NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Mammay, Michael - "Przestrzeń"

Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

antologia - "Opowieści niesamowite z języka niemieckiego"


 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Zagubiona przyszłość" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Proxima" (reedycja)

 Boruń, Krzysztof; Trepka, Andrzej - "Kosmiczni bracia" (reedycja)

 Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper" (2020)

 Caldecott, Andrew - "Miasteczko Rotherweird"

 McDonald, Ian - "Luna: Wschód"

 Gwynne, John - "Gniew"

Linki

Flint, Eric & Weber, David - "1633"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Ring of Fire
Data wydania: Luty 2007
ISBN: 978-83-7418-139-6
Oprawa: miękka w obwolucie
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 608
Cena: 35,90 zł



Flint, Eric & Weber, David - "1633" #4

Rozdział 4

Hałas jak zawsze był potworny.
John Chandler Simpson nauczył się go tolerować, aczkolwiek wątpił, żeby kiedykolwiek do niego przywykł. Wiedział, że w roku Pańskim 1633 do wielu rzeczy nie będzie w stanie przywyknąć.
Na tę myśl parsknął z niezadowoleniem, brnąc przez olbrzymie kałuże błota, które z wyprawy do stoczni czyniły wręcz... przygodę. Kiedyś omijał podobne przeszkody, ale to było wtedy, gdy miał na sobie buty z dwudziestego pierwszego wieku, o które mógł dbać. To było też wtedy, gdy miał dostatecznie dużo energii, żeby trwonić ją na takie zmartwienia.
Parsknął ponownie z jeszcze większym niezadowoleniem. Wydawało mu się, że powinien odczuwać pewną satysfakcję z faktu, że ten dupek Stearns musiał wreszcie przyznać, że Simpson wie o czym mówi, gdy w grę wchodzi coś poważnego. I w gruncie rzeczy tak właśnie było. Jednak wszelką satysfakcję mącił fakt, że musiał liczyć się z tym, co myśli Stearns. Przyjmowanie rozkazów od prostackiego appalachijskiego „prezydenta”, który nigdy nie ukończył college’u, było dla człowieka o takich osiągnięciach jak Simpson pigułką nie do przełknięcia.
Nie żeby Stearns był skończonym idiotą. Miał przynajmniej tyle zdrowego rozsądku, żeby zauważyć, że Simpson ma rację w kwestii konieczności „zredukowania” hałastry najemników Gustawa Adolfa. Jak też pan prezydent krztusił się, próbując wymówić to słowo! W takiej chwili konieczność przekonywania go do czegokolwiek już nie była taka straszna. Ale mimo że zaaprobował sugestię Simpsona, nie chciał przyjąć jej konsekwencji – jeżeli Gustaw Adolf zamierza przeprowadzić redukcję, Amerykanie będą musieli mu to zrekompensować... nawet jeśli oznacza to odebranie zasobów przemysłowych niektórym ukochanym dzieciom prezydenta i spółki.
Co prawda musiał przyznać, choć z wielką złością, że Stearns miał rację, kładąc nacisk na zwiększenie siły roboczej w celu przetrwania tamtej pierwszej zimy. To oczywiście nie znaczy, że nie można było wymyślić czegoś lepszego, prawda?
Na razie sprawy układały się znacznie lepiej, niż Simpson zakładał w momencie, gdy zrozumiał, w jakim kierunku podąża Stearns ze swą nową konstytucją. Rzecz jasna, nie było gwarancji, że ten stan się utrzyma. W innych okolicznościach Simpson zapewne miałby ubaw, patrząc, jak Stearns próbuje opanować tę niemal anarchię, którą sam stworzył, obdarowując prawem wyborczym miejscowych Niemców i ich przybyłych kuzynów oraz powinowatych, gdy tylko przenieśli się na terytorium Stanów Zjednoczonych. Tubylcy po prostu nie mieli wpojonych wzorców myślenia, dzięki którym ten system funkcjonowałby równie sprawnie, jak niegdyś u nich w kraju. Wydawało im się, że mają, ale większość z nich była nawet bardziej uzależniona od lawinowych wybuchów nieskrępowanego entuzjazmu niż Stearns i jego związkowe tępaki. A ich chory umysłowo odłam – uosabiany przez stronników Melissy Mailey i komitety korespondencyjne Gretchen Higgins – był jeszcze gorszy. Trudno przewidzieć, do jakich nieszczęść mogą doprowadzić. Oczywiście można by wszystkich uniknąć, gdyby tylko te prostaki miały tyle rozumu, żeby ograniczyć prawo wyborcze do tych osób, które pokazały, że będą wiedziały, co z nim zrobić.
Simpson dotarł do bramy stoczni, gdzie mógł już oderwać spojrzenie od błota, przez które się przedzierał. Wartownik uzbrojony w dubeltówkę stanął na baczność i zasalutował. Podobnie jak większość personelu wojskowego armii Stanów Zjednoczonych, wartownik był siedemnastowiecznym Niemcem. To dobrze, zauważył. Swobodne podejście do spraw militarnych, które reprezentowali rdzenni mieszkańcy Grantville – na czele z „generałem” Jacksonem – było jedną z rzeczy, których Simpson nienawidził u tych ludzi. Żaden z nich nie doceniał olbrzymiego znaczenia dyscypliny wojskowej lub też zwrotów grzecznościowych, które pomagają ją budować. Dla miejscowych rekrutów niuanse formalnego protokołu wojskowego też nie miały specjalnego sensu, lecz przynajmniej każdy, kto przetrwał koszmarny chaos panujący na siedemnastowiecznym polu bitewnym, rozumiał absolutną konieczność utrzymywania żelaznej dyscypliny. Poza placem boju mogli być gwałcicielami, mordercami i złodziejami. Ale pole bitwy to coś zupełnie innego – Simpson z zaciekawieniem obserwował, z jakim zapałem siedemnastowieczni oficerowie i podoficerowie akceptowali to, czego nadczasowi rodacy Simpsona nie byli w stanie pojąć, niezależnie od tego, jak bardzo starał się wbić im to do głów. Dyscypliny trzeba się nauczyć i pielęgnować ją zarówno na placu boju, jak i poza nim, jeśli się chce stworzyć naprawdę solidną zawodową armię. W tej konkretnej kwestii punkt widzenia Gustawa Adolfa pokrywał się dokładnie z jego własnym.
Odsalutował i wszedł na teren stoczni. Przystanął.
Za jego plecami leżał Magdeburg, który dźwigał się z gruzów w całunie pyłu, dymu, smrodu, wrzasków i ogólnego rozgardiaszu. Na działkach, których właścicieli udało się ustalić, zazwyczaj stawiano tradycyjny mur pruski lub budynki z cegły; przeplatało się to z drewnianymi konstrukcjami szkieletowymi na parcelach, które przeszły na rzecz miasta. Przed nim roztaczał się widok na Łabę i inną tętniącą życiem krainę. Było tu tyle samo szaleństwa i jeszcze więcej zgiełku niż w chaotycznej odbudowie, która odbywała się za jego plecami, lecz w jego spojrzeniu widać było zaborczą dumę, która zaskoczyła trochę nawet jego samego. Choć w porównaniu z przedsiębiorstwami przemysłowymi, które niegdyś nadzorował, tu wszystko było nieudolne i sklecone na poczekaniu, to jednak była to jego własność. A biorąc pod uwagę środki, jakimi dysponował, to co udało mu się osiągnąć, było równie imponujące, jak zbudowanie jednego z lotniskowców klasy Nimitz w dawnych Stanach Zjednoczonych.
Ogłuszający jazgot, dym ze spalanego węgla i chmury trocin wydostawały się z napędzanego parą tartaku, zaprojektowanego i zbudowanego przez Nata Davisa. Ustawiona pionowo piła z mechaniczną precyzją cięła kłody na deski, które pracownicy tartaku ładowali na oczekujący wagon, kiedy tylko ostrze kończyło piłowanie. Tartak pojawił się dopiero niedawno, postanowiono bowiem nie zużywać nielicznych zasobów na budowę młyna wodnego albo wiatraka, który jako rozwiązanie przejściowe i tak w końcu zostałby rozebrany. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej mężczyźni, którzy teraz układali deski, pracowali na staroświeckiej tracznicy, zagrzebani po uda w spadających trocinach, wytwarzając każdą deskę siłą własnych mięśni.
Za tartakiem inna ekipa pracowała przy walcarce zasilanej tym samym silnikiem parowym. Nie była ona specjalnie okazała, jeśli porównać ją z potężnymi maszynami w hutach z dwudziestego pierwszego wieku, ale w zupełności wystarczała na ich obecne potrzeby. Simpson patrzył z zadowoleniem, jak ekipa wyciąga z otwartego pieca kolejną odzyskaną szynę kolejową i wrzuca ją między walce. Stal, wciąż dymiąca i rozgrzana do czerwoności, wyłoniła się ze szczęk walcarki zmiażdżona na sztabę o grubości mniej więcej dwóch i pół centymetra i szerokości nieco ponad trzydziestu centymetrów. Gdy zjechała po kolejnym zestawie walców, zaczęły się unosić kłęby pary wytworzone przez hartownicze rozpylacze. Kolejni robotnicy nieśli już ochłodzone belki stalowe do następnego otwartego pomieszczenia, gdzie jeden z drogocennych przenośnych generatorów benzynowych napędzał pionową wiertarkę. Ciche wycie maszyny wiercącej w stali otwory na śruby ginęło w ogólnym jazgocie.
Simpson jeszcze przez chwilę stał i się przyglądał, następnie kiwnął głową z satysfakcją i ruszył w dalszą drogę do swego biura. Mieściło się ono pomiędzy dwiema pochylniami – w cieniu wiszących nad nim surowych prostokątnych płyt. Były szpetne, niedokończone i posępne, i nawet po ukończeniu budowy nikt nie powie, że są eleganckie. Johnowi Simpsonowi jednak to nie przeszkadzało. Bo gdy już będą ukończone, elegancja nie będzie odgrywała większej roli.
Kolejny wartownik pilnujący drzwi do biura stanął na baczność, gdy ujrzał swego przełożonego. Simpson odsalutował, wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Poziom hałasu natychmiast się obniżył. Jego sekretarz już miał się podnieść z krzesła, gdy Simpson gestem nakazał mu siedzieć.
– Dzień dobry, Dietrich – powiedział.
– Dzień dobry, Herr Admiral – odparł sekretarz.
– Czy od wczoraj wydarzyło się coś istotnego?
– Nie, panie admirale. Ale przybyli Herr Davis i kapitan Cantrell.
W głosie sekretarza dało się słyszeć odrobinę współczucia. Admirał skrzywił się – jedynie przy nielicznych podwładnych pozwoliłby sobie na taki grymas, niezależnie od tego, co myślał o wizycie tej konkretnej pary. Publiczne okazywanie jakichkolwiek emocji mogło jedynie doprowadzić do nadszarpnięcia hierarchii służbowej, którą w pocie czoła udało mu się zbudować.
Dietrich Schwanhausser stanowił jednak wyjątek. W kwestiach administracyjnych człowiek ten był na wagę złota. Przywiązał się do komputera stojącego przed nim na biurku zupełnie jak ci nastoletni wariaci z dwudziestego pierwszego wieku... co w połączeniu z umiejętnością inteligentnego przewidywania, czego Simpson może potrzebować w następnej kolejności, czyniło z niego skarb, który warto było pielęgnować. Admirał od razu się na nim poznał, lecz mimo to zaskakiwał go poziom zażyłości, jaka między nimi powstała.
– Dziękuję za ostrzeżenie – powiedział cierpko, a usta Schwanhaussera lekko zadrżały, niemal wykrzywiając się w uśmiechu. Simpson skinął mu głową i przeszedł do gabinetu.
Było tam głośniej niż w przedsionku. W przeciwieństwie do miejsca pracy Schwanhaussera, gabinet Simpsona posiadał okno. Wychodziło ono na rzekę. Szyba nie była zbyt dobrej jakości, nawet jak na siedemnastowieczne standardy, ale wpuszczała do środka wystarczająco dużo światła i równocześnie pozwalała admirałowi oglądać swoje włości. A fakt, że delikatnie podkreślała status osoby, której ścianę zdobiła, tylko działał na jego korzyść.
W gabinecie czekały na niego dwie osoby. Nat Davis był mężczyzną po czterdziestce, o stwardniałych dłoniach wykwalifikowanego robotnika i stopniowo rosnącej łysinie w miejscu, w którym niegdyś były ciemnobrązowe włosy. Nosił okulary. Zanim wydarzył się Ognisty Krąg, Nat żuł tytoń, lecz odkąd Grantville pojawiło się w Turyngii, zmuszony był z tym skończyć. Ów nawyk, w połączeniu z silnym akcentem mieszkańca Wirginii Zachodniej i bardzo powolnym sposobem wysławiania się, poprzedzonym uważnym dobieraniem wyrazów, sprawił, że admirał początkowo nie doceniał inteligencji Davisa. Człowiek ze wschodniego wybrzeża zdążył już jednak zmienić zdanie i ze znacznie większym niż dawniej szacunkiem skinął mechanikowi głową na powitanie.
Młodzieniec czekający wraz z Davisem był zupełnie innym przypadkiem. Eddie Cantrell dopiero za kilka miesięcy miał obchodzić swoje dwudzieste urodziny i teoretycznie mógł być zaprojektowany jako fizyczne przeciwieństwo Davisa.
Starszy mężczyzna był krępy i poruszał się w ten sam sposób, w jaki mówił – ze swoistą przemyślaną dokładnością, która zdawała się wykluczać jakąkolwiek spontaniczność. Simpson zorientował się, że ta pozorna ociężałość mogła sprawiać równie złudne wrażenie, jak sposób, w jaki dobierał słowa, lecz absolutnie nie było nic złudnego w pewności, z jaką Davis przechodził od jednego do drugiego celu.
Tymczasem Eddie mógł mieć spontaniczność na drugie imię. Był rudowłosy i żylasty, a jego dłonie i stopy, wyraźnie za duże w porównaniu z resztą ciała, sprawiały wrażenie niedokończonych. Cała koncepcja dyscypliny była mu totalnie obca. Co gorsza, chłopak ten był pełen życia. Nie, to za mało. On tryskał energią. W nim aż wrzało. Emanował z niego entuzjazm i poczucie absolutnej pewności siebie, do którego zdolna jest tylko niedoświadczona młodzież. John Simpson doszedł do wniosku, że to dokładnie przemyślana zemsta Mike’a Stearnsa, który z premedytacją przydzielił Eddiego do stoczni. Fakt, że cały projekt powstał w wyniku jednego z wybuchów nieokiełznanego entuzjazmu Eddiego, dał prezydentowi idealne usprawiedliwienie dla obarczenia go tym młodzieńcem.
Dlatego też niebywałym zaskoczeniem dla Simpsona było to, że w gruncie rzeczy polubił tego nieznośnego natręta.
Bynajmniej jednak nie zamierzał mu tego oznajmiać.
– Dzień dobry, panowie – powitał ich i ruszył w stronę swojego biurka, przeciskając się przez ciasne pomieszczenie. Usadowił się na krześle i odchylił nieco do tyłu, żeby lepiej ich widzieć.
– Czemu zawdzięczam tę przyjemność?
Davis i Cantrell spojrzeli po sobie. W końcu Davis wzruszył ramionami, lekko się uśmiechnął i wykonał delikatny ruch dłonią.
– Chyba ja powinienem zacząć... panie admirale – odezwał się młodszy z nich. Chwila wahania przed „panie admirale” nie była celową pauzą. Simpson raczej nie miał co do tego wątpliwości. Był to jedynie kolejny dowód na to, że wpojone Eddiemu formy etykiety wojskowej były kompletnie obce jego naturze.
– Proponuję więc, aby pan to zrobił... kapitanie. – Pauza Simpsona była celowa i zauważył, że Eddie lekko zarumienił się z zadowolenia. Według jego przewidywań już za jakieś trzy, może cztery lata ów młody człowiek nabierze odpowiednich zwyczajów.
– Tak, panie admirale. – Eddie otrząsnął się. – Matthias właśnie złożył raport. Mówi, że baron von Bleckede wciąż jest... hm... uparty.
– Rozumiem. – Simpson odchylił się jeszcze bardziej na krześle i zmarszczył brwi. Matthias Schaubach był jednym z garstki rdzennych mieszkańców Magdeburga ocalałych po masakrze zgotowanej miastu przez najemników Tilly’ego. Przed tym koszmarnym wydarzeniem był mocno zaangażowany w handel solą w górę i dół Łaby, co sprawiło, że Amerykanie wykorzystywali go w charakterze doradcy we wszelkich kwestiach dotyczących transportu na tej rzece.
Pomimo swych rozmiarów, a także znaczenia dla północnych Niemiec, Łaba miała długość odpowiadającą około jednej trzeciej długości Missisipi. Trudno określić, czy jej odcinek powyżej Magdeburga, ponad sto sześćdziesiąt mil morskich od Hamburga, można by nazwać „spławnym”. Żegluga barkami była możliwa, lecz rzeczone barki liczyły nie więcej niż dwanaście metrów długości, czyli znacznie mniej, niż potrzebowali Amerykanie. Pewne ulepszenia nawigacyjne były konieczne, żeby barki w ogóle mogły przepłynąć – a nie ulegało wątpliwości, że wkrótce niezbędne będą także inne zmiany.
Przez ostatnich kilka tygodni Schaubach podróżował w górę i dół Łaby, omawiając z miejscowymi owe „inne zmiany”. Istniejąca sieć wehrluecken była jakimś punktem wyjścia, lecz na tym się kończyło. Wehrluecken były to na dobrą sprawę tamy zbudowane w poprzek rzeki, mające pośrodku luki albo przelewy spływowe, szersze niż maksymalna szerokość barki. Tama podnosiła poziom wody dostatecznie wysoko, żeby można było spławiać barki, przelew zaś umożliwiał barkom przedostanie się przez zaporę. Niestety żadna z istniejących wehrluecken nie odpowiadała potrzebom Simpsona, a przerabianie ich zakrawało na jedną z prac Heraklesa. Groziło to też poważnym utrudnieniem normalnej żeglugi i właściciele istniejących wehrluecken nie byli specjalnie zachwyceni taką wizją. Podobnie Gustaw Adolf; w jego nowym środkowoeuropejskim cesarstwie Łaba pełniła funkcję rdzenia kręgowego.
Właściciele wehrluecken zazwyczaj słuchali głosu rozsądku, gdy tylko Schaubach zaczynał obrazowo przedstawiać wizję żeglugi, jaka będzie się odbywała na rzece po ulepszeniu całej infrastruktury i rozpoczęciu produkcji amerykańskich łodzi parowych. Gdy to nie skutkowało, zwykle zdawała egzamin subtelna wzmianka o armii szwedzkiej, połączona ze spostrzeżeniem, że Gustaw Adolf bardzo liczy na ich współpracę.
Niektórzy byli jednak bardziej uparci. Na przykład drobny arystokrata, baron von Bleckede. W gruncie rzeczy Simpson współczuł temu człowiekowi, ale bynajmniej nie ucieszył się z wieści od Eddiego.
– Jak mniemam, pan Schaubach nie składałby raportu, gdyby uważał, że może jeszcze wpłynąć na zmianę decyzji Bleckedego? – powiedział po chwili.
– Nie wydaje się, żeby miał na to szanse – przytaknął Eddie. Skrzywił się. – Wygląda na to, że von Bleckede niezbyt się nami przejmuje. I Szwedami też nie.
– To mnie nie dziwi – odparł Simpson. – Trudno go za to winić.
Uśmiechnął się beznamiętnie na widok oburzenia, które przemknęło po twarzy Eddiego. Zastanawiał się, czy nie rozwinąć tematu. Nie zaszkodziłoby przypomnieć Eddiemu, że elita z czasów poprzedzających Ognisty Krąg miała niezliczone powody ku temu, by obawiać się wstrząsu, do jakiego mogłoby dojść w wyniku naruszenia status quo. Jak tylko Eddiemu chciało się pomyśleć, to oczywiście doskonale to rozumiał. Tylko że jemu się nie chciało. Lub raczej: był zbyt pochłonięty rozwalaniem przeszkód, żeby przejmować się tym, co było przyczyną ich powstania. A gdy Simpson o nich napomykał, wtedy młody zapaleniec tylko umacniał się w swoim przekonaniu o „reakcyjnych” poglądach admirała.
– No cóż – kapitan odezwał się z nieco większą niecierpliwością niż zazwyczaj, jak gdyby chciał potwierdzić zdanie Simpsona – niezależnie od tego, czy go za to winimy, czy nie, wciąż musimy dostać zezwolenie, żeby nasze ekipy mogły rozpocząć prace nad jego wehrluecke. Żaden pancernik nie przedostanie się przez tę szczelinę, nawet jeśli zupełnie opróżnimy zbiorniki balastowe.
– Zgadza się, nie przedostanie się – przyznał mu rację Simpson. Uważał, żeby tego po sobie nie pokazać, lecz w głębi duszy zrobiło mu się miło, gdy Eddie wspomniał o zbiornikach balastowych. Cały projekt pancerników narodził się dzięki wielkiej pasji Eddiego, jaką były gry wojenne. To właśnie on ułożył stertę książek na rogu biurka Mike’a Stearnsa i rozbudził w nim wielki entuzjazm na myśl o opancerzonych parowcach, które patrolują rzeki. Rzecz jasna, tym oryginalnym i szaleńczym koncepcjom potrzebne było spojrzenie dorosłego człowieka, jednak sam zarys projektu w chwili, gdy został po raz pierwszy omówiony i zatwierdzony, opierał się na jego własnych pomysłach udoskonalenia modeli z czasów wojny secesyjnej. Skromnie licząc, w owym projekcie Simpson doszukał się nie więcej niż dwudziestu-trzydziestu uchybień... czego należało oczekiwać w sytuacji, gdy pasjonat stara się przenieść w rzeczywisty świat informacje rodem z gier.
Gdy już Simpson i Greg Ferrara skończyli obliczać wyporność, okazało się, że w projekcie Eddiego przy minimalnym ładunku statek będzie miał zanurzenie co najmniej trzy i pół metra. To byłoby zbyt dużo nawet na Missisipi, a co dopiero na Łabie. Pojazd był też wystarczająco opancerzony, żeby wytrzymać ostrzał dziewiętnastowiecznych dział, takich jak piętnastocalowa artyleria gładkolufowa używana podczas wojny secesyjnej, a nie zdecydowanie bardziej anemicznych dział z siedemnastego wieku. Co gorsza, Eddie domagał się pojedynczej śruby. Jego zamierzenia były ze wszech miar godne pochwały, chciał bowiem zaoszczędzić na osłonie koła łopatkowego, która nie tylko ograniczyłaby ilość miejsca do zamontowania uzbrojenia, lecz równocześnie wymagałaby jeszcze większego zainwestowania w pancerz. Biorąc pod uwagę, że musieli walczyć jak lwy z osobami pokroju Quentina Underwooda o każdą odzyskaną szynę kolejową, nie było to bez znaczenia.
Odpowiednie zaprojektowanie śruby napędowej okazało się znacznie trudniejszym zadaniem, niż się Eddiemu kiedykolwiek wydawało. Simpson wiedział o tym – tuż przed tym, nim znalazł się w Pentagonie, był członkiem zespołu projektowego, który opracowywał systemy napędu dla okrętu podwodnego typu „Seawolf”. Odsłonięta zewnętrzna śruba oraz wał napędowy byłyby narażone na uszkodzenia, gdyby któryś ze statków osiadł na mieliźnie, co w końcu było nieuniknione w przypadku ciężkich i pokracznych łodzi opancerzonych pływających po wodach śródlądowych. A zamontowanie pojedynczego napędu oznaczałoby, że jakiekolwiek uszkodzenie śruby będzie równoznaczne z unieruchomieniem jednego z ich cennych pancerników.
Dlatego właśnie Simpson zmusił Stearnsa do udostępnienia mu wysokoprężnych zespołów napędowych z czterech olbrzymich węglarek, które pierwotnie wykorzystywano w charakterze transporterów opancerzonych. Paliwo do silników transporterów wciąż było dostępne, choć w niewielkich ilościach, lecz gdy Underwood upora się wreszcie ze swym polem naftowym, przestanie to być jakimkolwiek problemem. Zwłaszcza że Stearns zgodził się oddać pierwszeństwo marynarce wojennej.
Z silnikami w dłoni – mówiąc w przenośni – Simpson zbudował dalece zmodyfikowaną wersję oryginalnej koncepcji Eddiego, która wykorzystywała potężne pompy napędzane silnikami wysokoprężnymi, wygrzebane z kopalni w Grantville, zapewniając jej napęd strugowodny. Pompy miały wystarczającą moc, żeby bez żadnych uszkodzeń pożreć większość niewielkich odpadków, a sita przykrywające wloty chroniły je przed czymś większym. Z logistycznego punktu widzenia stosowanie silników wysokoprężnych jeszcze bardziej uzależniało łodzie od bazy przemysłowej Grantville – w krytycznej sytuacji nie było możliwości napędzania ich węglem lub drewnem, co było wykonalne przy konstrukcji parowej. Z drugiej jednak strony zbiorniki paliwa były bezpiecznie umieszczone pod powierzchnią wody i gdyby przypadkowy pocisk jakimś cudem zdołał przebić się do wnętrza któregoś z pancerników, nie trzeba już było obawiać się, że praktyczny kocioł wypełniony aktywną parą ugotuje żywcem całą załogę.
Pozostałe dwie zmiany, jakie wprowadził do projektu Eddiego, to obcięcie grubości pancerza o połowę i dodanie zbiorników balastowych. Redukcja pancerza umożliwiła zbudowanie dodatkowej łodzi z szyn przeznaczonych dla całego projektu i zmniejszyła wyporność, ale zbiorniki były równie istotne. Oryginalny „Monitor” miał niewielką wolną burtę, żeby zminimalizować powierzchnię ostrzału, lecz w tym projekcie to już nie było możliwe. Ponieważ w tym momencie nie można było zaprojektować porządnej wieżyczki, nie mieli innego wyjścia, niż mniej lub bardziej tradycyjne burtowe ustawienie dział – co upodabniało statek do „Merrimacka”... bądź też (co Eddie podkreślał tonem pełnym rozpaczy) do „Virginii”. To tłumaczyło pancerz z wielkich płyt i ogólnie niezgrabny wygląd. To także wiązało się z głębszym zanurzeniem niż w przypadku pierwowzoru. Simpson wbudował zbiorniki balastowe, które po napełnieniu sprawiały, że statek „zanurzał się” do walki. W ten sposób stworzył projekt blisko pięciusettonowego okrętu, który zanurzał się na nieco ponad metr przy opróżnionych zbiornikach i na trzy metry przy zbiornikach napełnionych. To pozwalało zaoszczędzić jakieś półtora metra dla opancerzonej burty, która przy zanurzeniu miała być pod osłoną wody.
Początkowo Eddie miał zamiar stroić fochy, widząc, jak Simpson przerabia jego projekt. Na całe szczęście był w stanie dostrzec, że te zmiany faktycznie stanowią ulepszenie, i właśnie dlatego na osobiste życzenie Simpsona (który wątpił, żeby młodzieniec zdawał sobie z tego sprawę) przydzielony został do marynarki wojennej. Stearns już zresztą zdążył wysłać go do Magdeburga, żeby nadzorował projekt, więc admirał i tak nie mógł się go pozbyć. A w marynarce potrzebni byli ludzie potrafiący myśleć. Wbrew pozorom było ich znacznie mniej, niż mogło się wydawać, a doświadczony Simpson bezbłędnie zauważył elastyczność, z jaką chłopak przyjął to, że ktoś inny ulepszył jego własne dziecko. Połączył więc przyjemne z pożytecznym... i tak oto zarówno Eddie, jak i jego przyjaciel Larry Wild błyskawicznie zostali mianowani kapitanami marynarki wojennej Johna Simpsona.
A jeśli przy okazji mógł zatriumfować nad Mike’iem Stearnsem, to tym lepiej.
– Na szczęście – kontynuował po chwili – przekonanie barona do współpracy z nami tak naprawdę nie jest naszym zmartwieniem. Jeśli pan Schaubach czuje, że nie jest w stanie przemówić von Bleckedemu do rozumu, odeślijcie go do pana Piazzy. – Na widok zmarszczonych brwi Eddiego po raz kolejny uśmiechnął się, tym razem bardziej beznamiętnie niż kiedykolwiek. Ed Piazza, sekretarz stanu, został wybrany przez Stearnsa na swojego przedstawiciela w rozmowach ze wszystkimi pomniejszymi lokalnymi arystokratami, którzy nie byli warci osobistego zainteresowania głowy państwa.
– To zajmie trochę czasu – zaczął Eddie – i...
– Być może – przerwał mu Simpson – ale takie rzeczy należą do obowiązków sekretarza stanu. Albo każcie uporać się z tym kanclerzowi Gustawa, Oxenstiernie. Mamy ważniejsze sprawy na głowie, niż użeranie się z jednym podrzędnym arystokratą, który nie chce nas zrozumieć. Poza tym – czy się nam to podoba, czy nie – minie jeszcze sporo czasu, zanim będziemy musieli płynąć aż tak daleko w dół rzeki, zgadza się?
Eddie wyglądał tak, jakby miał zaraz wybuchnąć, ale Simpson już się do tego przyzwyczaił. Bardziej liczył się dla niego fakt, że chłopak zwalczył to w sobie i ostatecznie pozwolił sobie tylko na jeden mały grymas.
– A więc – kontynuował Simpson – czy jeszcze czegoś potrzebujecie, kapitanie?
– Nie, chyba już nic... panie admirale.
– Świetnie. – Simpson odwrócił się do Davisa. – A panu, panie Davis, czym mogę służyć? – zapytał.
– Właściwie chciałem pana powiadomić, że Ollie twierdzi, że do końca tygodnia powinien być w stanie wysłać nam sześć pierwszych luf.
– Świetnie!
Simpson nie zdawał sobie sprawy, jak ten autentyczny entuzjazm odmienił jego twarz. Trwało to jedynie chwilę, lecz Davis zdążył to zauważyć. Często myślał, że to wielka szkoda, że Simpson jest kompletnie pozbawiony „słuchu”, gdy w grę wchodzą tak błahe kwestie, jak relacje międzyludzkie. Osobiście Davis wciąż uważał go za palanta, szczególnie jeśli chodzi o politykę, i niezbyt przejmował się obsesją „admirała” na punkcie hierarchii – czy to społecznej, czy wojskowej – i wszelkich idących za nią wymogów. Wiedział jednak, że niezależnie od tego, jak bardzo uciążliwa jest osobowość Simpsona, nie można mu odmówić rozumu. I to całkiem dobrego rozumu, jeśli tylko udało się go oderwać od takich spraw, jak polityczne spory z Mike’iem Stearnsem.
Pomijając fakt, że Nat przyznawał to z olbrzymią niechęcią (a była to naprawdę olbrzymia niechęć), doświadczenie, jakie Simpson zdobył jako oficer nadczasowej marynarki Stanów Zjednoczonych, było widoczne gołym okiem, gdy się patrzyło na strukturę tworzoną przez niego w Magdeburgu. Nadczasowcy znajdujący się pod jego komendą mogli zrzędzić, narzekać i mamrotać nienawistnie coś o „fiutach z zarządu,” lecz Davis w końcu zauważył, że w tym szaleństwie rzeczywiście jest metoda. Rzecz jasna, czasami pracownik warsztatu zastanawiał się, jak wielki wpływ miał fakt, że Simpson lepiej od swych rodaków zdawał sobie sprawę z tego, co jest potrzebne, a ile wynikało z jego ogromnego pragnienia zbudowania imperium. Jakiekolwiek jednak kierowały nim pobudki, prawda była taka, że marynarka Simpsona była znacznie lepiej zorganizowana i znacznie szybciej przybierała formę profesjonalnej organizacji niż wojsko Franka Jacksona.
Zbyt wielu starszych oficerów Jacksona było nadczasowcami i dlatego zachowywali się zarówno wobec niego, jak i wobec siebie samych zupełnie jak cywile. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby chodziło tylko o nich – wszyscy dobrze się znali, a ich wzajemne relacje, choć bardzo poufałe, sprawdzały się. Rdzeń armii stanowiło Amerykańskie Stowarzyszenie Górników. Davis nie był przekonany, czy przykład takiej postawy dobrze wpłynie na osoby spoza szeregów ASG, które awansują w hierarchii. W przeciwieństwie do Franka Jacksona, Simpson nie opierał się na żadnej istniejącej strukturze. On tworzył marynarkę zupełnie od podstaw. Jego personel niemal w stu procentach składał się z siedemnastowiecznych Niemców i Szwedów; nadczasowców było tylko tylu, ilu było potrzebnych z uwagi na umiejętności techniczne, których świeżo upieczeni Amerykanie nie zdążyli jeszcze posiąść. A to była już zupełnie inna para kaloszy.
Davis bynajmniej nie czuł przez to większej sympatii do Simpsona, ale musiał przyznać, że ten człowiek ma jednak pewne cechy, które zasługują na uwagę. I dlatego właśnie sądził, że to wielka szkoda, że Simpson tak uporczywie nie chce (a może nie jest w stanie) okazać entuzjazmu, choć Davis widział, że jest wielce zadowolony ze swego obecnego zadania. Zamiast tego Simpson notorycznie sprawiał wrażenie osoby, która podjęła się tego „ciężkiego obowiązku”, bo szlachectwo zobowiązuje i musi ocalić prymitywnych appalachijskich kmiotków przed skutkami ich własnej ignorancji. I to właśnie – bardziej niż jakiekolwiek różnice polityczne – tłumaczyło wrogość, którą iście po mistrzowsku wywoływał w tych członkach amerykańskiego rządu, z którymi miał do czynienia.
„Bogu dzięki, że jesteśmy w Magdeburgu – pomyślał cierpko Nat. – Gdybyśmy mieli bazę w Grantville, co wtorek ktoś wyzywałby Simpsona na pojedynek”.
– Użyjemy drutowania czy oblejemy brązem? – zapytał Cantrell. Simpson skarcił go wzrokiem za przerywanie, ale nie odezwał się ani słowem. Davis zauważył, że Simpson pozwala młodzieńcowi na znacznie więcej swobody niż komukolwiek innemu. Zastanawiał się, czy sam Eddie jest tego świadom.
– Drutowanie, przynajmniej dla pierwszej szóstki – odpowiedział Nat. – Elektrownia ma wystarczająco dużo dwunastocalowych rur typu „Schedule 160” na lufy dla wszystkich szesnastu gwintowanych dział, a rozplątaliśmy tyle liny stalowej, że mamy mnóstwo drutu.
Zarówno Simpson, jak i Eddie skinęli głowami. Dwunastocalowa rura typu „Schedule 160” miała wewnętrzną średnicę o długości nieco ponad dwudziestu centymetrów i ścianę o grubości mniej więcej trzech centymetrów. To w zupełności wystarczało na lufę dziesięciocalowego działa, a przy potencjale obróbczym Grantville nagwintowanie luf nie stanowiło najmniejszego problemu. Pozostawała jeszcze kwestia wzmocnienia. W oryginalnej elektrowni w Grantville często panowało dość wysokie ciśnienie, ale nijak się ono miało do ciśnienia, jakie powstawało wewnątrz lufy czarnoprochowego działa!
Zaproponowano dwa konkurencyjne rozwiązania. Jedno polegało na wzmocnieniu luf przez owinięcie ich kokonami ze stalowego drutu, którego akurat było pod dostatkiem, odkąd w kopalni znaleziono szpule stalowej liny. Ręczne rozplatanie liny w celu oddzielenia pojedynczych żyłek drutu było zadaniem bardzo żmudnym i pracochłonnym, jednak gdy już zapadła decyzja o wsparciu projektu pancerników, siła robocza została udostępniona.
Drugie rozwiązanie polegało na oblaniu luf brązem. Pod pewnymi względami było to rozwiązanie łatwiejsze. Działa byłyby nieco cięższe, lecz potrzebna do tego technologia była już znana siedemnastowiecznym metalurgom. Same lufy mogłyby również lekko się odkształcić w trakcie procesu oblewania – Davis jednak nie sądził, żeby to odkształcenie mogło prowadzić do jakichkolwiek nierozwiązywalnych trudności. I tak zamierzano dokonać we wszystkich lufach ostatecznego odwiertu, żeby ujednolicić ich wymiary.
– Przypuszczam, że dopóki nie będziemy mogli zrobić odlewu tutaj na miejscu, będą zmuszeni wysyłać gotowe armaty drogą lądową. Ekipy odlewnicze są teraz bardzo mocno zaangażowane w projekty artylerii polowej i karonad. Uwzględnili niższą wagę, co ma istotne znaczenie dla transportu, i zdecydowali się na drut.
– Jeśli tylko będą trzymali się grafiku, to nie obchodzi mnie, którą opcję wybiorą – oznajmił Simpson.
– Jasne – przytaknął Eddie, lecz na twarzy miał grymas. – Wciąż uważam, że powinniśmy zdecydować się na produkcję broni odtylcowej. Nasza szybkostrzelność będzie śmiechu warta.
– Podjęto już decyzję, kapitanie – zauważył chłodno Simpson. Po chwili odrobinę ustąpił. – Sam bym wolał broń odtylcową – dorzucił – ale komisja przydziałowa miała rację. Brakuje nam zasobów na to, co musimy zrobić, a broń odprzodowa załatwi sprawę. Zwłaszcza z hydraulicznym systemem odrzutu.
Wzruszył ramionami. Eddie skinął głową w sposób, którego nikt nie określiłby mianem radosnego, jednak nie widać było śladu prawdziwego sprzeciwu.
– Przynajmniej dzięki niemu będzie można bezpiecznie załadować działo pod pokładem – westchnął.
– Szczególnie w świetle pańskiej sugestii obsługiwania furt za pomocą tego samego systemu – przyznał mu rację Simpson.
Nat wiedział, że Eddie wciąż uważa się za niezłomnego zwolennika rządów Stearnsa, a tym samym – niejako z definicji – za naturalnego wroga wszystkiego, co jest związane z Johnem Chandlerem Simpsonem. Mimo to zauważył błysk satysfakcji w szarych oczach rudzielca w chwili, gdy Simpson go docenił. On sam natomiast wciąż był zdumiony – nie dość, że Simpson miał dla nich uznanie, to jeszcze otwarcie do tego się przyznawał.
Podobnie jak kilka razy wcześniej, Davis zaczął się zastanawiać, czy dla starszego z rodu Simpsonów konflikt z własnym synem nie był jednak bardziej bolesny, niż kiedykolwiek publicznie okazywał. Jeśli tak, to może w jakiś przedziwny sposób John Simpson traktował młodego i bezczelnego Eddiego Cantrella – a także jego przyjaciela Larry’ego Wilda – jak kogoś w rodzaju zastępczych synów.
Trudno powiedzieć. Niezależnie od wszelkich talentów Johna Simpsona, „wrażliwość osobista” znajdowała się gdzieś na samym dole listy. Nat nieznacznie pokręcił głową i ponownie skupił się na bieżących sprawach.
Projekt mocowania dział, na który ostatecznie zdecydowali się Davis i Ollie Reardon, za żadne skarby nie przeszedłby w dwudziestym pierwszym wieku, ale dla ich obecnych potrzeb wydawał się satysfakcjonujący. Po każdym strzale działo gwałtownie szarpało w tył, następnie automatycznie blokowało się z lufą schowaną pod pokładem, gdzie było czyszczone i przeładowywane, aż wreszcie przesuwano dźwignię zwalniającą i cylindry hydrauliczne wypychały działo z powrotem do baterii. Po wprowadzeniu w życie pomysłu Eddiego i zastosowaniu podnoszonych furt pancernych dla otworów strzelniczych, a także pręta łączącego każdą okiennicę z lawetą odpowiadającej jej armaty, ten sam system hydrauliczny odpowiadał za otwieranie otworów strzelniczych i zamykanie ich wtedy, gdy zajmowano się bronią.
– A co z karonadami burtowymi i drewnianymi pancernikami? – zapytał Simpson.
– Będą zgodnie z grafikiem – zapewnił go Davis. – A ekipa w Lubece mówi, że za jakieś cztery-pięć tygodni będą gotowi, żeby na miejscu robić odlewy karonad dla Gustawa. Wczoraj dostaliśmy od nich wiadomość radiową.
– Byleby tylko nie zabierali zasobów naszemu projektowi – mruknął kwaśno Simpson. – To monstrum, którego zażyczył sobie Gustaw, kosztowało nas już wystarczająco wiele trudu.
– Chyba nie powinno nas to dziwić – zauważył Eddie z szerokim uśmiechem. – Parę lat przed Ognistym Kręgiem zebrałem do jednej gry trochę materiałów o siedemnasto- i osiemnastowiecznej marynarce i okazało się, że zaledwie kilka lat temu Gustaw zbudował taki naprawdę olbrzymi galeon. Miał to być największy i najgroźniejszy okręt wojenny na całym Bałtyku. Nazwał go na cześć dynastii Wazów.
– Serio? – Davis spojrzał na niego i uniósł brew. – Po twojej minie widzę, że tamten projekt nie był do końca udany.
– Można to tak ująć – zachichotał Eddie. – To badziewie poszło na dno już w samym porcie. Chyba ktoś się nieco pomylił w obliczeniach stabilności.
– Cudownie – parsknął Simpson. – To chyba nie jest najlepsza rekomendacja ich ostatniego projektu, zgadza się?
– Myślę, że teraz będą już bliżej sukcesu... panie admirale. – Eddie ponownie się uśmiechnął. – Inżynierowie króla o mały włos nie pożarli moich egzemplarzy książek Chapelle’a o projektach amerykańskich żaglowców. Nie ma tam nic o pancernikach, ale ten projekt korwety, na którym się skupili, powinien bez problemu utrzymać pancerz. Szczególnie przy obniżeniu wagi dział.
– Absolutnie nie wątpię w to, że ów projekt jest wykonalny, kapitanie – powiedział Simpson. – Czy praktyczny... to już zupełnie inna kwestia. To jest żaglowiec. Oznacza to, że wciąż będą musieli mieć załogę na pokładzie, żeby stawiać żagle, a to chyba jednak będzie taka maciupeńka szczelinka w ich osłonie.
– No racja – przytaknął Eddie. – Oczywiście opancerzone nadburcia powinny trochę pomóc.
– Trochę. Tymczasem jednak kierujemy wysiłki na zbudowanie w Lubece prawdziwej walcowni.
– Może i tak – odparł Davis – ale będzie produkowała żelazo, a nie stal. A poszczególne płyty i tak nie będą o wiele większe od naszych. – Uśmiechnął się szeroko. – Szczerze mówiąc, z miłą chęcią pozwolę im bawić się w realizację ich własnego projektu, jeśli my w tym czasie zajmiemy się budową naszego.
– Może to słuszna uwaga – odparł Simpson. Chwilę kiwał się na fotelu, myśląc o tym, co usłyszał od Eddiego i Nata. Przynajmniej nie grożą im kolejne obsunięcia w planie produkcyjnym. Po raz kolejny zastanowił się, czy nie dać pierwszeństwa drewnianym pancernikom. Byłyby znacznie mniejsze, uzbrojone tylko w karonady o dość krótkim zasięgu i osłaniane jedynie wyjątkowo grubym i ciężkim „pancerzem” z drewna. Ponadto miały być napędzane kołami łopatkowymi umieszczonymi między kadłubami, a z kolei ich napęd byłby parowy. Tak czy inaczej, te znacznie prostsze projekty byłyby dostępne w większej liczbie i miałyby wyraźnie mniejsze zanurzenie niż tradycyjne pancerniki, nawet ze zbiornikami balastowymi.
Dlatego dręczyły go wątpliwości, czy nie powinien nalegać na szybsze ukończenie prac. W końcu potrzebne im były zwyczajne statki, które po prostu spełnią swoje zadania, a nie najwspanialsze na świecie konstrukcje. W czasach, gdy służył w marynarce, zdarzało mu się widzieć wiele niefortunnych demonstracji, kiedy to ekipa upierała się, żeby dobudować wszelkie możliwe fajerwerki!
Po raz kolejny nakazał swym wątpliwościom się zamknąć. Bez wątpienia było w tym trochę racji, jednak warto też było zbudować kilka naprawdę dobrych jednostek, które byłyby wspierane przez drewniane pancerniki. I nawet jeśli tkwił w tym element tak pogardzanego przez Simpsona tworzenia imperium (choć równocześnie sam pochłonięty był tworzeniem swego własnego małego imperium politycznego), to trudno.
– To chyba wszystko, panowie – odezwał się. – Panie Davis, byłbym wdzięczny, gdyby skontaktował się pan osobiście z miejscowymi kowalami. Przypuszczam, że naszym kolejnym wąskim gardłem będzie produkcja śrub. Wytwarzanie pancerza nie będzie miało wielkiego sensu, jeśli nie będziemy w stanie przymocować go do kadłubów! Chciałbym, żeby się pan o to zatroszczył.
Davis skinął głową i Simpson odwrócił się do Eddiego.
– Teraz pan, kapitanie. Według Dietricha jest problem z mocowaniem dział burtowych w Trójce. Nie bardzo wie, o co może chodzić. Chciałbym, żebyście skontaktowali się z brygadzistą i uzyskali wszelkie możliwe informacje. Jeżeli uznacie, że poradzicie sobie z tym sami, to proszę bardzo. Gdyby była konieczna pomoc, jestem przekonany, że pan Davis z miłą chęcią się tego podejmie.
– Tak jest, panie admirale – powiedział Eddie. – Już się do tego biorę.
– Dobrze. W tej sytuacji, panowie, możecie odmaszerować.
Davis skinął głową, a Eddie stanął na baczność (albo przynajmniej – uznał Simpson – było to coś bardziej zbliżonego do stania na baczność niż zazwyczaj), po czym obaj odwrócili się i skierowali do wyjścia.
– Jeszcze jedno – zatrzymał ich tuż przed drzwiami, a gdy się odwrócili, uśmiechnął się lekko do Eddiego. – O mało co zapomniałem. Może pana zainteresuje, kapitanie, że prezydent i Kongres zaakceptowali pańskie propozycje nazw dla pancerników.
– Naprawdę? To wspaniale! – Eddie uśmiechał się od ucha do ucha.
– Owszem, naprawdę. Jedynka będzie się nazywać „Constitution”. Dwójka – „United States”. Trójka – „President”, a Czwórka – „Monitor”. Mniemam, że spełnia to pańskie oczekiwania?
– No jasne! – odparł z zapałem Eddie, po czym się zreflektował. – To znaczy oczywiście, że tak, panie admirale.
– To wspaniała wieść – powiedział oschle Simpson. – Odmaszerować, panowie.



Dodano: 2007-02-12 11:29:46
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Recydywista"


 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

Fragmenty

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS