NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Žamboch, Miroslav - "Bakly. W objęciach śmierci", tom 2

Haldeman, Joe - "Wieczna wojna" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"


 Sanderson, Brandon - "Słowa światłości" (twarda okładka)

 Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 North, Claire - "U schyłku dnia"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Atwood, Margaret - "Opowieść Podręcznej" (2020)

 Cummings, Lindsay; Alsberg, Sasha - "Nexus"

Linki

Drake, David - "Porucznik Leary dowodzi"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Drake, David - "Porucznik Leary"
Tytuł oryginału: Lt. Leary, Commanding
Data wydania: Marzec 2007
ISBN: 978-83-7418-147-1
Liczba stron: 496
Cena: 34,90 zł
Tom cyklu: 2



Drake, David - "Porucznik Leary dowodzi" #4

Rozdział czwarty
Adele usiadła na ławce tkwiącej na ogromnym podwórcu i wyciągnęła osobisty terminal. Po prawej znajdował się wyższy dziedziniec – z sześcioma rzędami siedzisk dla kilkuset wyznawców. Dalej wznosił się wysoki na 80 stóp, pozłacany posąg Ducha Odkupiciela, obramowany stożkowym, wspartym na kolumnach dachem. Budowle te, ustawione na samym szczycie wzgórza, stanowiły jedyną część kompleksu o wyłącznie religijnym charakterze, a i to z rzadka, kiedy przedstawiciele Senatu i sojuszniczych światów składali formalne dziękczynienie za bezpieczeństwo Republiki.
Dawna bibliotekarka uśmiechnęła się bez humoru. W pewnym sensie cały Pentakrest był religijnym gmaszyskiem, poświęconym wierze w to, że Cinnabar winien rządzić galaktyką ludzi. Daniel Leary z pewnością w to wierzył, choć czułby zakłopotanie, gdyby miał wyrazić owo credo w równie bezpośredni sposób.
A Adele Mundy? Nie, nie wierzyła w to i nie była w stanie wyobrazić sobie, by mogła kiedykolwiek uwierzyć. Lecz nie tak dawno temu nie wierzyła w nic, z wyjątkiem nieuchronności śmierci, a teraz, proszę – była przekonana o prawdziwości międzyludzkiej przyjaźni. Być może pewnego dnia Daniel zdoła także nawrócić ją – własnym przykładem; nie był prozelitą – na cinnabarski szowinizm.
Jak zawsze po opuszczeniu biblioteki Adele miała wrażenie, że słońce jej się narzucało. Mimo to nie chciała odczytywać otrzymanych wiadomości w Celsusie; nie po spotkaniu z Mistrzynią Sand. Kontakty z wywiadowcami zawsze wywoływały w niej poczucie nieczystości i paranoi oraz niewygodnej świadomości łatwości, z jaką ktoś mógł ją obserwować w pełnym zakamarków gmachu.
Teraz sama stała się szpiegiem. Przez co czuła się jeszcze gorzej. Możliwe, iż paranoja okaże się pomocna w przetrwaniu, nie miała tylko pewności, czy chciała żyć w taki sposób.
Większość odebranych wiadomości nie była zbyt interesująca: dane z FRC, dotyczące uzupełnienia jej statusu, czy zapytania od ludzi, którzy chcieli jej coś sprzedać. Po opublikowaniu listy osób uprawnionych do otrzymania od rządu Republiki pryzowego za Księżniczkę Cecile oficer Mundy znacznie zyskała na popularności. Uznała za zadziwiające, że tak wielu ludzi myślało, iż chciała kupić majątek ziemski, aerowóz czy towarzystwo.
Pozwoliła sobie na kolejny uśmiech. Towarzystwo, które oferowali jej ludzie pewnego pokroju, nigdy jej nie interesowało, nawet w ramach ciekawostki naukowej. W końcu to Daniel był naturalistą. Oczywiście, jego zainteresowania towarzystwem nie można by nazwać naukowym, choć sposób, w jaki każdej nocy zarzucał sieci i łowił kolejną zdobycz, zdradzał tę samą taktyczną przebiegłość, która pozwoliła mu ograć Sojusz na Kostromie.
Krótki blok informacji został zakodowany. Uczona wprowadziła dzisiejsze hasło; nawet za pomocą różdżek wpisanie 128 znaków zabrało jej trochę czasu.
Wiadomość pochodziła od Tovery, służącej Adele, o ile tak inteligentna i znakomicie przeszkolona socjopatka potrafiła służyć komukolwiek prócz siebie. Tovera wiedziała, że nie była w pełni człowiekiem – istniały uczucia, doświadczane przez istoty ludzkie, których ona nigdy nie pozna. Jej strategia radzenia sobie z uświadamianymi brakami polegała na przyssaniu się do osoby rozumiejącej, kim była, i nie przejmującej się tym.
Za każdym razem, kiedy bibliotekarka patrzyła na swoją służkę, przypominał jej się chłopiec, którego zabiła 15 lat temu oraz inni. Ile jeszcze żywotów Adele Mundy zakończy dzięki czterofuntowemu naciskowi palca na spust, nim jej oczy staną się równie puste, jak jej służącej?
Wiadomość była prosta: dzwonił jej bank w sprawie pożyczki zabezpieczonej pryzowym za Księżniczkę Cecile. Chcieliby spotkać się z nią w najbliższej dogodnej dla niej chwili pod podanym w wiadomości adresem.
Nie był to adres biura, gdzie Adele zakładała konto, ale należało się tego spodziewać. Niemniej miejsce znajdowało się na północnym stoku Wzgórza Postępu; łatwiej tam dotrzeć pieszo aniżeli samochodem.
Należało spodziewać się, że z jej kontem będzie coś nie tak. No cóż, poznała już biedę; najwyżej znowu będzie jadać mniej posiłków.
Opuściła dziedziniec, przechodząc pod łukiem wiodącym na górny podwórzec. Odlano go z surowego betonu i oświetlono przyćmionym, choć funkcjonalnym światłem. To przejście nie miało być podziwiane; korzystali zeń przybywający z północy goście Celsusa lub tutejszych biur.
Przed nią kroczył arystokrata z niewielką świtą. Z drugiej strony nadciągała grupka urzędników. Jeden dojadał bułkę, inni nieśli na wpół opróżnione kufle. Rozprawiali o projekcie budowlanym i o tym, ile będzie musiał zapłacić inwestor, by otrzymać stosowne pozwolenie.
Mundy czuła, że się rozprasza – zapamiętuje twarze bez wpatrywania się w nie, wychwytuje intonacje i fragmenty wypowiedzi. Przyłapawszy się na tym, przestała tak robić, nie wyrzucając jednak z pamięci zdobytych informacji.
Władze miejskie Xenos nie płaciły jej za walkę z łapownictwem. Mimo to Adele spędziła całe życie na nauce gromadzenia i kojarzenia danych. Ostatnie miesiące z Danielem – i mistrzynią Sand – sprawiły, iż nauczyła się doceniać także inne źródła informacji, nie mogła jednak pozwolić wymknąć się temu spod kontroli, w przeciwnym razie b owiem rychło postrada zmysły.
Uśmiechnęła się. Możliwe, iż jej zdrowie umysłowe stanowiło jedynie założenie bez pokrycia.
W informacji o banku nie było niczego, co wymagałoby zaszyfrowania. Poza tym, gdyby ktoś koniecznie chciał o tym wiedzieć, to oryginalna wiadomość z pewnością przyszła otwartym tekstem. Tovera zakodowała ją, ponieważ czyniła tak ze wszystkimi wiadomościami do swej pani, dzięki czemu naprawdę ważne dane nie wyróżniały się przez ich zaszyfrowanie.
Ta kobieta robiła wszystko w sposób planowy, ponieważ brakowało jej instynktu, jakim zazwyczaj posługiwali się zwykli ludzie. Biuro Piąte gwaranta Porry dobrze ją wyszkoliło... A teraz postępowała zgodnie z instrukcjami Adele, tak samo jak zadziałałby pistolet, tkwiący w lewej kieszeni byłej bibliotekarki – bez skrupułów i wahania, czysta akcja po naciśnięciu spustu.
Oficer opuściła tunel. Sprawdziła adres na mapie, nie zawracała sobie jednak głowy wywołaniem zdjęcia budynku. Miał pięć kondygnacji i fasadę z kolumnami, wpisującą się w architekturę budowli z przeciwległego zbocza wzgórza.
Niewielka mosiężna tabliczka przy drzwiach głosiła: „Skarbiec Spedytorów i Kupców”; bijąca od niej dyskretna elegancja byłaby obrazą dla populistycznych pretensji rodziców Adele. Zamarła, odczytawszy ją.
Miała nadzieję, że sama żywi niewiele pretensji, a wystarczająco długo żyła jako uboga przedstawicielka „zwyczajnych ludzi”, by wciąż uznawać idealizm za interesujący. Mimo to założyła rachunek w People’s Trust. To nie był jej bank, a jeśli komuś wydawało się, że może pozwolić sobie na tego typu gierki z Mundy z Chatsworth...
Nie kontynuowała tej myśli, gdyż prowadziła ona jedynie do widoku różowej mgły zamiast prawdziwej twarzy po drugiej stronie lufy pistoletu pojedynkowego.
Odźwierny ukłonił się grzecznie, wpuszczając ją do zaskakująco niewielkiego lobby. We wnęce rosło drzewko z pióropuszem szerokich liści na czubku, oświetlone blaskiem padającym ze świetlika w dachu. Przed nim znajdowała się recepcja z pożółkłej ze starości kości słoniowej.
Dwa boksy kasowe stały puste. Zamknięte drzwi w tylnej ścianie prowadziły do pokojów zapewniających klientom więcej prywatności.
– Zaproszono mnie do Biura E – oznajmiła Adele recepcjoniście, zastanawiając się, czy na jej twarzy widać gniew, który próbowała stłumić, dopóki nie upewni się co do faktów.
Mężczyzna musnął dyskretny przycisk i wstał z uśmiechem.
– Zgadza się, mistrzyni Mundy – odrzekł. – Zechce pani przejść tutaj? To chwilę potrwa.
Otworzył drzwi do urządzonego ze smakiem pokoiku. Jedyny wyjątek stanowiło odlane z plastiku biurko. Niemal na pewno pochodziło z czasów kolonizacji.
Drzwi w przeciwległej ścianie otworzyły się, ukazując pulchną, elegancko ubraną kobietę w wieku Adele Mundy. Finansistki nie można było uznać za piękność, choć uchodziłaby za ładną, gdyby częściej się uśmiechała. Nie to, żeby Adele miała prawo cisnąć w nią za to kamieniem.
– Proszę usiąść, mistrzyni – przemówiła kobieta. Zamiast zasiąść za biurkiem, podeszła do jednego z krzeseł przed nim.
– Dziękuję, postoję – odparła oficer Mundy. Nigdy jej nie spotkała, choć wydawała się zwodniczo znajoma. – Mam rachunek w People’s Trust. Czemu zostałam wezwana tutaj?
– Dziś rano odkupiliśmy pani rachunek od People’s Trust, mistrzyni Mundy – wyjaśniła kobieta. – To jedna ze spraw, którą chciałabym z panią omówić. Powinnam była zacząć od tego...
Wykupili mój rachunek? Jak można wykupić...
– ...że nazywam się Deirdre Leary. Jak rozumiem, zna pani mojego młodszego brata.
Och.
Adele stała sztywno, ignorując wyciągniętą ku niej rękę siostry Daniela.
– Mistrzyni Leary – powiedziała – natychmiast stąd wychodzę. Dalsza komunikacja pomiędzy nami może odbywać się wyłącznie poprzez sekundantów, którzy ustalą szczegóły kolejnego spotkania.
Proszę, mistrzyni Mundy – rzuciła Deirdre. Nie wycofała wyciągniętej dłoni. – Proszę, przyniesie to korzyść pani i mojemu bratu. Na honor Learych!
Adele tkwiła nieruchomo, próbując zrozumieć sytuację. Daniel wyrażał się o swojej siostrze z szacunkiem, choć niezbyt ciepło. Deirdre Leary podążyła śladami ojca w interesach, a być może wkrótce także w polityce. Poza tym wyglądała na wzorzec moralnych cnót, których – jak bez oporów przyznawał porucznik Leary – jemu brakowało.
Adele nie dysponowała wystarczającą ilością danych, by właściwie ocenić sytuację. Uśmiechnęła się krzywo, pomimo że wisielczy humor kierowała bardziej do siebie niż do kobiety przed sobą. Wyraźnie musiała zebrać więcej informacji.
– Znam pani brata wystarczająco długo, by docenić wartość honoru Learych – oznajmiła. Ujęła dłoń Deirdre i potrząsnęła nią; finansistka miała mocny uścisk, choć sama dłoń była raczej miękka.
Mundy usiadła na wskazanym jej krześle i dodała:
– A teraz z przyjemnością wysłucham wyjaśnienia mojej obecności w tym miejscu.
– Jestem pewna, iż wie pani, że mój ojciec i brat rozstali się w mało serdeczny sposób – orzekła Leary, także siadając. Krzesła stały obok, a nie naprzeciwko siebie, przez co kobiety musiały odwracać głowy, by móc na siebie patrzeć. – Od tamtej pory nie utrzymują ze sobą kontaktu.
– Owszem, Daniel wspominał o tym – odparła Adele. Dosyć często dochodziła do wniosku, że testosteron był odpowiedzialny za wiele problemów tego świata.
Deirdre wydęła wargi w sposób sugerujący, że podziela tę opinię.
– Powiadomiłam ojca o moich zamiarach – ciągnęła. – Nie chciałabym jednak, aby uznała pani, że skontaktowałam się z nią wskutek jego sugestii czy wręcz polecenia. Z drugiej strony, nie próbował również mi tego zakazywać.
– Być może powinna mnie pani zapoznać ze swoimi intencjami – zaproponowała uczona pozbawionym emocji głosem. Na razie podejrzewała próbę dobrania się do Daniela poprzez jego przyjaciółkę; a jeśli jej domysły się potwierdzą, to wpadnie w większą wściekłość niż kiedykolwiek w życiu.
– Moją jedyną intencją, zresztą już urzeczywistnioną – odparła finansistka głosem suchym jak świeżo wypalona cegła – jest zmniejszenie prowizji od pożyczanych przez panią sum z dwudziestu do siedmiu procent. Siedem procent to stawka, której nie otrzymałby człowiek z ulicy, ale my w SSK ufamy, iż rząd wywiązuje się ze swych zobowiązań.
Adele przetrawiała nie tylko przekazane jej bezpośrednio informacje, ale także te zasugerowane przez Deirdre Leary.
– Oznacza to, że warunki zaproponowane mi przez bank rodziców były niekorzystne – uznała.
Musieli widzieć, że przychodzę!
– Nie komentuję działań innych firm – odparła rozmówczyni z zimnym uśmiechem, sugerującym, że z przyjemnością by to uczyniła, gdyby nie była pewna, iż Adele doskonale wszystko zrozumiała. – Gdyby jednak któryś z moich pracowników podpisał taki kontrakt z oficerem marynarki, musiałby poszukać sobie innej pracy. I to poza bankowością, ponieważ wypowiadając mu umowę, wystawiłabym jednocześnie wilczy bilet.
Będąc ostatnią ocalałą z rodziny, Adele Mundy doskonale zdawała sobie sprawę z bezwzględności mówcy Leary’ego. Wyglądało na to, że jego córka co nieco po nim odziedziczyła.
– Zanim jednak zacznie się pani obwiniać za to, iż dała się wykorzystać – ciągnęła przedstawicielka banku – powinnam wspomnieć, że mój brat zrobił jeszcze gorszy interes na swoim pryzowym. Finanse wymagają obecnie równie wysokiego poziomu specjalistycznej wiedzy, jak astrogacja czy badania archiwalne.
– Czy w takim razie wykupiła pani również konto Daniela? – zapytała oficer, mając wbrew wszystkiemu nadzieję, że odpowiedź będzie brzmiała „Nie”, ponieważ reakcja jej przyjaciela byłaby...
– Dobry Boże, nie! – odrzekła Deirdre. – Nie twierdzę, iż rozumiem mojego brata, mistrzyni Mundy, potrafię jednak przewidzieć jego reakcję na tego typu działanie. W SSK panuje dystyngowana atmosfera, do której bynajmniej nie pasowałaby obecność młodego oficera grożącego, iż nie pozostawi tu kamienia na kamieniu.
Adele zachłysnęła się, gdy wciągane w płuca powietrze napotkało zmierzający w przeciwną stronę wybuch śmiechu. Właśnie wyobraziła sobie oddział marynarzy z Księżniczki Cecile, idący na Skarbiec Spedytorów i Kupców z siekierami i łomami.
– Tak, zgadzam się z pani oceną sytuacji, mistrzyni Leary – oznajmiła. Wstała, ponieważ czekało ją mnóstwo pracy z przyswojeniem sobie informacji o Strymonie. Jeśli finansistka miała coś jeszcze do powiedzenia, najwyższa pora, aby to uczyniła.
Deirdre Leary również podniosła się z krzesła.
– Skoro jednak poruszyła pani tę kwestię – rzekła. – Byłoby finansowo korzystne dla Daniela, gdyby również przeniósł swój rachunek do SSK.
Adele nagle przypomniała sobie chwilę, gdy po raz pierwszy poznała szczegóły śmierci jej siostrzyczki, Agaty.
– Nie zaryzykowałabym mojego honoru, nakłaniając Daniela do jakichkolwiek kontaktów z rodziną Learych, mistrzyni – oświadczyła głosem ostrym jak napięta struna od fortepianu.
– Nie oczekiwałam tego od pani, mistrzyni – odparowała Deirdre, poruszona gniewem Adele jak granitowa skała deszczem. – Niemniej oświadczam na mój honor, że Daniel nie poniesie żadnych strat, prowadząc interesy z SSK.
Ta kobieta ma równie sztywny kark, co Mundy! Co nie powinno zaskakiwać, jako iż obie rodziny ukształtowały się w tym samym tyglu cinnabarskiej polityki.
– Zapoznając się z danymi na pani temat – dodała finansistka, patrząc na nią z ukosa – zauważyłam, iż część majątku pani rodziny została odzyskana po Edykcie Pojednawczym. Podejrzewam zmowę sądu z waszym kuzynem, utrzymującym, że był najbliższym ocalałym krewnym. Takie potknięcie sprawiedliwości byłoby łatwo naprawić.
Mundy uśmiechnęła się blado i wyciągnęła rękę.
– Miłego dnia, mistrzyni – powiedziała. – Uważam, iż najlepiej zapomnieć o przeszłości, choć zapamiętam tę informację do ewentualnego późniejszego wykorzystania.
Wyszła z budynku banku, przed którym znajdowała się stacja bocznicy wschód-zachód. Wróci do swojego apartamentu, gdzie zdobędzie potrzebne jej dane. Przynajmniej pierwszą porcję, pozwalającą jej sprecyzować kryteria drugiego przeszukania.
Nie zamierzała mówić Danielowi o dzisiejszym spotkaniu; o żadnym z nich. Poczułby się nieswojo, wiedząc o mistrzyni Sand, a jeśli chodzi o jego siostrę...
Adele nie chciała wspominać o Deirdre, zanim sama nie będzie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć.

* * *
Daniel Leary siedział za cywilnym biurkiem, wstawionym do wynajętego apartamentu. Wyłączył telefon, przez który przed chwilą rozmawiał z porucznikiem Monem. Okno wychodziło na zbocze wzgórza, usiane trzy- i czterokondygnacyjnymi kamienicami podobnymi do tej, w której właśnie się znajdował. Dzięki temu, iż na dachach większości z nich urządzono ogrody, widok bardziej przypominał Bantry, wiejską posiadłość Learych, niż wielkie miasto.
Do pokoju wszedł Hogg, krzywiąc się ponuro.
– Pański nowy Biały Mundur nie będzie gotowy przed upływem tygodnia, chyba że przycisnę Sadlacka mocniej niż do tej pory – oznajmił. – Ocenia pan, że mamy jeszcze tydzień?
Hogg był niski, gruby i łysy, choć miał zaledwie około pięćdziesiątki. Nie był pokojowcem dżentelmena ani typowym dla marynarki służącym, figurującym na liście załogi i obsługującym jednego z oficerów za dodatkowe wynagrodzenie, wypłacane z kiesy tegoż oficera.
– Tydzień? – powtórzył Daniel. Zwykle mogło potrwać co najmniej tydzień, zanim rozkazy przebrną przez labirynt Biura Floty, lecz po odbytym niedawno spotkaniu czuł dziwną pewność, że w tej sprawie nie ma niczego zwyczajnego. – W żadnym razie, Hogg. Właśnie poleciłem Monowi, żeby Sissie była gotowa do startu w ciągu najbliższych sześciu godzin. Zebranie załogi zajmie dwa dni, ale jest to jedyna zwłoka, jaką przewiduję. Przypuszczam, że będę musiał zadowolić się jednym z moich szarych kompletów.
Hogg opiekował się swym panem, gdy ten dorastał w Bantry. Piastunki i nauczyciele przychodzili i odchodzili. Matka stanowiła łagodną obecność w tle, a Corder Leary odwiedzał posiadłość, by wydać polecenia, wymierzyć kary i od czasu do czasu rozdać nagrody, po czym wracał do spraw, w jego mniemaniu, naprawdę ważnych.
Hogg był tam zawsze, ucząc go wszystkiego, co sam potrafił: o dzikiej przyrodzie, kobietach i kartach, jak trzymać kieliszek z alkoholem, a jak trzymać język na wodzy, o lojalności i odwadze oraz historii Learych z Bantry. Na tyle, na ile było to możliwe, Hogg nauczył Daniela, jak być prawdziwym mężczyzną.
– Chyba jednak trochę przycisnę nadętego skurczybyka – mruknął z zadowoleniem. Był prowincjuszem, który nauczył się o życiu w mieście wystarczająco wiele, by móc czerpać z tego korzyści (do diabła, sługa Leary’ego prawdopodobnie wygrałby wszystkie widły w okolicy za pomocą gry w trzy karty), lecz nigdy nie pozbył się pogardy dla handlarzy mówiących z ładnym akcentem. – Nie obejmie pan pierwszego stałego dowództwa bez odpowiedniego munduru, panie Leary.
Oficer zastanawiał się, co dokładnie w tym kontekście oznaczało owo „trochę przycisnę”. Uznał, że nie chce wiedzieć. Potrzebował Białego Munduru, żeby zastąpić komplet utracony na Kostromie... poza tym sam uznał Sadlacka, Dostawcę Dżentelmenów, za pyszałkowatego drania. Skoro gość zamierzał szyć mundury Pierwszej Klasy dla oficerów FRC, to powinien, do licha, pracować tak jak oni: 24 godziny na dobę – aż do wykonania zadania.
Służący wrócił do siebie, radośnie pogwizdując. Daniel ponownie złapał aparat i wczytał osobisty numer Adele. Nacisnął „Wyślij” i zaczekał, wyglądając przez okno na okoliczną zieleń.
Miał na głowie hełm dowódczy marynarki, z którego mógł telefonować łatwiej niż ze sprzętu cywilnego, gdyż nie był z nim tak obeznany. Nie uczynił tego ze względu na widok za oknem. Czułby się dziwnie, używając hełmu i widząc przed sobą bujną roślinność zamiast szarej grodzi.
Hogg wrócił, sprawdzając działanie składanego noża. Po chwili wrzucił go do kieszeni.
Porucznik nie uzyskał połączenia, dopóki nie zostało automatycznie przerzucone na aparat w apartamencie Adele. Rozległo się szczęknięcie połączenia, lecz ekran pozostał czarny. Telefony marynarki nie marnowały pasma na wizję; Mon również był jedynie głosem, kiedy Daniel rozmawiał z nim parę minut wcześniej. W przypadku Mundy, bądź jej służącej, brak obrazu stanowił kwestię wyboru.
– Tak? – odezwała się Tovera głosem beznamiętnym niczym jakieś urządzenie. Nie było to powitanie zawodowej recepcjonistki, lecz Leary nie zamierzał narzekać. Jego sługa był równie serdeczny, mówiąc: „A w ogóle to kto dzwoni?”, kiedy odbierał telefon.
– Tovero, przekaż, proszę, swojej pani, że niedługo otrzymamy rozkaz wylotu – powiedział oficer. – Co oznacza, iż Księżniczka Cecile niedługo wystartuje pod moimi rozkazami. Chciałbym także, żeby pomogła mi w kompletowaniu załogi. Będzie umiała zdobyć rzetelne dane o astronautach, których nie znam osobiście, oraz informacje, jakich nie przekażą mi ich dotychczasowi kapitanowie.
– Pani Mundy nie ma, poruczniku – odrzekła tamta – i nie znam jej planów. Przekażę jej wiadomości od pana, jak tylko będzie to możliwe.
Przynajmniej część tej wypowiedzi na pewno zawierała kłamstwo, jednak Daniel był równie pewny, że nawet tortury nie wydobyłyby z Tovery dokładniejszej odpowiedzi. To nie służąca, z której każdy byłby kontent, lecz Adele wyglądała na zadowoloną. A to Danielowi w zupełności wystarczało.
– Dziękuję, Tovero – rzucił i rozłączył się. Im szybciej zwolni linię, tym szybciej kobieta skontaktuje się ze swoją panią. Poza tym – i nigdy, choćby za milion lat, nie powie tego swej przyjaciółce, ponieważ nie była to jego sprawa – młoda, blada dziewczyna sprawiała, że cierpła mu skóra.
– Kolacja będzie późno – obwieścił starszy mężczyzna, sięgając do klamki – ale sprawy ważne mają pierwszeństwo. Jeśli obawia się pan, że umrze z głodu, to zakładam, iż zdoła znaleźć jakieś miejsce, gdzie go nakarmią.
– Chyba tak – mruknął Leary, zastanawiając się, co na taką wymianę zdań powiedziałby pokojowiec ojca. Z drugiej strony, żaden pokojowiec nie zaryzykowałby życia dla Cordera Leary’ego, a Hogg uczynił to dla jego syna, a nawet jeszcze więcej. Daniel nie potrzebował afektowanej służalczości; potrzebował Hogga.
Dzwonek do drzwi poderwał obu mężczyzn. Służący spojrzał na Daniela. Ten skinął głową, zastanawiając się jednocześnie – jak zwykle przy takich okazjach – co zrobić z rękoma. Hogg otworzył drzwi słudze w fioletowo-brązowej liberii, z piórami zdobiącymi szwy nogawek i rękawów, trzymającemu w dłoniach obwiązany wstążką zwój.
Porucznik złapał się na tym, że bardziej zainteresowały go pióra – szedł o zakład, że nie pochodziły od żadnego tutejszego gatunku – niż zawartość dokumentu. Wszak to ostatnie zaraz się wyjaśni, a o pochodzeniu piór pewnie nic nie wiedzieli ani służący, ani krawiec. Dla większości ludzi były tylko dodatkiem.
– Lord Delos Vaughn przesyła pozdrowienia szanownemu porucznikowi Danielowi Leary’emu! – przemówił posłaniec z lepszym akcentem, niż można było usłyszeć na organizowanych przez Deirdre wieczorkach towarzyskich. – Prosi również o odpowiedź.
Podał zwój Hoggowi, po czym ukłonił się Leary’emu. Sługa Daniela pacnął dokumentem we wnętrze lewej dłoni – wyglądał na prawdziwy pergamin – po czym uśmiechnął się i wyciągnął nóż. Do przecięcia wstążki użył haczyka do patroszenia, znajdującego się na grzbiecie ostrza.
– Piszą tutaj, że jest pan zaproszony na przyjęcie w Ogrodach Wodnych Anadyomene, jutro po południu, od drugiej do szóstej – odczytał, rozprostowując pergamin lewym kciukiem i palcem wskazującym, dzięki czemu mógł trzymać otwarty nóż, na który wybałuszał oczy przybyły służący. – Może pan przyjść z osobą towarzyszącą. Zainteresowany?
Było to przedstawienie odgrywane na rzecz posłańca; zwykle Hogg skwitowałby zaproszenie chrząknięciem, po czym rzuciłby je swemu panu. Twarz biednego sługi przybrała niemal odcień liberii.
Daniel przebiegł w myślach sprawy, które powinny zostać dopilnowane przed startem korwety. Ze swoją częścią zadań przyjdzie mu uporać się do południa. Marynarze zaczną się zgłaszać, jak tylko oficerowie dyżurni odczytają im rozkazy na porannym apelu. A zostaną one odczytane, choćby nie wiadomo jak nie podobały się ich kapitanom, ponieważ sygnował je sam admirał Anston.
Dawni Sissies zostaną wciągnięci na listę załogi automatycznie. Mógłby zająć się tym byle chorąży. Jedyne decyzje, jakie będzie musiał podjąć porucznik Leary, dotyczyły stanowisk, które pozostaną nie obsadzone po zgłoszeniu się wszystkich chętnych Sissies, ale to i tak nie rozstrzygnie się przed szóstą.
– Tak, w porządku – postanowił. – Mój gość i ja z przyjemnością przyjmiemy zaproszenie.
Sługa ukłonił się ponownie i pospiesznie przekroczył otwarte przed nim drzwi. Nie spuszczał wzroku z czubka noża, dopóki nie odwrócił się, by pognać schodami na dół.
– Cóż, powinno być ciekawie – mruknął Daniel, zacierając ręce.
Oczywiście zabierze ze sobą Adele, która była zbyt dobrą przyjaciółką porucznika, by myśleć o niej jako o dziewczynie. Na tego typu przyjęciach z pewnością znajdzie się pełno młodych sztuk, uwielbiających mundury. W razie czego oficer Mundy zniknie z horyzontu, dając mu swobodę manewru, gdyby zaś przyprowadził tam jakąś dziewczynę, czułby się zobligowany do odprowadzenia jej później do domu.
– Potrzebny będzie formalny strój wyjściowy – uznał Hogg. – Wrócę z pańskim białym, lepiej jednak na mnie nie czekać.
Pominąwszy kobiety, sam Delos Vaughn był całkiem interesujący... i zainteresowany Danielem Learym, co oznaczało, że lepiej zebrać o nim trochę informacji. Syna mówcy Leary’ego nie trzeba było uczyć tak podstawowych spraw.



Dodano: 2007-03-20 09:32:30
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj nowości wydawnictwa Initium


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Chiang, Ted - "Wydech"


 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

Fragmenty

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS