NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Wolfe, Gene - "Cień i Pazur"

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Ukazały się

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"


 Sanderson, Brandon - "Słowa światłości" (twarda okładka)

 Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 North, Claire - "U schyłku dnia"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Atwood, Margaret - "Opowieść Podręcznej" (2020)

 Cummings, Lindsay; Alsberg, Sasha - "Nexus"

Linki

Weber, David - "Przysięga Wietrznego Jeźdźca"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Weber, David - "Przygody Bahzella Bahnaksona"
Data wydania: 2005
ISBN: 83-7418-072-2
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 544
Tom cyklu: 3



Weber, David - "Przysięga Wietrznego Jeźdźca" #4

Rozdział trzeci

Przewodnik stada był wspaniały.
Czarny jak węgiel, z białą gwiazdą na czole, o doskonałej budowie. Licząc trochę ponad dwadzieścia jeden dłoni w kłębie, był ogromny jak na konia, a z wciąż kosmatym zimowym włosiem wyglądał na większego niż był w rzeczywistości. Mimo to nie był on tak naprawdę nawet średnich rozmiarów jak na rumaka-ogiera i brakowało mu zwalistej budowy, jaka cechowała każdą rasę koni choćby zbliżoną do niego wielkością. Właściwie wyglądał niemal tak samo jak bojowy koń Sothoii, z takimi samymi potężnymi kończynami, zgrabnie wysklepionymi łopatkami i pięknie wygiętą linią popręgu oprócz tego, że był prawie o połowę większy od jakiegokolwiek bojowego konia. Jednak mimo swych rozmiarów i wspaniałego wyglądu poruszał się z subtelną precyzją i gracją, które trzeba było zobaczyć, by w nie uwierzyć.
Jednakże w tej chwili nie można było uświadczyć tej jedwabistej precyzji ruchu. Ogier stał niemalże nieruchomo na niewielkim wzniesieniu, pod szarym nieboskłonem, w mglistych, dryfujących z wiatrem ścianach deszczu. Tylko jego łeb poruszał się, gdy przyglądał się ciągnącemu za nim stadu. Nie zwracał uwagi na deszcz, jednak spojrzenie miał skupione i zaniepokojony strzygł uszami. Tu, na Wietrznej Równinie wciąż trwała wczesna wiosna, a stado dopiero niedawno opuściło swoje zimowe pastwiska. Powinien zajmować się mnóstwem szczegółów związanych z powrotem stada do całkowitej niezależności, lecz coś innego zaprzątało jego uwagę. Nie wiedział dokładnie co to takiego jest, wiedział jednak, iż stanowi zagrożenie.
Nie powinno tak być. Na świecie istniało niewiele istot, które mogłyby – i ośmieliłyby się – zagrozić pojedynczemu rumakowi Sothoii, a co dopiero całemu stadu. Mimo tego, jak lekko się poruszał, ogier przewodnik tego stada ważył ponad trzy tysiące funtów, a jego niebieskie kopyta miały rozmiary obiadowych talerzy. Był na tyle potężny, by powalić straszliwego kota, a nawet ogromnego białego niedźwiedzia z wiecznie zamarzniętej północy jednym dobrze wymierzonym uderzeniem kopyta, a w przeciwieństwie do pośledniejszych ras, on potrafił wymierzyć ten cios z ludzką inteligencją i rozwagą.
A w razie potrzeby on i jego rasa byli równie dobrze przygotowani do ucieczki. Mimo całej swojej masy potrafili mknąć jak wiatr, a mogli tak biec całymi godzinami. Wedle legendy Sothoii, rumaki zostały stworzone przez samego Toragana i Tomanaka, i obdarzone niesamowitą rączością i wytrzymałością dorównującą ich nieprawdopodobnej inteligencji i odwadze. Wedle słów innych – na przykład Wencita z Rum – zawdzięczały swoje powstanie niezupełnie boskiej interwencji, co czyniło je nie mniej cudownymi. Przyspieszeniem nie mogły się równać z mniejszymi końmi bojowymi, lecz (dosłownie) były magicznie rącze, a ich zmodyfikowane czarami dziedzictwo pozwalało im na utrzymanie takiego tempa, przy którym zwykły koń wkrótce by padł. Brakowało im tylko rąk i daru mowy, których użyczali im zaszczyceni tym Sothoii.
Stado ogiera (a w każdym razie jego większość) spędziło ciężkie, śnieżne zimowe miesiące jako goście w hodowli ogierów w Ciepłych Źródłach. Lord Edinghas z Ciepłych Źródeł był jednym z wasali barona Telliana, a stado rumaków z Ciepłych Źródeł od pokoleń zimowało u jego rodziny. Choć żaden Sothoii nie pomyliłby nigdy rumaka z koniem, to rumaki miały wiele potrzeb podobnych do potrzeb pośledniejszych ras. Mogły same przetrwać zimę, choć niewątpliwie straciłyby trochę swoich źrebaków, lecz ziarno i schronienie dostarczone przez ludzkich przyjaciół przeprowadziły całe stado przez zimę bez strat. Nadszedł czas, by powróciły na swoje letnie pastwiska.
W zwykłych okolicznościach towarzyszyłby im przynajmniej jeden wietrzny jeździec, jeden z ludzi, którzy wytworzyli więź z konkretnym rumakiem. Trudno było stwierdzić, czy to rumak związany taką więzią stawał się półczłowiekiem, czy jego jeździec stawał się półrumakiem, nie było to zresztą ważne. Każdej wiosny wietrzni jeźdźcy i ich rumaki wracali do gospodarstw i na pastwiska, gdzie zimowały stada rumaków, aby eskortować je na letnie pastwiska. Żadnemu Sothoii nigdy nie przyszłoby do głowy zakłócenie tych corocznych migracji, lecz czasami ludzki głos wietrznego jeźdźca, którego nie miały ogiery przewodniki stada, niezmiernie się przydawał.
Jednak tej wiosny stado się niecierpliwiło, bo trzy młodsze ogiery i dwie młode klacze postanowiły pozostać na miejscu na czas zimowych miesięcy. Ogier przewodzący stadu był temu przeciwny, lecz stada rumaków nie przypominały stad zwykłych koni. Przewodnicy stad rumaków nie zdobywali swojej pozycji dzięki temu, że byli najsilniejsi i najbardziej rączy i dawali wycisk wszystkim rywalom. A ogiery, które nigdy nie stały się przewodnikami stada rzadko z tego powodu odchodziły. Rumaki były na to zbyt inteligentne, a ich społeczność zbyt rozwinięta i złożona. Ogiery przewodzące stadu nie mogły polegać na umiejętności pokonania rzucających wyzwanie rywali – musiały umieć przekonać resztę stada do zaakceptowania ich mądrości. A ich zdaniem pozostałe ogiery, ich siła oraz odwaga były zbyt cenne dla stada, by je wygnać lub pozwolić na ich odejście. Poza tym, w przeciwieństwie do koni, rumaki wybierały partnera na całe życie, a połączone pary zwykle pozostawały w stadzie klaczy.
Czasami ten przewodnik stada żałował, że jego rasa nie przypominała bardziej nieco mniejszych, słabszych koni, z których zostały zrodzone tak dawno temu. Nic bardziej by go nie ucieszyło niż zmuszenie tej piątki maruderów do towarzyszenia reszcie stada zeszłej jesieni przy pomocy wyszczerzonych zębów, położonych po sobie uszu, a może i kilku ostrych, dyscyplinujących skubnięć. Niestety, nie dane mu były tak proste i bezpośrednie metody.
Nadal nie pojmował, co ich podkusiło do pozostania. Czasami – bardzo rzadko – samotne ogiery postanawiały pozostać na otwartym pastwisku przez pewną część zimy. Jednak pozostanie całej grupy było czymś niesłychanym, a żaden z zimujących nie potrafił wyjaśnić swego postępowania. Po prostu czuli, że muszą tak zrobić. Co (na nieszczęście, z punktu widzenia przewodnika stada) było całkowicie odpowiednim wyjaśnieniem niemal wszystkiego, co mógł zechcieć zrobić rumak. Przewodnik stada rozumiał, że rasy ludzkie uważały to za frustrujące i wprawiało je to w zakłopotanie, lecz on nie potrafił pojąć czemu, bowiem rumaki nie należały do ludzkich ras. Ich umysły funkcjonowały inaczej. Mimo niezliczonych rzeczy, jakie je różniły od zwyczajnych koni, rumaki były stworzeniami stadnymi w sposób niezrozumiały dla ras ludzkich, poza tym ufały i podążały za swym instynktem w sposób, jaki niewiele ras ludzkich, ze swymi stałymi siedzibami, mogło pojąć.
Mimo to ogier przewodzący stadu był niespokojny przez całą zimę, martwiąc się o bezpieczeństwo tych, którzy pozostali i zastanawiając się, co ich opętało, żeby zostać. I nie był w tym osamotniony. Niezależnie od ich motywów, piątka nieobecnych była członkami stada, a ich nieobecność pozostawiła bolesną, nieprzyjemną pustkę. Pozostałe rumaki tęskniły za nimi. Nacisk na to, by wyruszyć wcześniej na pastwiska, niezależnie od tego, czy wietrzny jeździec mógł z nimi pojechać, czy też nie, był ogromny.
Teraz jednak...
Przewodnik stada uderzył tylnym kopytem o rozmiękłą trawę i rozdął nozdrza. Poczucie zagrożenia spotęgowało się, odrzucił łeb w tył, wydając ostry, przenikliwy świst. Stado zwolniło i inne głowy podniosły się, oglądając w jego kierunku. Pozostałe ogiery i bezdzietne klacze przesunęły się ku zewnętrznym obrzeżom stada, gotowe stanąć pomiędzy źrebakami i karmiącymi klaczami a ewentualnym zagrożeniem. Myśli przemykały tam i z powrotem, w przebłyskach wzorów, w których żaden przedstawiciel ludzkiej rasy nie rozpoznałby słów – no może poza magami-telepatami obdarzonymi zdolnością porozumiewania się ze zwierzętami.
Niepokój ogiera przewodnika udzielił się reszcie stada i każdy łeb odwrócił się w stronę mglistych kłębów deszczu napływających z północnego wschodu. Nie dało się niczego wyczuć, niczego dostrzec, a mimo to ten sam instynkt, któremu ufały rumaki ostrzegał je wyraźnie bardziej niż przedtem o zbliżającym się zagrożeniu.
A potem, z nagła niczym piorun wykuty z arktycznej furii, jednostajny wiatr, który gnał deszcz prosto w twarze stada przez cały ranek, przeszedł w wyjący huragan, a mgliste kropelki deszczu zmieniły się w szczypiące, tnące lodowe strzałki. Przewodnik stada stanął dęba, rżeniem rzucając wyzwanie, gdy z paszczy wyjącego wichru doleciał go paskudny smród czegoś od dawna martwego. Usłyszał inne przenikliwe kwiki wściekłości i wyzwania, wiedział jednak, iż to nie wiatr ani lód stanowiły prawdziwe zagrożenie. Tylko to, co nadciągało za wiatrem. To, co gnało wiatr przed sobą niczym awangardę swej furii... i głodu.
Przewodnik stada pogalopował w dół pagórka, na którym stał. Z łoskotem kopyt wpadł w paszczę wichru ze wspaniale rozwianą grzywą i ogonem, rozbryzgując błoto i wodę w bojowym rytmie uderzeń kopyt. Pozostałe ogiery ze stada ustawiły się wraz z nim w formacji, zbiegając się ze wszystkich stron, by ruszyć za nim z dudnieniem kopyt wstrząsającym ziemią. Klacze rumaków były jednymi z najbardziej śmiercionośnych istot w Norfessie, mimo że były mniejsze i lżejszej budowy niż ogiery ich gatunku. Jednak rumaki były mniej płodne od koni. Nie można było ryzykować potencjalnych matek, toteż bezdzietne klacze ustawiły się za ogierami, tworząc wewnętrzną linię obrony stada, zamiast poszarżować z nimi na spotkanie zagrożenia.
Ogiery zwolniły swój szaleńczy pęd, rozciągając się w bojową formację, upewniając się, iż każdy ma dość miejsca, by skutecznie walczyć, jednocześnie pozostając na tyle blisko swoich towarzyszy, by chronić wzajemnie swoje flanki. Przewodnik stada nie musiał się oglądać, by sprawdzić ich rozstawienie. W przeciwieństwie do koni w takich chwilach, rumaki polegały tyle samo na wyszkoleniu co na instynkcie, a jego ogiery były dobrze wyćwiczoną, zdyscyplinowaną drużyną. Wiedziały dokładnie, gdzie miały się znajdować, a on miał tego świadomość. Poza tym, jedną z rzeczy, która czyniła go przewodnikiem stada, była wrodzona umiejętność wyczuwania dokładnej lokalizacji każdego członka stada. Mimo buzującej w nim, podsycanej instynktem furii i przerażającej nienaturalności nagłego, wyjącego wichru, wyczuwał pewność siebie obrońców stada. I swoją własną. Jego stado zdecydowanie nie było największym stadem rumaków, mimo to za nim znajdowało się siedemnaście ogierów gotowych wdeptać wszelkich wrogów w błoto Wietrznej Równiny.
Ponownie odrzucił łeb do tyłu, rozwierając szeroko oczy, gdy owa umiejętność rozpoznawania miejsca pobytu członków stada wykrzyczała przeraźliwe ostrzeżenie.
Za nim rozległy się gniewne poświsty i kwiki zrodzone z konfuzji, słyszalne nawet w wyjącym wichrze, gdy reszta stada wyczuła jego zmieszanie i wstręt poprzez złożoną siatkę łączącą ich umysły. To było niemożliwe. Nie mógł wyczuwać członków własnego stada, którzy się odłączyli – nie jako zagrożenie za barierą lodowej wichury!
A jednak to właśnie czuł. Wyczuwał też coś jeszcze z nimi, jakąś odwieczną grozę. Nie miała nazwy, lecz popędzała ich o wiele bardziej okrutnie niż ostroga czy bat, stanowiła bowiem część ich samych. Czy też oni stali się częścią tego czegoś.
Uzmysłowił sobie, że byli nieżywi. A jednak niezupełnie. Sięgnął ku nim, mimo swego wstrętu, lecz nie było odpowiedzi. Ogiery i klacze, które niegdyś znał, przyglądał się, jak wyrastały od źrebaka, zniknęły, a mimo to jakaś ich cząstka – udręczona, złamana i splugawiona – pozostała. Stanowiła część tego, co skrywało się za wiatrem, pędząc ku reszcie stada.
... rozpoznanie. Było to całkowite przeciwieństwo roli jego samego w stadzie. On bowiem był przywódcą, pasterzem i opiekunem, ten zaś był drapieżnikiem. Myśliwym. Było tak, jakby potworne niebezpieczeństwo ukrywające się w huraganie pożarło tych, których znał i zabrało im instynkt stadny, ich istota stała się fragmentem całości, by myśliwy mógł się nią posłużyć niczym porzuconym ludzkim ubraniem podsuwanym psom, by wytropiły ofiarę.
A wtedy lodowe chmury zamarzniętych kropel deszczu rozstąpiły się i przewodnik stada stanął przed grozą, która zachwiała nawet jego walecznym sercem.
Równina rozpościerająca się przed nim poruszała się. Nie była to jednak trawa, lecz wilki. Ogromne, kotłujące się morze wilków. Nie jeden albo dwa, ani kilkanaście, lecz dziesiątki, a wszystkie gnały ku jego stadu w śmiertelnej, całkowicie nienaturalnej ciszy.
Żaden wilk nie był na tyle głupi, by zaatakować rumaka, a żadna wataha wilków nie była na tyle szalona, żeby zaatakować stado rumaków. Nie powalały zbłąkanych źrebaków ani chorych czy kulawych, bowiem nauczyły się przez wieki, że reszta stada potrafiła wytropić i stratować je na śmierć i tak czyniła.
Jednak ta wataha wilków nie przypominała niczego, co jakikolwiek rumak kiedyś widział, tak jak i ten smród pradawnej śmierci, który przylgnął do nich niczym klątwa z otwartego grobu. Oczy lśniły im paskudnym, budzącym ciarki zielonym ogniem. Zielony jad ściekał z kłów obnażonych w milczącej, dzikiej wściekłości, a żadna zrodzona w naturze wataha wilków nie była tak ogromna. Przewodnik stada otrząsnął się z chwilowego paraliżu na ten niesamowity widok, przywołując do porządku resztę ogierów, które były równie oszołomione i wstrząśnięte co on i poszarżowali na spotkanie zagrożenia.
Przewodnik stada stanął dęba, unosząc kopyta jak cepy bojowe i wreszcie jakiś dźwięk dobiegł ze strony wilków – przepełnione nienawiścią bolesne wycie – gdy roztrzaskał wilka wielkości kuca do dwukółki, miażdżąc jego kości i rozrywając ciało. Pochylił błyskawicznie łeb i zębami przypominającymi rzeźnickie tasaki – mimo roślinnej diety – wgryzł się głęboko w kark drugiego wilka. Strzaskał mu kręgosłup i zemdliło go od smaku czegoś, co było jednocześnie martwe i żywe. Obracał łbem, miotając nim, jak zwykły wilk szarpiący królikiem, aż wilka opuściła nawet ta nienaturalna żywotność, a potem odrzucił go od siebie ostatecznym szarpnięciem łba. Rumak wyczuł kolejnego wilka okrążającego go, zachodzącego od tyłu w starodawnym ataku jego rasy na ścięgno podkolanowe i strzelił go tylnym kopytem, gdy ten zaatakował. Wilk został odrzucony w tył, martwy lub okaleczony – nieważne – a on wydał z siebie bojowe rżenie, waląc kopytami i rozrywając ciała kolejnych wrogów.
Jednak było ich zbyt wielu. Jeden, dwa, nawet trzy nie stanowiłyby dla niego zagrożenia. Ale one nie nadciągały dwójkami ani trójkami – nadciągały dziesiątkami, a wszystkie większe od zwykłych wilków i wszystkie obdarzone tą samą niesamowitą żywotnością nieumarłych. Niezależnie ile okaleczył, niezależnie ile zabił – zakładając, że naprawdę je zabijał – były zbyt liczne. Spadły na jego ogiery niczym morze uderzające o klif, jednak to morze było żywe. Potrafiło wyszukiwać słabości i je wykorzystywać, a rumaki potrzebowały miejsca, by skutecznie walczyć. Nawet ich najbardziej zwarta formacja pozostawiała luki, w które wilki mogły się wcisnąć, a ogier przewodnik nie był w stanie uniknąć kłów ich wszystkich.
Usłyszał, jak jeden z jego ogierów zakwiczał z bólu, gdy jakiś wilk przemknął pod nim i zatopił kły w jego brzuchu. Wokół rannego ogiera zaroiło się od wilków, rozdzierających i szarpiących ciało, gdy straszliwy uścisk szczęk ich towarzysza utrudniał ogierowi ruchy i unieruchamiał go. Ogier zakwiczał znowu, kiedy wciągnęły go w morze gotowych go rozszarpać zębów, podczas gdy on rżał i rzucał się w śmiertelnej agonii.
Jakieś zęby zatopiły się w przedniej, prawej nodze przewodnika stada, tuż ponad kasztanem*, i sam zakwiczał z bólu. Nie chodziło tylko o białe kły rozrywające mu ciało. Zielony jad palił ogniem, wypełniając mu żyły lodowatą pożogą cierpienia. Uniósł się, niebezpiecznie odsłaniając brzuch i wygiął kręgosłup w łuk, by powalić obydwoma przednimi kopytami wilka, który go ugryzł. Rozgniótł go na strzępy i połamał kości, jednak to poszarpane ciało wciąż drgało i miotało się. Gdy ogier zwrócił się ku kolejnemu nieprzyjacielowi, zmiażdżony wilk wciąż się ruszał, a jego ruchy stawały się coraz mocniejsze i bardziej celowe. Powolnie i niezdarnie w porównaniu z pierwotną śmiercionośną szybkością, lecz wreszcie wyprostował się chwiejnie. Potoczył się ku ogierowi, połamane kości zrosły się, skóra pokryła mięśnie i ścięgna, a on znowu zaatakował. Ogier ponownie go kopnął, a gdy to robił, kolejny wilk wystrzelił w powietrze, skacząc mu na grzbiet, mimo jego wysokości, by paskudnie ukąsić go w kark.
Napastnik pochwycił zębami grzywę, ale zanim zdołał ponownie ugryźć, ogier osłaniający go z prawej pochylił się nad łopatkami ogiera przewodnika. Szczęki niczym topory bojowe zacisnęły się miażdżąc wilka, odrywając go... jednak dwa inne wilki wykorzystały ten moment odwróconej uwagi ogiera i rozerwały mu gardło, z którego trysnęła fontanna parującej krwi.
Ten zwalił się na ziemię, a przewodnik stada zmiażdżył jego zabójców, lecz to nie wystarczyło. Wilki te płaciły straszliwą cenę – której nigdy nie zapłaciłaby wataha normalnych wilków – za każdego rumaka, którego powaliły. Jednak była to cena, którą te istoty były skłonne zapłacić i fala szczerzących się, opętanych wilków sunęła przed siebie tak nieubłaganie jak lodowiec.
Pomyślał, że powinien był uciekać, a nie stać i walczyć, gdy zmienił następne dwa wilki w worki połamanych kości, a trzeci wyrwał mu kolejną krwawiącą ranę w lewym udzie. Na początku jednak nie wiedział. Nie odgadł prawdziwej natury zagrożenia, przed jakim stanął. A ponieważ nie wiedział, to wraz z innymi ogierami był zgubiony. Może wciąż uda mu się ocalić resztę stada.
Rozkaz pomknął od niego, gdy tak kopał i rozrywał niekończące się fale i stado posłuchało. Klacze ze źrebakami zawróciły i rzuciły się do ucieczki, a bezdzietne klacze uformowały straż tylną, zaś pozostałe ogiery przygotowały się do osłaniania ich odwrotu.
Ani jeden z nich nie próbował uciekać. Broniły się dzielnie, składając ofiarę krwi, przerażenia i śmierci, piętrząc wał połamanych, zmiażdżonych wilczych ciał, umierających, lecz nie do końca martwych. Walczyły jak demony z kopytami, broniąc swoich partnerek i dzieci, obwieszczając swą wściekłość rżeniem i dudnieniem kopyt, dopóki ich własne ciała nie dołączyły wreszcie do stosu ofiar.
Przewodnik stada był jednym z ostatnich, którzy zginęli.
Przedstawiał sobą okropny widok, poszarpany i krwawiący zewłok zamiast piękna i wdzięku. Z najgłębszych ran wyzierały kości, a jad pulsował mu w ciele w takt urywającego się tętna. Pozostałe wilki osaczyły go, a on zmusił się do wykonania ostatniego chwiejnego obrotu, by stawić im czoła. Mgliście wyczuwał, że inne wymijały go i mimo swego cierpienia i wyczerpania poczuł nowe, tępe przerażenie, gdy kolejne „martwe” wilki podnosiły się chwiejnie z powrotem na nogi i zataczając się groteskowo, przemykały obok niego. Te wilcze upiory były powolne i niezdarne, lecz przyłączyły się do swoich przeklętych krewniaków, przepływając wokół niego jak rzeka opływająca kawałek skały i ogarnęło go nowe uczucie przerażenia innego rodzaju, gdy dostrzegł brakujących członków swego stada wyłaniających się z deszczu.
Poruszali się niczym kukiełki na poplątanych sznurkach, biegnąc za wilkami – z wilkami – a ich oczy lśniły tą samą ohydną zielenią, zaś z pysków spływała im ognista zielona piana. Zignorowały go, wymijając razem z wilkami, a jego przepełniła męka, gdy słabnący instynkt stadny pozwolił mu wyczuć okropną śmierć pierwszej bezdzietnej klaczy. Wilki, które „zabił” wraz z pozostałymi ogierami były zbyt okaleczone, zbyt niezdarne, mimo tego, iż powstały z martwych, by przegonić stado... lecz ich nietknięci kompani to była zupełnie inna sprawa. Ogarnęły go smutek i rozpacz, gdy uświadomił sobie, iż nawet legendarna rączość i wytrzymałość rumaków nie uchroni wielu źrebiąt z jego stada przed nienaturalną falą śmierci ścigającą je jak przybój po błotnistym brzegu.
Natarły na niego wilki, którym wciąż stawiał czoła. Nie miał pojęcia, ile ich było. Nieważne. Po raz ostatni uniósł ciężkie jak ołów przednie kopyto, miażdżąc jeszcze jednego wilka, okaleczając następnego wroga, by już nie zamordował żadnego z jego źrebiąt.
Wtedy to przykryły go niczym ostatnia fala bólu rozszarpująca i rozrywająca ciało, a potem ogarnęła go ciemność.

* Przypis tłum. Kasztany – rogowate, kilkucentymetrowe narośla występujące na końskich kończynach.


Dodano: 2007-01-11 17:56:42
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj nowości wydawnictwa Initium


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Chiang, Ted - "Wydech"


 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

Fragmenty

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS