NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Crouch, Blake - "Rekursja"

Ukazały się

Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"


 Pilipiuk, Andrzej - "Przeszłość dla przyszłości"

 antologia - "Wigilia pełna duchów"

 Chesterton, Gilbert Keith - "Człowiek, który był Czwartkiem"

 Węcławek, Dominika - "Skoczkini. Zapiski z międzygwiezdnego lotu"

 Rusnak, Marcin - "Diabły z Saints"

 Lisińska, Małgorzata - "Zakonna"

 Burroughs, Edgar Rice - "Llana z Gathol"

Linki

Lebaron, Francis - "Maski Mercadii"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Maskarada
Data wydania: 2001
ISBN: 83-87376-57-4
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 352
"cykl maskarady", tom 1seria: Magic: The Gathering



Lebaron, Francis - "Maski Mercadii" #2

ROZDZIAŁ 2
Podczas podróży na pokładzie Weatherlight’a Orim doświadczyła wielu niewygód i nieprzyjemności, ale żadna z nich nie mogła równać się z tym, co przechodziła teraz. Statek trzeszczał i jęczał, mknąc po rzece. Koryto było wąskie, a Weatherlighta nosiło na boki, więc co chwilę ocierał się burtą o brzeg. Każde takie uderzenie wstrząsało okrętem, omal nie strącając dziewczyny uczepionej relingu.
Mała i sponiewierana trzymała się kurczowo dalej. Turban chronił jej głowę przed najgorszymi uderzeniami, a kieszenie szaty uzdrowiciela przed poważniejszymi uszkodzeniami ciała. Mimo to była pewna, że kiedy to wszystko się skończy, jej balsamy, maści i okłady bardzo się przydadzą.
W tej chwili chciała tylko, aby jej wysokie do kolan buty z cielęcej skóry lepiej trzymały się pokładu. Rozpaczliwie pragnęła zejść na dół i sprawdzić stan swoich pacjentów.
Za sobą widziała jedynie spienione fale rzeki, cofające się po przepłynięciu statku. Przed nią widniała tylko ciemność. Na dachu kabiny pilota poruszały się niewyraźne postacie - napastnicy. To oni uprowadzili jej pacjentów, statek i ją samą.
Orim ruszyła z trudem w ich kierunku, trzymając się relingu. Jeden z obcych, trzymający się na nogach dużo pewniej niż ona, wspiął się po schodach i przytrzymał burty. Był wysoki i smukły. Twarz zasłaniały mu rozwiane, czarne włosy. W ich gęste kosmyki wplótł setki monet. Ściągnął brwi. Jego oczy lśniły w mroku jak onyksy. Biała szata oplatała mu pas i barki, pozostawiając jednak muskularną klatkę piersiową odkrytą.
Mężczyzna powiedział coś w języku, którego nigdy wcześniej nie słyszała.
Potrząsnęła głową.
- Czego chcecie? Dokąd mnie zabieracie?
Nieznajomy chwycił ją za łokieć i pociągnął w kierunku luku prowadzącego pod pokład. Kiedy zeszli w dół po drabince, mogła przyjrzeć mu się dokładniej. Jego dłonie lśniły dziwnym, srebrnym blaskiem, oświetlając znajome przejście. Popchnął ją w kierunku lazaretu.
Kiedy tam weszła, ujrzała dwóch innych mężczyzn stłoczonych na małej przestrzeni. Pilnowali Klaarsa i Drianana. Klaars cierpiał widocznie z powodu wstrząsów okrętu; rzucało nim po całej koi. Podczas katastrofy doznał wstrząsu i złamał rękę tuż poniżej łokcia; Orim założyła mu łubki. Teraz jednak temblak zsunął się, a łubki odpadły. Z Driananem było gorzej. Uraz kręgosłupa był poważny; pomimo usztywnienia pleców; mężczyzna kołysał się w koi jak martwy.
Orim spróbowała przypomnieć sobie jakiegoś boga, do którego mogłaby się pomodlić.
Z zewnątrz, przebijając się przez hałas jaki robił sam okręt, dochodziły krzyki innych. Co jakiś czas ktoś schodził do ich małego pomieszczenia, aby porozmawiać z mężczyzną z monetami we włosach. Najwidoczniej był on przywódcą napastników; odpowiadał niedbale, nie spuszczając wzroku z Orim, starającej się ulżyć swym pacjentom. Pomagał jej, jak mógł, trzymając Drianana, kiedy ona opatrywała Klaarsa i na odwrót. Wkrótce jednak jego pomoc nie była już potrzebna. Drianan zmarł przed północą.
Była to długa i straszna noc. Kiedy Orim nabrała pewności, że ta męczarnia nigdy się nie skończy, kołyszący ruch raptownie ustał. Z góry znów dobiegły krzyki. Weatherlight zadygotał. Klaars ześlizgnął się ze swojej koi, uderzając z hukiem głową w knagę. Na szczęście stracił przytomność.
Statek zadygotał ponownie, po czym nieznacznie się uniósł. Prąd ustał. Weatherlight kołysał się łagodnie na powierzchni wody.
Z góry dobiegły słabe wiwaty i tupot stóp o pokład. Ktoś odwalił z hukiem pokrywę luku; do środka wpadło srebrno-zielone światło. Wódz porywaczy zbliżył się do otworu i krzyknął coś w górę.
Orim cofnęła się, próbując zasłonić Klaarsa własnym ciałem.
Dwóch piratów zeszło do lazaretu. Stali teraz obok swego przywódcy. Jeden z nich był szczupłym, młodym mężczyzną o brązowych, prostych włosach, sięgających ramion. On również wplótł w nie monety, choć nie aż tyle, co wódz. Na szyi wisiały mu amulety i sakiewki. Drugi, przysadzisty wojownik nosił czarne naramienniki. Obaj gapili się na Orim.
- Macie statek. Zostawcie nas w spokoju - powiedziała nerwowo.
Mężczyźni przecisnęli się obok niej. Próbowała powstrzymać tego w pancerzu, ale niecierpliwym ruchem odepchnął ją na bok jak dziecko. Wyciągnął długi, cienki nóż, przeciął nim hamak, w który zaplątało się ciało Drianana, po czym z niespodziewaną łagodnością uniósł ciało martwego żeglarza. Jego towarzysz podniósł Klaarsa. Orim pospieszyła mu z pomocą. Ostrożnie wyszli na pokład.
Dziewczyna rozejrzała się wokół z ciekawością. Nie byli już na otwartej równinie. Wokół statku rosły ogromne drzewa, o pniach średnicy małej wioski; wysoko w górze tworzyły sklepienie, przez które przeświecało żółto-pomarańczowe, poranne niebo. Weatherlight kołysał się przy brzegu rozległej laguny; jej rozmiarów nie dało się określić. Rozlewała się aż po horyzont. Było ciemno i chłodno. Pnącza i mchy zwisały z niższych gałęzi, ścieląc się po pokładzie statku.
Wszędzie wokół Orim wyczuwała życie - istnienie, przy którym ona i wszyscy towarzyszący jej ludzie byli nieistotni. Po długiej, strasznej nocy ta niesamowita obecność koiła jak balsam. Dziewczyna rozprostowała się. Poczuła, że jej duch też rośnie, przebijając najwyższe liście i tuląc się do ciepłego nieba. Chciała wykrzyczeć ból i piękno, jakie wyczuwała wokół siebie. Z niemal słyszalnym westchnieniem jej dusza powoli i łagodnie zagłębiła się między drzewa, opadając swobodnie, aż ciepłe wody ziemi przyjęły ją pieszczotą. Orim zadrżała od nagłego chłodu i zamrugała oczami. Wizja zbladła, a ona ponownie znalazła się na deskach pokładu. Olbrzymie drzewa dookoła były skąpane w srebrnym ogniu.
- Więzień w raju - mruknęła.
Nie była sama. Po drugiej stronie pokładu, na posłaniu z plecionej trzciny spoczywał nieprzytomny Klaars. Młodzieniec obwieszony medalionami zajmował się jego ramieniem. Ciało Drianana tymczasem zostało owinięte grubą lianą. Trzech mężczyzn podniosło go, po czym delikatnie opuściło za burtę. Czekało tam już czółno wypełnione gałęziami paproci. Kobiety z sąsiedniej łodzi przejęły ciało i umieściły je na nich, układając nogi i ramiona. Na piersi martwego złożyły kwiat bluszczu, a głowę przystroiły wieńcem. Zajmowały się nim, jakby był jednym z nich.
Przez relingi statku wdrapało się wielu innych. Ociekając wodą stanęli na pokładzie, po czym razem ze swym wodzem zbliżyli się do Orim.
Dziewczyna odetchnęła głęboko.
- Co teraz?
Przywódca zmierzył ją spojrzeniem od stóp do głów. Oczy świeciły mu tak samo, jak monety we włosach. Był całkiem przystojny, ale w dumny i władczy sposób. Ręką wskazał Orim reling burty. Kiedy podeszła, zobaczyła smukłe czółno, najwyraźniej przybyłe, aby zabrać ją na brzeg.
Przez burtę szybko przerzucono linę, po której opuściła się na dół. Jeszcze wtedy obcy, którzy przypłynęli z wybrzeża wdrapywali się na statek. Orim usiadła na środku czółna. Miejsca przed i za nią zajęli wojownicy. Ich wódz skoczył do wody i puścił się wpław do brzegu. Łódź ruszyła w ślad za nim.
W miarę, jak oddalali się od mrowia łódek i pływaków, powierzchnia wody stawała się coraz gładsza. Mimo przyćmionego światła delikatne zmarszczki, jakie pozostawiało za sobą ich czółno, były doskonale widoczne. Ciszę przerywały jedynie stłumione nawoływania tubylców i rytmiczny szum wioseł. Tu i ówdzie Orim dostrzegała nad powierzchnią wody niewielkie chaty, połączone siecią bambusowych pomostów.
Nagle z góry dobiegł ją trzepot skrzydeł. Tuż nad ich głowami przemknął ciemny, uskrzydlony cień. Orim skuliła się i pisnęła. Jej strażnicy zachichotali i przerwali wiosłowanie; jeden z nich podniósł rękę i wydał z siebie dziwny, ćwierkający dźwięk. Skrzydła znowu zatrzepotały i coś usiadło na jego wyciągniętym ramieniu, zwieszając się głową w dół. Był to duży nietoperz; jego olbrzymie oczy świeciły jasnym blaskiem. Zastrzygł uszami w kierunku Orim i przekrzywił głowę, jakby zastanawiając się, co ta nowa istota robi w jego królestwie.
Wioślarz sięgnął ręką do jednej z ukrytych kieszeni swego okrycia i wyciągnął w kierunku nietoperza jakiś przysmak. Stworzenie, nie spuszczając oczu z dziewczyny, chwyciło go, ukazując na moment białe, ostre zęby. Mężczyzna zanucił coś cicho. Zwierzę pisnęło krótko i zniknęło w otaczającej ich ciemności.
Wioślarze podjęli pracę i wkrótce dziób czółna zazgrzytał o ziemię. Wojownik siedzący na dziobie wyskoczył na brzeg i gestem zachęcił Orim do tego samego. Stanęła na płaskim nabrzeżu, czując pod stopami mokre drewno. Ogromne drzewa rosły tu tak gęsto, że ich korzenie zaczynały się zrastać. Potężne pnie otaczały ich jak kolumny świątyni, tyle tylko, że każdy z nich był wielkości sporej kaplicy. Kora przeświecała srebrzyście spod płaszcza porostów.
Wojownicy ujęli Orim pod ręce i poprowadzili między drzewa. Cisza pogłębiała się, chociaż widać było coraz więcej tubylców. Wkrótce las zapełnił się nimi; czekali, ukryci pośród pni gęsto rosnących drzew. Odziani w białe szaty, z monetami wplecionymi we włosy, w towarzystwie ogromnych drzew wydawali się karzełkami. Z porośniętych mchem jam ciekawie wyglądali mieszkańcy. W oczach mężczyzn widać było podejrzliwość, kobiet - wesołość, a dzieci uśmiechały się z ciekawością.
Niezliczone stopy wydeptały ścieżki pomiędzy wypchniętymi na powierzchnię korzeniami. Chociaż zielone sklepienie lasu było bardzo wysoko, wszystko na dole spowijał purpurowy półmrok. Nawet w południe promienie słońca nie docierały na tę głębokość. W większości miejsc jedynym źródłem światła był srebrny blask wszechobecnych drzew.
Miejsce przed nimi stanowiło widoczny wyjątek. Była to jasno opromieniona polana. Jedno z tysiącletnich drzew padło, być może wieki temu, pozostawiając szeroki otwór w przytłaczającym sklepieniu lasu. Z powalonego olbrzyma pozostał teraz zaledwie porośnięty mchem, podłużny wzgórek. Z rozkładającego się pnia w równych szeregach wyrastały młode drzewka. Tubylcy wydrążyli otwór w jednym z boków drzewa, czyniąc je swoim schronieniem. Wycięte w ogromnej kłodzie okna i drzwi oświetlały polanę srebrno-zielonym blaskiem. Inni zamieszkiwali poskręcane korzenie lub chaty, tak otulone porostami, że ledwie odcinały się od leśnej ściółki.
- Jesteśmy tu jak insekty - pomyślała głośno Orim.
Na środku polany płonęło wielkie ognisko. Jego ciepłe, czerwone światło oślepiało oczy, przyzwyczajone do panującego w głębi lasu półmroku. Klaars usiadł na posłaniu przy ogniu. Odzyskał przytomność; teraz tulił do siebie złamaną rękę, jakby sprawiała mu ogromny ból. Zakuci w pancerze strażnicy ustawili się po jego obu stronach.
Orim wyrwała się strażom i podbiegła do niego.
Ramię Klaarsa ujęto w prymitywne łubki; prawdopodobnie było to dzieło mężczyzny z medalionami. Jego skórę natarto grubo jakąś pomarańczową mazią. Gorączkował nieprzytomnie, przewracając oczami.
Orim poklepała go po zdrowym ramieniu, przemawiając uspokajająco.
- Spokojnie... Nie zrobią nam chyba krzywdy. Gdyby naprawdę tego chcieli, mieli już sporo okazji.
Młody żeglarz wciąż oddychał nierówno. Żyła na jego szyi wściekle pulsowała.
W krąg światła rzucanego przez ogień wstąpił wódz porywaczy. Jego czarne, upstrzone monetami włosy ociekały wodą z laguny. Powiedział coś do Orim i wskazał palcem na siebie.
- Co? O co chodzi? Nie rozumiem. - Uzdrowicielka rozłożyła bezradnie ręce.
Mężczyzna cierpliwie powtórzył zdanie. Wskazał najpierw otaczających ich ludzi, potem siebie.
- Yo chava Cho-Arrim. Ja shav Cho-Manno.
Orim potrząsnęła bezradnie głową. Klaars zajęczał z bólu i strachu.
Wódz wyciągnął ku niej rękę i delikatnie dotknął jej podbródka. Dziewczyna popatrzyła prosto w jego głębokie, brązowe oczy. Błyszczały w nich iskierki humoru. Zadowolony, że przyciągnął jej uwagę, mężczyzna dotknął ręką piersi.
- Cho-Manno.
Orim skinęła powoli, powtarzając.
- Cho-Manno.
Uśmiechnął się i zatoczył ręką koło.
- Cho-Arrim. - W głębi duszy Orim poczuła wzrastające podniecenie.
Wódz pokazał na nią i pokiwał głową.
- Orim - powiedziała.
- O-leem.
- Nie, Orim.
- O-reem.
- Tak, właśnie. Orim.
Wódz błysnął zębami w uśmiechu i rozejrzał się przelotnie po zgromadzonych. Setki monet w jego włosach zamigotały. Podbiegł szybko do gapiących się tubylców i wyciągnął spośród nich ładną, kilkunastoletnią dziewczynę.
- Is-Shada.
Dziewczyna uśmiechnęła się nerwowo. Była piękna; miała długie, ciemne włosy i gładką, oliwkową cerę. Ubrana była w białą, sięgającą kolan tunikę. Podeszła do Orim, chwyciła jej dłoń, potrząsnęła nią lekko, po czym uniosła do swego czoła.
- O-reem. Is-Shada. Do chrano ‘stva o’meer. - Jej ręka zalśniła delikatnie.
Ku swemu zaskoczeniu Orim zauważyła, że część srebrnego blasku z dłoni dziewczyny przeszła na jej własne palce. Uśmiechnęła się i delikatnie wyswobodziła rękę.
Is-Shada uklękła obok niej.
- Możecie mu jakoś pomóc? - Orim patrzyła na Cho-Manno i dziewczynę.
Is-Shada spochmurniała. Ręką wskazała coś po drugiej stronie ogniska.
Nadchodził stamtąd chudy, brązowowłosy młodzieniec, którego Orim widziała już na pokładzie Weatherlight’a. Nagle zrozumiała, że woreczki, wiszące na jego szyi to sakiewki na lekarstwa, takie same, jak jej, a medaliony to symbole uzdrawiania.
Mężczyzna ukląkł obok Klaarsa i zdecydowanie dotknął jego złamanej ręki. Z krzykiem bólu, który poniósł się echem po lesie Klaars opadł na posłanie i zwinął się w agonii. Młody uzdrowiciel potrząsnął głową z troską. Uniósł w górę największy spośród swoich amuletów i przytknął go do czoła żeglarza, wymawiając przy tym jakieś krótkie słowo.
Klaars natychmiast zwiotczał; z jego ust wydobyło się słabe chrapnięcie.
Orim patrzyła w olśnieniu na młodego lekarza.
- Dziękuję - powiedziała, mając nadzieję, że usłyszy wdzięczność w jej głosie.
Cho-Arrim cofnął się o krok i powiedział coś do wodza. Orim przyglądała się ich ponurym twarzom.
- Ilu rzeczy mogłabym się od nich nauczyć... - wyszeptała w zachwycie.
Cho-Manno pokiwał stanowczo głową, jakby podejmując decyzję.
Jednym płynnym ruchem młody uzdrowiciel odwrócił się, wyciągnął spod szaty ciężki tasak i rąbnął nim w ramię Klaarsa.
Żeglarz ocknął się i wrzasnął dziko z bólu. Jego ręka odpadła.
- Nie! - krzyknęła Orim, rzucając się naprzód. Jej strażnicy powstrzymali ją.
Trzech wojowników trzymało Klaarsa, kiedy lekarz kawałkiem tkaniny obwiązywał tryskający krwią kikut. Wetknął pod nią kawałek patyka i obracał nim tak długo, aż opatrunek odciął dopływ krwi.
Orim szarpała się w uścisku trzymających ją rąk. Ogarnięta zgrozą, wpatrywała się w okaleczone ciało Klaarsa.
- Nie! Ty potworze! Wszyscy jesteście potworami!
Nagle obok pojawiła się Is-Shada. Objęła mocno dziewczynę i zaczęła uspokajająco szeptać do jej ucha:
- O-reem, Is-Shada stva omeer. Is-Shada stva omeer...

* * *
Noc, która zapadła nad wioską Cho-Arrimów niewiele różniła się od dnia. Żółto-pomarańczowe niebo pociemniało, ale nawet w południe niewiele promieni słonecznych przebijało się przez gęstwinę gałęzi. Tak czy inaczej, najwięcej światła dawały lśniące srebrnym blaskiem ogromne drzewa.
Jedynie ten blask rozjaśniał celę, w której zamknięto Orim i Klaarsa. Znajdowała się ona w zagłębieniu potężnego korzenia. Chociaż nie było tu drzwi ani zamka, pomieszczenie było ewidentnym więzieniem. Solidne korzenie otaczały ich ze wszystkich stron, odsunięte o jakieś pięćdziesiąt stóp. Prowadziła tu tylko jedna ścieżka; zmuszono ich, by po niej zeszli, mimo okaleczenia Klaarsa. Na początku i końcu dróżki ustawiono straże. Nie było drzwi, nie było zamka - i nie było wyjścia.
- Potwory - powiedział Klaars, ściskając opatrunek na ramieniu. Chodził w tę i z powrotem po udeptanej podłodze, zgrzytając wściekle zębami. - Dzikie potwory!
Orim potrząsnęła głową. Od kilku godzin próbowała go uspokoić, ale nie chciał usiąść ani jej wysłuchać.
- Myślę, że po prostu nie zrozumieli. Nie zdawali sobie sprawy, że twoją rękę można uratować. Może gangrena jest tu bardziej niebezpieczna...
- Wyjdę tam i zabiję go! Znajdę tego znachora i odrąbię mu rękę!
- Nie, Klaars - powiedziała Orim. - To nic nie da.
- Na pewno lepiej się poczuję! - syknął Klaars. Machnął zdrową ręką, jakby coś odcinając. - Jak ci się to podoba, ty cho-arrimski bydlaku!
Z ciemności dobiegł ich nowy głos.
- O-reem?
Między dwoma strażnikami bezszelestnie przemknęła Is-Shada.
- O-reem? Omeer Is-Shada. - Dziewczyna niepewnie weszła do pomieszczenia.
Orim nie zdążyła jej ostrzec - Klaars skoczył na nią jak wilk, obalając na ziemię. Jego zdrowe ramię zacisnęło się wokół szyi dziewczyny. Rozluźnił uścisk dopiero, kiedy usłyszał zdławiony krzyk.
Przez drzwi wpadł strażnik - ogromna, zakuta w pancerz nocna zjawa. W jego ręku błysnął miecz.
- Na niego, Orim! - krzyknął Klaars, zasłaniając się Is-Shadą. - Na niego! Zabierz mu miecz!
Orim nie ruszyła się, osłupiała.
- Klaars, co ty wyprawiasz?
- Wyciągam nas stąd! Bierz jego miecz!
- Puść ją!
Strażnik ruszył ku Orim; dziewczyna zasłoniła się drżącymi rękami. Uznawszy, że nie stanowi zagrożenia, rzucił się ku Klaarsowi, pchając mieczem.
Żeglarz okręcił się. Ostrze wojownika weszło w bok Is-Shady; polała się krew. Strażnik zamarł, z niedowierzaniem patrząc na ranę, którą zadał.
Klaars zawarczał i wzmocnił uścisk. Twarz dziewczyny nabrała koloru purpury; chwilę później przestała się szarpać i zwisła bezwładnie w jego rękach. Prychając jak osaczone zwierzę, żeglarz zaczął krzyczeć:
- Rzuć miecz, albo ją zabiję! Zrobię to! Zabiję Iiszaddę!
Strażnik zrozumiał. Cisnął broń na ziemię i podniósł ręce do góry. Skinął głową w geście poddania.
Klaars schylił się po miecz. Kiedy tylko poczuł w dłoni rękojeść, rzucił dziewczynę na podłogę. Wojownik skoczył, by ją podtrzymać; nagle na nieruchome ciało Is-Shady bryznęła czerwień.
- Klaars, nie! - krzyknęła Orim.
Strażnik stał jeszcze. Jego odrąbana ręka opadła groteskowo na nieprzytomną dziewczynę. Zachwiał się; z kikuta tryskała krew.
- Masz, bydlaku!
Orim zerwała z ramion płaszcz i owinęła nim mocno okaleczoną kończynę.
- Do cholery, Klaars! Rzuć ten miecz!
- Odsuń się od niego! - zawył żeglarz.
- Umrze!
- Odsuń się, albo ty umrzesz!
Było już za późno. Przysadzisty wojownik opadł na kolana, po czym zwalił się bezwładnie na ziemię.
Klaars spojrzał mściwie na oba ciała.
- Idziemy, Orim.
Dziewczyna klęczała, walcząc z tryskającą krwią.
- Nigdzie z tobą nie idę.
- Jak chcesz. - Klaars splunął. Wybiegł na zewnątrz i zaczął się wspinać pod górę, do lasu.
Orim tymczasem zbadała strażnika. Wszędzie dookoła błyszczały kałuże życiodajnej krwi. Był martwy - nieodwracalnie martwy. Ale Is-Shada...
Uzdrowicielka sięgnęła do dziewczyny. Jej kark nie był złamany, więc przewróciła ją na plecy. Is-Shada nie oddychała, jej serce nie biło. Orim walnęła ją trzykrotnie w mostek, odchyliła głowę, wzięła głeboki wdech i zaczęła sztuczne oddychanie.
- Żyj, do cholery. Żyj.
Uciskając klatkę piersiową dziewczyny zaczęła szeptać:
- Is-Shada, Orim stva omeer. Is-Shada, Orim stva omeer...

* * *
Zabijanie skończyło się o poranku. Klaars zdołał zamordować dwóch wojowników, młodego mężczyznę i jakąś staruszkę, zanim wreszcie udało się go powstrzymać.
Klęczał teraz, czując czubek miecza kłujący go pod brodą. Obok klęczała Orim. Znaleźli ją w celi, całą we krwi, obok ciała pierwszego strażnika. Is-Shada, żywa, lecz nieprzytomna leżała nieopodal. Nie mogąc wytłumaczyć swojego wyglądu, Orim została uznana za winną.
Nadszedł świt - czas egzekucji.
Katem został Ta-Spon, zwalisty mężczyzna wzrostu Gerrarda i budowy Tahngartha. Grzywa długich, czarnych włosów spływała mu aż na łopatki; twarz ukrył pod karmazynową maską. Ciężkim, ostrym mieczem dotykał gardła Klaarsa.
- Od początku chcieli nas zabić, wiesz? - wyszeptał żeglarz. Przepełnionym nienawiścią wzrokiem omiatał odziany na biało tłum, który zgromadził się dookoła. Stojący na środku Cho-Manno odwzajemnił spojrzenie. Po jego prawicy, w miejscu Is-Shady wbito w ziemię nagi miecz. Klaars splunął w jego kierunku.
- Przynajmniej zabiłem ich kilku, zanim mnie dopadli.
- Przynajmniej jedno z nich uratowałam - odpowiedziała Orim spokojnie.
- Tak, ale ona nie ocali ciebie - zauważył jej towarzysz.
Jakby rozumiejąc tę wymianę zdań, Ta-Spon zerknął na Cho-Manno.Wódz skinął głową.
Błysnęła stal, zaszumiało rozcinane powietrze. Ostrze przeszło przez skórę, mięśnie i kości jak przez wodę. Głowa Klaarsa potoczyła się po ziemi.
Orim nie widziała nic więcej. Ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się. Łkanie rozbrzmiało w spowijającej wszystko ciszy. Dźwięk padającego ciała jej towarzysza sprawił tylko, że krzyknęła głośno.
Ta-Spon niewzruszenie postąpił w jej kierunku. Ostrze w jego rękach zalśniło karmazynowo.
Nie podniosła głowy. Jeśli ma ją zabić, może to zrobić teraz.
Ta-Spon wydawał się czekać na sygnał. Przesunął stopy.
Miecz uniósł się do góry. Zapadła całkowita cisza.
Ostrze świsnęło... jednocześnie na ścieżce rozległ się tupot stóp. Coś ciężkiego spadło na szyję Orim - nie była to jednak stal, lecz czyjeś ramiona. Ktoś pochylał się nad nią, płacząc.
- O-reem, Is-Shada stva omeer... O-reem, Is-Shada stva omeer...


Dodano: 2007-01-11 17:36:39
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści"


 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i anioł z kamienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"

 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

 Shannon, Samantha - "Zakon Drzewa Pomarańczy"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS