NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Bradbury, Ray - "Kroniki marsjańskie. Człowiek ilustrowany. Złociste jabłka słońca"

Fletcher, Charlie - "Paradoks"

Ukazały się

Antologia - "Za tamą"


 Haghenbeck, F.G. - "Diablero"

 Radecki, Łukasz - "Bóg Horror Ojczyzna"

 Larson, B.V. & VanDyke, David - "Wygnaniec"

 antologia - "Mroczne dziedzictwo. Antologia w hołdzie Jamesowi Herbertowi"

 Weber, David; Zahn, Timothy; Pope, Thomas - "Wezwanie do zemsty"

 Wolski, Marcin - "Pies w studni. Kot w windzie czyli rekonkwista"

 McDonald, Ed - "Zew kruka"

Linki


Weber, David - "Przysięga Wietrznego Jeźdźca"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Weber, David - "Przygody Bahzella Bahnaksona"
Data wydania: 2005
ISBN: 83-7418-072-2
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 544
Tom cyklu: 3



Weber, David - "Przysięga Wietrznego Jeźdźca" #3

Rozdział drugi

– Z pewnością jest wystarczająco wysoki, milady?
– Tak, Marthyo, jest – przyznała Leeana Bowmaster, a służąca skryła uśmieszek na dźwięk przygaszonego tonu swej młodej panienki. Pomyślała, że istniał powód tego przygaszenia, choć udało jej się jakoś nie zachichotać na tę myśl.
– Tylko szkoda, że ma te uszy, milady – ciągnęła dalej, chochlikowato niewinnym tonem. – Bez nich byłby niemal przystojny.
– „Przystojny” nie jest słowem, jakim bym go opisała – odparła Leeana. Choć, gdyby miała być szczera ze swoją pokojówką (a zdecydowanie nie miała takiego zamiaru), to stwierdziłaby, że ten mężczyzna był całkiem przystojny nawet z uszami. Ten niezaprzeczalny rys cudzoziemskości, jakiego mu przydawały, czynił go jeszcze bardziej egzotycznie atrakcyjnym.
– Cóż, przynajmniej jest bardziej przystojny niż ten jego przyjaciel! – zauważyła Marthya, a tym razem Leeana postanowiła w ogóle nie odpowiadać. Marthya znała ją od dzieciństwa i potrafiła składać fragmentaryczne komentarze tak, że odgadywała myśli swojej podopiecznej z druzgoczącą precyzją. A tego akurat Leeana, jak każdy, sobie nie życzyła. Zwłaszcza, gdy chodziło o obecny przedmiot jej zainteresowania.
Obydwie stały w skrywającym je cieniu galerii dla minstreli ponad główną salą Kasztelu na Wzgórzu. W dole ojciec Leeany i kilkunastu jego starszych oficerów właśnie powstało, aby przywitać dwóch nowych przybyszy. Cóż, właściwie to znowu nie takich nowych. Mieszkali w Kasztelu na Wzgórzu już od tygodni. Jednak wyjechali na kilka dni w odwiedziny do swego ludu i Leeana aż płonęła z ciekawości. Nawet jej ojciec (który, jak musiała przyznać to każda pozbawiona uprzedzeń osoba w królestwie, był najlepszym z ojców) czasami zapominał wspomnieć swej córce o interesujących politycznych informacjach i domysłach. Poza tym nowoprzybyli fascynowali Leeanę. Należała do Sothoii. Nikt nie musiał jej mówić o zapiekłej, odwiecznej wrogości pomiędzy jej ludem a hradani. Jednak ci dwaj byli zupełnym zaprzeczeniem stereotypu popularnego wśród jej ludu, co czyniło ich wystarczająco ciekawymi, bez tych wszystkich politycznych konsekwencji wynikających z ich obecności.
I, przyznała, że Marthya miała całkowitą rację mówiąc, jak wysoki był gość jej ojca – czy też mężczyzna, który go pokonał, zależnie, z jakiej się patrzyło perspektywy.

***
– Witaj znowu, książę Bahzellu. I ty także, lordzie Brandarku. – Witając się z gośćmi, Tellian Bowmaster, baron Balthar i lord opiekun Zachodniej Ćwiartki uśmiechnął się z zaskakującą dla niektórych serdecznością. Tenorowy głos Telliana był dość melodyjny, lecz zawsze brzmiał nieco dziwnie w ustach kogoś, kto mierzył sześć stóp oraz sześć i pół cala. Tak jak miało to miejsce w wielu najstarszych rodach szlacheckich Sothoii, członkowie klanu Bowmaster zwykle byli bardzo wysocy jak na ludzi i Tellian nie stanowił wyjątku.
– To my dziękujemy za powitanie – odparł wyższy z nowoprzybyłych głębokim basem, niebrzmiącym wcale dziwnie, gdy dobywał się dudnieniem z masywnej klatki piersiowej hradani, który bez butów mierzył ponad siedem i pół stopy. – Mimo to, myślę sobie, że powinieneś krzynkę mniej się obnosić z tym powitaniem, milordzie.
– A czemuż to? – Tellian uśmiechnął się krzywo, machnięciem ręki wskazując Bahzellowi i jego towarzyszowi krzesła przy długim stole refektarza przed ogniem buzującym w kominku. Kominek ten był na tyle ogromny, by pochłonąć całe drzewa, lecz jak w większości palenisk na pofalowanych trawiastych terenach Wietrznej Równiny płonął w nim węgiel, nie drewno. – Tym, którzy uważają, iż wiem raczej, co robię, nie będzie to przeszkadzać. A ci, którzy są przekonani, że nie mam bladego pojęcia, nie polubią mnie bardziej tylko dlatego, że będę udawał niezadowolenie z tego, że przestąpiliście mój próg. A to znaczy, że mogę być przynajmniej uprzejmy!
– Zwięzła analiza, milordzie – zauważył, chichocząc mniejszy z dwóch hradani. Mierząc sześć stóp i dwa cale, Brandark Brandarkson był niższy od Telliana, o wiele bardziej od Bahzella, a strojem tak bardzo przypominał nadmiernie cywilizowanego dandysa, jak tylko hradani mógł. Był jednak niemal przysadzisty, przez wzgląd na swe umięśnienie, a jego bary pod świetnie skrojonymi kubrakami i kamizelkami były tak szerokie jak u Bahzella. Mimo niższego wzrostu, był jedną z niewielu osób, które niemal dorównywały śmiercionośnością w walce Bahzellowi, co od czasu do czasu bywało przydatne, bowiem Brandark był także swego rodzaju bardem.
Język hradani pasował do długich, wznoszących się i opadających kadencji i mocno poruszających wersów oraz pieśni. Było to dobrą rzeczą, bowiem w najbardziej mrocznym okresie dwunastu stuleci spędzonych przez hradani w Norfessie, jedynie w ustnej tradycji, przekazywanej przez zwykle niepiśmiennych bardów zachowała się ich historia. Nawet teraz bardowie byli traktowani z większym szacunkiem wśród hradani niż wśród innych ludów Norfessy, poza, być może, lordami elfów z Saramanthy, a Brandark miał duszę barda. Był także wspaniałym uczonym-samoukiem i utalentowanym muzykiem. Jednak nawet jego najbliżsi przyjaciele nie chcieli udawać, iż potrafił on śpiewać, a jego poezja była niemal tak samo kiepska jak jego głos. Pragnął tworzyć poezję, aby wyrazić piękno, do którego wyrywała się jego dusza... jednak wychodziły mu rymy częstochowskie. Rymy błyskotliwe, zabawne i cięte, tym niemniej częstochowskie. Co, być może wyjaśniało jego nawyk pisania ciętej, czasem nawet okrutnej satyry. Spędził całe lata pastwiąc się słownie nad księciem Navahku Churnazhem. Nikt inny nie ośmielał się tego robić – i tylko śmiercionośny miecz skrywający się pod tą fircykowatą fasadą utrzymał go przy życiu.
Te dni jednak minęły, lecz jego szeroki uśmiech sugerował, iż skrywający się wewnątrz satyryk uważał tę sytuację, w jakiej znalazł się jego przyjaciel i Sothoii za niezmiernie zabawną.
Bahzell zaś tak nie uważał.
– Może być sobie zwięzła – burknął do przyjaciela Koniokrad. – Ale jest dosyć takich, co to chcieliby, żebyśmy się wyłożyli, bez przyglądania się naszej radości z tego spotkania.
– Niewątpliwie przy bardziej publicznych zgromadzeniach powinniśmy zachować odpowiednią formę – przyznał Tellian. – Ale to jest mój dom, Bahzellu. I w nim będę witał każdego, kogo zechcę tak, jak mi się podoba.
– Nie mogę powiedzieć, żebym miał ci to za złe – rzekł po chwili Bahzell. – Myślę sobie jednak, że więcej Sothoii wolałoby zobaczyć moją głowę zatkniętą nad twoją bramą niż mój tyłek na tym krześle przy ogniu!
– Nie tak znowu wiele jak hradani, którzy chcieliby mojej głowy nad bramą twego ojca w Hurgrum, jak sądzę – odparł z krzywym uśmieszkiem Tellian. – Choć ty przynajmniej nie poddałeś całej najeźdźczej armii zbieraninie hradani, którą przewyższałeś liczebnie trzydzieści czy czterdzieści do jednego.
– Jednak książę Bahzell był także na tyle łaskaw, by zwolnić nas wszystkich na słowo, wietrzny bracie – zauważył niższy, bardziej przysadzisty Sothoii.
– Owszem, Hathanie – przyznał Tellian. – A ja przyjąłem jego propozycję, co sprawia, iż ci, którzy i tak byli zniesmaczeni, poczuli, że honor wszystkich Sothoii został śmiertelnie znieważony. Tylko nie mogą się zdecydować, czy są bardziej oburzeni na mnie za „parodię” poddania, czy na Bahzella za „poniżenie” wywołane jego przyjęciem!
– Z całym szacunkiem, baronie – powiedział Brandark, kiwając głową w podziękowaniu i sięgając po kielich z winem, który napełnił dla niego Hathan. – Niech czują się tak znieważeni, powiadam, jak chcą się czuć, jeśli tylko to, co z Bahzellem planujecie powstrzyma wasze ludy od rzucania się sobie nawzajem do gardeł. A mówiąc oczywiście tylko za siebie, przyznając też, iż istnieje niewielka możliwość, iż jestem lekko uprzedzony, to sądzę, iż uczyniłeś to, co trzeba, jako że każde rozwiązanie, które pozostawiało głowę na moim karku było dobre. Co tylko podkreśla błyskotliwość i mądrość ludzi, którzy na nie wpadli.
Kilku ludzi siedzących przy stole zachichotało, jednak w ich śmiechu pobrzmiewały mroczniejsze tony. Decyzja Telliana o poddaniu bezprawnie zebranych inwazyjnych sił Mathiana Redhelma sprowadzonych w dół Gardzieli w celu zaatakowania miasta Hurgrum była jedyną rzeczą, jaka powstrzymała masakrę pierwszego zgromadzenia Zakonu Tomanaka w historii Norfressy. Powstrzymało to również złupienie Hurgrum, rzeź niewinnych kobiet i dzieci, i zapewne nową oraz jeszcze bardziej krwawą wojnę między Sothoii i hradani.
Niestety, nie każdy – i to nie tylko po stronie Sothoii – był za powstrzymaniem tego wszystkiego.
Naprawdę niezwykłe jest to, jak gorączkowo trzymamy się naszych najbardziej zapiekłych antagonizmów, pomyślał Brandark. I choć powiedziałbym, że to niemożliwe, ci Sothoii są jeszcze bardziej krwiożerczy w tej kwestii od hradani.
– Może i jesteś uprzedzony, Brandarku – Tellian stwierdził już nieco bardziej poważnym tonem – ale to nie oznacza, że nie masz racji. Przynajmniej król wydaje się chwilowo być gotów do poparcia nas.
– Chwilowo – przyznał Bahzell.
– I choć to prawda, to musimy zacząć działać – ciągnął dalej Tellian. – Może nawet uda nam się zmienić jego zgodę w entuzjastyczne poparcie.
– Mam taką nadzieję – powiedział Bahzell. – A ojciec jest skłonny się z tobą zgodzić. Przekazałem mu twoją wiadomość, a on powiedział, iż, jeśli wyrażasz zgodę, to on uważa, iż najlepiej, aby posłał kolejnych dwudziestu swoich chłopców przez Gardziel, aby służyli za moją „gwardię”. – Górujący nad innymi hradani wzruszył ramionami, delikatnie poruszając swymi lisimi uszami w przód i w tył. – Jeśli o mnie chodzi, to wolałbym nie mieć żadnej gwardii.
– Wyjaśniałem to już wcześniej, Bahzellu – rzekł Tellian na poły wzdychając. – Może i nie jesteś oficjalnym ambasadorem, ale to jedna z ról, jaką masz odegrać. I jeśli oczekujesz, że gromada nadętych Sothoii ma cię traktować poważnie jako ambasadora, to lepiej żebyś miał odpowiednią świtę.
– Ano, już to wyjaśniałeś, owszem – przyznał Bahzell. – A ponieważ ojciec się z tobą zgadza, a jest on jednym z najbardziej przebiegłych ludzi, jakich spotkałem, nie twierdzę, że się mylisz. Ale tak sobie myślę, że gdybym był jednym z tych z twego ludu, dla których nie jest to najlepszy pomysł, to nie spodobałoby mi się, gdyby napuszony barbarzyńca, taki jak ja, sprowadzał dla wsparcia więcej mieczy.
– Potrzebowałbyś o wiele więcej ludzi niż przysyła ci twój ojciec, żeby stanowić jakieś prawdziwe zagrożenie dla królestwa – zauważył Tellian. – Mówiłem już, Bahzellu. Musisz odegrać odpowiednio swoją rolę, a to, że twój ojciec przysyła ci gwardię, jakiej wymaga twoja pozycja, nie zdenerwuje nikogo, kto by już nie był nami zdenerwowany. Zatem na Toragana, przestań się tym zamartwiać!
Przez kilka sekund Bahzell z namysłem przyglądał się gospodarzowi siedzącemu po drugiej stronie stołu, a potem wzruszył ramionami. Wciąż nie był pewien czy zgadza się z Tellianem, ale miał pewność, iż nie chce mieć do czynienia z niczym, co mogłoby uczynić pozycję barona bardziej niebezpieczną niż to konieczne. Jeśli jednak Tellian, jego ojciec i matka, jego siostra Marglyth, a nawet Brandark się zgadzali, to widocznie przyszedł czas, aby wreszcie się zamknął i przyjął ich radę.
– Cóż, ponieważ wszyscy tak się przy tym upieracie, to już nie będę protestować – rzucił spokojnie.
– Niech Tomanak ma nas w swojej opiece! – zakrzyknął Brandark. – Chyba mnie uszy mylą! Przysiągłbym, że właśnie usłyszałem, jak Bahzell Bahnakson powiedział coś rozsądnego!
– Tylko tak trzymać, malutki. Myślę, że doprowadzi to do wspaniałego pogrzebu.
Brandark zastrzygł zuchwale uszami w kierunku górującego nad nim przyjaciela, a wokół stołu dał się słyszeć kolejny, głośniejszy wybuch śmiechu.
– Jeśli nadal będziesz mi groził – rzucił ostrzegawczo Brandark – każę cię stratować. Nie będzie to znowu takie trudne. – Zadarł swój pokaźny nos z pogardliwym prychnięciem. – Zarówno Dathgar jak i Gayrhalan lubią mnie o wiele bardziej niż ciebie.
– Och-ho! – zaśmiał się Tellian, potrząsając głową. – To cios poniżej pasa, jeszcze gorszy niż ta twoja pieśń, Brandarku! Rumaki mają pamięć równie długą co Sothoii i hradani razem wzięci!
– Wolę myśleć o tym nie jako o kwestii pamiętania minionych krzywd, lecz ich obecnego doskonałego i wyrafinowanego dobrego smaku – odparł Brandark. A potem wzruszył ramionami. – Oczywiście, fakt, iż spędziły większą część tysiąca lat uważając Koniokradów za swoich naturalnych śmiertelnych wrogów może, jak sądzę, odgrywać w tym pewną niewielką rolę.
– Ano rzeczywiście – zahuczał Bahzell. – I, prawdę powiedziawszy, nie będę ich winić, jeśli zechcą chować urazę. Przynajmniej były uprzejme.
Baron mógł to obrócić w żart, ale dla wielu Sothoii i rumaków nie było to zabawne. „Tradycyjny” pociąg Koniokradów do końskiego mięsa był zawsze mocno wyolbrzymiany – i to często przez samych Koniokradów. Ich zwyczaj jedzenia bojowych koni zabitych w walce był wytworem ich gorzkiej, bezlitosnej nienawiści wobec ludzi, którzy dążyli do ich eksterminacji, gdy Sothoii po raz pierwszy przybyli na Wietrzną Równinę – odpowiedzieli swym wrogom uderzając w sposób, który najbardziej ich zabolał. Jednakże, nigdy nie mieli w zwyczaju zarzynania żywych koni bojowych. To akurat oskarżenie było wytworem demonizacji nieprzyjaciół przez Sothoii, bowiem Koniokradzi słusznie przewidzieli ich reakcję. Dla Sothoii stanowiło to dowód, iż hradani nie są w pełni ludźmi, tylko krwiożerczymi barbarzyńcami. Dla rumaków jednak równało się z kanibalizmem. Z tego, co Bahzell wiedział, były tylko dwa przypadki zjedzenia samych rumaków w całej krwawej historii niekończących się wojen pomiędzy jego ludem a Sothoii, a rumaki wiedziały o tym równie dobrze co on. Jednak, jak właśnie powiedział Tellian, rumaki miały długą pamięć. Na szczęście, były nieco mniej skłonne niż ludzie czy hradani do składania winy za grzechy ojców na ich synów.
Nieco mniej skłonne.
– Naprawdę? – Brandark rzucił mu spojrzenie z ukosa. – Czy mówisz, że tak naprawdę, to nie potrzebowałeś tego kubraka, który Gayrhalan porwał na strzępy... kiedy miałeś go wciąż na sobie?
– Cóż, jeśli o to chodzi – odparł Bahzell ze spokojem, którego nie odczuwał tamtego feralnego dnia – myślę sobie, że Gayrhalan był tego dnia w złym humorze. Weź też pod uwagę, iż wcale nie upuścił mi krwi. Gdyby miał na to ochotę, to straciłbym ramię, a nie tylko kubrak.
– To rzeczywiście prawda – przyznał Hathan, potrząsając głową i uśmiechając się krzywo na wspomnienie paskudnego humoru swego towarzysza. – Była to również częściowo moja wina. Tego ranka dość niezdarnie posługiwałem się moim nożem do czyszczenia kopyt.
– To nie tak – prychnął Tellian. – Gayrhalan spłoszył się i rzucił cię przez pół stajni, gdy ten głupi ogier bojowy Trianala wyrżnął w ścianę po drugiej stronie. Nigdy się nie dowiem, jak ci się udało go nie zranić. A Dathgar się ze mną zgadza, niezależnie od tego, w jak pozbawiony skrupułów sposób Gayrhalan próbuje zepchnąć winę na ciebie, wietrzny bracie!
– Może masz rację – przyznał Hathan, uśmiechając się lekko, a potem się zaśmiał. – Może i znałem jednego albo dwa rumaki o temperamencie gorszym od Gayrhalana, ale wiem, że nie znałem takich trzech. Wiecie, istnieje powód, dla którego został tak nazwany.
Zaśmiał się znowu, głośniej, a Bahzell wyszczerzył się do niego w uśmiechu. – Gayrhalan oznaczało „Burzowa Dusza” w języku Sothoii, a rumak odczuwał niemal tak jak Brandark obowiązek dorównania wykreowanemu wizerunkowi.
– Powiadają, że rumaki upodabniają się do swoich jeźdźców, a wietrzni jeźdźcy upodabniają się do swoich rumaków – ciągnął dalej Hathan – a skoro zarówno ja, jak i Gayrhalan byliśmy nieznośni, jeszcze zanim się spotkaliśmy...
Wzruszył ramionami, a rozlegający się śmiech był tym razem jeszcze głośniejszy.
– Jednak, mimo to – ciągnął po chwili wietrzny jeździec, tonem nieco bardziej poważnym – po prostu dał się ponieść swemu temperamentowi, choć było to niegrzeczne z jego strony.
– Och, nie martw się, Hathanie! W tej kwestii nie miałem najmniejszej nawet wątpliwości! Widziałem topory bojowe o ostrzach robiących mniejsze wrażenie od ogromnych zębisk twego przyjaciela. – Bahzell potrząsnął głową. – Wtedy to postanowiłem, że nie odwiedzę go ani Dathgara bez oficjalnego zaproszenia.
– Co za nietypowa, jak na ciebie, roztropność – wymruczał Brandark lekko złośliwym i prowokującym tonem.
Bahzell wykonał nieprzyzwoity gest w jego kierunku, jednak prawdą było, iż towarzysze zarówno Telliana jak i Hathana wciąż traktowali hradani, a zwłaszcza hradani Koniokradów, z wyraźną rezerwą. A biorąc pod uwagę to, iż rumak był jedną z niewielu istot na ziemi, które potrafiły zmienić Koniokrada w krwawą, stratowaną galaretę, był zdecydowany omijać je szerokim łukiem, jak sobie tego życzyły, dopóki tego chciały. Niezależnie od tego, jak wspaniałe były i od tego, jak prędko hradani zdrowieli, teraz, gdy Bahzell już zobaczył je z bliska, wolał, by jego kości pozostały całe.
– Nie wątpię, iż mamy do przedyskutowania wystarczająco wiele innych spraw, milordzie – ciągnął dalej, skupiając uwagę na Tellianie. – Choćby to na początek: ojciec mówi, że omówili z Kilthanem twój zamysł dotyczący trójstronnego handlu na Skarpie i uważa on, że wpadłeś na świetny pomysł. Trzeba też zrobić pewne rzeczy dla Zakonu, mam wiadomości od Vaijona dla Hurthanga. Czy może jest tu gdzieś z Kaerithą?
– Nikt z nas nie spodziewał się waszego powrotu aż do jutra – odparł za barona Hathan – i ta dwójka pojechała dziś rano do świątyni. Jeszcze nie wrócili, ale możemy oczywiście posłać im wiadomość, by przyjechali z powrotem, jeśli to coś pilnego.
– Cóż, jeśli o to chodzi – rzekł Bahzell, odsuwając krzesło i wstając – myślę sobie, że nie ma co trudzić któregoś z twoich ludzi, żeby przekazał te wiadomości. Sam muszę wpaść do świątyni, więc, jeśli ci to nie przeszkadza, milordzie – skinął głową Tellianowi – to zaraz tam wyruszę.

***
– Och! Wybacz, książę Bahzellu! Nie zauważyłam cię.
– Nic się nie stało – rzucił łagodnie Bahzell, pomagając dziewczynie utrzymać się na nogach. Wypadła spod częściowo zakrytej arkady z większym impetem niż się godziło, lecz refleks miał na tyle dobry, że pochwycił ją, zanim siła pędu ją wywróciła. Jej służebna zbiegła po schodach za nią, a potem zatrzymała się gwałtownie zobaczywszy, jak jej pani jest z łatwością utrzymywana na nogach przez parę rąk wielkości małych szufli.
Służebna – Marthya, tak się nazywała, jeśli dobrze pamiętał – wyraźnie nie była zachwycona tym widokiem, lecz nie wyglądała też na szczególnie zaskoczoną. Tak jak i Bahzell. Dość wcześnie odkrył, że jeśli chodziło o córkę gospodarza, to brakowało jej w zupełności tej znudzonej apatyczności, która zdawała się być obecnie starannie pielęgnowanym ideałem wśród większości młodych arystokratek Sothoii. Być może stwierdzenie, że gnała na łeb na szyję było przesadą, ale niezbyt wielką.
Uśmiechnął się do niej, spoglądając w dół – choć była wysoka jak na ludzkie dziecko, to jak na dziewczynkę Koniokradów była maleńka – i powstrzymał się z pewnym trudem od poklepania jej po główce. Pomyślał oschle, że nie spodobałoby jej się, gdyby dał się ponieść pokusie.
Choć kolorem włosów i wzrostem przypominała ojca, to na szczęście nie miała jastrzębiego profilu Telliana. W wieku czternastu lat właśnie miała za sobą okres źrebięcej niezgrabności, choć w pewnych momentach – takich jak ten – ta powracała. Odznaczała się niezaspokojoną ciekawością idącą w parze z wyraźnie błyskotliwym umysłem, i ewidentnie uważała Brandarka i Bahzella za egzotycznych i intrygujących, niewątpliwie dlatego, że byli pierwszymi hradani, jakich spotkała. Odczuwał rozbawienie wobec tego jej wyraźnie mocnego zaciekawienia, lecz nauczył się traktować jej pytania poważnie, mimo iż gdyby była jedną z jego sióstr, to w tym wieku byłaby stanowczo zamykana w szkolnej klasie. Jednak matka i ojciec Leeany już dawno rozpoczęli jej oficjalną naukę jako swej jedynej dziedziczki. Krócej żyjący ludzie często zdawali się robić rzeczy z szaloną szybkością w porównaniu do hradani. Toteż ponownie napomniał się, iż Leeana Bowmaster nie uważała się oczywiście za ledwo co wypuszczone z nosidełka dziecko, jakie on widział, patrząc na nią.
A fakt, że wyglądała równie rozkosznie co kosz pełen psiaków nie czynił łatwiejszym pamiętania o tym, że była – a przynajmniej uważała, że jest – starsza niż mu się wydawała. Pomagały w tym... pełne irytacji spojrzenia, jakimi go obrzucała, gdy o tym zapominał. Sądził więc, że nie było o czym mówić.
– Miło z twojej strony, że jesteś taki wyrozumiały – odezwała się do niego. – Ale gdybym uważała, jak chodzę, to nie gnałabym tak po schodach z galerii i nie wpadłabym na ciebie. To, że nic się nie stało, było tylko kwestią szczęścia. Proszę, nie wspominaj matce o tym, co zrobiłam! – Przewróciła swymi zielonymi oczami. – I tak myśli, że zachowuję się jak chłopak stajenny.
– Cóż, wątpię, żeby tak to określiła – stwierdził z uśmiechem Bahzell. – Choć jestem pewien, że miałaby do powiedzenia kilka cierpkich słów. Ale ode mnie o tym nie usłyszy, milady.
– Dziękuję. – Uśmiechnęła się do niego ciepło. – A jak przebiegły twoje odwiedziny w domu? – ciągnęła dalej.
– Pod wieloma względami lepiej niż się spodziewałem – odparł i potrząsnął głową, jakby z rozbawieniem. – Ojciec i matka czują się dobrze, choć nie sądziłem, że można być aż tak zajętym, jak oni są teraz.
– Nic w tym dziwnego – powiedziała i zachichotała. – Już samo nadążanie za wszystkimi twoimi siostrami i braćmi musi być wyzwaniem, nie wspominając już o radzeniu sobie ze wszystkimi politycznymi problemami, z jakimi zmaga się teraz twój ojciec!
– Masz słuszność – przyznał. – A jednak mają dość doświadczenia w radzeniu sobie z nami wszystkimi. To reszta naszego ludu ich teraz zajmuje. Papa musi załatwić sprawy, a wiele z nich jest paskudnych, ale myślę sobie, że sytuacja zaczyna się krzynkę uspokajać. – Prychnął. – Oczywiście, może dlatego, że nie zostało wielu, którzy chcieliby się sprzeczać z nim o szczegóły. Wrony już skończyły dziobać głowę Churnazha, a jego syn Chalak jest tak głupi, że nawet przydupasy Churnazha by za nim nie poszły. Arsham jest jedynym z potomstwa Churnazha, który ma dość rozumu, żeby uciec przed burzą, a ma to pewnie po matce, bo na pewno nie po ojcu! A fakt, że jest bękartem, nie stanowi wśród naszego ludu większego problemu przy sukcesji. Teraz więc zaprzysiągł wierność ojcu jako księciu Navahk, a reszta Zakrwawionych Mieczy szykuje się do zrobienia tego samego. – Zerknął na Brandarka z nieco przepraszającym wyrazem twarzy i wzruszył ramionami. – Gdybym się zakładał, czego nie robię, to postawiłbym kormaki na to, że walki dobiegły już końca.
Leeana przechyliła głowę z namysłem. Większość Sothoii mogła uważać odpowiedź Bahzella na jej pytanie za nieco dziwną. Damy – a zwłaszcza dobrze urodzone, które ledwo przestały być dziećmi – powinny być chronione przed brutalną rzeczywistością związaną z trudnymi problemami i rozwiązaniami, z jakimi mieli do czynienia władcy. Leeana jednak tylko przemyślała z uwagą to, co powiedział, a potem skinęła głową. Bahzell pomyślał, że jej wyraźnie głębokie zainteresowanie polityką nie było wcale dziecinne. Ani jej niesamowita zdolność pojmowania konsekwencji obecnych, zawiłych problemów politycznych jej ojca. Właściwie, to jej zrozumienie problemów z jakimi borykał się ojciec Bahzella było lepsze niż w przypadku kilku wodzów hradani.
– Czy ty także uważasz, że walki dobiegły końca, lordzie Brandarku? – spytała cicho po kilku sekundach zastanowienia. Spojrzała na niższego hradani, a Brandark przyglądał jej się dłuższą chwilę, wzrokiem bardziej pełnym namysłu niż Bahzellowy, a potem wzruszył ramionami.
– Owszem, milady – powiedział. – I choć nie powiem bym był szczęśliwy, że Zakrwawionym Mieczom systematycznie podstawiała nogi zgraja ciamajdowatych Koniokradów, to koniec walk na pewno nie jest złą rzeczą. – Skrzywił się. – Zabijaliśmy się nawzajem z powodu takiej czy siakiej wydumanej obrazy prawie tak długo, jak robili to Koniokradzi i twój lud. Jako ktoś, kto pragnął niegdyś zostać bardem, żałuję utraty tych wszystkich wspaniałych, inspirujących ballady wydarzeń pełnych wzajemnych krwawych zmagań i rzezi. Jako historyk i ktoś, kto widział z bliska te krwawe zmagania, zadowolę się balladami, które już mamy. I wszyscy bogowie wiedzą, że ojciec Bahzella jest zdecydowanie lepszy niż ktoś pokroju Churnazha.
Mówił lekkim tonem, lecz spojrzenie miał poważne, a ona przyglądała mu się przez kilka uderzeń serca, zanim skinęła głową.
– Rozumiem – stwierdziła. – To zabawne, nieprawdaż? Wszystkie pieśni i opowieści są pełne wspaniałych przygód, a nie tego, co naprawdę dzieje się na wojnie. Słyszałam też sporo pieśni o prześwietnych zwycięstwach i mężnej postawie nawet w sytuacji klęski. Nie sądzę jednak, bym słyszała choć jedną, w której strona, która przegrywa przyznaje, że lepiej, że to nie oni wygrali.
Bahzell postawił swe ruchliwe uszy i uniósł jedną brew, lecz Brandark tylko skinął głową, jakby nie zaskoczyło go jej stwierdzenie.
– To niełatwa rzecz – przyznał. – A bardowie piszący pieśni sugerujące, że dobrze, iż to ich strona dostała kopa w tyłek nie znajdują wdzięcznego audytorium. Niestety, nie oznacza to, iż czasami nie jest to prawdą, czyż nie?
– Pewnie tak – powiedziała i spojrzała znowu na Bahzella. – Z tego, co ty i lord Brandark mówicie, wygląda na to, że w końcu może zostaniesz oficjalnym ambasadorem króla hradani.
Głęboki, dudniący chichot Bahzella mógł być przerażający, gdyby nie słyszała go już wcześniej i nie wiedziała, czym jest. Przechyliła głowę w jego kierunku, a on wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Nie, nie będę nim. – Potrząsnął głową. – Po pierwsze, nie mam ochoty być niczyim „oficjalnym ambasadorem”. Po drugie, milady, nie mam zupełnie pojęcia jak nim być! I po trzecie, mój papa na pewno nie nazwie się „królem hradani”.
– W tej kwestii muszę się zgodzić z Bahzellem – przyznał Brandark z nieco mniej grzmiącym śmiechem. – Książę Bahnak ma zapewne wiele cech, milady, ale jest całkowicie wolny od wszelkich złudzeń co do swej wielkości. W przeciwieństwie do Bahzella, jest też bardzo bystrym gościem. Co oznacza, że rozumie, jak trudno by było zgrai książąt hradani traktować poważnie kogoś, kto nazywa się „królem hradani”. Nie mam pojęcia, jaki tytuł w końcu wymyśli, ale jestem pewien, że nie będzie w nim słowa „król”.
– Może i nie – powiedziała. – Ale to, jak postanowi się nazwać, nie zmieni tego, czym tak naprawdę będzie, czyż nie? – Jej ton był nieco bardziej cierpki, a spojrzenie zielonych oczu, które spoczęło na dwóch hradani, nieco twardsze.
– Nie, nie zmieni – zgodził się Bahzell. – I w tym rzecz, jak sądzę. Tak jak nie zamierza potęgować klęski swoich niedawnych wrogów poprzez nazwanie się królem, tak i nie zamierza uczynić pozycji twego ojca jeszcze trudniejszą, prosząc go o to, by oficjalnie przyjął ambasadora hradani na swoim dworze.
Leeana na krótko otworzyła szerzej oczy. A potem zmrużyła je znowu jeszcze raptowniej, zanim skinęła głową.
– To ma sens – powiedziała po chwili, a Brandark zastanawiał się, czy dziewczyna zdaje sobie sprawę, jak bardzo jej pełen namysłu ton zadawał kłam „przypadkowości” jej zderzenia z Bahzellem. Stała tak jeszcze przez jakieś dwie sekundy, jakby upewniając się, że dobrze przetrawiła te informacje, a potem otrząsnęła się i uśmiechnęła ponownie do Bahzella.
– Nie dość, że bezmyślnie wpadłam na ciebie, to jeszcze swoją paplaniną zmusiłam cię i lorda Brandarka do tego, byście tutaj stali – przeprosiła. – Coraz lepiej mi idzie, nieprawdaż?
– Na swój sposób, owszem – przyznał. – Choć Brandarkowi i mnie ta rozmowa sprawiła przyjemność.
– Miło z twojej strony, że tak mówisz, ale i tak już za długo was zatrzymałam. Marthyo? – Spojrzała przez ramię na swoją służącą, ponaglając starszą kobietę spojrzeniem. A potem dygnęła szybko i krótko przed Bahzellem i Brandarkiem, i razem z Marthyą ruszyły pospiesznie korytarzem.


Dodano: 2007-01-11 17:53:07
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Miasto Złomu"


Artykuły

Wywiad z Brandonem Sandersonem


 Wywiad z Dmitrem Glukhovskym

 Wywiad z Joe Abercrombiem

 Fantastyka 2017 - plebiscyt

 Modyfikowany Węgiel - powieść a serial

Recenzje

Stephenson, Neal & Galland, Nicole - "Wzlot i upadek D.O.D.O."


 Gaiman, Neil - "Ocean na końcu drogi"

 Le Guin, Ursula K. - "Wracać wciąż do domu"

 Lawrence, Mark - "Szara siostra"

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Silverberg, Robert - "Skrzydła nocy"

 Małecki, Jakub - "Nikt nie idzie"

 King, Stephen - "Uniesienie"

Fragmenty

 Haghenbeck, F.G. - "Diablero"

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Cadigan, Pat - "Alita: Battle Angel. Miasto złomu"

 Eames, Nicholas - "Królowie Wyldu"

 Bourne, J.L. - "Rozbita klepsydra"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Wyprawa"

 Straub, Peter - "Upiorna opowieść"

 Hejankowski, Sebastian - "Światłoczuły"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2018 nast.pl     RSS      RSS