowiłeś uciec do Terrarchów i wszystko im wyśpiewać.
– To lepsze niż szaleńcy, którzy grasują w górach i przywołują duchy, demony oraz bogowie wiedzą, co jeszcze. Nawoływać do wojny z Terrarchami to jedno, a co innego budzić nasienie Starych Bogów, by cię wspomogło. Wy, ludzie z nizin, nie pamiętacie dawnych czasów, ale my, górale, mamy dobrą pamięć...
– Dobrą pamięć okresu, kiedy czciliście to piekielne nasienie, tych uciekających z podwiniętym ogonem, pożerających dusze skurczybyków – wymruczał Barbarzyńca.
– A Czcigodni obiecali ci schronienie – mówił dalej Łasica. – Wśród klanów bowiem człowiek, który zdradza, niezależnie od powodu, uznawany jest za sprzedawczyka i kończy z odciętym fiutem w gębie.
Nieznajomy wyglądał na zawstydzonego, ale chyba nie czuł wyrzutów sumienia.
– Ty postąpiłbyś tak samo – powiedział.
– Ano, pewnie tak. Ten czarodziej się jakoś nazywa?
– Alzibar. Jest wielkim przyjacielem Zarahela...
– Znam to imię – odezwał się Mieszaniec.
– Zarahel jest prorokiem, który podburza plemiona – wyjaśnił Łasica. – Uważa się za wyzwoliciela. Twierdzi, że Starzy Bogowie nadejdą znowu i powrócą dawne czasy. I że Terrarchowie upadną.
Mieszaniec zadrżał. Nikt z tu obecnych nie chciał się nawet nad tym zastanawiać. Niechęć do Terrarchów to jedno, ale z przerażeniem myślał o Demonicznych Bogach powstających z martwych i o tym, że uwolniona zostanie pradawna moc ciemności, by panoszyć się po kraju. Nawet gdyby tylko jedna dziesiąta z tego, czego go uczono, okazała się prawdą, strach było o tym myśleć.
Zrozumiał nagle, że właśnie odkrył tajemnicę ich misji. Podrzucono im historyjkę o rozbójnikach na wypadek obecności szpiegów w obozie. Wiedział już, czego tak naprawdę szukają.
– A my właśnie przypadkiem zmierzamy prosto do doliny, gdzie obozuje prorok ze swym bratem czarodziejem – podsumował. Łasica pokiwał potakująco głową, tak jak Leon, sierżant i kilku pozostałych. – Ciekawe po co?
Zauważył, że w grupie zapadło dziwne milczenie. Poczuł za sobą chłód czyjejś obecności, odwrócił się i podniósłszy wzrok, spojrzał w srebrną maskę mistrza Severina. Jej powierzchnia odbijała płomienie ogniska, co sprawiało wrażenie, jakby cała głowa Terrarcha płonęła. Wyglądał jeszcze bardziej demonicznie niż zwykle. Jego zimne spojrzenie powędrowało ku dołowi i Mieszańcowi na chwilę zakręciło się w głowie, ogarnęło go dziwne uczucie, jakby czarodziej zaglądał mu w głąb duszy. Nie było to przyjemne.
Obecność czarodzieja spowiła wszystkich jak całun. Nie odzywali się, siedzieli tylko niczym ptaki zahipnotyzowane przez węża. Przez moment Mieszaniec myślał, że mistrz Severin coś powie, ale tak się nie stało. Tylko przypatrywał mu się przez chwilę chłodno, przesunął lodowatym wzrokiem po pozostałych, a potem skinął dłonią w rękawicy na człowieka z gór i w milczeniu odszedł w mrok, z którego się wynurzył. Mężczyzna podążył za nim w milczeniu niczym jagnię prowadzone na rzeź.
Mieszaniec dokończył przyszywanie guzika do tuniki. Tego wieczoru już nie rozmawiano.



Dodano: 2007-03-22 17:28:38
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj Kronikę World of WarCraft


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"


 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

 Shannon, Samantha - "Zakon Drzewa Pomarańczy"

 Dick, Philip K. - "Nasi przyjaciele z Frolixa 8"

 Bardugo, Leigh - "Trylogia Grisza"

 Harrison, Harry - "Przestrzeni! Przestrzeni!"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS