NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

Ukazały się

Butcher, Jim - "Zimne dni"


 Larson, B.V. - "Świat stali"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" (wydanie papierowe)

 Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Sanderson, Brandon - "Słowa światłości" (twarda okładka)

 Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

Linki

Drake, David - "Porucznik Leary dowodzi"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Drake, David - "Porucznik Leary"
Tytuł oryginału: Lt. Leary, Commanding
Data wydania: Marzec 2007
ISBN: 978-83-7418-147-1
Liczba stron: 496
Cena: 34,90 zł
Tom cyklu: 2



Drake, David - "Porucznik Leary dowodzi" #5

Rozdział piąty
Tovera kupowała Adele strój na przyjęcie, dając jej tym samym czas na robienie tego, w czym była naprawdę dobra: na zbieranie danych o Delosie Vaughnie i sytuacji na Strymonie. Nie to, żeby żałowała zaproszenia i przyjętego przez Daniela założenia, iż z niego skorzysta. Wręcz przeciwnie – powinno dać jej to okazję do zgromadzenia co najmniej takiej samej ilości informacji, co podczas przetrząsania cinnabarskich baz danych.
Jej różdżki drgnęły. Wyświetlane przez podręczny terminal plamy holograficznych barw zlały się ze sobą, by po chwili utworzyć nowy obraz.
Ze szpary w ścianie za holoprojekcją wynurzyła się para pierzastych czułków. Uznawszy, że nie ma żadnego zagrożenia, z kryjówki wylazł najpierw jeden, a potem następne płaskie stwory, które pomknęły po ścianie w stronę kuchni.
Oficer przypuszczała, że mogłaby wykorzystać obniżenie prowizji banku na wynajem lepszego lokum, lecz w ciągu ostatnich piętnastu lat poziom jej oczekiwań znacząco opadł. Przecież nie potrzebowała wiele: trochę zwyczajnego jedzenia, podstawowego schronienia i dostępu do informacji. Pokój w dawnej części dla służby, należącej do domostwa rozparcelowanego na apartamenty, zapewniał jej to w tym samym stopniu, co kwatera Daniela Leary’ego, położona w modnej ostatnio dzielnicy. Wszak Adele nie zamierzała szukać rozrywki.
Czytała: po Sporze o Quetzal, zwanym czasami Drugą Wojną Strymońską, Strymon zgodził się przyjąć status Przyjaciela i Sojusznika Republiki. W praktyce oznaczało to, iż jego marynarka ograniczona została do lekkich jednostek, przeznaczonych do zwalczania piratów, a wszystkie traktaty zewnętrzne musiały uzyskiwać akceptację Senatu, który także interesował się każdą zmianą rządu.
Niezbyt ciężkie jarzmo – Strymon znajdował się za daleko, by ścisła kontrola mogła zapewnić Cinnabarowi korzyści ekonomiczne – niemniej irytujące dla tubylców. Przynajmniej dla warstwy rządzącej. Cinnabarowi zawsze łatwiej było dogadywać się z oligarchami czy autokratami niż z demokratami, toteż Republika nie próbowała zmieniać istniejącego systemu politycznego.
Na ulicy, za zamkniętym oknem, rozległ się czyjś krzyk. Ani chybi kobieta albo kastrowany mężczyzna. W tej okolicy nigdy nie miało się pewności...
W innych okolicznościach uczona martwiłaby się o bezpieczeństwo swego skąpego dobytku pod jej nieobecność w domu, lecz Tovera wszystkiego dopilnowała. Pierwszego dnia pobytu wróciła do apartamentu przed służącą i znalazła na progu zwłoki mężczyzny z nabrzmiałą, purpurową twarzą, wciąż ściskającego w ręku młotek, którym rozbił zamek. Jakaś trucizna; najpewniej gaz.
Drugiego dnia Tovera przyszła przed nią. Po rzucanych jej z ukosa gniewnych, ale i wystraszonych spojrzeniach sąsiadów Adele domyślała się, że i wtedy do czegoś doszło, lecz o nic nie pytała. Zupełnie przypadkowo odnalazła raport z zajścia i dowiedziała się, że trójka rabusiów spuściła się z dachu, chcąc wejść przez okno. Najstarszy miał 14 lat.
Nie było dalszych incydentów. I dobrze, ponieważ Mundy nie mogła jakoś przekonać samej siebie, że bycie młodym i aroganckim zasługiwało na najwyższy wymiar kary... Niemniej nie miała również życzenia stać się ofiarą tylko z racji tego, że istniała. Rodzina Mundych sama znalazła się w gronie takich ofiar podczas banicji.
Adele odcinała się od działań swojej służki i innych – przynajmniej nie widywała twarzy tamtych chłopców, gdy budziła się o drugiej w nocy. Miała wówczas wystarczająco liczne towarzystwo.
Czytała: jako prezydent Strymonu, Leland Vaughn oficjalnie uznał hegemonię Cinnabaru, lecz Senat podejrzewał, iż skrywał on ambicje uzyskania większej niezależności. Padła sugestia, by posłał swojego syna, Delosa, do szkoły na Cinnabarze. Nigdy nie użyto słowa „zakładnik”, jednak obie strony doskonale wiedziały, jak było w rzeczywistości. Mając nad głową orbitującą eskadrę FRC z pancernikiem na czele, Vaughn wyraził zgodę.
Wyniki edukacji młodego Delosa nie wskazywały na naukowca, lecz po samych ocenach Adele potrafiła określić, iż w młodzieńcu drzemał potencjał. Po prostu nauka nie stanowiła dla Vaughna priorytetu – prawdopodobnie nie zajmowała nawet trzeciego miejsca na liście, choć trudno stwierdzić z całą pewnością, jak ważne było dla niego imprezowanie.
Najważniejsze stało się poznanie struktur władzy Republiki Cinnabaru oraz wkręcenie się w nie z determinacją kozła ścigającego łanię. Oprowadzający Vaughna po stoczni oficjele byli bardzo wysoko postawieni, lecz osoby, które zleciły im to zadanie, musiały znajdować się wśród ścisłej elity Republiki.
Pozwoliła sobie na krzywy uśmieszek. Na liście person okazujących młodemu człowiekowi szczególną gościnność znajdował się Corder Leary.
Trzy lata po przylocie Delosa na Cinnabar Leland Vaughn został zamordowany przez „nieznanych sprawców”, lecz jego przyrodni brat, Callert Vaughn, błyskawicznie objął prezydenturę. Osiemnastoletni wówczas Delos wystąpił do Senatu o zgodę na powrót do domu.
Odmówiono mu jej. Callert szybko złożył hołd Cinnabarowi... i przekupił wysłannika Senatu, który miał ocenić sytuację, co jasno wynikało z plików dostarczonych przez mistrzynię Sand. Strymon pozostał sojusznikiem Republiki, ta zaś nic by nie zyskała, rozdmuchując sprawę. A jeśli chodziło o syna starego prezydenta, to jego dochody zapewniały mu wszystko. Oprócz tego, czego naprawdę chciał: powrotu do domu.
Lodówka w kuchni jęknęła, gdy napięcie w sieci spadło poniżej potrzeb kompresora, zaraz jednak podjęła pracę. W tej okolicy często odcinano prąd, czasami także brakowało wody w kranach. Nie martwiło to lokatorki; używała chłodziarki bardziej jako schowka przed gryzoniami, na sery i krakersy, niż do przechowywania świeżej żywności.
Callert Vaughn zakończył rządy na Strymonie osiem miesięcy temu, kiedy to w stolicy wybuchł bunt przeciwko wpływom Cinnabaru. Tłumy zabiły kilku cinnabarskich kupców i spaliły budynek cinnabarskiej misji obserwacyjnej; obserwatorka i jej mąż uciekli z planety na frachtowcu, lecz resztę miejscowego personelu zmasakrowano.
Callerta zabiła „zabłąkana kula”, jak twierdził Friderik Nunes, były szef Straży Prezydenckiej, a obecnie regent w imieniu Pleyny Vaughn, dwunastoletniej córki zmarłego. Zamieszki ustały tak nagle, jakby ktoś przekręcił wyłącznik.
Delos Vaughn ponownie wystąpił z prośbą o powrót do domu. Rozpatrywanie sprawy trwało, jednak źródła Adele spodziewały się kolejnej odmowy. Pleyna zaproponowała odszkodowanie i przeprosiny ze strony rządu za uszczerbek, jakiego doznały interesy Cinnabaru. Senat prawdopodobnie uzna, że powrót Delosa na Strymon jedynie zaogni sytuację, która dopiero co powróciła do normy.
Jak długo żył, Delos Vaughn pozostawał maczugą, którą Senat mógł pogrozić każdemu władcy Strymonu – bądź grzeczny, bo poślemy Vaughna, żeby wzniecił przeciwko tobie rebelię. Szansa na to, by Vaughnowi pozwolono opuścić pozłacaną klatkę na Cinnabarze, była doprawdy nikła.
Dawna bibliotekarka westchnęła, po czym wyłączyła monitor i zapatrzyła się na ścianę za stołem. Trudno by nazwać ją pustą: wilgoć znaczyła tapetę fantazyjnymi zaciekami barwy sepii.
Poznała Delosa Vaughna w dniu, w którym Bernis Sand wysłała ją na Strymon. Albo był to przypadek – niezwykle mało prawdopodobny – albo Vaughn przeniknął do organizacji Sand, względnie sama szefowa wywiadu prowadziła podwójną grę.
Nie potrafiła wskazać prawdziwej odpowiedzi. Uśmiechnęła się. Oczywiście, mogła zapytać mistrzynię Sand...
Tovera przymocowała nad łóżkiem światełko alarmowe. Zabłysło teraz trzykrotnie – nasyconą żółcią, która nie oślepiłaby jej w ciemnościach. Ktoś zbliżał się do drzwi. Adele odwróciła się, ale nie wstała. Była przekonana, że wraca jej przyboczna, niosąc strój na przyjęcie. Mimo to nie wyjmowała lewej ręki z kieszeni żakietu.
Do apartamentu wkroczyła służąca z torbą na ramieniu, przeznaczoną na ubrania. Świadomość, że mierzył w nią pistolet, lekko ją rozbawiła. Nie martwiła się, że jej pani mogłaby przypadkowo ją zastrzelić. Prawdopodobnie Tovera w ogóle nie martwiła się śmiercią... Nie bardziej od Adele.
– Pora umyć się i ubrać, mistrzyni – oświadczyła wieszając torbę na sznurku przeciągniętym przez całą długość pokoju. Pod nią ukrywała sztylet, który teraz schowała do rękawa. Każdy, kto usiłowałby wyrwać jej torbę, byłby bardzo zdziwiony. Przez krótką chwilę.
– Tak, zgadza się – mruknęła oficer, wstając i strząsając z siebie żakiet. Kran znajdował się w kuchni, na wysokości bioder, ponad wyłożonym kafelkami brodzikiem. Jeśli się pod nim ukucnęło, można było wziąć zupełnie przyzwoity prysznic.
Z dokumentów dowiedziała się wszystkiego, co tylko mogła. Może przyjęcie dostarczy jej jakichś interesujących informacji.
– Delos Vaughn nie jest zwykłym playboyem, czemu więc wkłada tyle wysiłku w udawanie takowego? – zastanawiała się głośno.
Tovera uśmiechnęła się bez śladu radości czy emocji, odbierając ubranie od Adele. Sprawiała wrażenie służącej zbyt sponiewieranej, by mieć osobowość, a co dopiero własną opinię.
Co, oczywiście, stanowiło odpowiedź: wyglądała tak bezbronnie, że nikt jej nie zauważał, zanim nie uderzyła. Kiedy więc zamierzał uderzyć Delos Vaughn?
I gdzie będzie Adele Mundy, gdy spadnie cios?

* * *
Bar z winem ustawiono w pustym prostokącie o ścianach wyłożonych lustrami. Kiedy Daniel usłyszał przez zgiełk: „Tutaj jesteś, Leary! Miło cię widzieć!”, nie miał pojęcia, skąd dochodzi głos. Spojrzał w lewo, obrócił się w prawo i zobaczył setki elegancko ubranych mężczyzn i kobiet, powielanych w nieskończoność przez odbicia, oraz Wexa Bendinga, który pojawił się za jego plecami. A jednak zaszedł go z lewej strony.
To musiał być Bending, choć bokobrody i kozia bródka zmieniły go niemal nie do poznania. Przyjaciel z dzieciństwa uściskał Leary’ego, dodając:
– Jak się miewa mówca, Danielu? Wspaniały człowiek, wspaniały!
Porucznik zamrugał, zastanawiając się, czy nie zaszła jednak jakaś pomyłka. Bending z pewnością wiedział o fatalnych stosunkach pomiędzy nim a ojcem... czy wręcz o braku jakichkolwiek stosunków.
– Nie widziałem ojca od ponad sześciu lat, Wex – odrzekł. – Sądząc po tym, co zobaczyłem w wiadomościach, nic się nie zmienił. Niestety, nie mam zbyt wiele czasu na oglądanie newsów, nawet teraz, po powrocie na Cinnabar.
Jeden z trzech barmanów w liberiach bez pytania postawił przed Wexem Bendingiem żłobkowany kielich. Najwyraźniej zasugerował miejsce, ponieważ był tutaj stałym bywalcem.
– Dziękuję, Torvaldo – rzucił. Z namysłem przyjrzał się Danielowi. – Ach...?
– Kelner, na mój rachunek – zreflektował się szybko Leary. Pensja młodszego porucznika była znacznie niższa od dochodów Bendinga w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, lecz jego wydatki utrzymywały się na podobnie wysokim poziomie. Z całą pewnością noszony przez niego fioletowo-różowy garnitur był kilka razy droższy od munduru Daniela.
Ten ostatni nie miał nic przeciwko postawieniu komuś drinka, nawet za tutejszą cenę. Zadzwonił do Wexa, kiedy stwierdził, że znajdą czas na spotkanie przed przyjęciem u Vaughna, zastanawiał się tylko, czy jego Biały Mundur nie będzie nazbyt pretensjonalny. Okazało się, że odźwierny mógłby go nie wpuścić, gdyby miał na sobie coś mniej pretensjonalnego.
W klapie Bendinga błyszczała mała, srebrna broszka w kształcie trzech stylizowanych, skaczących ryb-noży: herb Learych z Bantry. Jego ojciec był klientem mówcy Leary’ego i dzięki jego protekcji objął stanowisko w departamencie rolnictwa. Syn najwyraźniej postanowił podążyć tą samą drogą i – jak dotąd – szło mu zdecydowanie lepiej.
Na widok broszy wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsca.
– Zakładam, że po moim telefonie zadzwoniłeś do biura ojca i upewniłeś się, że wolno ci ze mną rozmawiać – rzekł Daniel.
U Cordera Leary’ego bródka i bokobrody okalały chudą, ascetyczną twarz, dopełniając wrażenia szatańskiej mądrości. Ten sam styl w przypadku pyzatego oblicza Wexa Bendinga czynił zeń klowna.
– Cóż, nie chodziło o pozwolenie, Danielu – odparł tamten z urażoną miną. – Lecz niezależnie od przyjaźni, choćby tak serdecznej jak nasza, nie mógłbym zhańbić swego imienia działaniami sprzecznymi z życzeniem mojego patrona.
– Doskonale cię rozumiem! – zapewnił oficer z szerokim uśmiechem, waląc go z rozmachem w plecy.
Naprawdę rozumiał, że przyjaciel, z którym bawił się w chowanego w ogrodach miejskiej posesji Learych, gdzie odwiedzał ojca, zamienił się w drobnego sługusa i jedyne, co teraz liczyło się dla niego naprawdę, to pozycja. Miał nadzieję, iż uśmiech dostatecznie skrył tę wiedzę, choć naprawdę nie miało to żadnego znaczenia – Bending nie spotkałby się z nim, gdyby nie sądził, że takie było życzenie mówcy Leary’ego. W takim przypadku z uśmiechem posłuchałby Daniela, nawet gdyby ten kazał mu skakać w kółko jak myszoskoczek.
Co rodziło pytanie, dlaczego ojciec wyraził zgodę na owo spotkanie. Ale nie to przywiodło porucznika w to miejsce. Kieliszek wina kosztował tu florena.
– W porządku, Wex – ciągnął Daniel. – Co możesz mi powiedzieć o Delosie Vaughnie? Poznałem go wczoraj w Przystani Trzeciej.
– Och, ma świra na punkcie okrętów wojennych – zaczął paplać urzędnik, popijając blado fioletowy koktajl. – Swego czasu Strymon dysponował całkiem ładną flotą. Ale na mocy traktatu musieli zredukować ją do kilku fregat zwalczających piratów... Poza tym niezależnie od tego, ilu senatorów przekupi, nigdy nie opuści Cinnabaru.
– Aha – mruknął, kiwaniem głowy dając do zrozumienia, że uważnie słuchał. Łyknął wina i skonstatował, że właśnie opróżnił kieliszek. Ta ciecz nie miała więcej mocy od morskiej piany! – Czyli ktoś wydaje pieniądze na zatrzymanie go tutaj, tak?
Bending odwrócił się do Leary’ego tak, że patrzył mu prosto w twarz. Prawą rękę opierał na barze, w lewej trzymał kielich. Jeśli Daniel się nie mylił, podziwiał swoją pozę w lustrze za plecami młodego porucznika.
– Och, pewnie coś w tym jest, Danielu – przyznał wypinając lekko pierś. – Posada obserwatora na Strymonie uchodzi za godną pożądania. Żaden senator nie wrócił stamtąd biedny, a i zwykły personel bynajmniej nie narzeka. – Napił się, po czym lekko uniósł szkło i zakręcił trunkiem, zdając się podziwiać pozostałą w kielichu resztkę. – Ale widzisz, nie to jest prawdziwym powodem – dodał. Przysunął się do rozmówcy i ciągnął konspiracyjnym szeptem: – Nasz Delos jest zbyt ostry. I w tym problem. Lepiej dla Republiki, żeby nigdy nie wrócił do domu, rozumiesz?
Oficer zmarszczył brwi. Udawanie dziecka zagubionego w lesie międzygwiezdnej polityki stanowiło najlepszy sposób na wyciągnięcie informacji od kogoś, kto wyraźnie uwielbiał pozować na wprowadzonego w jej tajniki światowca. Nadto, w tym przypadku, była to święta prawda.
– Prawdę mówiąc, nie rozumiem, Wex – oświadczył. – Chyba nikt nie obawia się, że Vaughn mógłby dążyć do odzyskania niezależności? Dwukrotnie zmiażdżyliśmy Strymon, a było to, zanim wujek Stacey do ułamka zredukował czas, jaki potrzebowała eskadra admirała Perlota, by pokonać odległość pomiędzy naszymi światami.
– No tak, zgadza się, jesteś oficerem marynarki! – zawołał urzędnik z niekłamanym zaskoczeniem. Danielowi wydawało się, że mundur Pierwszej Klasy czynił sprawę oczywistą, najwidoczniej jednak szybko awansujący pracownicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych działali w sferze, która nie wymagała od nich posługiwania się własnymi zmysłami. – Łatwo jest mówić o wysłaniu eskadry Bóg jeden wie jak daleko, a zupełnie czym innym płacić za to.
– Rozumiem – skłamał porucznik. Doszedł do wniosku, że w rzeczywistości Bending nie miał pojęcia, co wiązało się z utrzymaniem załóg, uzbrojeniem i wyposażeniem eskadry bojowej. Jak również z obciążeniem, jakie stanowiło to dla Skarbu Cinnabaru. Były to puste słowa, mające przekonać go, iż dawny przyjaciel wiedział to i owo o rządzie. – Ale i tak wysłalibyśmy eskadrę, bez względu na koszty, a wydaje mi się, że skoro Vaughn jest taki cwany i ustosunkowany, to doskonale wie, że zniszczylibyśmy go tak samo jak jego poprzedników.
Klient mówcy Leary’ego osuszył kielich i z zakłopotaną miną odstawił go na kontuar. Daniel postawił obok swoje szkło i dał znak barmanowi. Bóg wie ile będzie go kosztowało to popołudnie, lepiej jednak przeć naprzód, niż stracić już zainwestowane pieniądze.
– No cóż, Danielu, prawda jest taka... – zaczął Bending. Zupełnie zapomniał o swej pozie nadętej ropuchy. – Bardzo miło jest mówić, że Republika chce, aby jej sojusznikom doskonale się powodziło. Owszem, naprawdę tak jest. Lecz za rządów Lelanda Vaughna flota Strymonu poradziła sobie z piratami i niemal cały ruch lokalny obsługiwany był przez tamtejsze frachtowce. Obecnie piraci subsydiowani są przez firmy transportowe – nazwijmy to podatkiem tranzytowym... a kompanie z Cinnabaru mają zasobniejsze kieszenie od tubylców. Ponad połowa przewozów odbywa się statkami Republiki.
– Ach – mruknął ponownie Leary. Napił się, skrywając zdegustowaną minę. – Rozumiem. A Delos odziedziczył po ojcu ducha walki, tak?
– W naszym ministerstwie uważamy, że Delos przerósł ojca w dwójnasób – oświadczył Wex Bending szczerze, choć z zakłopotaniem. – Wiem, że w uszach oficera marynarki może to zabrzmieć niewłaściwie... – Miał co do tego absolutną rację! – ale dla Republiki to naprawdę najlepsza opcja.
A dla cinnabarskich przewoźników, zmuszonych do całowania butów piratom? Nie, nie wydaje mi się.
Na głos Daniel powiedział:
– Jak sądzisz, Wex, co Delos robił wczoraj w Przystani Trzeciej?
Mężczyzna roześmiał się i dokończył drinka. Odstawił kieliszek do góry dnem – na znak, że właśnie skończył swój płynny lunch.
– Podejrzewam, że chodzi o to samo, co każe więźniom patrzeć w niebo, Danielu – odparł. – O przypomnienie sobie o tym, czego się nie ma.
Poklepał go po ramieniu, po czym przepchnął się przez tłum.
– Szepnij o mnie słówko mówcy, Danielu! – zawołał przez ramię.
– Jak tylko go zobaczę! – odkrzyknął radośnie Leary. Spojrzał na rachunek, położony obok kieliszków przez barmana, i wysoko uniósł brwi, a następnie wyłowił z sakiewki dziesięcioflorenową monetę.
A jeśli kiedykolwiek jeszcze ujrzę ojca, to z pewnością wywołam kolejną awanturę, opowiadając mu, jakie podłe gadziny noszą na kołnierzach barwy Learych.



Dodano: 2007-03-20 09:33:13
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj nowości wydawnictwa Initium


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Maszczyszyn, Jan - "Necrolotum"


 Bardugo, Leigh - "Król z bliznami"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

Fragmenty

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS