NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

Ukazały się

Mammay, Michael - "Przestrzeń"


 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Duncan, Emily A. - "Niegodziwi święci"

 Wlazło, Alicja - "Iskra"

 Lisińska, Małgorzata - "Bajki krasnoludzkie"

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Bonowicz, Karina - "Nie wywołuj wilka z lasu"

 Mróz, Remigiusz - "Echo z otchłani"

Linki

Weber, David - "Przysięga Wietrznego Jeźdźca"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Weber, David - "Przygody Bahzella Bahnaksona"
Data wydania: 2005
ISBN: 83-7418-072-2
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 544
Tom cyklu: 3



Weber, David - "Przysięga Wietrznego Jeźdźca" #2

Rozdział pierwszy

Gęsta mgła kłębiła się powolnie ciężkimi tumanami na chłodnym wietrze, unosząc się znad zimnej, stojącej wody i nieco tylko od niej gęstszego błota trzęsawiska. Gdzieś w górze, ponad mgłą, słońce pełzło ku zenitowi, złocąc górne krańce oparu złocistym blaskiem, subtelnie pięknym na swój sposób. Jednak wszystkich trzydziestu mężczyzn było mocno ubłoconych i złocista poświata nie poprawiała im humoru.
– To pewnie są Bagniska – burknął jeden z tropicieli, krzywiąc się w kierunku dowódcy oddziału posuwającego się wierzchem.
– Czy naprawdę wolałbyś Gardziel? – odparł tak samo kwaśnym tonem siwy jeździec.
– Raczej nie, sir Yarranie – przyznał tropiciel. – Ale przynajmniej byłem już w Gardzieli. W każdym razie przeszedłem ją do połowy.
Sir Yarran gruchnął śmiechem tak jak i większość jego ludzi. Ich ostatnia wyprawa w dół Gardzieli nie należała do szczęśliwych, a ludzie w tym oddziale nie byli zachwyceni przynajmniej jedną z jej konsekwencji. Jednakże śmiech zamilkł szybko, bowiem, podobnie jak sir Yarran, wszyscy oni byli nieprzyjemnie pewni, iż misja, która zaprowadziła ich tego poranka na bagniska, wynikała z próby odwrócenia tych konsekwencji.
Sir Yarran uniósł się w strzemionach, jakby tych kilka dodatkowych cali mogło w jakiś sposób pomóc mu przebić wzrokiem kłębiącą się mgłę. Nie pomogło, a on wymruczał w myślach przekleństwo.
– Cóż, chłopaki – stwierdził, opadając z powrotem na siodło. – Obawiam się, że nie mamy wyboru, tylko jechać jeszcze kawałek dalej. – Spojrzał na jednego ze swoich ludzi i wskazał ręką za siebie, na drogę, którą przebyli. – Trobiusie, wróć i znajdź sir Kelthysa i jego ludzi. Powiedz mu, że ruszamy dalej w głąb bagniska. – Skrzywił się. – Jeśli ma ochotę do nas dołączyć, to zapraszamy, ale nie ma sensu, żeby on się tu z nami taplał, chyba że nie ma nic lepszego do roboty, poza odmrażaniem sobie tyłka w błotnistej wodzie razem z nami.
– Rozkaz, sir Yarranie. – Trobius zasalutował, zawrócił konia i pokłusował w mgłę. Sir Yarran przez kilka chwil przyglądał się rozciągającemu się przed nimi trzęsawisku, a potem mruknął zrezygnowany.
– W porządku, chłopaki – powiedział. – Ruszajmy. Kto wie!? Może nam się poszczęści na tyle, że naprawdę znajdziemy jakieś ślady.
– Rozkaz, sir – stwierdził tropiciel i pognał konia do przodu, starannie wybierając ścieżkę prowadzącą głębiej w wodniste błocko. – Srali muszki, będzie wiosna – wymruczał pod nosem, a sir Yarran obrzucił go spojrzeniem. Na szczęście jego głos był tak cichy, że sir Yarran mógł udawać, że go nie usłyszał, co odpowiadało sir Yarranowi, zwłaszcza że całkowicie zgadzał się z tym człowiekiem.
Patrzył, jak tropiciel i jego dwóch pomocników ostrożnie zapuszczają się głębiej w zdradliwe podłoże, a potem westchnął i zacmokał łagodnie na swojego konia.

***
– I oczywiście nie będziemy mogli niczego udowodnić.
Sir Yarran Battlecrow skrzywił się, a potem odcharknął głośno i splunął z obrzydzeniem w ogień. Było to przyzwyczajenie, które sir Festian Wrathson, lord opiekun Glanharrow, starał się u niego wykorzenić od lat. Nie dlatego, żeby Festian nie zgadzał się z uczuciami, które powodowały, że to przyzwyczajenie dawało o sobie znać, ale dlatego, że Yarran robił to z takim wigorem.
Jednakże w tej chwili Festian nie odczuwał potrzeby zbesztania Yarrana. Raczej pragnął pójść w ślady swego marszałka, dowódcy zbrojnych Glanharrow. I niezależnie od tego, czego mógł pragnąć Festian, to Yarran przynajmniej zasłużył sobie na prawo wyrażania swych emocji, jak tylko chciał.
Para unosiła się znad przesiąkniętych przez deszcz tuniki i spodni rycerza. Jego siwiejące jasne włosy były zmierzwione i przemokłe, i choć wyraźnie wytarł swoje buty do konnej jazdy, to w dalszym ciągu poplamione były błotem. Jego przemoczone poncho zostało przewieszone przez oparcie jednego ze stojących w komnacie krzeseł, emanując smużkami pary przy ogniu, zaś znajdujący się w kącie sługa zajmował się suszeniem kirysu Yarrana.
– Nie, nie będziemy – stwierdził po chwili Festian. – A ponieważ nie będziemy, to nie mogę sobie pozwolić na rzucanie oskarżeń. Zwłaszcza na sąsiadujących ze mną lordów.
– Ano, to prawda, i wiem o tym – przyznał Yarran ponurym, zrezygnowanym tonem. – Mimo to, milordzie, obydwaj o tym wiemy, czyż nie?
– Może tak, a może nie – odparł Festian. Yarran obrzucił go sceptycznym spojrzeniem, a lord opiekun machnął ręką. – Och, wiem, że obydwaj podejrzewamy, Yarranie, ale, jak sam powiedziałeś, nie mamy przecież dowodu, czyż nie?
– Nie, na Phrobusa – przyznał kwaśnym tonem Yarran.
– Zatem przeanalizujmy to krok po kroku i zobaczmy, co wiemy na pewno. Na przykład, w jakim kierunku zmierzali, gdy zgubiliście ich ślad?
– Phrobus jeden to wie – burknął Yarran. Służąca weszła do komnaty i podała mu parujący kubek, a marszałek rozchmurzył się nieco wyczuwszy głęboki i mocny zapach czekolady. Był to niezmiernie kosztowny luksus na Wietrznej Równinie Sothoii, a hardy, posiwiały wojownik był większym łasuchem niż trójka dzieci z Glanharrow razem wziętych.
Uśmiechnął się do służącej, przyjął kubek i pociągnął z niego powoli, ciesząc się tą zmysłową przyjemnością. Festian pozwolił mu rozkoszować się nią przez kilka sekund. A potem, celowo odchrząknął, Yarran zaś opuścił kubek i z pewnym zmieszaniem otarł czekoladową pianę ze swoich wąsów.
– Wybacz, milordzie – powiedział. – To mnie trochę zaskoczyło.
– Już od wielu tygodni pracujesz dla mnie jak szalony, Yarranie – rzekł łagodnie Festian.
Właściwie, to zarówno on jak i Yarran, wiedzieli, że rycerz wykonywał dokładnie to, co Festian robił kiedyś dla pozbawionego stanowiska lorda Mathiana. Obydwaj wiedzieli jednak, że Mathian nie nagradzałby nikogo czekoladą za jego starania.
– Po to tu jestem, milordzie – powiedział Yarran.
Żaden z nich nie zamierzał wyrazić inaczej tego, z czego obydwaj zdawali sobie sprawę.
– W dowolnym kierunku – ciągnął po chwili marszałek – ten ktoś na początku zmierzał na południowy zachód, ale do cholery, nie mógł się tam przecież kierować. Z tej strony nie ma nic poza Gardzielą, a nawet czarodziejowi nie udałoby się sprowadzić tyle bydła Gardzielą. – Potrząsnął głową. – Nie, milordzie, ruszyli w tym kierunku, ale domyślam się, że chcieli, byśmy się zastanawiali, czy nią zjechali. Chcieli zapewne, żebyśmy myśleli, że to Koniokradzi. Jednak skręcili w inną stronę, gdy już dotarli do Bagnisk. – Wzruszył ramionami. – Oczywiście, nic z tego nie mogę udowodnić. Staraliśmy się, jak mogliśmy, podążać za nimi, ale za dużo tam ruchomych piasków, a za mało twardego gruntu, żeby zostały odciski kopyt. O mały włos nie straciłem trzech swoich ludzi, zanim daliśmy sobie spokój. Jechałbym dalej, gdyby udało nam się odnaleźć jakieś ślady, ale w najlepszym okresie teren jest podmokły. A wiosną, zwłaszcza tak deszczową jak ta? – Znowu potrząsnął głową. – Nie da się stwierdzić, w jakim kierunku pojechali.
– I niezależnie od tego, dokąd zmierzali, jest zbyt wiele miejsc, w których mogą znowu wyłonić się z błota – przyznał kwaśno Festian.
– Tak, milordzie. To prawda. Jednak pomyślałem sobie, że przeprowadzenie bydła przez Bagniska wymagało kogoś, kto je świetnie zna.
Festian mruknął potakująco. Wiedział, co Yarran tak naprawdę chciał powiedzieć. „Bagniska” były zdradliwym trzęsawiskiem, z błotnistymi brzegami i grzęzawiskami rozciągającymi się całymi milami na południe i wschód od wąskiego przejścia znanego jako „Gardziel”. Kiedyś, wieki temu, przez tę przełęcz, po Skarpie – wypiętrzeniu stanowiącemu bok Wietrznej Równiny Sothoii – spływała ku trawiastym terenom w dole rzeka. A potem, jakieś dawno zapomniane trzęsienie ziemi zmieniło jej bieg, przekształcając żleb, jaki rzeka wygryzła w piętrzącej się groźnie ścianie Skarpy, w jedną z nielicznych dróg, którymi Sothoii i barbarzyńscy hradani mogli na siebie napadać. Właściwie nie była to droga – bardziej wijący się, kręty szlak – służyła jednak niegdyś za przejście dla sił inwazyjnych w obie strony.
Mimo to Yarran miał słuszność twierdząc, iż nikomu nie mogło się udać sprowadzenie stada skradzionego bydła Gardzielą... i że tylko ktoś z doskonałą znajomością terenu mógł przeprowadzić to stado przez te niezachowujące śladów błota, gdzie sfrustrowana rzeka rozlewała się, płynąc i przesiąkając ziemię, tworząc Bagniska.
Oznaczało to, iż ten, kto ukradł bydło – a przedtem owce i konie – pochodził z samego Glanharrow. Nie było to raczej niespodzianką.
– Z całym szacunkiem, milordzie, wiem, że tego nie chcesz, ale sądzę, że czas, abyś wezwał na pomoc barona Telliana – odezwał się po kilku sekundach milczenia Yarran. Silniejszy powiew wiatru zadudnił deszczem o dach sali zamkowej i płomienie na palenisku zatańczyły.
– Lord powinien opiekować się swoimi własnymi stadami tak, jak ma się zajmować dobrobytem swych ludzi – rzekł stanowczo Festian.
– Ano tak – przyznał Yarran, jak zwykle potakując, z poważaniem właściwym wiernemu towarzyszowi. – Nie chcę tu okazać braku szacunku, ale co to ma do rzeczy? – Festian spojrzał na niego gniewnie, a marszałek wzruszył ramionami. – Jeśli chcesz urwij mi łeb, milordzie, ale obydwaj rozpoznajemy prawdę, gdy ta dobiera nam się do tyłka. Tak jak i baron Tellian. Gdy wybierał cię, byś zastąpił tego durnowatego idiotę Redhelma, wiedział, że znajdą się tacy, którzy zrobią wszystko, co w ich mocy, abyś się wyłożył. Cóż, to właśnie ma teraz miejsce. Założę się o mój najlepszy miecz, że ten, kto pognał to bydło jest jednym z naszych ludzi. Nikt inny nie znałby Bagnisk na tyle, by przeprowadzić przez nie stado takiej wielkości. Kimkolwiek jednak on jest, musi mieć kogoś, kto je od niego odbierze, gdy przeprowadzi je na drugą stronę. Cóż, możliwe, że ma jakiegoś ugodzonego kupca, który za procent pozbędzie się ich dla niego. Ale najpewniej czeka na niego jeden z pozostałych lordów. Może i nie możemy tego udowodnić, ale obydwaj o tym wiemy, a baron Tellian jest twym feudałem... nie wspominając już o tym, że to on cię w to wpakował. A jeśli stoi za tym jakiś inny lord, to najpewniej jest na tyle bliskim sąsiadem, że baron jest także i jego seniorem. Albo też jest on wasalem kogoś innego – ostrożny Yarran nie wymieniał nazwisk – a w takim razie, nie masz wyboru, tylko zwrócić się do barona. Zatem, tak czy siak, wydaje mi się, że to baron powinien przysłać pomoc teraz, gdy ktoś wypowiedział ci otwartą wojnę.
– Kradzież bydła i koni nie jest „otwartą wojną”, Yarranie – sprzeciwił się Festian, lecz protest ten brzmiał słabo, nawet w jego własnych uszach. To prawda, nie było żadnej formalnej deklaracji buntu czy wrogości, lecz wśród Sothoii kradzież bydła i błyskawiczne najazdy przygraniczne były tradycyjnymi środkami ataku na wroga. Yarran tylko prychnął znacząco, co wystarczyło do wyrażenia opinii wobec protestu Festiana i lord opiekun Glanharrow wzruszył ramionami.
– Jak by nie było – powiedział – to baron Tellian ma teraz dość innych problemów bez dodawania mu jeszcze tego jednego.
– Znowu, z całym szacunkiem milordzie, to jest coś, czym powinien się zająć. I nie jestem w tym poglądzie osamotniony. – Festian uniósł brew i tym razem to Yarran wzruszył ramionami. – Sir Kelthys także uważa, że nadszedł czas.
– Omawiałeś to z Kelthysem? – spytał ostro Festian, a w jego oczach po raz pierwszy pokazał się błysk gniewu, Yarran zaś skinął głową.
– Nie miałem w tej kwestii zbyt dużego wyboru, milordzie – zwrócił uwagę. – Jako że Głęboka Woda sąsiaduje z Bagniskami. Nie godziło się prowadzić ponad dwudziestu jezdnych przez jego ziemie bez wytłumaczenia, co robimy.
– Złodzieje przejechali przez Głęboką Wodę? – spytał wyraźnie zaskoczony Festian.
– Nie, oczywiście, że nie. – Yarran znowu prychnął. – Powiedziałem przecież, że każdy, kto na tyle zna Bagniska, żeby mi się w nich wymknąć, musi pochodzić z tych okolic, milordzie. A każdy stąd wie dokładnie, co stałoby się z człowiekiem na tyle głupim, by próbować przegonić skradzione stado przez ziemie sir Kelthysa. – Potrząsnął głową. – Nie, to ja przejechałem przez Głęboką Wodę, starając się nadgonić czas. I udało mi się, ale nie wystarczająco.
– W każdym razie wystawił do pomocy dziesięciu swoich ludzi, choć koniec końców nie na wiele się to zdało. I spędził większość czasu ze mną, rozmawiając o najazdach i wzorcu, w jaki się układały.
– Rozumiem. – Festian zmarszczył brwi nachmurzony. Jednak, choć miał na to ochotę, nie mógł tak po prostu odrzucić rady Yarrana. Zwłaszcza, gdy sir Kelthys Lancebearer, kuzyn barona Telliana, także sądził, iż nadszedł czas, by Festian wezwał na pomoc swego feudała. Gdyby tylko nie było to takie trudne do przełknięcia!
– Milordzie – odezwał się Yarran z pełną szacunku natarczywością człowieka, który był starszym porucznikiem Festiana, gdy ten dowodził zwiadowcami z Glanharrow dla lorda Mathiana – wiem, że nie chcesz tego zrobić. I wiem też, że świnie wiedzą pewnie więcej o polityce ode mnie. Ale widać jak wrzód na dupie Sharny, że ten, kto to robi, uderza tak samo w barona Telliana, jak w ciebie. Nie mówię, że ów ktoś nie chciałby pokazać, że nie jesteś odpowiedni do rządzenia Glanharrow, bowiem obydwaj wiemy, iż choć Redhelm był głupi, to są wciąż tacy, co uważają, że to on powinien zasiadać na tym krześle. Jednak tym razem jest do załatwienia większa sprawa, bowiem, jeśli ty wydasz się nieodpowiedni, to on wyda się nieodpowiedni, ponieważ cię wybrał. W każdym razie, takie jest moje zdanie, a sir Kelthys je podziela. Co oznacza, iż baron Tellian nie podziękuje ci, jeśli będziesz zwlekać z zawiadomieniem go, aż będzie za późno.
Festian stwierdził, iż jak na milczącego człowieka, mającego reputację osoby, która nigdy nie używa dwóch słów, gdy jedno mogło wystarczyć, Yarran potrafił przedstawić swoje racje. I nie powiedział niczego, czego Festian już nie pomyślał. Tylko że...
Tylko że jestem zbyt, cholera, uparty, by tak łatwo prosić o pomoc. Ale Yarran ma rację. Jeśli nie mogę sam rozwiązać tego problemu – a wygląda na to, że nie mogę – i będę za długo zwlekał z poproszeniem barona o pomoc, to będzie za późno. A wtedy obydwaj będziemy tonąć w końskim gównie.
– Cóż – rzekł spokojnie po chwili – jeśli zarówno ty jak i sir Kelthys zgadzacie się tak mocno w tej sprawie, to jak sądzę, nie ma sensu, żebym się sprzeciwiał, czyż nie? – Yarran sprawiał pozory zmieszanego, choć wyraźnie wymagało to od niego pewnego wysiłku i Festian uśmiechnął się krzywo.
– Dokończ czekoladę, Yarranie. Jeśli tak bardzo chcesz, abym żebrał o pomoc barona Telliana, to myślę, iż ty jesteś najlepszą osobą, by zanieść mu tę wiadomość.
Kolejny poryw wiatru zadudnił deszczem o dach sali zamkowej i Yarran skrzywił się na ten dźwięk.


Dodano: 2007-01-11 17:42:03
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Wojnę makową"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"


 Moore, Stuart - "Marvel X-Men: Saga Mrocznej Phoenix"

 Abercrombie, Joe - "Zemsta najlepiej smakuje na zimno"

 Schwartz, Alvin - "Upiorne opowieści po zmroku"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King, Stephen - "Instytut"

Fragmenty

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

 Mortka, Marcin - "Żółte ślepia"

 Schwab, V.E. - "Vengeful. Mściwi"

 Collins, Suzanne - "The Ballad of Songbirds and Snakes"

 Dick, K. Philip - "Możemy cię zbudować"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

 Archer, K.C. - "Instytut" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS