NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sanderson, Brandon - "Droga królów" (twarda okładka)

Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Mammay, Michael - "Przestrzeń"


 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"

 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

Linki

Diwow, Oleg - "Najlepsza załoga Słonecznego", tom 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Diwow, Oleg - "Najlepsza załoga Słonecznego"
Data wydania: Luty 2007
ISBN: 978-83-60505-13-7
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195
Liczba stron: 216
Seria: Obca Krew



Diwow, Oleg - "Najlepsza załoga Słonecznego", tom 1 #2

Spadając na piękne kobiety

Odrzucając duchową spuściznę przodków jako tę rzecz, która się nie sprawdziła i omal nie doprowadziła do zniszczenia Ziemi, ludzkość nie pogrzebała dobrych technicznych pomysłów. Dlatego też „Skoczek” był skonstruowany na zasadzie rosyjskiej matrioszki i mógł sobie pozwolić na taki komfort jak sztuczna grawitacja kosztem wirowania jednej z powłok. Inżynierowie preferowaliby pewnie jakieś mniej skomplikowane rozwiązanie problemu – im prostsza budowa statku, tym mniejsza awaryjność. Grawigenerator, lekki i kompaktowy, pasowałby do schematu cruisera serii 100 znakomicie. Niestety, w chwili kiedy stępka „Paula Atrydy” legła na pochylni, takie generatory jeszcze nie istniały. Statek był napędzany tradycyjnie, jądrowo, a rozkazy z mostka bojowego szły nie do jakichś dziwacznych zakrzywiaczy przestrzeni, a do zwyczajnych laserów impulsowych. Tak więc jedyną rewolucyjną innowacją różniącą go od innych okrętów Grupy F był falliczny rysunek na dnie basenu rekreacyjnego.
Oczywiście wszyscy doświadczali krótkotrwałej nieważkości w drodze od śluz cumowniczych do strefy roboczej, ale kompensowały ją elektromagnesy w podeszwach mundurowych butów. Poza tym namagnesowana podłoga znakomicie zbierała niczyje żelastwo. Pełną nieważkość uważano za zbyt nieobliczalną siłę, by można było pozwolić jej rządzić na okręcie wojennym. Jako przykład Raszyn często przytaczał anegdotę o tym, jak pięćset lat temu rosyjscy kosmonauci szukali na swojej mikroskopijnej stacji klucza do śrub, żeby zamknąć pokrywę śluzy i móc polecieć do domu. Klucz oczywiście był na uwięzi i teoretycznie nie mógł się nigdzie zgubić, ale wziął i wyparował. Mniej więcej po dobie poszukiwań zobaczyli jakiś sznurek, pociągnęli za niego i wyciągnęli klucz spod pokrywy na pulpicie zasilania, zamocowanej specjalnie po to, by nic metalowego nie mogło się dostać do wewnątrz.
Admirał wspominał też, jak w młodości wpadł na pomysł, żeby na „von Reyu” zarządzić trening w warunkach nieważkości. Na szczęście wystarczyło mu rozumu, by nie wyłączać strefy roboczej – widocznie przeczuwał efekt. Raszyn jedynie wyprowadził ludzi, by polatali sobie w centralnym rdzeniu. Wszyscy wrócili obrzygani, a rdzeń długo był przedmuchiwany sprężonym powietrzem z dużą dawką emulsji dezynfekującej.
A więc życie na „Skoczku” toczyło się w całkowitej zgodzie z ziemską fizyką. Dlatego piątego dnia przebywania wśród załogi okrętu flagowego porucznikowi Wernerowi udało się dosłownie zwalić na głowę kapitan-porucznik Kendall.
Według czasu pokładowego był już późny wieczór. Ive właśnie wyszła spod prysznica i kierowała się do swojej kajuty – różowy szlafroczek na gołe ciałko, głowa owinięta ręcznikiem, spojrzenie rozmarzone, humor wyśmienity, wszystkie odruchy wyzerowane. Nagle nad jej głową coś zaskrzypiało przeciągle i w czasie kiedy Candy zastanawiała się, co też to może znaczyć, z sufitu spadł grad nakrętek. Następnie coś lekkiego i plastikowego uderzyło ją w głowę. W tym momencie Ive podniosła wzrok i jednocześnie osiemdziesiąt kilo żywej wagi runęło na nią, emitując na dodatek niezrozumiałe francuskie przekleństwo.
– Tysięczne sorki, pani kapitan – wymamrotał Andrew, odpełzając od niej na czworakach. – Nawet nie wiem, co mam powiedzieć. Nic się pani nie stało? Czy nie za bardzo panią… ten… tego…
Candy usiadła, oparła się o ścianę i podniosła ręcznik.
– Odwróć się! – rozkazała, od nowa wiążąc go na głowie.
– Nie chciałem – wyjaśnił Werner, patrząc w górę. – Wypadł panel. Jakiś mądrala wcale go nie zamocował. Pełzam sobie, nikogo nie ruszam… Naprawdę nie uderzyłem pani?– A ty żyjesz? – zapytała Ive.
– Chyba tak – Andrew wstał i pochylił się nad kapitan-porucznik. Był ubrany w roboczą bluzę z podwiniętymi do łokci rękawami, Candy dojrzała też długą, krętą bliznę na lewym przedramieniu. Miał szczupłe ramiona, takież nadgarstki i długie, ładne palce. Podniósł Ive z podłogi z łatwością, jakby była puszkiem.
– Gdzie się tego nabawiłeś? – zapytała, wskazując oczami szramę. – Na „von Reyu”?
– Tak. Ale to nie było nic heroicznego. Trauma zawodowa. Pełzałem po magistrali jak dzisiaj i zaczepiłem…
– Aha – skinęła głową, ale nie uwierzyła. Spojrzała mu w oczy i odwróciła wzrok. Werner nie był szczególnie wielkim mężczyzną, ale w tej chwili wydawał jej się po prostu olbrzymem. Silnym i niezawodnym. Otaczał ją sobą, bronił i ciągle jeszcze delikatnie trzymał za ramiona. Widać było, że podobało mu się, że tak sobie stoją. Obok siebie. I pożerał ją oczami.
– Naprawdę nie uderzyłem pani? – zapytał znowu.
– Naprawdę – wykrztusiła Ive, zastanawiając się, czy pocałuje ją teraz, zaraz, czy górę weźmie wstyd i odłoży to na później. Nigdy wcześniej nie pragnęła, by pocałował ją mężczyzna, z którym rozmawia ledwie drugi raz w życiu. W czasie relaksu na dole zdarzały jej się pijackie przygody z zupełnie obcymi facetami, ale tu wszyscy byli astronautami, swoi ludzie, czyści duchem i ciałem, jak podłoga na „Skoczku” niemal sterylni. Tyle że Werner, chociaż też astronauta, nie zaliczał się do grona swoich chłopaków. Jednocześnie działał na nią tak, że nie miała wcale ochoty na jakieś prymitywne kuszenia ciałem czy ruchem. Raczej wolała skromnie spuścić wzrok, opuścić ręce i mieć nadzieję, że jest wystarczająco ponętna… Ive drgnęła, z trudem opanowała się i znowu popatrzyła Wernerowi w oczy, tym razem prosto i odważnie.
– Kim ty jesteś? – zapytała.
Odsunął się nieco i odruchowo skrzyżował ręce na piersi.
– Nazywam się Andrew Werner – powiedział z lekkim uśmiechem. – Wiek trzydzieści sześć, wzrost sto osiemdziesiąt, waga siedemdziesiąt dziewięć. Mam kilka państwowych odznaczeń. Jestem niezłym technikiem. Skromnym i nieśmiałym człowiekiem. Może nawet przesadnie nieśmiałym…
– Widzę – potwierdziła Candy. – Ale kim jesteś? Co tu robisz?
– Spadam na głowy pięknym kobietom.


Dodano: 2007-03-15 12:45:59
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS