NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Jordan, Robert - "Oko Świata" (wersja filmowa)

Ukazały się

Webb, Nick - "Wolność"


 Grabowska, Ałbena - "Nowy Świat"

 Bułyczow, Kir - "Przełęcz" (Klasyka radzieckiej sf)

 antologia - "Czarna kula"

 Kloos, Marko - "Punkt uderzenia"

 Burroughs, Edgar Rice - "Sztuczny człowiek z Marsa"

 Sheckley, Robert - "Status cywilizacji"

 Card, Orson Scott - "Płomień serca" (wyd. 2)

Imprezy

Dni Fantastyki 2019 r.
Od: 2019-07-05
Do: 2019-07-07

Linki

Huelle, Paweł - "Ostatnia Wieczerza"
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: Luty 2007
ISBN: 978-83-240-0793-6
Oprawa: twarda
Format: 126 x 205 mm
Liczba stron: 232
Cena: 29 zł



Huelle, Paweł - "Ostatnia Wieczerza"

Rozdział VII

będzie o wielu ważnych sprawach, na przykład o przeszłości artystycznej Inżyniera i jego sporze z Siemaszką o sztukę; także o zwoju Zachariasza w kościele księdza Monsignore; zaczniemy jednak od Lewady, który



nie mógł się napatrzeć na ładną twarz autostopowiczki. Miała w sobie coś dziewczęcego, choć zapewne nie tak dawno skończyła trzydzieści lat. Kiedy zadawała mu pytania, w jej oczach pojawiały się iskierki.
– Wolałby pan być Janem czy Piotrem? Ten kolega, artysta, powinien z góry wam powiedzieć. Chyba łatwiej pozować, nawet do fotografii, wiedząc, kim się będzie. No i po co malować dzisiaj Ostatnią Wieczerzę? Kogo to może obchodzić!
Na ostatnie pytanie Lewada wzruszył ramionami. Na poprzednie miał jednak odpowiedź.
– Dzisiaj nikt nie wymieni dwunastu, nawet po dłuższym zastanowieniu. I z ośmioma byłyby trudności bez ściągi. Niech pani sama spróbuje.
Śmiała się, odchylając palce prawej dłoni.
– Zaraz, zaraz, no więc tak: Szymon, Piotr, Jan, Andrzej, Jakub. No proszę, mam już pięciu!
– Czterech. – Zredukował bieg. – Szymon i Piotr to ta sama osoba. Jeśli chodziło o tego Szymona.
– Naprawdę? – Nie udawała wcale zdziwienia. – To był jeszcze jakiś inny?
– Szymon Gorliwy, czyli Zelotes.
– No to jest pan księdzem, nie lekarzem. I okłamywał mnie przez tych czterdzieści kilometrów. Co dalej?
Już żałował paru minut szczerości, w trakcie których powiedział jej, po co jedzie do miasta. “Za chwilę – pomyślał – gotowa mnie zapytać, czy wierzę w Boga”.
– Nie wierzy ksiądz w Boga? – usłyszał jej głos. – Ależ proszę nie czuć się oskarżonym. Większość księży, których znam, nie wierzy. Może nie tak zupełnie, ateistycznie, jak kiedyś komuniści. Ale nie wierzą. Albo jeszcze inaczej: w coś tam wierzą. Jakąś siłę. Zasadę. Może w dobro? Nie, w dobro raczej słabo, bo mało go czynią, w każdym razie nie więcej niż zwykli śmiertelnicy. No a jeśli ktoś powinien czynić więcej dobra niż inni, to właśnie księża, prawda? A nie, powiedzmy, lunatycy. Zgadza się ksiądz ze mną? Lunatycy...
– Nie jestem księdzem – niemal ryknął, by zaraz się opanować. – Czytałem kiedyś książkę na ten temat.

W samochodzie zapadło milczenie. Przy estakadzie policja skierowała ich objazdem. Zamiast wjechać na główną arterię, która łączyła wszystkie trzy miasta nad zatoką, musieli – jak tiry zdążające do portu – powoli wlec się ulicami. Dopiero po chwili doktor Lewada zobaczył przed sobą trolejbus. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że trakcję elektryczną tych pojazdów zlikwidowano dobrych dwadzieścia lat temu. Skąd się tu wziął? Jechał normalnie, z pałąka od czasu do czasu sypały się iskry. Potem jego wzrok skierował się mimowolnie na gmach zarządu oceanicznych linii, gdzie od lat nie rezydował już żaden armator, a tylko banki i fundusze. Stary szyld, właściwie neon z charakterystycznymi literami i dumną sylwetą transatlantyku, widniał tu znowu. Koło gmachu admiralicji – bo aż tam prowadził objazd dla samochodów osobowych – zamiast tandetnej pizzerii ujrzał jak przed dwudziestu laty wejście do baru Kapitański. Wychodziło właśnie z niego – prócz oficera marynarki handlowej – kilku młodych ludzi. Ich długie włosy, spodnie dzwony, wstążki i jakieś koraliki przypominały bardzo dawne dzieje. Ruszyli wesoło w kierunku muzealnego kontrtorpedowca i żaglowców wzdłuż kei. Tuż za rondem, nawracając w kierunku głównej ulicy, doktor dostrzegł taras nieistniejącej od czasów późnego komunizmu kawiarni Roxana. Jak w tamtych czasach
– kiedy podziwiał oczekujące na cudzoziemskich marynarzy córy Koryntu z daleka – ujrzał teraz ich barwny tłum. Nawet wielka markiza powiewająca napisem WSS SPOŁEM nad stadem prostytutek miała w sobie coś surrealnie nostalgicznego. A przecież to nie Fellini kręcił tego dnia film w jednym z trzech naszych miast położonych nad zatoką. Obrazy pojawiały się i znikały przed oczami doktora jak pasma czasu niespodziewanie wydobyte z ciemnej studni, tylko po to, by przez ułamki minut zaciekawiać go w niewiadomym celu fatamorganą. Czy jednak było to złudzenie? Ostatecznie trolejbus był realny, podobnie jak tłum prostytutek na tarasie Roxany.
Gdy ujrzał na głównej ulicy spory szyld z napisem PEWEX, a przed innym sklepem z napisem RTV dostrzegł paruset osobową kolejkę stłoczonych ludzi, pojął, że na skutek nieznanych sobie przyczyn wjechał w boczną, zagubioną odnogę czasu, słowem, że przydarzyło mu się coś, o czym jedynie czytał u Schulza i u Lema.
Nie był pewien, czy jego pasażerka widzi to samo, ale kiedy mijali ślamazarnie sklep spożywczy z napisem – DELIKATESY – KOMIS i kłębiące się przed nim mrowie ludzi, na które nagle z ciemnej chmury zaczął padać deszcz ze śniegiem, usłyszał jej głos.
– O tej porze? I widzi pan jak oni są ubrani?!
Samochód bardzo wolno posuwał się w kolumnie, rozjeżdżając błotnistą breję. Jesionki, płaszcze, kożuchy, berety, czapki, kozaczki i buty przechodniów wyglądałyby jak z filmowej wypożyczalni, gdyby nie twarze ich właścicieli: zmęczone, poszarzałe, z wyrazem beznadziei i dodatkiem zdeterminowanej chytrości. Takie właśnie spojrzenia obrzucały z niechęcią samochód doktora i jego dwoje pasażerów.
– Gdzieśmy się wpakowali? – spytała wyraźnie zaniepokojona. – Nie było innej drogi?
– Tak nas pokierowano – stwierdził rzeczowo doktor. Włączając wycieraczki, dodał: – Faktycznie, bardzo dziwny objazd.

Śnieg z deszczem gęstniał. Z naprzeciwka, rozbryzgując wielkie kałuże, przejechały dwa wojskowe transportery, za nimi karetka na sygnale.
Pasażerka doktora była na pograniczu histerii.
– Przecież tak nie można. – Niemal zapłakała. – Musi być jakiś porządek. Choćby w porach roku! To nie ma sensu!
Stali w korku podobnych, zagubionych aut i zdezorientowanych zupełnie pasażerów. Wreszcie doktor powiedział:
– Pytała pani, czy nie wierzę w Boga. Właściwie mógłbym powiedzieć, że tak, chociaż nie jestem księdzem. Ale kiedyś miałem pewne spotkanie. Rozumie pani? Nie objawienie. Nie intuicję. Nie odkrycie. Ale właśnie: spotkanie.
– Z Bogiem? – zapytała natychmiast i zaraz udzieliła odpowiedzi: – To przecież niemożliwe.
Jednak gdy słuchała spokojnych, wyważonych zdań doktora Lewady, który prawdopodobnie nigdy nie zdobyłby się na to wyznanie, gdyby nie owa konkretna sytuacja, jej uwaga tężała z minuty na minutę.
– Tego nigdy nie twierdziłem – zaczął doktor – ani też nie twierdzę. Żadnych cudów. Zresztą nie cierpię cudów. Zwiększają tylko tępotę. Było to w Paryżu. Pojechałem tam do pracy. Na budowie. Świeżo po rozwodzie. Było mi wszystko jedno, chciałem zarobić na mieszkanie tutaj. Nikt wtedy nie przewidywał zmian. Generałowie całowali w dłonie wdowy po przedwojennych generałach. Skrócę – któregoś dnia naprawdę chciałem umrzeć. Rozumie pani? Nie popełnić samobójstwo, ale umrzeć. Czy można uzyskać to drugie, bez pierwszego? Można, jeżeli się zejdzie do piekła. Ale czym jest piekło? Samotnością. Nie samotnym życiem, bo takie pędzi miliony ludzi. Piekło jest samotnością chłodną, wystudiowaną, która raz powzięta, odcina nas od wszystkich i wszystkiego. Wtedy człowiek wchodzi w stan, którego pragnąłem: czyste i absolutne Nic.
– Osiągnął go pan? – spytała nieśmiało.


Dodano: 2007-02-08 17:21:20
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e02)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e01)

Recenzje

antologia - "Opowieści niesamowite. Literatura francuska


 de Castell, Sebastien - "Krew Świętego"

 Moore, Stuart - "Marvel: Wojna domowa"

 Hamilton, Peter F. - "Noc bez gwiazd"

 Clarke, Arthur C. - "Koniec dzieciństwa"

 Howard, A.G. - "Alyssa i obłęd"

 Fletcher, Charlie - "Ostatni"

 Scalzi, John - "Upadające imperium"

Fragmenty

 Bond, Gwenda - "Mroczne umysły"

 Patykiewicz, Piotr - "Otchłań"

 Clarke, Arthur C. - "Koniec dzieciństwa"

 Keyes, Daniel - "Kwiaty dla Algernona"

 Schwab, V.E. - "Vicious. Nikczemni"

 Lawrence, Mark - "Koło Osheim"

 Górski, Piotr - "Reguła zakonu"

 Zembaty, Wojciech - "Głodne Słońce. Ołtarz i krew"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS