NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Uderzenie wyprzedzające"

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

Ukazały się

zbiór opowiadań - "Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019"


 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Gołkowski, Michał - "Bramy ze złota. Złote Miasto"

 Swallow, James - "Krocząc w strachu"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King,Stephen - "Pan Mercedes" (2019)

 Rogoża, Piotr - "Niszcz, powiedziała"

Linki

Moon, Elizabeth - "Podzielona wierność"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Moon, Elizabeth - "Czyny Paksenarrion"
Data wydania: 2004
ISBN: 83-88916-69-6
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 512
Tom cyklu: 2



Moon, Elizabeth - "Podzielona wierność" #5

Rozdział piąty
Paks oparła się o mur, ciężko dysząc. Bolał ją bok, po policzku spływał strumyczek krwi. Rozpięła paski i odrzuciła pękniętą tarczę. Macenion oderwał od tuniki pas materiału i obwiązywał sobie ranę na ramieniu. Gdy się poruszył, dostrzegła pod ubraniem błysk kolczugi.
- Gdybym wiedziała, że nosisz zbroję - odezwała się - nie martwiłabym się tak o ciebie. Byłam pewna, że zaraz cię posiekają.
Podniósł głowę.
- Mało brakowało. Na Orphina, jesteś świetną wojowniczką. Nie poradziłbym sobie sam, nawet w zbroi. - Przyjrzał się jej uważnie. - Broczysz krwią - to coś poważnego?
- Nie sądzę. Zwykłe skaleczenie czoła, one zawsze krwawią... tylko brudzą. - Otarła twarz wolną ręką i odnalazła ranę - płytkie cięcie tuż pod krawędzią hełmu.
Macenion schował miecz do pochwy i podszedł do niej.
- Pozwól mi to oczyścić.
Przyglądała się trupom, on zaś smarował ranę maścią z noszonego w plecaku słoiczka. Paliło ją, lecz krwawienie ustało. Ciała nie ruszały się. Gdy skończył, odepchnęła się od ściany, chrząknięciem kwitując ból w boku, po czym wytarła miecz w brudny płaszcz najbliższego trupa. Żałowała, że nie mogą odpocząć, nie odpowiadał jej jednak panujący zapach.
- Chyba musimy się ruszyć - powiedziała, na poły oczekując, że Macenion będzie wolał odetchnąć i posilić się.
- Zdecydowanie. Ktokolwiek postawił tych strażników, wkrótce dowie się, że ich sforsowaliśmy. Musimy iść, jeśli mamy kogoś zaskoczyć. O co chodzi? Jesteś niezdolna iść dalej?
- Nie. - Westchnęła. - Trochę pokaleczona, nic więcej. Szkoda, że tu tkwimy.
- Fakt. - Zaśmiał się krótko. - Zaczynam uważać, że moi elfi krewniacy mają więcej rozumu, niżbym oczekiwał... być może mieli rację, ostrzegając mnie, iż znajdę w tym miejscu więcej kłopotów niż skarbów.
Lecz oprócz strachu i niechęci do podziemnego labiryntu, Paks czuła także podniecenie. W jakimś zakątku umysłu widziała siebie, jak opowiada o wszystkim Vikowi i Arňe w gospodzie. Sprawdziła klingę, czy nie wyszczerbiła się, po czym odwróciła się do elfa. Zauważyła, że skinął głową, widząc jej gotowość, ruszyła więc przed siebie ostrożnie, z mieczem w pogotowiu.
Po prawej minęli otwarte drzwi do pustej komnaty, a parę stóp dalej takie same po lewej. Korytarz przed nimi skręcał. Spojrzała na Maceniona, wzruszył ramionami. Przywarła do muru i podkradła się do zakrętu. Nic nie słyszała. Wciągnęła powietrze, rozdymając nozdrza, w nadziei na wywęszenie wskazówki, co ich tam czeka. Wyczuła jedynie ich własne zapachy. Wreszcie wzruszyła w duchu ramionami i wyjrzała. Pusty korytarz, na podłodze poruszony kurz. Zdążyła dojrzeć cztery pary drzwi i krótki, poprzeczny korytarzyk.
- Masz jakieś przeczucia? - zapytał, gdy opisała mu sytuację.
- Nie. Żadnych. Od wszystkiego tutaj bije zło, ale od niczego w szczególności.
- Ja także niczego nie wyczuwam. Szkoda, że wzywający naszej pomocy przyjaciel nie daje nam żadnych wskazówek.
Przetrząsnęła umysł, lecz poczuła jedynie słabe pragnienie, by ruszyć naprzód. Westchnęła.
- Wobec tego chodźmy.
Wszystkie drzwi wykonano z drewna i wyraźnie było na nich widać ślady spalenizny. Jedne z nich stały otworem i mijając je ujrzeli małe pomieszczenie z wbudowanymi w ściany kamiennymi półkami. Po dojściu do przecznicy Paks stanęła przy jednym narożniku, a Macenion przy drugim. Po jej stronie, jakieś pięćdziesiąt kroków dalej, korytarz kończył się ślepą ścianą. Po lewej, po jakichś trzydziestu krokach, widniała komnata o trudnych do oszacowania rozmiarach. Elf skinął w jej stronę głową i dziewczyna ruszyła wzdłuż ściany ku drzwiom pomieszczenia. Macenion został tam, gdzie stał.
Im bliżej wejścia była, tym większą miała pewność, że zmierzają we właściwym kierunku. Macenion był zanadto ostrożny, jak zwykle. Zawahała się tylko przez moment, nim wsadziła głowę do komnaty, by przekonać się, jak wygląda.
Po raz pierwszy zobaczyła coś, co nie zostało zrujnowane ani spustoszone. Ułożoną z jasnozielonych i złocistych kamieni podłogę dokładnie zamieciono, dzięki czemu widać było wzór. W drugim końcu komnaty krąg świec zdawał się wisieć w powietrzu. Dopiero po chwili zauważyła, że osadzono je na metalowej ramie zwisającej na łańcuchach z wbitego w sufit pierścienia. Blask świec dodawał ciepła białej poświacie korytarza. W tym przyjaznym świetle, na wielobarwnym dywanie, stała wysoka postać w ciemnobłękitnej szacie. Jej twarz przypominała Maceniona, choć była subtelnie inna, natychmiast domyśliła się, że stanęła przed obliczem elfa wysokiego rodu. Wzdłuż ściany tkwił rząd nieruchomych sług w szaro-brązowych, lichych strojach.
Spojrzała elfowi w twarz. Miał wyraźnie wystające kości policzkowe, choć najmniejszego śladu wieku czy starości. Bladozielone oczy. Nie bała się, choć była świadoma, jak bardzo przewyższał Maceniona mocą. Szerokie usta elfa ułożyły się w uśmiech.
- Witaj, dzielna wojowniczko. Czy twój towarzyszy nazbyt się lęka, by przyjść tutaj z tobą?
Pokręciła głową, niepewna, co odpowiedzieć. Miała słabe wrażenie, że nie powinno tu być żadnych elfów. Może jednak odnalazła osobę, której chcieli pomóc? Miała kłopoty z jasnym myśleniem. Elf nie bał się jej i nie okazywał złości - a elfy, choć niesamowite, nie były złe. Wtem przyłapała się na tym, że bezwiednie wchodzi do komnaty.
- Znakomicie - ciągnął elf. - Z przyjemnością przyjmę was na służbę. - Skinął w stronę linii służących. - Sama widzisz, jak niewielu ich mam, a wy jeszcze zabiliście kilku moich najlepszych wojowników. Słusznym jest, abyście zajęli ich miejsce.
Nareszcie odzyskała głos.
- Ależ, panie, mam zadanie do wykonania. Dopiero potem będę mogła przystać do kogoś na służbę. - Starała się zatrzymać, lecz pomimo jej wysiłków stopy same posuwały się naprzód. Wiedziała, że powinna się bać, lecz nie czuła nic.
- Och? - Elf zdawał się być rozbawiony. - A jakież to?
Trudno jej było odpowiedzieć czy choćby skupić myśli. W głowie zawirowały jej obrazy: twarz Halverica, gdy wręczał jej zapieczętowaną wiadomość, pożegnalne słowa Księcia, wizje zwycięstwa i chwały, o których śniła zeszłej nocy. Znalazła się na skraju dywanu. Tak blisko elfa poczuła słaby, acz nieprzyjemny smród. Lecz gdy tylko zmarszczyła nos, zapach zamienił się w przyjemną, korzenną woń. Wzięła głęboki wdech.
- A teraz... - zaczął elf, lecz w tej samej chwili rozległ się okrzyk Maceniona:
- Paks! Co ty...
Na krótką chwilę zielone oczy oderwały się od Paks, elf zachichotał.
- Cóż, więc twój kompan zebrał się nareszcie na odwagę. Stań koło mnie, dzielna wojowniczko i okaż, komu jesteś teraz wierna. - I Paks wstąpiła na dywan, by znieruchomieć u boku nieznajomego. Nie była w stanie drgnąć ani przemówić. Kątem oka ujrzała Maceniona. Elf kontynuował: - Jak rozumiem, uważasz się za czarodzieja, lecz brak ci mocy, by się ze mną równać, skundlony byczku.
Macenion poczerwieniał.
- Nie masz pojęcia, czym mogę... - zaczął.
- Gdybyś dysponował umiejętnościami, którymi powinienem był się przejmować, nie wszedłbyś do tej pułapki. Przy ostatnim zakręcie sam przyznałeś, że nic nie wyczuwasz.
Półelf przeszył go wściekłym spojrzeniem i sięgnął ukradkiem pod płaszcz. Nieznajomy pokiwał głową.
- No dalej - wypróbuj swoje politowania godne zaklątka. Nic nie wskórasz. Ani tą różdżką. Ale spróbuj, jeśli sobie życzysz... - Wybuchnął śmiechem. - Nie chcesz nawet wiedzieć, przed kim stanąłeś, żałosny magiku? Czy zawsze marnujesz zaklęcia na przygodnie napotkanych obcych?
- Obawiam się, iż nie spotkaliśmy się przypadkiem - odparł Macenion. Dał kilka kroków naprzód i zatrzymał się. - I choć nie znam twego imienia, to domyślam się, czym jesteś.
- Czym, nie kim? Cóż za erudycja! A czemuż to uważasz, że nie mogę rzucić na ciebie uroku i zmusić do posłuszeństwa, jak uczyniłem to z twoją śliczną towarzyszką?
Teraz z kolei uśmiechnął się Macenion.
- Zauroczyć czarodzieja? Dobrze wiesz, co to oznacza. Jeśli chciałbyś wykorzystać mnie jako maga, będziesz potrzebował mego niezmąconego umysłu.
- Lecz nie nienaruszonego, maleńki. Pamiętaj o tym.
Macenion ukłonił się arogancko, jak zwykle.
- Niemniej kamyk - odrzekł - może być trudniejszy do skruszenia niźli sosna, choć nieporównywalne wielkością.
- Zamierzasz cytować krasnoludzkie przysłowia? - W głosie elfa nie słychać już było rozbawienia. Paks przysłuchiwała się rozmowie, lecz nie zwracała na nią większej uwagi, jej umysł unosił się w oddali.
Macenion ukłonił się ponownie, jeszcze niżej i gdy się prostował, wykonał prawą dłonią skomplikowany gest i wypowiedział parę słów, których Paks nie zrozumiała. Usłyszała za to syknięcie stojącego koło niej elfa. Ogarnęła ją fala mdłości i strach. Zawirowała na pięcie, z mieczem w ręku, zanim jeszcze dotarło do niej, że może się poruszyć. Tam, gdzie przedtem widziała elfie piękno, teraz stała jedynie ruina. Smród zatkał jej nos.
- Paks! - krzyknął Macenion. Zagłuszył go gromki okrzyk elfa. Komnatę wypełnił rozbłysk energii. Pchnęła elfa, lecz jej klinga napotkała miecz przeciwnika.
- Skrzyżujesz ze mną broń, prawda? - Zielone oczy płonęły. Paks oderwała od nich spojrzenie i skupiła się na ręce z mieczem. - Żaden człowiek nie dorówna elfowi - a ja nie jestem pospolitym elfem. - Rzeczywiście: pierwsze dźwięczące ciosy ujawniły jego umiejętności. Walczyła, wspomagana gniewem. Elfy nigdy nie są złe! Ha! Uniknęła podstępnej sztuczki i pchnęła ponownie. Czubek ostrza jakby zawahał się na moment, co wystarczyło, by przeciwnik jej umknął. Nacierała z furią. Macenion prawdopodobnie zginął od wybuchu lub leżał nieprzytomny, niemniej wyzwolił ją spod zaklęcia. Będzie walczyła do końca i pokaże temu stworowi, co potrafią ludzie.
Raz za razem udawało się jej unikać morderczych ciosów, ale i jej ataki nie sięgały przeciwnika. Cała spływała potem i sapała, zadając kolejne uderzenia. Elf zaś zdawał się nie męczyć. Ten sam uśmiech wykrzywiał idealne usta, ta sama arogancja wyzierała z uniesionych brwi. Rozbolał ją nadgarstek, elf wykorzystywał swój wzrost i zasięg ramion. Zwykle była wyższa od tych, z którymi fechtowała, nie była przyzwyczajona do dostosowywania się do czyjegoś dłuższego zasięgu. Dosięgnął ją silny cios, przyklęknęła na kolano. Czuła wbijające się w ciało ogniwa kolczugi, z trudem uchyliła się przed następnym uderzeniem. Miała ochotę poszukać wzrokiem Maceniona, lecz nie odważyła się. Uśmiech elfa był coraz szerszy.
- Przewyższam cię, wojowniczko - oznajmił lekko. - Jesteś całkiem dobra jak na człowieka, ale niewystarczająco dobra. Spójrz mi w oczy i uznaj mnie swym panem, a natychmiast z tym skończymy.
Potrząsnęła głową, zarówno żeby mu odmówić, jak i oczyścić myśli. Czyżby dostrzegła za plecami elfa jakieś poruszenie? Rzuciła się do ataku, trafiła go, sama z ledwością unikając ostrza. Jakby nie zauważył ciosu. Wtem skapnęła jej na twarz kropelka gorącego wosku. Szybka jak myśl, nie uświadamiając sobie do końca, co zamierza, wyskoczyła w górę, złapała się metalowej obręczy i podkurczyła nogi, unikając zamachu zaskoczonego elfa. Obręcz zawirowała dziko, ochlapując oboje woskiem. Trzymając się jej jedną ręką, drugą zadała mu cios z góry. Sięgnął ku jej nodze, lecz nie złapał, gdy szaleńczo wierzgnęła. Usłyszała zgrzyt i uniosła głowę, by ujrzeć wychodzący z sufitu bolec. Rzuciła się w bok, próbując uniknąć spadającej obręczy, która zwaliła się na ścigającego ją elfa. Zaatakowała go, zanim zdążył się wyswobodzić. Żelastwo i świece ograniczały mu ruchy, szata zajęła się ogniem. Z trudem parował ciosy.
A wtedy zjawił się Macenion, blady i zdyszany, i chlusnął na elfa całym zapasem oleju. Paks odskoczyła, gdy jej przeciwnik zajął się żywym ogniem. Straszliwy smród wypełnił komnatę, a znad płomieni buchnęła gęstsza od dymu czarna chmura. Fala lodowatej nienawiści cisnęła ją na kolana. Płomienie szalały, bardziej niebieskie niż jakakolwiek paląca się oliwa. W komnacie zerwał się wicher, gwiżdżąc w kątach. Uświadomiła sobie, że Macenion szarpie ją za ramiona, wyciągając z palącego się pomieszczenia. Poruszała się z trudem. Rozejrzała się po sali i zobaczyła uciekających drugimi drzwiami służących.
Gdy płomienie zgasły, Paks nadal kuliła się bezsilnie w miejscu, gdzie zaciągnął ją Macenion. Ciało elfa nie zostało strawione przez ogień, choć było okropnie osmalone i pozbawione ubrania. Macenion stał koło niej, marszcząc brwi.
Dopiero po paru próbach zdołała wykrztusić:
- Coś... nie tak? Jest martwy, prawda?
- Sam chciałbym wiedzieć. Taka moc... to był zły duch, który opanował ciało elfa. Elfiego lorda. To ciało wciąż tu jest. Zastanawiam się, czy jest martwy - naprawdę martwy. Słyszałem opowieści o takich...
Nie miała ochoty poruszyć najmniejszym mięśniem. Wszystko ją bolało. Zdołała rozprostować dłoń wciąż ściskającą miecz. Wzięła głęboki wdech, i to także bolało, po czym dźwignęła się na nogi. Miała wrażenie, że tułów i nogi są jedynie luźno połączone. Kolejny głęboki wdech. Nie mogła uwierzyć, że nadal żyją, a złowrogi elf zginął. W pewnym sensie. Podeszła, żeby go obejrzeć.
- Jak dotąd, twoja magia dobrze się sprawiała, Macenionie. Bez niej nie byłoby nas tutaj. Nie mógłbyś zrobić czegoś, żeby ten stwór pozostał martwy?
Choć raz elf nie był nadmiernie pewny siebie.
- Nie - odparł krótko. - To przekracza moje możliwości. Żałuję, że nie ma tutaj mojego starego mistrza. Mamy szczęście, że wybrał takie proste zaklęcie, żeby cię zauroczyć. Może wolał zostawić sobie więcej na mnie, a może czegoś nie wiemy... Lecz teraz...
- Nie moglibyśmy wbić mu drewnianego kołka w serce?
- A kim on według ciebie jest - wiedźmą kuerin? Czy chciałabyś także przybić go do przydrożnego krzyża?
Zarumieniła się.
- Nie mam pojęcia. Pamiętam parę starych opowieści...
- To nie zadziała na niego. Nie wystarczą proste środki.
- Moglibyśmy... - przełknęła ślinę, po czym dokończyła: - pociąć go... porąbać na kawałki.
- Ty? Ja? Wiem, co o tym myślisz. Jeśli zaś chodzi o mnie, to powiadam ci, Paksenarrion, że nie mam ochoty choćby dotknąć tego trupa, o ile naprawdę jest trupem. Ty też nie powinnaś. Ta moc może nadal w nim przebywać i zaatakować nas. Sama widzisz, że ciało nie uległo płomieniom, skóra jest osmalona, lecz nienaruszona.
- Co wobec tego? Będziemy czekać i patrzeć, co się stanie, czy jak?
Pokręcił głową.
- Nie wiem. Żałuję, że nie znam czaru, który uwolniłby to ciało od mocy, jaka je opanowała.
- Ale skoro elfy są nieśmiertelne, to czy ich ciała płoną lub ulegają rozkładowi?
- Elfy nie umierają ze starości, niemniej, jak widzisz, można je zabić. Tak - ich ciała można spalić albo przywrócić ziemi.
Poruszyła ramionami, łagodząc napięcie. Poczuła nagły głód - i pragnienie. Schowała miecz i odkorkowała manierkę. Po paru łykach poczuła się znacznie lepiej.
- Wielka szkoda - mruknęła - że nie wiesz, co zawiera ten piękny zwój, z którego jesteś taki dumny.
Skrzywił się i otworzył usta, by się odciąć, lecz zamilkł.
- Nigdy bym o tym nie pomyślał - przyznał. - Ciekawe, czy... - zaczął grzebać za pazuchą i po chwili wydobył ozdobną tubę. - To trudne - ciągnął, otwierając wieko i wyciągając szeleszczącą zawartość. - Pamiętasz, jak ci mówiłem, jaki był drogi? - Przytaknęła. - Problem w tym, że magiczny zwój - z zapisanymi zaklęciami, takimi wprost do rzucenia - może zostać napisany tylko przez czarodzieja potrafiącego utkać dany czar bez żadnej pomocy. Nie wiem dlaczego, to głupia zasada, w dodatku dająca olbrzymią władzę ludziom, którzy nie robią nic, tylko się uczą, niemniej tak właśnie jest. Zwykle zwój należy do kogoś, kto go napisał lub komu autor ufa: towarzysza podróży lub brata-czarodzieja. Wie, który pergamin co zawiera - lub odpowiednio go oznacza - i wtedy wszystko jest w porządku. Lecz komuś, kto wchodzi w jego posiadanie - z dala od autora owego zapisu - trudno jest określić, co w nim jest, bez przeczytania go.
- No to go przeczytaj - rzuciła, żując kawałek suszonego mięsa. Było wyborne. - Umiesz go przeczytać...?
- Oczywiście, że tak! Nie o to chodzi. Tak właśnie należy go użyć - przeczytać. Jeśli go odczytam, coś się wydarzy.
- Och. Czy nie ma możliwości... zajrzenia?
Pozwolił sobie na rozbawioną minę.
- Nie. Nigdy o czymś takim nie słyszałem. Istnieje wiele pouczających opowieści dla młodych uczniów opisujących skutki takiego "zaglądania". Nie, muszę postanowić, badając oznakowanie pergaminu, czy warto zaryzykować rzucenie zapisanego w nim zaklęcia. - Zaczął go oglądać, potem tubę, wreszcie z powrotem zwój.
- Rozejrzę się po korytarzach - rzuciła niedbale Paks. - Na wypadek, gdyby ktoś nadchodził...
- Świetna myśl. Dzięki temu znajdziesz się poza zasięgiem, jeśli coś się wydarzy. - Nie spodziewała się, że tak łatwo rozszyfruje jej motywy. W milczeniu zajrzała do korytarza znajdującego się po przeciwnej stronie niż ten, którym tu przyszli. Tędy właśnie uciekli "słudzy". Nie zauważyła nikogo aż do znajdującego się dwadzieścia kroków dalej zakrętu. Obejrzała się na elfa. Wciąż badał zwój, podniósł jednak wzrok i skinął głową. - Idź... tylko nie za daleko. Chyba wypróbuję jedno z tych, sądząc po cenie, powinno być bardzo potężne. - Podeszła do zakrętu.
Minęło mnóstwo czasu, nim ją zawołał. Dobyła miecza i pognała do komnaty. W samą porę, by zobaczyć błękitny, jarzący się słup światła, sięgający od elfiego ciała do sufitu. Suchy stukot przyciągnął jej wzrok ku podłodze, leżały na niej porozrzucane kości, na jej oczach rozpadły się w proch. Podniosła wzrok i spojrzała Macenionowi w oczy. Był blady i roztrzęsiony.
- Zadziałało - stwierdziła niepotrzebnie.
- Tak. To... na Orphina, ależ jestem zmęczony. Nawet... przeczytanie tego... leżało poza moimi mocami... - Zatoczył się i Paks podbiegła błyskawicznie, by podtrzymać go, gdy osuwał się na podłogę. Przez pewien czas leżał bez ruchu. Wymacała puls na szyi, więc ograniczyła się do podłożenia elfowi pod głowę złożonego płaszcza i dała mu odpoczywać. Jakiś czas później otworzył oczy i zamrugał powiekami. - Co? Ach, tak. To. - Bez słowa podała mu jedzenie i wodę. Pociągnął długi łyk i pokręcił głową na poczęstunek. Po kolejnym łyku usiadł i energicznie potrząsnął głową.
- Jak sądzisz, Macenionie, czy to z tym stworem przybyliśmy tu walczyć? - Martwiło ją to, jeśli był to sługa jakiegoś większego zła, niewielkie mieli szanse na przeżycie.
- Tak uważam. To... była poważna siła. Gdyby wybrał dla ciebie silniejsze zaklęcie lub lepiej władał mieczem... nie byłoby nas tutaj.
- Co wobec tego mieliśmy uwolnić? Elfie ciało? Nie mogłoby przecież nas wezwać. Cóż innego?
Potarł twarz dłońmi.
- Nie. Masz rację. Wszak nie nagrodziły nas radosne wiwaty ani naręcza darów, prawda? Coś trzeba zrobić... Na Orphina, nie mam pojęcia, czy zdołam rzucić dzisiaj jeszcze jakiś czar.
- Może nie będziesz musiał. Jeśli coś jest tutaj uwięzione, wystarczy to odnaleźć.
- Mam nadzieję, że okaże się to takie proste. - Wstał niepewnie. - Przyszło mi coś do głowy. Pozostało nam liczyć na to, że nie zostało zamknięte w klejnocie lub czymś noszonym przez elfa. Czarodzieje czasami tak robią. Jeśli tak, to mamy pecha.
- Będziemy mieli mnóstwo szczęścia, jeśli się stąd wydostaniemy - rzuciła Paks.
- Prawda. Zobaczyłaś coś w tym korytarzu?
- Nie. Nic.

* * *
Potem Paks nie była pewna, co ich prowadziło w obliczu tylu dróg do wyboru i bez najmniejszego pojęcia, którędy pójść. Początkowo, gdy szli nagim, kamiennym korytarzem, Macenion jadł i co chwilę dotykał ścian, jakby dla utrzymania równowagi. Zatrzymał się, gdy podłoga opadła w dół.
- Zaczekaj. - Gdy obejrzała się na elfa, miał bardzo poważny wyraz twarzy. Dobył miecza i sprawdził jego wyważenie. - Coś czuję...
- Byle nie to, co w Zimowym Holu!
Pokręcił głową.
- Nie. Nic tak poważnego. Niemniej poczułem mrowienie - tam, niżej, są wrogowie. Zbliżają się do nas.
Rozejrzała się w poszukiwaniu dobrego miejsca do walki. Korytarz był nieco za szeroki dla nich dwojga.
- Wobec tego lepiej chodźmy dalej i miejmy nadzieję, że znajdziemy coś, co uda się wykorzystać.
Skinął głową i ruszył u jej boku.
- Nie chcesz trzymać się z tyłu, by móc przygotować zaklęcie?
- Mówiłem ci, dzisiaj nie mogę już czarować. Nawet ogniska nie rozpalę, a co dopiero mówić o czymś użytecznym w starciu.
Korytarz skręcił w prawo, wciąż opadając. Paks była podenerwowana i coraz boleśniej świadoma ciężaru skał i ziemi nad głową. Złapała się na szeptaniu słów piosenki marszowej Książęcych. Macenion zerknął na nią z zaciekawieniem. Zaczerwieniła się i zamilkła.
Wtem stanęła jak wryta, czując przeraźliwy smród.
- Co to takiego?
- Ach - mruknął z entuzjazmem elf. - Powinienem był wiedzieć. Orki. Osiadły tu po odejściu elfów.
- Orki? - Słyszała o nich. Najechały Trzy Jodły w czasach jej dziadka, nie spodziewała się jednak, że kiedykolwiek je spotka.
- Brzydkie i tchórzliwe - opisał je żywo Macenion. - Jeśli to był ich władca, to pewnie myślą tylko o ucieczce. Raczej nie będą rozglądać się za tak doświadczonymi wojownikami, jak my...
- Jeśli chcą uciec, umożliwmy im to - zasugerowała.
- Puścić orki wolno? Oszalałaś? Są obrzydliwe. Robactwo, mordercy, brudne...
- Ile zazwyczaj tworzy grupę? - Nie dbała o to, jak brzydkie były, wystarczająco duża liczba mogła ich zabić.
- Och, nie więcej niż siedem, osiem. Poradzimy sobie z nimi. Pewnego razu sam zabiłem trzy.
- Ale, Macenionie...
- Paksenarrion, widziałem, jak walczysz, pamiętasz? Nie mamy powodów do zmartwienia. Skoro poradziliśmy sobie z tym stworem na górze - kiwnął głową w stronę, z której przyszli - to damy sobie radę z garstką orków. Zaufaj mi. Czy myliłem się do tej pory?
- Nadal uważam, że powinniśmy zaczekać i dowiedzieć się, ile ich jest. A co będzie, jeśli ze dwadzieścia? Znajdźmy miejsce, gdzie będziemy mogli się schować i...
- Gdzie?
Rozejrzała się. Z przodu, po dwudziestu krokach, korytarz znowu zakręcał, nadal schodząc w dół. Przez ostatnie dwieście kroków nie minęli żadnych drzwi. Wzruszyła ramionami i poszli dalej.
Za rogiem smród się nasilił. Podłogę zaściełały śmieci. Paks rozglądała się za kryjówką. W połowie drogi do następnego zakrętu czerniały drzwi. Dochodzili do nich, gdy skądś z przodu usłyszeli chrapliwy głos. Pomknęła naprzód. Drzwi prowadziły do maleńkiego, pustego pokoiku. Złapała Maceniona za ramię i wciągnęła za sobą.
Rzucił jej wściekłe spojrzenie, lecz zmilczał. Głos był coraz bliżej.
Orki były brzydsze, niż Paks mogłaby sobie wyobrazić. Wysmarowane tłuszczem skórzane zbroje osłaniały powęźlone torsy, owinięte ćwiekowanymi, skórzanymi pasami ramiona sięgały ziemi. Pierwszy dzierżył zakrzywioną szablę, złowieszczo ząbkowaną po wewnętrznej stronie, drugi zaś włócznię na tyle krótką, by móc nią władać w korytarzu. Zauważyła dyndające na biodrach zapasowe noże i zachodzące na nosy hełmy. Za pierwszymi dwoma podążał następny - to jego głos słyszeli. Na zbroję narzucony miał brudny płaszcz, a oprócz miecza trzymał nabijany żelazem bicz. Cokolwiek mówił do towarzyszy, musiało być to nieprzyjemne, gdyż włócznik obrócił się nagle i warknął. Paks wtuliła się w kąt pomieszczenia w nadziei, że orki zaprzestaną kłótni i pójdą dalej. Lecz Macenion przesunął się w stronę drzwi. Uświadomiła sobie, że zamierza je zaatakować. Obejrzał się na nią i kiwnął głową w kierunku korytarza.
Jeśli rzuci się na nich i zginie, z pewnością zajrzą do pokoiku. Przeklęła głupotę wszystkich magów świata i z mieczem w ręku podeszła do drzwi z drugiej strony.
- Jest ich tylko trzy - syknął Macenion. - Rozprawimy się z nimi z łatwością.
Miała taką nadzieję. Na zewnątrz kłótnia przybierała na sile. Przynajmniej je zaskoczą. Wzięła głęboki wdech i przykucnęła. Teraz!
Pierwszym ciosem rozorała orkowe udo. Nogę miał twardszą, niż oczekiwała, niemniej udało jej się wycofać, a on przewrócił się z rykiem. Macenion rzucił się na włócznika, lecz chybił, właściciel szabli zamachnął się na niego dziko, po czym zwrócił się przeciwko Paks. Raniony przez nią ork zamierzył się biczem na jej miecz, w ostatniej chwili opuściła ostrze. Orki były niezwykle szybkie. Sparowała szablę i odskoczyła przed biczem rannego. Macenion próbował przedrzeć się przez obronę włócznika. Nie zazdrościła mu.
Po wyjściu z zasięgu biczownika uznała, że walka z uzbrojonym w szablę orkiem jest dziwna, ale nie tak trudna, jak się obawiała. Niemal dorównywał jej zasięgiem, lecz był znacznie niższy. Broniła się bez problemów. Gorzej było z atakowaniem. Ciosy znad głowy spadały na grubą zbroję. Porzuciła tę taktykę i postanowiła sprawdzić szybkość przeciwnika. Może uda się jej znaleźć za jego plecami. Usłyszała okrzyk Maceniona i chrapliwy rozkaz powalonego orka. Gdy na niego spojrzała, elf walczył lewą ręką, strząsając krew z prawej. To już druga rana w to ramię. Natarła na orka z nagłą wściekłością i szczęśliwie dźgnęła go pod ramię. Upadł z prychnięciem, próbując jeszcze zranić ją w nogę. Odskoczyła i rzuciła się na przeciwnika Maceniona. Nie mógł walczyć włócznią na dwa fronty równocześnie. Przebiła go mieczem, gdy próbował pchnąć elfa. Zanim jednak zdążyli wykończyć orka, którego pierwszego raniła, ten rozdarł się wniebogłosy.
- Bogowie! - sapnął Macenion. - Jest ich więcej!
Usłyszała brzęk nadbiegających.
- Którędy?
- Nie wiem! - Rozejrzał się rozpaczliwie dokoła.
- Masz! - Oddarła mu od płaszcza pas materiału i obwiązała ramię. - Nie możesz tak krwawić, skoro mamy dalej walczyć. - Nie potrafiła określić, skąd dobiega hałas, zwodziło ją echo.
- Idziemy na dół - oznajmił raptem Macenion.
- Na dół? Ale...
- Chodź! - Odwrócił się od niej i ruszył w głąb korytarza, hałas nasilał się. Obejrzała się i pobiegła za nim.
- Skąd wiesz, że oni nie... - Lecz elf nie słuchał. Parł naprzód i musiała solidnie wyciągać nogi, żeby za nim nadążyć. - Macenion! - Złapała go za ramię, gdy zbliżył się do zakrętu.
Za późno. Zza rogu wypadła cała banda orków, śmierdzących i ubranych w brudne skórzane zbroje. Nim zdążyła ocenić, ile ich było, otoczyła ją koronka zabójczej stali: wokół niej świstały miecze, noże i topory. Uszy wypełnił zgiełk szorstkich głosów i brzęk kling, widziała jedynie broń i zbroje. Potem uświadomiła sobie, że jest koło niej Macenion, walczący z biegłością, o jaką by go nawet nie podejrzewała, dzierżący pewnie swój miecz o wąskim, ale mocnym ostrzu.
- Tędy, Paks! - zawołał. Parł przed siebie, w dół. Chrząknęła i rzuciła się za nim, obrywając mocny cios w bok, gdy oderwała się od ściany. Poczuła, jak ogniwa kolczugi wbijają się w to samo miejsce co przedtem, niemniej zbroja wytrzymała. Dźgnęła jakiegoś orka pod brodę i uskoczyła przed innym. Jedne drzwi, drugie - wszędzie roiło się od przeciwników. Poślizgnęła się na czymś i zachwiała. Na szczęście atakujący nie mogli dopchać się do niej i zaatakować jednocześnie. Rozdawała ciosy z ponurym postanowieniem, że zabije ich jak najwięcej, zanim ją rozsiekają. Nigdzie nie widziała elfa.
Wtem orki rozstąpiły się przed nią i wpadła do okrągłej komnaty. Leżał przed nią Macenion, twarzą w dół, z wbitym w plecy toporem. Dalej jaśniało mieniące się barwami światło. Okręciła się na pięcie, by stawić czoła zbliżającym się kreaturom. Blokowały wyjście, uśmiechając się i mamrocząc. Zza ich pleców dobiegł rozkaz i ruszyły w jej stronę. Rozejrzała się szybko po komnacie - nie było innych drzwi. I stanowczo za dużo orków - nie miała szansy przebić się przez nie. Wzięła głęboki wdech i roześmiała się pogodzona z losem.
Później nie była pewna, jak znalazła się w kręgu światła. Gdy orki podeszły bliżej, przeskoczyła nad ciałem Maceniona i rzuciła się w wir walki. Było ich zbyt wiele i spychały ją do tyłu. Ktoś lub coś wołało ją - chciało, żeby coś zrobiła - lecz ona nie miała czasu ani wolnych rąk, by zająć się czymkolwiek prócz zadawania i parowania ciosów. Jak we śnie poczuła zagłębiające się w ramię ząbkowane ostrze, inne zraniło ją w nogę. Smród zatykał jej nos, łapczywie chwytała powietrze. Przypomniała sobie pewną młodą wojowniczkę w jej pierwszej bitwie i uśmiechnęła się krzywo na myśl o dziewczynie, która już nigdy nie wróci do domu. Znów do tyłu, krok za krokiem. Cały czas oczekiwała ciosu w plecy, ten jednak nie padał. Jej ramię był coraz cięższe i mniej zręczne, miecz ześlizgnął się po orkowym hełmie, a trzymany w lewej ręce sztylet zablokował kolejne uderzenie. Odetchnęła głęboko - ostatni łyk powietrza, pomyślała - i natarła ostro na stojącego przed nią orka.
Nie mogła go dosięgnąć. Stał na wyciągnięcie ramienia, lecz jego młócące dziko ostrze wcale jej nie dotykało. Głowę wypełnił jej nacisk, jakby wlała się weń cała rzeka, nie znajdując ujścia z drugiej strony. Przewróciła się, wypuszczając sztylet z dłoni.
- Weź - bardziej obraz niż słowo: chwytająca coś ręka.
Spojrzała na swoją dłoń, otwartą, jakby po coś sięgała.
- Weź... ten... przedmiot... - Nacisk przesunął jej oczy, spojrzała we wskazanym kierunku na błękitny, jajowaty przedmiot. Nie miała pojęcia, jak daleko od niej leżał, jaki był duży ani czym tak naprawdę był. Próbowała sformułować pytanie. Zamiast odpowiedzi usłyszała to samo polecenie, wypełniające jej całą głowę, czuła, że zaraz pęknie jej czaszka - WEŹ TO...
Sięgnęła po wskazaną jej rzecz i poczuła pod palcami nieprzyjemną, oleistą, ustępującą pod naciskiem powierzchnię. Dłoń zamknęła się wokół jaja i ścisnęła. Było wstrętne w niemożliwy do opisania, niewyobrażalny sposób. Upuściłaby je, wyrzuciła, ale przywarło jej do wnętrza dłoni. Gdy spróbowała rozewrzeć palce, nie zareagowały. Poczuła nagle ból wszystkich odniesionych ran, zmęczenie walką i ścinającą z nóg, potężną falę nudności. Próbowała unieść miecz do ostatniego ciosu.
I nagle nacisk wyrwał się na zewnątrz z ogłuszającym rykiem. Wibracja przeniknęła ją do kości, choć niemal wcale jej nie słyszała. Światło zgasło - otoczyła ją ciemność - w ostatnim przebłysku dojrzała zaskoczone, wrzeszczące orki, walące się głazy, jarzące się błękitem ciało Maceniona - a potem ogłuszający wir chaosu.
I cisza.


Dodano: 2007-01-11 17:36:39
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść ze świata Dragon Age


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"


 Morgan, Richard - "Siły rynku"

 Sanderson, Brandon - "Do gwiazd"

 Funke, Cornelia, del Toro, Guillermo - "Labirynt fauna"

 Aldiss, Brian W. - "Non stop"

 Sanderson, Brandon - "Rytmatysta"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

Fragmenty

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

 Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Uderzenie wyprzedzające"

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS