NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

Žamboch, Miroslav - "Bakly. W objęciach śmierci", tom 2

Ukazały się

Mammay, Michael - "Przestrzeń"


 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"

 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

Linki

Drake, David - "Porucznik Leary dowodzi"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Drake, David - "Porucznik Leary"
Tytuł oryginału: Lt. Leary, Commanding
Data wydania: Marzec 2007
ISBN: 978-83-7418-147-1
Liczba stron: 496
Cena: 34,90 zł
Tom cyklu: 2



Drake, David - "Porucznik Leary dowodzi" #3

Rozdział trzeci
Daniel Leary siedział w Generalnej Poczekalni Biura Floty, przyglądając się sufitowi, znajdującemu się 30 stóp nad jego głową. Promienie popołudniowego słońca padały ukośnie na uczepione rogów kasetonów strzępki pajęczyn, zamieniając je w połyskujące brylanciki.
Oprócz niego w poczekalni przebywało około trzystu oficerów, zwykle przewyższających stopniem Daniela. Część rozmawiała przyciszonymi głosami; inni czytali lub udawali, że czytają artykuły o tematyce zawodowej w Gazecie; większość siedziała ze wzrokiem utkwionym przed siebie i ponurymi minami osób oczekujących, że usłyszą najgorsze, i zdecydowanych przyjąć to tak, jak na oficerów FRC przystało.
Porucznik miał całkowitą pewność, że był jedyną osobą wśród obecnych, która wiedziała, iż pajęczyny nie zostały utkane przez lokalne, cinnabarskie gatunki – ani ziemskie pająki, jeśli już o to chodziło – lecz raczej przez skrzydlate ślimaki z Florissantu. Poruszenie w cieniu, pod przeciwległym rzędem ławek, zostało spowodowane przez skoczka Quatie – ciepłokrwistego owada wielkości ludzkiego kciuka, poszukującego na posadzce upuszczonych okruszków, które zagarniał wyrastającymi z przednich odnóży wachlarzykami z cienkich jak włos włókienek. Słabiutkie, lecz rytmiczne szmery, ledwie słyszalne w szumie głosów i stukocie butów, wydawała amfibia rozpowszechniona na wszystkich trzech Gwiazdach Halapa... oraz w Biurze Floty.
Na przestrzeni wieków FRC dotarła do większości zamieszkanych przez ludzi światów, a mieszkańcy tych światów w wielu przypadkach przeniknęli do FRC. Daniel uśmiechnął się: Można by napisać historię ekspansji Cinnabaru w oparciu o historię naturalną Biura Floty.
Drewniana balustrada, pociemniała z upływem lat i wypolerowana przez przedmioty należące do setek petentów, oddzielała poczekalnię od części administracyjnej, gdzie urzędowało siedmiu cywilów. Młodszy porucznik około czterdziestki przemówił ponaglająco do recepcjonistki, która nie przerwała pisania. Nawet jeśli usłyszała prośbę oficera, nie dała tego po sobie poznać.
Starszy urzędnik, w szarozielonym płaszczu, nadzorował pracę zza biurka, ustawionego w końcu pomieszczenia, z palcami ułożonymi w piramidkę i miną pełną lodowatej wyższości. Lśniącej doskonałości blatu, wykonanego z jednego kawałka czarnego opalu, nie mącił żaden dokument ani konsola danych. Na skraju mebla stała niewielka drukarka, jakby rozważając popełnienie samobójstwa w próbie zadośćuczynienia za narzucanie się tak czcigodnej personie.
Wszyscy urzędnicy byli cywilami, jakby dla podkreślenia faktu, iż znajdowali się poza władzą choćby najwyższego stopniem oficera FRC. Kilku spośród oczekujących na spotkanie miało stopień kapitana; co pewien czas w holu pojawiał się nawet admirał. Decyzję o tym, kto i kiedy przejdzie barierę i dostanie się do wewnętrznych biur, podejmowano bez zwracania uwagi na odczucia zgromadzonych w poczekalni.
Na jednym z biurek zaszumiała drukarka; siedzący przy nim urzędnik wstał i podał pasek wydruku stojącemu na podium heroldowi.
– Numer siedemdziesiąty trzeci! – zagrzmiał tamten.
Ivroidowa plakietka Daniela miała wygrawerowany numer 219. Oczywiście, o żadnym pierwszeństwie nie było mowy. Pozostawało jedynie kwestią czasu, kiedy odpowiedzialny za personel, tymczasowy referent dotrze do prośby Leary’ego o sześćdziesięciu dodatkowych pracowników na dwanaście godzin, żeby pomogli przyszykować Księżniczkę Cecile, po to, by przekazać ją dowódcy sił jako gotową do otrzymania zadania.
Podstarzały porucznik, wykłócający się z – a raczej wykłócający się przy – recepcjonistce, z radosnym zdumieniem zerknął na swój numerek. Ruszył naprzód, zaraz jednak zamarł. Inny porucznik, zadbana kobieta w mundurze tak świeżym, jakby nadal wisiał na manekinie u krawca, przechodziła właśnie przez bramkę, podawszy uprzednio plakietkę woźnemu.
Starszy mężczyzna ponownie obejrzał kawałek ivroidu, po czym z rozmachem cisnął nim o podłogę. Oczekujący w sali ostentacyjnie zwrócili wzrok na ściany i sufit. Daniel obserwował parę ślimaków, omotujących żuka lśniącym, śmiertelnym całunem. Jako jedyny patrzył na coś, zamiast odwracać oczy od żenującej sceny.
Zgromadzeni tutaj oficerowie nie obawiali się tego, co usłyszą. Obawiali się, że nie usłyszą niczego, że będą przesiadywać na tych twardych ławkach dzisiaj i jutro, i do końca swych dni, aż wreszcie poddadzą się rozpaczy, a FRC nigdy ich nie wezwie.
– Numer czternasty! – zawołał herold. – Numer sto pięćdziesiąt pięć!
Porucznika Leary’ego nie zignorują, nie tym razem, choć możliwe, że spędzi tutaj resztę dnia. Astronautów brakowało – zwyczajnie nie znalazłoby się tyle przeszkolonego personelu, by obsłużyć jednocześnie marynarkę handlową i szykującą się do wojny FRC. Niemniej można było tymczasowo wypożyczyć marynarzy ze statków stojących w porcie, aby przetestować niezbędną korwetę.
Po przekazaniu Księżniczki Cecile młody oficer powróci do tej właśnie poczekalni, żeby oczekiwać na nowy przydział. Co mogło bardzo długo potrwać. Trudno znaleźć doświadczonych marynarzy, lecz podaż oficerów patentowych była większa od ilości oczekujących dla nich miejsc, nawet w rozbudowywanej flocie.
Stanowiska przypadały ludziom ustosunkowanym, cieszącym się poparciem starszego oficera – ze względu na osobistą znajomość albo rekomendację cywila, którego bogactwa lub polityczne wpływy ów starszy oficer mógł wykorzystać. Daniel niczym takim nie dysponował. Wyróżnił się na Kostromie, lecz awanturniczy charakter jego sukcesu mógł równie dobrze powstrzymać oficera przed zaproszeniem „młodego Leary’ego” na spotkanie.
Szum drukarki był zbyt słaby, by zauważyli go czekający za balustradą, lecz cała szóstka urzędników obróciła się powoli i wpatrzyła w przełożonego niczym króliki w obliczu węża. Ich ruch przyciągnął uwagę oczekujących oficerów, w tym Daniela.
Drukarka starszego urzędnika wypluła pasek papieru. Dopiero po chwili zostało to zauważone. Mężczyzna musiał wstać i przechylić się nad rozległym blatem, by wyrwać dokument ze szczeliny. Przeczytał go z niedowierzaniem, po czym podszedł do herolda, śledzony przez wszystkie oczy w przestronnym pomieszczeniu.
Herold napełnił płuca powietrzem, w pełni świadomy, że ma największą publikę w całej swej karierze.
– Numer dwieście dziewiętnaście! – ryknął.
Dobry Boże!
Daniel Leary wstał, zdając sobie sprawę, że jego mundur Drugiej Klasy bardzo ucierpiał w trakcie oprowadzania wuja po Księżniczce Cecile. Spodnie lekko się wymięły i lepiły z tyłu do ud; zwykle wyprostowałby je beztrosko po drodze, ale teraz!
Szedł przed siebie z obojętną miną. Syn Cordera Leary’ego doskonale wiedział, jak to jest być na wizji. Szczególnie, kiedy się uśmiechał, co zdarzało mu się bardzo często, Daniel nie wyglądał na swoje 22 lata. Zazwyczaj mu to nie przeszkadzało – wręcz przeciwnie, wiele kobiet uznawało to za wielce intrygujące. Jednak w tej chwili żałował, że nie może podołać ciężarowi osądu.
Żałował również, iż nie zgubił tych piętnastu funtów, jak to od dawna sobie obiecywał!
Herold odebrał od niego numerek 219 i wrzucił do pojemnika na recepcji. Podał porucznikowi pasek wydruku, a woźny uniósł barierkę, przepuszczając go za balustradę.
Natychmiast przeszedł na drugą stronę, na wypadek gdyby woźny zmienił zamiar, po czym zatrzymał się, by przeczytać wydruk. Na górze wypisano jego stanowisko, numer i zapytanie złożone u recepcjonistki. W okienku z miejscem przeznaczenia znalazł wskazówkę:

Parter, Pokój 14
Przeciął część administracyjną, mijając biurko nadzorcy – wciąż stojącego i obserwującego Daniela z miną człowieka, który właśnie potknął się o bezgłowego trupa – a następnie opuścił salę przez drzwi z polerowanego drewna. Dopiero, gdy te zamknęły się za nim, pozwolił sobie na rozluźnienie, czemu towarzyszyło donośne westchnienie ulgi.
Wyprostował nogawki spodni. Stojąca w długim korytarzu woźna przyglądała mu się z chłodnym zainteresowaniem.
– Pokój czternasty – oznajmił wskazując na pasek wydruku.
– To biuro Szefa – oświadczyła z niezmąconym spokojem woźna. – Do samego końca i w prawo. – Kiwnęła głową.
Podziękował za informację ukłonem i ruszył korytarzem. Po prawej minął sześć nieoznakowanych, zamkniętych drzwi; na matowej szybie siódmych, otwartych, drzwi widniało: „Dyrektor ds. personalnych”. Daniel zatrzymał się i już miał wejść do niewielkiego pokoiku przyjęć, gdzie asystujący oficer łącznikowy podniósł na niego wzrok...
Lecz nie były to ostatnie drzwi w korytarzu; poza tym widniał na nich numer 10.
Leary uśmiechnął się przepraszająco do urzędnika i ruszył dalej. Z poczekalni za jego plecami wyszła grupa oficerów i skręciła w przeciwną stronę, ku schodom prowadzącym na wyższe piętra.
Woźna powiedziała: „Biuro Szefa”, co Daniel uznał za „szefa ds. personalnych”. Wyprostował się i maszerował przed siebie, całkowicie zagubiony i nieco wystraszony. Cóż, FRC oczekiwała od swych oficerów, by umieli znaleźć się w każdej sytuacji, jakiej przyszło im stawić czoła w trakcie wypełniania obowiązków.
Ostatnie drzwi po prawej oznaczono jako „Zakupy I”, „Zakupy II” i „Zakupy III”. Ze środkowych drzwi wyszła dwójka cywilów, radośnie żegnając się z kimś wewnątrz. Młodzieniec zatrzymał się, lecz wyższy z nich i tak na niego wpadł... i zatoczył się do tyłu.
– Och, przepraszam, poruczniku, bardzo przepraszam! – zawołał poklepując go po ramieniu zgrubiałą od odcisków dłonią. – Gdybyś pan wieczorem zajrzał do Tawerny Portowej, zamówże drinka na mój koszt!
Daniel uśmiechnął się i poszedł dalej. Najwyraźniej ktoś zrobił dobry interes z Biurem Floty.
Pokój 14 znajdował się na samym końcu korytarza. Na drzwiach – zamkniętych – napisano: „Przewodniczący Zarządu Floty”.
Zza szyby dobiegały jakieś głosy. Zatrzymał się, skonsternowany, po czym zapukał do drzwi.
– Wejść! – zawołał czyjś głos.
Oficer przekręcił gałkę i znalazł się w kolejnej poczekalni, tym razem wyłożonej przepięknym, czarnym hebanem. Na gości czekały trzy wyściełane fotele oraz bezbarwny człowieczek, siedzący za biurkiem dopasowanym kolorystycznie do boazerii.
– Admirał Anston przywiózł cały zestaw z podbitego przezeń High Meyne – przemówił mężczyzna. – Wcześniej zdobił prywatne biuro tamtejszego gubernatora.
– Ach – mruknął Daniel, kiwaniem głowy dając znać, że usłyszał słowa urzędnika. Podał mu wydruk. – Obawiam się, iż zaszła jakaś pomyłka. Czy może pan skierować mnie do właściwego biura?
Urzędnik zerknął na pasek Leary’ego.
– Nie ma mowy o żadnej pomyłce, poruczniku Leary – odparł. – Zechce pan usiąść? Admirał jest jeszcze zajęty.
Drzwi do wewnętrznego biura stały otworem. Przy biurku po stronie dla gości siedział kapitan w mundurze Pierwszej Klasy, pochylając się nad nim z atencją. Ściskający plik dokumentów admirał Anston zajmował miejsce po drugiej stronie blatu, dwie dłonie od Daniela, który bardzo uważnie nie patrzył w stronę tamtego pomieszczenia.
– W porządku, Palovec, to tyle, jeżeli chodzi o wytłoczki – oznajmił admirał. To jego głos porucznik usłyszał zza drzwi wejściowych. – Powiedz mi jeszcze, dlaczego polecasz dysze z Kuźni Kodiaka? Czemu w ogóle Kodiak został dopuszczony do przetargu?
Dłonie cisnęły papierami o blat ze spetryfikowanego drewna. Kolejne trofeum z aktywnej służby admirała?
– Uważam, że uporali się już z problemami z kontrolą jakości, admirale – odrzekł kapitan, kipiąc nienaturalnie, zdaniem Daniela, dobrym humorem. – Jak pan wie, dokonałem osobistej inspekcji ich fabryki. A jak pan widzi, proponowana przez nich cena jest bardzo atrakcyjna.
Drzwi zewnętrzne otworzyły się bez takich formalności jak pukanie. Leary obejrzał się. Zamykał je za sobą lokaj. Był stanowczo za stary na noszenie liberii, lecz szyję zdobił mu krawat w czarno-kasztanowych barwach Anstona.
– Jestem tutaj, aby zabrać admirała, Klemsch – oświadczył sługa. Prześlizgnął się wzrokiem po Danielu jak po kupce błota. – Ty go zawiadomisz, czy ja mam to zrobić?
Młodemu oficerowi uśmiech zastygł na ustach. Przyjmował rozkazy bez wahania czy słowa skargi; FRC nie była miejscem dla ludzi, którzy mieli problemy z podległością. Nie spodziewał się jednak nigdy, że spotka lokaja uważającego, że ma nadrzędną pozycję w jakimkolwiek „porządku dziobania”.
– Przetrzymaj ich, Palovec – mruknął admirał, przepychając dokumenty na drugą stronę blatu. – Wrócę do tego jutro.
– Powiadomię admirała o twej obecności, Whately – oznajmił urzędnik. – Jak może pamiętasz, to jest Biuro Floty, a nie Plac Stamhead.
Kapitan Palovec wstał i z zadumą wyprostował dokumenty.
– Zrobię co w mojej mocy, żeby przekonać ich do utrzymania ceny, admirale... – obiecał.
Możliwe, iż chciał powiedzieć coś więcej, lecz admirał Anston również wstał i ujął go za łokieć, popychając do wyjścia. Był niskim mężczyzną o rzeźbionych rysach twarzy, jednak albo przytył 20 funtów, odkąd Daniel widział go po raz ostatni, albo na formalne okazje zakładał gorset.
Leary skoczył na równe nogi, z trudem powstrzymując się od salutowania. Zrodzona z konieczności tradycja zakazywała pozdrawiania się w Biurze Floty; w przeciwnym razie nikt nie zdołałby przejść korytarza bez zatrzymywania się wpół kroku i wymieniania honorów.
A Niebiosa i nauczyciele ze Szkoły Marynarki wiedzieli, że salutowanie nigdy nie stało się czynnością, którą opanował w mistrzowskim stopniu.
– Chodźmy, admirale – odezwał się Whately na widok Anstona. – Pańska żona przysłała mnie, żebym pana zabrał. Spóźnił się pan już godzinę.
Admirał Anston spojrzał na Daniela, a potem z uniesionymi brwiami odwrócił się do Klemscha. Kapitan Palovec otworzył usta, by coś powiedzieć, zmienił jednak zamiar i wyszedł z biura, zamykając za sobą zewnętrzne drzwi.
– To jest porucznik Leary, admirale – wyjaśnił Klemsch.
– Admirale, pańska żona czeka na korytarzu – przemówił ostrym tonem służący.
– No to jeszcze sobie poczeka, u licha! – zagrzmiał admirał. – Wchodź, chłopcze. Mogę poświęcić ci kilka minut, zanim wszystkie posągi spłyną z piedestałów.
Z wyjątkiem wytwornego biurka biuro Anstona było bezlitośnie funkcjonalne. Na białych ścianach nie wisiały żadne obrazy ani inne ozdoby, a meble wyglądały równie spartańsko, jak w kajutach młodszych oficerów na okręcie wojennym. Daniel usiadł, ponieważ admirał nakierował go na krzesło, przycupnął jednak na brzeżku siedziska.
– Jesteś żonaty, Leary? – zapytał Anston.
– Nie, sir! – odrzekł Daniel. Czyżby jakaś skarga na...
– Tak sądziłem! – oznajmił rozmówca, zasiadając naprzeciwko na podobnym krześle. – Krążą jednak pogłoski, że zaliczyłeś niemało kobiet. Czy to prawda?
Przez głowę porucznika przemknęło mnóstwo możliwych odpowiedzi. Złożono jakieś skargi. Powrót do domu w charakterze Bohatera Kostromy z kieszeniami pełnymi pieniędzy... cóż, Daniel zawsze potrafił znaleźć kobiety szukające okazji do dobrej zabawy, a przy jego obecnych atutach przypominało to wędkowanie w beczce z rybami.
– Tak jest, sir, to prawda – odpowiedział. Nigdy nie był dobrym kłamcą, a tym bardziej nie zamierzał od tego zaczynać przy przewodniczącym Zarządu Floty.
Anston ponownie pokiwał głową.
– To dobra rzecz u młodego człowieka – oznajmił z aprobatą. – Dzięki temu w moim wieku nie będziesz musiał robić z siebie głupca. A teraz powiedz mi, co sądzisz o dyszach Kodiaka?
Daniel Leary poczuł się tak, jakby ktoś właśnie zdzielił go puchową poduchą w potylicę. Przy każdej próbie obejrzenia się za siebie – pac! – i kolejny cios od tyłu.
– Nie dysponuję żadnymi osobistymi doświadczeniami z produktami Kodiaka, sir – przyznał – lecz mój wujek, to jest komandor Bergen, przestał używać ich w swojej stoczni. Mówi, że polerowanie wnętrza jest w porządku, ale każdą dyszę trzeba zbadać pod kątem słabych miejsc, w przeciwnym razie bowiem w ciągu następnych dziesięciu godzin działania należy oczekiwać bocznych wycieków plazmy. Twierdzi, że w zeszłym miesiącu musiał odesłać całą dostawę.
Wojskowy walnął pięścią w biurko.
– To samo powiedziałem Palovecowi, skreślając ich w zeszłym roku z listy oferentów! – oświadczył. – Nie mam nic przeciwko temu, żeby oficer odpowiedzialny za zakupy dostawał swoją pięcioprocentową prowizję od kontraktu, ale nie zdzierżę człowieka, który napycha sobie kabzę, dostarczając moim ludziom śmieci! Klemsch, zanotuj to.
– Już to uczyniłem, admirale! – odkrzyknął z recepcji niewielki człowieczek.
Lokaj Whately przestępował w drzwiach z nogi na nogę, nie odważył się jednak ponownie narzucać Anstonowi.
– Przyszedłeś tutaj w sprawie korwety Księżniczka Cecile – ciągnął admirał, krzywiąc się na nazwę okrętu. Żadnej cinnabarskiej jednostki nie ochrzczono by takim mianem, niemniej należał do tych staromodnych oficerów, którzy obawiali się, że zmiana nazwy okrętu odbierze mu szczęście. – Co o niej sądzisz? Proszę o ocenę oficera FRC!
– Sir – odparł Daniel. – Postawiłbym ją przeciwko każdej jednostce jej klasy, niezależnie od tego, gdzie została zbudowana.
Była to szczera prawda, jak wszystko, co powiedział od przekroczenia progu tego biura. Nie orientował się w sytuacji na tyle, by odgadnąć, co przewodniczący Zarządu Floty chciałby usłyszeć, a w przypadku wątpliwości prawda zawsze stanowiła najlepszą opcję.
Anston wybuchnął śmiechem tak gromkim, że przerodził się w kaszel. Znowu trzepnął dłonią w biurko, mówiąc:
– Cały Cinnabar wie, chłopcze, że zmierzyłeś się nią z krążownikiem o całe mile przewyższającym jej klasę. Och, wiem, że miałeś sporo szczęścia. Zapewniam cię jednak, że pechowcy nie docierają do tego biura. Ale miałeś jaja i spróbowałeś, a to jest pierwsza oznaka dobrego oficera.
– Admirale, proszę... – zaczął Whately. Na początku posiłkował się autorytetem pani Anston. Skoro to nie wystarczyło, czekało go starcie na proch pomiędzy nią a admirałem.
– Tak, tak – rzucił Anston, ponownie wstając z krzesła. – Po prostu chciałem spotkać się tutaj z Learym. Leary, Klemsch zajmie się tobą w czasie, gdy ja będę udawał, że dostrzegam coś w posągach z brązu.
Wyprowadził porucznika do zewnętrznego biura. Lokaj zdążył już otworzyć drzwi wyjściowe i tkwił przy nich – cień pewnego własnej ważności faceta, który wpadł tutaj raptem kilka minut temu.
Daniel nie zrozumiał, co się właśnie wydarzyło – niczego z tego, co się właśnie wydarzyło – lecz podzielenie się tym z Klemschem nic by mu nie dało. W związku z tym, gdy tylko drzwi zamknęły się za admirałem Anstonem, powiedział jedynie:
– Proszę o przydzielenie mi sześćdziesięciu marynarzy na dwanaście godzin celem przetestowania Księżniczki Cecile przed przekazaniem jej jako gotowej do służby.
Cała czterdziestka Sissich – przedtem Aggich od okrętu komunikacyjnego Aglaia – była doświadczonymi astronautami. Gdy oni tworzyli rdzeń, korweta mogła funkcjonować, choćby nawet reszta załogi złożona była z naziemnych o dwóch lewych rękach... Do czego prawdopodobnie właśnie dojdzie.
Starszy mężczyzna napisał coś na arkuszu z monokryształu boru oznaczonego symbolami. Młody oficer nie przypominał sobie, żeby jeszcze gdziekolwiek w FRC widział prawdziwą klawiaturę – przestrzeń na okrętach bojowych była zbyt ograniczona, by poświęcać ją na coś, co mogły zastąpić hologramy. Ekscentryczność Klemscha zaniepokoiłaby każdego astronautę, w tym Leary’ego.
Lecz jego uwielbienie dla historii naturalnej przysposobiło go do obserwacji wszelkich mechanizmów funkcjonowania żywych organizmów. Zrozumiał, dlaczego tak zaniepokoił go widok tej klawiatury, i uśmiechnął się szeroko. W obecnych warunkach nic tak błahego nie miało prawa wytrącić go z równowagi.
– Admirał zatwierdził Księżniczkę Cecile do służby – oznajmił urzędnik, pisząc. – Podczas lotu próbnego ma pan doprowadzić ją do idealnego stanu.
Drukarka zawarczała i wypluła arkusz cienkiego papieru. Klemsch podał dokument Danielowi.
– To pismo mianuje pana kapitanem Księżniczki Cecile – oznajmił. Miał doskonale obojętną minę, która jednak maskowała sardoniczny uśmiech równie pewnie, jak skóra okrywała jego kości policzkowe. – Musi pan wybaczyć niejaką nieformalność, lecz natłok wydarzeń uniemożliwia mi opatrzenie dokumentu odpowiednimi pieczęciami i wstążkami. Ma pan skompletować załogę na długoterminowych kontraktach. – Odchrząknął. – Pańskie rozkazy dają panu prawo przyjmowania ochotników ze wszystkich jednostek na Cinnabarze bez oglądania się na zgodę ich dotychczasowych przełożonych.
– Dobry Boże! – wyrwało się porucznikowi; to wyrażenie wchodziło mu dzisiaj w nawyk. Tym razem wypowiedział je na głos.
Nie był nadmiernym samochwałą, lecz wyprowadził załogę Aglai z katastrofy i napełnił im kieszenie pryzowym. Astronauci woleli służyć pod oficerami bardziej słynącymi ze szczęścia niż kompetencji, choć Daniel miał nadzieję, iż Aggies i ich rozmówcy uznawali porucznika Leary’ego również za cholernie kompetentnego. Skoro pozwolono mu na zaciąg na takich warunkach, zbierze pod swoimi rozkazami kwiat FRC.
Na Boga! Skrzyknie z powrotem załogę, która wywalczyła sobie Księżniczkę Cecile na Kostromie, wyjąwszy tych paru marynarzy przydzielonych do tych jednostek, które zdążyły wystartować podczas remontu korwety!
– Ach – odezwał się po chwili. – Jestem wielce wdzięczny za te rozkazy, panie Klemsch, doprawdy wielce wdzięczny. Czy może mi pan jednak zdradzić, jakie przyczyny, hm, stały za ich wydaniem?
Urzędnik podniósł na niego lodowaty wzrok.
– Ma pan na myśli, czy śmiem spekulować na temat motywów działania admirała Anstona, poruczniku Leary? Nie, nie śmiem.
Daniel trzasnął obcasami.
– Miłego dnia, sir – rzucił. – Poznanie pana było nieoczekiwaną przyjemnością.
Wyszedł na korytarz i zaczął pogwizdywać. Ciekawe, co na to wszystko powie Adele?



Dodano: 2007-03-20 09:31:42
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS