NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

Ukazały się

Smith, E.E. Doc - "Patrol Galaktyczny"


 Marillier, Juliet - "Córka lasu"

 Martin, George R.R. - "Lodowy smok" (nowe ilustracje)

 Vonnegut, Kurt - "Matka noc"

 Czajka-Kominiarczuk, Katarzyna - "Zwierzenia popkulturalne"

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Maas, Sarah J. - "Szklany tron" (oprawa twarda)

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

Linki

Frutkin, Mark - "Święty alchemik"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Tłumaczenie: Teresa Komłosz
Data wydania: Styczeń 2007
ISBN: 978-83-7469-446-9
Liczba stron: 208
Cena: 29,90 zł



Frutkin, Mark - "Święty alchemik"

W pierwszej scenie powieści pojawia się kometa. Kometa, jak wierzono od tysiącleci, wieści rychłe klęski i katastrofy. Niestety, nie inaczej było i tym razem.

Mark Frutkin, rozpoczynając opowieść, roztacza atmosferę tajemnicy, rozbudza apetyt na sensacyjną historię wiodącą czytelnika w arcana magii i spraw niepojętych, a wręcz – na swojej stronie internetowej – obiecuje dotknięcie natury rzeczywistości.
„Święty alchemik” miał być, zdaje się, w zamierzeniach autora, bliskim krewniakiem „Alchemika”, a zarazem niedalekim kuzynem „Kodu Leonarda da Vinci”. Okazuje się jednak, że nie dorasta do pięt swoim zacnym literackim krewniakom. Jest kiepską historią suto okraszoną nieznośnym pseudofilozoficznym ględzeniem. Nie ma w sobie krzty świeżości, przewrotności i dynamiki Dana Browna, zaś androny rodem z New Age prawi znacznie mniej frapująco niż Paulo Coelho. Jakby tego było mało, w roli obiecywanych sekretów występują kompletne bzdury, w roli skrzętnie skrywanych tajemnic – pospolite banały, a filozoficzne rozważania i przełomowe olśnienia wiodą do wniosków płytkich i naiwnych.

Na powieść składają się dwa równolegle prowadzone wątki – historia księdza Fabrizia Combiatiego, tytułowego alchemika i kandydata na ołtarze oraz historia promotora wiary w jego procesie kanonizacyjnym, jezuity Michele’a Archentiego. Obydwie opowieści rozgrywają się w oświeceniowej Cremonie i, mimo że wydarzenia obydwu dzieli 76 lat, splatają się ze sobą oraz z trzecim, pomniejszym wątkiem – fabułą commedii dell’arte.
Bohaterowie są bez wyrazu, brak im jasno nakreślonych marzeń, dążeń i osobowości, szkicowano ich jakby od niechcenia, bez konsekwencji i wnikliwości. Widać, że potrzebni byli tylko jako marionetki, którymi można by zabawiać czytelnika podczas bełkotliwego monologu autora o wszechświecie, szczęściu i miłości. Frutkin, który przeszedł na tybetański buddyzm, zdaje się snuć opowieść tylko jako pretekst do refleksji nad światem. W misyjnym zapale autor nie dba o szczegóły, a z biegiem fabuły sylwetki bohaterów rozchodzą się w szwach. Jezuita i advocatus diaboli w jednej chwili jest profesjonalistą pilnie strzegącym swej bezstronności, by parę stron dalej niefrasobliwie serwować szczegóły prowadzonego śledztwa każdemu, kto tylko zagai rozmowę na ten temat. Omero, służący księdza Fabrizia, w jednej chwili błyskotliwie polemizuje ze swoim panem, by zaraz powrócić do roli przygłupa ze skłonnością do alkoholu i dziwek.
Również realia historyczne zdają się trzeszczeć pod naporem upchniętej w nie postmodernistycznej treści. Oczywiście wierność realiom nie polega na kurczowym trzymaniu się tychże, tym bardziej, jeśli tworzy się powieść wkraczającą na obszar fantastyki. Ale gdy całą książkę buduje się na wyjątkach, wiarygodność i historyczne tło biorą diabli. Od biedy można sobie jeszcze wyobrażać w siedemnastowiecznych Włoszech śliczną wyemancypowaną córeczkę księcia, która buntowniczo siedzi nad książkami miast przygotowywać się do zamążpójścia. Ale gdy się nad cennymi mapami nieba i pięknymi wydaniami Wergiliusza notorycznie konsumuje soczyste brzoskwinie i kokietuje księdza...

Nie tylko buddyzm i dziwne teorie wszechrzeczy wyparły ze „Świętego alchemika” ciekawą opowieść. Również inna pasja Frutkina – poezja (wątpliwej zresztą jakości) – wygrała w powieści z pisarskim rozsądkiem. Dużo tu dziwnych metafor i pokracznych epitetów. A zdarzają się i pospolite logiczne potknięcia, jak wtedy, gdy na centralnym placu miasta o kilka fiolek pewnego specyfiku bije się cała horda mężczyzn: w pewnej chwili nadchodzi ksiądz Fabrizio, odciąga sprzedawcę w cień i niezauważenie kupuje ostatnią z nich, choć fiolka była przecież w tym momencie w centrum uwagi setek ludzi.
Małe przekłamania łatwo wychwyciłby każdy zdrowo myślący czytelnik. Niestety, bardzo trudno zdrowo myśleć nad tą książką. Newage’owa woń jest nieznośna. Nawet poczciwy wąż Ouroboros pożerający swój własny ogon nie jest tu symbolem nieśmiertelności, ale autokopulacji. Trudno się dziwić, że wydawca musiał się ratować dofinansowaniem ze środków kanadyjskiego Ministerstwa Kultury.

Gdzieś u końca powieści – proszę się nie martwić, nie zdradzę żadnego konkretu – pomocnik księdza Fabrizia rzuca w jego kierunku: „Zastanawiam się, co to znaczy”. Po przebrnięciu dwustu stron „Świętego alchemika” nie sposób nie utożsamić się ze służącym i nie odnieść tego pytania do sensu całej powieści i swojego czytelniczego trudu. Odpowiedź tytułowego bohatera jest znamienna – wzrusza ramionami, a potem mówi: „Nie wiem. Wszystko? Nic? Cokolwiek? Jest, jak jest. Co znaczą gwiazdy?” i tak dalej...
Potem następuje, zamiast błyskotliwej puenty, bezwartościowa newage’owa błyskotka. A w posłowiu dowiadujemy się jeszcze, że struktura powieści nawiązuje – ni stąd ni zowąd, ot tak, dla większej frajdy – do liczb z ciągu Fibonacciego. Ręce opadają. Książka wędruje w ciemny kąt najniższej półki. I tylko kanadyjskich podatników żal.



Ocena: 3/10
Autor: Krzysztof Pochmara


Dodano: 2007-03-03 18:26:06
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Shadowmage - 10:57 04-03-2007
Oj, dyskutowałbym z określeniem "Alchemika" i "Kodu Leonarda da Vinci" zacną literaturą, czy też późniejszymi komplementami na temat ich autorów.

Bleys - 11:08 04-03-2007
Co do kanadyjskich podatników, to już jest taka specyfika kraju. Ponieważ Kanada nie posiada wlasnej kultury, to tamtejsi urzędnicy ministerialni, aby uzasadnić swoje istnienie, co rusz starają się taką kulturę animować dotacjami. Kończy się to tym, że w amerykańskich filmach Nowy Jork czy Chicago są grane przez Vancouver i Toronto, bo tam jest taniej kręcić, i można dostać dotację do produkcji za "Canadian content". Paranoja :).

Aha, Dan Brown świeżością jednak nie grzeszy, stary plagiator :)

Komentuj


Konkurs

Wygraj Kronikę World of WarCraft


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"


 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

 Shannon, Samantha - "Zakon Drzewa Pomarańczy"

 Dick, Philip K. - "Nasi przyjaciele z Frolixa 8"

 Bardugo, Leigh - "Trylogia Grisza"

 Harrison, Harry - "Przestrzeni! Przestrzeni!"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS