NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Crouch, Blake - "Rekursja"

Ukazały się

Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"


 Pilipiuk, Andrzej - "Przeszłość dla przyszłości"

 antologia - "Wigilia pełna duchów"

 Chesterton, Gilbert Keith - "Człowiek, który był Czwartkiem"

 Węcławek, Dominika - "Skoczkini. Zapiski z międzygwiezdnego lotu"

 Rusnak, Marcin - "Diabły z Saints"

 Lisińska, Małgorzata - "Zakonna"

 Burroughs, Edgar Rice - "Llana z Gathol"

Linki

Moon, Elizabeth - "Przysięga złota"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Moon, Elizabeth - "Czyny Paksenarrion"
Data wydania: 2004
ISBN: 83-88916-70-X
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 496
Tom cyklu: 3



Moon, Elizabeth - "Przysięga złota" #3

Rozdział trzeci

- Przez jakiś czas nie wrócisz do pełni sił - oznajmił mistrz Oakhallow, zasiadając z nią do śniadania. - Musimy jednak zająć się twym drugim problemem. - Przerwał, by pociągnąć długi łyk osłodzonego miodem koziego mleka. - O ile nadal go masz. Możesz to określić?
Pokręciła głową.
- Nie czuję się teraz zbyt dobrze. Każda myśl o walce wydaje mi się bardzo odległa.
- Hmmm. Może tak jest najlepiej. Może będziesz w stanie jaśniej myśleć. - Ukroił sobie chleba i ugryzł go. Napiła się mleka. Nic nie bolało, dotąd nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo ciążył jej ten ciągły ból. Przez chwilę nie obchodziło jej, czy będzie jeszcze kiedykolwiek w stanie walczyć, wystarczająco miło było siedzieć przy stole bez cierpienia i jeść śniadanie. Poczuła wzrok Kuakgana i podniosła głowę. Odprężył się. - No cóż... jesteś gotowa?
- Na co, panie?
- Na rozmowę o odwadze.
Spięła się, lecz zaraz postarała się rozluźnić.
- Tak.
- Bardzo dobrze. Wydaje mi się, że popełniasz dwa błędy. Pierwszym jest założenie, że wykazywanie tak małej odwagi jak każdy inny, zwyczajny, przeciętny człowiek jest powodem do wstydu, wobec czego ty musisz mieć jej więcej. To nic innego jak duma, Paksenarrion. Czułaś, że nie możesz żyć, mając jedynie tyle odwagi co owi zwykli ludzie i to dopiero jest powód do wstydu. I śmiechu. Oto ty: młoda, silna, zdrowa, rozumna - obdarzona ponad przeciętność - która uważa, że nie poradzi sobie bez dodatkowych darów od bogów.
Zaczerwieniła się. Przy takim postawieniu sprawy...
- Paksenarrion, chciałbym, żebyś przez chwilę pomyślała o tych zwyczajnych ludziach. Żyją w codziennym zagrożeniu ze strony rabusiów, gorączki, pożaru, burzy, wilków, złodziei, morderców, złych istot i mocy - oraz wojny. Większość z nich nie ma broni ani nie potrafi się z nią obchodzić. Żyłaś wśród nich zeszłej zimy i dowiedziałaś się, poczułaś, jak bezradna jest żona rolnika w obliczu uzbrojonego obcego czy rzemieślnik przeciwko szajce złodziei. Masz rację: oni się boją, każdego dnia, każdej minuty boją się tak samo jak ty. A mimo to żyją. Orzą pola, hodują bydło, tkają ubranie dla ciebie na zimę, lepią garnki, wyrabiają sery, warzą piwo, szyją buty, budują wozy - ci przerażeni ludzie robią wszystko, czego potrzebujemy. Uważasz, że nie chcesz być taka jak oni. Ale na początku musisz. Musisz mieć ich odwagę, nim wróci ci własna.
- Ale... panie, sam mówiłeś, że oni jej w ogóle nie mają.
- Nie. Powiedziałem, że są przerażeni. I to jest właśnie jest twój drugi błąd. Odwaga nie jest czymś, co się posiada niczym sumę pieniędzy w sakiewce - nie można jej stracić, jak gubi się monety. Odwaga jest wrodzona wszystkim istotom, to jakość utrzymująca je przy życiu, pozwalająca wytrzymać. To odwaga, Paksenarrion, każe pękać żołędziom i zapuszczać korzenie w glebę w poszukiwaniu składników odżywczych. Owszem, możesz zranić istotę, nawet zabić, lecz póki ona żyje i wytrzymuje, ma w sobie tyle odwagi, ile tylko może pomieścić.
Pogubiła się.
- To dla mnie takie dziwne...
- Ponieważ byłaś wojowniczką wśród wojowników. Uważasz odwagę za żądzę niebezpieczeństw, prawda?
- Tak przypuszczam. Co najmniej za zdolność do niepoddawania się, walki i nieulegania strachowi.
- Racja. Lecz sednem jest owo "niepoddawanie się". Radość z ryzyka i niebezpieczeństwa jest jak słabość do orzechów, grzybów czy koloru żółtego. Większość ludzi ma jej trochę - zauważyłaś może, jak dzieci lubią się bać, na przykład wspinając się na drzewa - lecz jej ilość jest różna. Jedną z umiejętności wojownika jest ukrywanie strachu. Lecz nie to jest najważniejsze, Paksenarrion, nawet dla wojownika. Najistotniejsze to wytrzymać i nie poddawać się. Nawet najpotężniejszy wojownik może trafić na takie niebezpieczeństwo i tak straszliwego wroga, że cała radość i podniecenie znikną. Co wtedy? Czy ma opuścić tych, którzy polegają na jego odwadze, bo sytuacja przestała być zabawna? - Potrząsnęła głową. - Nie, tak stawiając sprawę, jest to oczywiste. Sama możesz przypomnieć sobie takie sytuacje. To prawda, że ktoś nie znajdujący przyjemności w stawianiu czoła niebezpieczeństwom raczej nie zostanie wojownikiem, chyba że w wielkiej potrzebie. Pomyśl jednak o swoim patronie, Girdzie. Według legendy nie był wojownikiem, dopóki nie popchnęła go do tego konieczność. Możliwe, że nigdy nie czerpał radości z bitwy, lecz i tak dawał z siebie wszystko. Czy czyni go to mniej godnym czci?
- Nie, panie. Jeśli jednak jest tak, jak twierdzisz, to czy pozostanę taką na zawsze? I czy z powrotem będę mogła walczyć?
Mistrz Oakhallow obrzucił ja przeciągłym, taksującym spojrzeniem.
- A jak to określisz? Czy czujesz się tak samo jak w dniu przybycia tutaj?
Zastanawiała się przez chwilę.
- Nie. Czuję, że sobie poradzę, nadal jednak wolałabym być taka, jak kiedyś byłam.
- Bez wątpienia przyjemniej jest nie czuć strachu i być podziwianym.
Zwiesiła głowę.
- Tak, panie, ale... mogłam czegoś dokonać. Pomagać...
- Wiem. Zrobiłaś wiele dobrego. Jeśli jednak rozważamy, czy zostaniesz taka, jaka jesteś, musimy zastanowić się, kim obecnie jesteś i kim chciałabyś być. Musimy to jasno określić. Musimy skończyć z marzeniami na jawie i przekonać się, czy ta sadzonka - dotknął jej ramienia - będzie dębem, ostrokrzewem, jesionem czy wiśnią. Nie doczekamy się wiśni na dębie czy żołędzi na ostrokrzewie. Poza tym - niezależnie od tego, jak potoczy się dalej twe życie, Paksenarrion - już nigdy nie będziesz taka sama jak kiedyś. Cierpienie zostawi blizny. Lecz tak samo jak połamane drzewo pozostanie tym samym drzewem - będzie dębem, jeśli wcześniej nim było - tak ty pozostaniesz Paksenarrion. Jest w tobie cała przeszłość, ta dobra i ta zła.
- Już jej nie czuję. Wszystko, co wydarzyło się przed Kolobią... nie potrafię do tego dotrzeć.
- Zmienimy to. To jest tam i jest tobą. Chodź, jesteś już na tyle silna, że możesz iść na spacer, a słońce dobrze ci zrobi.

***
Podczas wędrówki po cichych ścieżkach gaju wyciągnął z niej kawałek po kawałku historię jej życia. Odkryła, że pamięta drobiazgi z dzieciństwa: jak obserwowała ojca, pomagającego urodzić owcy i wycierającego jagnię, noszenie młodszego brata na plecach z pola do domu, nasłuchiwanie wycia wilków zimą, gdy podchodziły do stajni. Zupełnie, jakby znowu tam była: przywarta do zadu kudłatego kucyka, którym ojciec orał ich jedyne urodzajne pole, i wtykająca palce w krosna, na których matka tkała pasiaste koce, żeby mieli pod czym spać. Jej ojciec nie wydawał się już gniewną personą, jaką zapamiętała go z ostatnich dni w domu, tylko silnym, kochającym mężczyzną, uprawiającym rolę dla swych bliskich.
- Dbał o mnie - przyznała w końcu, wpatrzona w płomienie. - Myślałam, że mnie nienawidził, a on tylko chciał, żebym była bezpieczna. To dlatego...
Kuakgan przytaknął.
- Widział niebezpieczeństwa czyhające na ciebie jako wojowniczkę. Jak każdy ojciec. Myśl o własnym dziecku - córce - wystawionym na miecze i włócznie, rany, konanie wśród obcych...
- Tak. Nigdy tak nie myślałam. Chciałam niebezpieczeństw.
- I miałaś je. Nie, nie krzyw się. Byłabyś bardzo złą żoną dla hodowcy świń, marzącą o zostaniu wojowniczką. Nawet teraz byłabyś złą żoną dla kogoś takiego.
- Nie z tych samych względów.
- Nie. Ale twemu świniarzowi - jakże on miał na imię? - jest lepiej z tą, z którą jest teraz.
Od lat nie myślała o Fersinie Amboissonie. Nigdy nie zastanawiała się, kogo poślubił. Przypomniała sobie jego sympatyczną, choć surową twarz. Nie wyglądał na typowego wieśniaka, podobnie jak Saben.
- Mam nadzieję, że spotkał kogoś miłego - powiedziała z powagą.
- Świat pełen jest dobrych żon - stwierdził mistrz Oakhallow, odwracając się do innych zajęć.
Każdego dnia wracali do kolejnych lata jej życia. Pierwsze dni w Kompanii Księcia, tamtejsi przyjaciele, kłopoty z Korrynem i Stephim, co wielce zainteresowało Kuakgana: dopytywał się o najmniejsze szczegóły tamtego dnia, zdające się nie mieć żadnego związku z samym zajściem.
W miarę jak mówiła, życie zdawało się nabierać realności. Wracała więź z hożą, żądną przygód dziewczyną, mocującą się ze starszymi braćmi i kuzynami, ze zdeterminowaną, młodą kobietą, która uciekła z domu i młodą wojowniczką walczącą u boku zaufanych przyjaciół w Kompanii Księcia. To była prawdziwa ona - odważna, pełna dobrej woli, impulsywna, porywcza i bezgranicznie lojalna wobec tych, którzy zdobyli jej zaufanie. Zaczęła dostrzegać, jak te same cechy stają się jej siłą lub słabością w zależności od sytuacji. Zaufanie do Księcia prowadziło do czego innego niż zaufanie do Maceniona.
- Przedtem nigdy nie myślałam - oznajmiła pewnego dnia, siedząc na rozsłonecznionej polanie - że powinnam wybierać. Uważałam innych za złych albo dobrych, nic pomiędzy. Vik ostrzegał mnie kiedyś przed tym, ale go nie zrozumiałam. To nadal ja, prawda? Muszę zdecydować, kto jest godzien mego zaufania i nawet wtedy, za każdym razem, powinnam decydować, czy coś jest dobre czy złe.
Kuakgan przytaknął.
- To najtrudniejsza rzecz dla wojowników, Paksenarrion. Żołnierz musi nauczyć się posłuszeństwa, często bez zadawania pytań: nie ma na to czasu. To dlatego wielu z nas, Kuakganów, nie ma nic wspólnego z wojownikami. Zbyt wielu z nich nie potrafi dochować lojalności, pozostawiając sobie jednocześnie wybór pomiędzy dobrem a złem. Szerzą chaos, sami o tym nie wiedząc. Dla takich jak ty, którzy wybrali lub zostali wybrani do odegrania roli w większej bitwie, myślenie jest równie ważne, jak sama walka.
Paks pokiwała głową.
- Rozumiem. Nie robiłam tego, prawda? Wykonywałam rozkazy, zakładając, że moi dowódcy zawsze mają rację. Jeśli ich lubiłam, przyjmowałam, że są dobrzy i zapominałam o tym. - Przerwała, sięgając pamięcią wstecz. - Nawet kiedy się martwiłam - kiedy chciałam, by Książę szybko zabił Siniavę - nie roztrząsałam tego później.
- Tak. Wyrzucałaś to z pamięci i wracałaś do roli zwykłego żołnierza. Co rusz stawałaś przed wyzwaniem, by wyłamać się z roli i zacząć samodzielnie myśleć - te wypadki z symbolem Girda, o których wspominałaś - lecz...
- Odrzucałam to. Cofałam się. Rozumiem. - Westchnęła i nagle wyciągnęła przed siebie zaciśnięte pięści, kierując je w stronę drzew. - Ha. Myślałam, że nigdy nie uchylę się przed wyzwaniem, a nawet ich nie dostrzegłam. Czy to także było tchórzostwo?
- Czy ustaliliśmy, czym jest tchórzostwo? Dlaczego to odrzucałaś? Jedną sprawą jest odmowa wynikająca z pewności, iż powinnaś być wykonawczynią poleceń, jeśli jednak obawiałaś się dokonania wyboru, podjęcia ryzyka, że wybierzesz źle...
- To byłoby to tchórzostwem. W takim razie, choć uważałam się za odważną - wszyscy tak uważali - może ja wcale...
- Może lękałaś się czegoś, jak każdy z nas. Nie bądź śmieszna, dziecko! Nie jesteś doskonała, nikt nie jest. Próbujemy ustalić, kim jesteś i kim możesz być, a to nie oznacza tarzania się w poczuciu winy.
Wpatrzyła się w niego, wyrwana z żalu.
- Ale myślałam, że chcesz powiedzieć, iż...
- Mówiłem, że konsekwentnie odmawiałaś dokonywania pewnych wyborów. Musisz to rozpoznać, a nie zamartwiać się przeszłością, której nie możesz już zmienić. Jeśli chcesz, możesz postanowić przyjąć to wyzwanie od tej chwili.
- Mogę?
- Oczywiście. Nie mówię o powrocie do żołnierki. Będąc wojowniczką, wykazujesz skłonność do postrzegania wszystkich wyzwań w kategoriach fizycznych. Lecz z pewnością możesz postanowić, że będziesz samodzielnie rozstrzygać, co jest dobre, a co złe, i postępować zgodnie z własną oceną.
Rozważała to w milczeniu. Kiedy odwróciła głowę, by odpowiedzieć, Kuakgana już nie było. Czekając na jego powrót, dokładnie przemyślała całą sprawę.
Zjawił się w towarzystwie elfa. Paks wstała niezgrabnie, od dłuższego czasu nie widywała nikogo poza Kuakganem.
- To jest Paksenarrion - przedstawił ją elfowi. - Została ciężko zraniona przez mrocznych kuzynów... - Przybysz zamruczał coś cicho i Kuakgan zmarszczył brwi. - Znasz prawdę, Haleronie: oni nie są mitem. Paksenarrion, to jest Haleron, elf z Lyonyi. Powiadomił mnie, że łowcy z południowych wzgórz szukają nowych towarzyszy. Uważam, że dobrze by ci to zrobiło - praca na świeżym powietrzu pomoże ci odzyskać siły. Przyjmą cię dzięki mojej rekomendacji.
Zaskoczenie odebrało jej mowę. Elf zmarszczył brwi i odwrócił się do Kuakgana.
- Nie potrzebujemy słabeuszy - oznajmił w swoim języku. - Niech znajdzie sobie inne miejsce do odzyskiwania sił. A poza tym, czy nie jest aby tą, o której słyszałem, z Fin Panir...
Po raz pierwszy od wielu miesięcy poczuła falę gniewu.
- Wybacz, panie - przemówiła w swym najlepszym elfim - lecz nie chciałabym, żebyś uznał mnie później za osobę wścibską.
Wlepił w nią wzrok.
- Wybacz mi, pani, moją nieuprzejmość. Nie wiedziałem, że znasz naszą mowę.
- Wie o wiele więcej - wtrącił Kuakgan. - I zapewniam cię, że jest wystarczająco silna, by podołać pracy w lesie. - Mierzyli się z elfem spojrzeniami, Paks wyczuwała pojedynek woli. Elf zdawał się jarzyć mocą, Kuakgan był nieporuszony niczym drzewo. W końcu Haleron pokręcił głową.
- Moc Kuakganów pochodzi z korzeni świata. - Zabrzmiało to jak cytat. Obrócił się do Paks. - Lady, łowcy potrzebują pomocy. Jeśli faktycznie szukasz takiego zajęcia i jesteś biegła w walce, z radością przyjmiemy twoją ofertę.
Zerknęła na Kuakgana. Twarz miał zamkniętą, odniosła wrażenie, że pogrąża się w mroku, odcięta od jego ciepła. Przypomniała sobie, co mówił i westchnęła. Skoro ją odprawiał...
- Z przyjemnością pomogę elfom - oznajmiła, ważąc słowa - w każdej słusznej sprawie. - Spojrzała szybko na Kuakgana, oczy mu zabłysły, choć twarz pozostała nieprzenikniona.
Elf skinął głową.
- Bardzo dobrze. Wyruszam jak najwcześniej... chyba że potrzebujesz dłuższego odpoczynku - skoro jesteś słaba?
Paks czuła się dobrze.
- Nie. Chciałabym przedtem coś zjeść.
- Oczywiście. I spakować się, jak sądzę.
- Nie mam niczego. - Pomyślała o plecaku, płaszczu i ubraniach, lecz nawet nie zerknęła na Kuakgana. Elf uniósł brwi. Patrzyła na niego w milczeniu.
- Gdzie zjemy, mistrzu Oakhallow? - zapytał.
- Och, zapewne w gospodzie. - Obserwował Paks, czuła na sobie ciężar jego wzroku. Przełknęła ślinę i zebrała siły na to ciężkie przejście.
Okazało się jednak, że żadnych przejść nie było. Na ulicach nikt nie zwracał na nią uwagi, choć kilku przechodniów obejrzało się za elfem. W "Wesołym Garkotłuku" spierał się przez chwilę cicho z Kuakganem, kto płaci. Wygrał Haleron. Początkowo nie odrywała wzroku od blatu stołu, wreszcie jednak odważyła się rozejrzeć dookoła.
Karczma nie była tak pełna, jak to będzie miało miejsce później, dostrzegła jednak jedną czy dwie znajome twarze. Mal jak zwykle opierał się o ścianę z kuflem ale koło łokcia. Matka Hebbinforda wyszywała w kącie kolejną przepaskę. Sevri właśnie wybiegała na zewnątrz, urosła co najmniej o dwa palce, odkąd Paks widziała ją po raz ostatni. Odprężyła się nieco, ponieważ nikt jej nie rozpoznał. Przysłuchiwała się rozmowom, szczękowi naczyń - po pobycie w gaju Kuakgana było tu naprawdę głośno - lecz zgiełk już jej nie przerażał. Niemal żałowała, że nikt jej nie zawołał. Niemal. Kuakgan zamówił ciastka na deser. Elf rozsiadł się wygodnie na ławie i rozejrzał po sali. Obserwowała go ukradkiem. Był o pół głowy wyższy od niej, miał ciemne włosy i oczy koloru morskiej zieleni. Na skórzanej tunice, którą narzucił na koszulę i spodnie, widniały ślady, które uznała za wytarcia od miecza i łuku. Przyłapał ją na przyglądaniu się mu i uśmiechnął.
- Czy mogę zapytać, lady, gdzie nauczyłaś się naszej mowy?
- Zostałam zaszczycona naukami elfa z południowych gór. - Skoro wiedział, że przybyła z Fin Panir, musiał wiedzieć także o tym.
- Dobrze mówisz jak na człowieka. Większość jest zbyt popędliwa, by przeznaczyć na to odpowiednio dużo czasu.
- Paksenarrion, choć jest wojowniczką, poznała głupotę pośpiechu - odezwał się Kuakgan. Paks spojrzała na niego. Uśmiechnął się, unosząc kufel.
- To dziwne - stwierdził elf. - Czyżby młodsze rasy wreszcie nauczyły się cierpliwości starszych braci? - Przypatrywał się Kuakganowi.
- To doświadczenie - odparł mistrz Oakhallow. - Wszyscy uczyli się cierpliwości w ten sposób. Elfy z pewnością nie zapomniały własnych początków?
- Niestety, nie. Choć odległe, wspomnienia pozostały. - Obrócił się do Paks. - Proszę wybaczyć, lady, jakąkolwiek nieuprzejmość.
- Nie czuję się dotknięta - zapewniła go ostrożnie. Zastanawiała się, czy Kuakgan i elf nie są aby starymi wrogami. Mistrz Oakhallow z pewnością nie wysłałby jej do kogoś złego. Przypomniała się jej ich ostatnia rozmowa.
Wyszli z gospody, gdy słońce opuściło się już za wysokie wzgórza na południowym zachodzie. Drogą z północy maszerował do skrzyżowania oddział zbrojnych ze strażnicy, zadrżała wbrew sobie.
- Zimno ci? - zapytał elf.
- Nie. Coś sobie pomyślałam. - Spojrzała na Kuakgana. Uśmiechnął się.
- Jeśli będziesz jeszcze kiedyś tędy przechodzić, jesteś zawsze mile widziana w gaju.
- Dziękuję, panie. Ja... - Ale Kuakgan już odchodził, kiwając głową maszerującym żołnierzom i machając ręką do sterczącego w drzwiach dziecka.
- Lepiej już chodźmy - rzucił cicho elf. - Nie chcę być niegrzeczny, lecz czeka nas daleka droga, a jeśli nie czujesz się najlepiej, możesz mieć kłopot z nadążaniem za moim krokiem.
Oderwała wzrok od Kuakgana. Nie myślała, że rozstaną się tak szybko.
- Ja... dobrze, w porządku. Jestem gotowa.
- Nie masz bagażu? Nic?
- Nie. Mam tylko to, co na sobie.
Hmmm. Te buty nie wytrzymają podróży.
Spojrzała na swoje stopy.
- Długo nosiłam gorsze.
Elf zaśmiał się srebrzystym śmiechem, który tak dobrze pamiętała.
- Bardzo dobrze. Chodźmy, najpierw tędy. - Ruszyła o krok za nim, potem dogoniła go. Ruszyli na wschód od Mostu Piwowarów drogą, którą przybyła tu półtora roku wcześniej. Po lewej miała gaj Kuakgana, mroczny i groźny o zmierzchu. Po prawej mijała domki, próbowała przypomnieć sobie, do kogo należały. Kobieta z drugiego gospodarstwa zrobiła jej skarpety, które nosiła aż do zeszłej zimy.
Za ostatnim zaoranym polem elf zszedł z drogi.
- Tędy będzie najkrócej i nie spotkamy innych podróżnych. Podążaj moimi śladami, poprowadzą cię.
Nie spodobało się jej to polecenie, lecz nie chciała wszczynać kłótni. Wolała myśleć o Kuakganie, o tym, co i w jaki sposób zrobił. Ruszyła za elfem przez łąkę. Niebo było jeszcze dość jasne, by wyraźnie widziała drogę. W gęstniejącym mroku przekonała się, że ślady elfa lekko świecą. Gdy na nich stawała, znajdowała solidne, płaskie oparcie dla stopy.
O świcie była bardzo zmęczona, potykała się nawet na jego śladach. Nie miała pojęcia, ile przeszli ani w jakim kierunku: nie mogła jednocześnie śledzić jego tropu i patrzeć w gwiazdy. Wyczuła jednak las, potem łąkę, potem znowu las.
- Odpoczniemy tu przez chwilę - oznajmił elf.
Rozejrzała się dokoła. Znajdowali się w środku lasu, między kępami drzew leżały nieregularnie porozrzucane polanki. Elf znalazł rozłożysty dąb nad strumykiem i rozłożył pod nim płaszcz. Paks wyciągnęła ramiona nad głowę i przeciągnęła się. Spacery po gaju nie przygotowały jej na tak długi marsz. Bolały ją nogi, wiedziała, że po odpoczynku będzie cała sztywna.
- Proszę - dodał. - Połóż się i prześpij. Stanę na straży.
Spojrzała na niego, upewniając się, że nie kpi, lecz uśmiech na jego twarzy był prawie przyjacielski.
- Szedłeś tyle samo co ja - zauważyła.
- Mam własne metody wypoczywania. Gdybyś znała elfy, wiedziałabyś, iż rzadko kiedy mocno śpimy. Poza tym Kuakgan powiedział, że leczysz poważne rany. Śpij. Czeka nas daleka droga.
Paks zdjęła buty i wyciągnęła się na rozłożonym na ziemi płaszczu. Stopy miała gorące i opuchnięte, ściągnęła skarpetki i roztarła sobie łydki i podbicia. Gdy podniosła wzrok, elf przypatrywał się jej bliznom.
- Naprawdę zadali ci je mroczni kuzyni? - zapytał.
- Nie oni - odparła - tylko orki. Na ich rozkaz. - Elf zesztywniał, zmarszczył brwi i odwrócił głowę.
- Słyszeliśmy, że paktują z thribandami, lecz nigdy w to nie wierzyłem. Sądziłem, że nawet iynisin uważają ich za wrogów.
Pokręciła głową, zdumiona, że mogła tak swobodnie o tym mówić.
- Tam gdzie byłam, kuaknomi - iynisin - rozkazywali orkom jak sługom lub żołnierzom. Kiedy ujęto mnie podczas nocnego rajdu, iynisin kazali orkom i innym swym poddanym walczyć ze mną. Bez broni. To znaczy: ja nie miałam broni.
Elf spojrzał na nią z dziwną miną.
- Walczyłaś bez broni z thribandami?
- Na początku. Potem dawali mi oręż pokonanego, bym mogła stoczyć kolejną walkę. Tyle że wówczas było ich więcej. A potem...
- Ile razy? - przerwał jej. - Ile walk stoczyłaś?
- Nie wiem. Nie pamiętam. Sądząc po szramach - dużo.
- I przeżyłaś. - Elf usiadł gwałtownie i spojrzał jej prosto w oczy. - Nigdy bym nie przypuścił, że jakikolwiek człowiek mógłby przetrwać ich niewolę i takie rany, nie popadając w szaleństwo. Może powinienem przyznać, iż muszę dowiedzieć się o ludziach wielu rzeczy. Kto oczyścił twe rany z trucizny?
- Kuakgan. Inni próbowali zaklęć leczących, lecz te, choć na pewien czas tłumiły ból, nie były w stanie uzdrowić ran. Mistrz Oakhallow znał inny sposób.
- Hmmm. No cóż, odpoczywaj. Myślę, że dobrze sprawisz się w Lyonyi.
Leżała przez parę minut, obserwując liście nad głową, wraz ze świtaniem nabierające kształtów i kolorów. Zasnęła. Obudziła się w ciepłe południe, na twarz padały jej ukośne promienie słońca. Elf zniknął. Rozejrzała się, wzruszyła ramionami i poszła do strumyka napić się i obmyć twarz i stopy. Była zesztywniała i niezdarna, lecz po paru ćwiczeniach i ponownym napiciu się wody mogła już bez odrazy myśleć o nocnym marszu. Po powrocie znad strumyka zastała elfa stojącego pod drzewem i wpatrzonego w drogę, którą przyszli.
- Kłopoty? - zapytała. Widziała tylko drzewa, trawę i trzepot skrzydeł przelatującego ptaka.
- Nie. Po prostu patrzę. Pięknie tutaj, żaden budynek nie szpeci widoku. Podczas podróży nikt nie będzie nas niepokoił. Rzuciłem - nie wiem, czy to zrozumiesz - pewien czar. Nie dostrzeże nas oko śmiertelnika, choć inne elfy przebiją zaklęcie wzrokiem.
- Och. - Rozejrzała się w poszukiwaniu jakichś oznak - migoczącego światła lub czegoś dziwnego. Lecz wszystko wyglądało normalnie.
- Jesteś głodna? Za kilka godzin powinniśmy wyruszyć. Łatwiej jest zamaskować nasze przejście, gdy nie rzucamy wyraźnych cieni.
Faktycznie była głodna, żołądek przywarł jej do kręgosłupa. Kiwnęła głową i elf zaczął przetrząsać swój niewielki plecak. Wyciągnął płaski pakiecik i rozpakował go.
- To nasz chleb podróżny. Spróbuj.
Wzięła kawałek, przypominał suchary, które Kompania Księcia brała na długie marsze. Wgryzła się weń, oczekując twardości i zęby zadzwoniły o siebie - chleb był lekki i chrupiący. Miał niespotykany, lecz dobry smak. Najadła się jedną kromką.
Tej nocy przeszli granicę Lyonyi. Drzewa były tu wyższe i o świcie przemierzali już głęboką puszczę, wędrując wąską ścieżką przez gęste poszycie. Kiedy się zatrzymali, elf pokazał jej jadalne jagody.
- To dobra pora dla leśnych wędrowców - oświadczył. - Aż do końca lata trudno będzie głodować w lesie temu, kto zna się na roślinach.
- Niewiele wiem o lesie - przyznała. - Tam gdzie dorastałam, rosło mało drzew. Nazwali miasteczko Trzy Jodły, bo tyle właśnie ich było.
- Ach tak, to na północno-zachodnich wrzosowiskach. Byłem kiedyś w okolicy Trzech Jodeł, bardzo dawno wedle twej rachuby czasu. Zmierzałem do Królewskiego Lasu, daleko na zachód stamtąd, a wracając, natknąłem się na najazd thribandów - orków, jak je nazywasz. Tamtejsi farmerzy odparli napaść, ponosząc ciężkie straty.
- To było za życia mego dziadka. A może pradziadka.
- Od tamtej pory nie wybuchła tam żadna wojna. Co skłoniło cię do zostania wojowniczką?
- Och, pieśni i opowieści, jak przypuszczam. Mój kuzyn uciekł z domu i przyłączył się do kompanii najemniczej. Kiedy wrócił i opowiedział o tym, wiedziałam, że muszę pójść w jego ślady.
- Spodobało ci się?
Uśmiechnęła.
- Owszem. Nawet rekrutce, choć musieliśmy wykonywać prace, których nie lubiliśmy. Pamiętam radość, kiedy po raz pierwszy wzięłam miecz do ręki. Oczywiście później doszło do wydarzeń... nie podobały mi się wojny na południu...
- Brałaś udział w kampanii przeciwko Siniavie? - Przytaknęła. Elf westchnął. - Do gorzkich ziem powróciły gorzkie kłopoty. Kiedy zamieszkiwaliśmy południe...
- Żyły tam elfy? - Pamiętała, jak mówiono jej, że elfy mieszkały tylko na północy.
- Owszem, bardzo dawno temu. Część ludzi z południa uważa, że zostaliśmy wyparci przez przybyszów z Aare. Mylą się im daty, odeszliśmy znacznie wcześniej.
Chciała zapytać dlaczego, lecz nie zrobiła tego. Wrócił do opowieści po przebyciu dłuższego odcinka, gdy słońce było już wysoko na niebie.
- Elfy nie zawsze były mądre i dobre. W Aarenis, jak nazywacie tamtą krainę, popełniliśmy szereg błędów, co sprowadziło wielkie zło. Wielu z nas zginęło, a reszta uciekła. - Zaczął śpiewać po elfiemu, Paks nie była w stanie nadążyć za długimi, rytmicznymi wersami, opisującymi smutek i przeznaczenie. Potem pieśń zmieniła charakter na lżejszy, zakończył ją frazą, którą słyszała w wykonaniu Ardhiela. - Pora odpocząć - przemówił cicho. - Nic nie mówisz, lecz twe stopy gubią rytm. - Dotarli na niewielką polankę, spod skał na jej skraju tryskał strumyczek.
- Opowiedz mi o Lyonyi - poprosiła go po napiciu się z zimnej strugi. - Jedyne, co wiem o tej krainie, to fakt, że znajduje się tam siedziba Aliama Halverica. A król jest półelfem, prawda?
Wbił wzrok w dal i rozpoczął tonem bajarza:
- W dawnych dniach elfy przeniosły się na północ. Było to, nim do Aarenis przybyli ludzie, a nad pustyniami południa górowały wieże Aare. Od gór po Honnorgat rozciągały się lasy, sięgając aż do morza traw, krainy koni. W Dzordanyi puszcza rozpościerała się po Krainy Mrozu, gdzie rosną tylko mchy. Zasiedliliśmy lasy pomiędzy górami a wielką rzeką, rzadko zapuszczając się na północ. Tam las był inny, obcy. - Przerwał, zerknął na nią, po czym odwrócił wzrok. - Czy przez przypadek nie jesteś tą Paksenarrion, która uwolniła elfane taig?
- Tak.
- Hmmm. Wiesz, że elfy przeważnie nie mieszkają w kamiennych budowlach. Mamy swoje miejsca ceremonialne. Tamto... gdzie walczyłaś, było jednym z nich, bardzo potężnym. Stanowiło centrum całego regionu elfów, elfane taig było jednocześnie miejscami mocy i piękna. Lecz wyśledziło nas tam zło z Aarenis. Najpotężniejszy z naszych magów zdołał jedynie opóźnić upadek na tyle, by reszta zdążyła uciec. Zapłacił za to wiekami zniewolenia.
- To ten, którego widziałam? Ten sam?
Elf przytaknął.
- Tak. Podjął ryzyko dla ocalenia pozostałych, nie potrafił jednak uratować siebie. Niczego nie lękamy się tak jak takiego zniewolenia. Człowiek ma zawsze nadzieję na śmierć - nie żyjecie nawet stu lat - lecz elf musi żyć z taką nieczystością wiecznie... - Urwał gwałtownie i wstał, odwracając twarz.
Nie wiedziała, co powiedzieć. Dokończyła chleb i poszła do strumyka, by zaspokoić pragnienie. Po powrocie zastała elfa siedzącego i spokojniejszego.
- Wyruszamy nocą?
- Nie. Spotkamy się z łowcami tutaj, przy tym strumyku. Jeśli nie chcesz jeszcze spać, mogę opowiedzieć ci więcej o Lyonyi...
Pokiwała głową, a on rozłożył na ziemi płaszcz i legł na nim.
- Opowiedziałem ci, jak przybyły tu elfy - zaczął. - Lecz kraina nie była bezludna. Góry i wzgórza zamieszkiwały skalne ludy: krasnoludy i gnomy. W lasach grasowały liczne plemiona orków - te wyparliśmy z naszej domeny. Żyły tu także mniejsze istoty, które szybko znikły i nie zdążyliśmy ich poznać. Po niedługim czasie mieliśmy las tylko dla siebie i rozpoczęliśmy kształtowanie go, kwiatów, drzew i mchu. A potem zjawili się ludzie. - Przerwał, marszcząc brwi. - Pierwszy był okręt Ludu Morza, uciekający Honnorgatem przed nieprzyjaciółmi. Wycięli drzewa nad brzegiem rzeki i zasiali zboża. Obserwowaliśmy ich z oddali. Pierwsza osada powstała tam, gdzie obecnie znajduje się Bannerlith, a druga u ujścia rzeki. Potem przypłynęły następne statki. Zwołaliśmy radę i postanowiliśmy spotkać się z nimi.
- I co się stało?
- To byli porywczy ludzie, przywykli do wojny. Myślę, iż sądzili, że są w stanie nas przepędzić. Lecz syn jednego z kapitanów wraz ze swoją załogą zaprzyjaźnił się z elfem osaczonym na brzegu przez wilki i tak jak jeden dźwięk zwiastuje harmonię, tak jeden dobry uczynek daje nadzieję na zawarcie przyjaźni. Po pewnym czasie ci, którzy chcieli żyć z nami w zgodzie, zostali na południowym brzegu, a reszta zajęła północ. Elfy nie są mile widziane w Pargunie i Kostandanie. Potem pojawili się ludzie z południa. Ci byli inni, założyli Finthę i Tsaia. Kiedy się spotkaliśmy, powitali nas miłymi słowy, a nie ciosami mieczy. Wielu z nich spotykało elfy w górach na zachód od południowego pogranicza. W Lyonyi zawarliśmy układy z ludźmi, dzieląc się ziemią i lasami. Zaczęły się mieszane małżeństwa i gdy Lyonya rozrosła się w królestwo, w żyłach królewskiego rodu płynęła elfia krew, choć aktualny król ma jej niewiele.
- A królestwo dzielone jest przez elfy i ludzi?
- Tak, na tyle, na ile śmiertelni i nieśmiertelni mogą coś dzielić. Ci, z którymi się tutaj spotkamy, są zarówno ludźmi, jak i elfami, a w większości płynie krew obu ras.
- Czy nie jesteś jednym z nich?
- Ja? - Roześmiał się cicho. - Nie. Zbyt wiele podróżuję. Mistrz Oakhallow wie o tym i wykorzystuje mnie jako posłańca i przewodnika. Podobnie jak pozostali Kuakgani wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję.
- Nie lubisz go?
- Lubić go? A co to ma do rzeczy? Kuakgani są obcy dla elfów, choć dobrze nas znają, a my jesteśmy obcy dla nich. Zajęli nasze miejsce przy Pierwszym Drzewie, niektórzy z nas nigdy im tego nie darowali, a wszyscy o tym pamiętamy. Ani lubię, ani nie lubię Kuakgana. Szanuję go.
Wyprostowała nogi, a potem ręce. Cieszyło ją, że nie musieli tej nocy podróżować.
- Lepiej się prześpij - doradził jej elf. - Stanę na straży.


Dodano: 2007-01-11 18:37:05
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści"


 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i anioł z kamienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"

 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

 Shannon, Samantha - "Zakon Drzewa Pomarańczy"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS