NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Willis, Connie - "Pojedynek na słowa"

Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

Ukazały się

Willis, Connie - "Pojedynek na słowa"


 Pilipiuk, Andrzej - "Wilcze Leże"

 Watson, Ian - "Łzy Stalina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Schwab, V.E. - "Zgromadzenie cieni"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

 Sanderson, Brandon - "Żałobne opaski" (stara wersja)

 Sanderson, Brandon - "Cienie tożsamości" (stara wersja)

Linki

Komuda, Jacek - "Bohun"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Wrzesień 2006
ISBN: 978-83-60505-08-3
Oprawa: miękka
Liczba stron: 344
Cena: 29,99 PLN



Wywiad z Jackiem Komudą

Katedra: Witam Cię serdecznie w imieniu czytelników Katedry.

Jacek Komuda: Witam również, miło mi gościć na łamach waszego serwisu.

K: „Imię Bestii” bardzo przypadło mi do gustu. Czy planujesz napisać nowe utwory z François Villonem w roli głównej?

JK: „Imię Bestii” bardzo przypadło do gustu również czytelnikom, choć niektórzy miłośnicy moich opowiadań i powieści Rzeczypospolitej Szlacheckiej poczuli się strasznie zawiedzeni. Dlatego niemal na pewno zasiądę niebawem do pisania kolejnych przygód François Villona. Dosłownie przed Nowym Rokiem zakończyłem pracę nad dużym opowiadaniem, a właściwie mikropowieścią opowiadającą o największym złodzieju wśród poetów i największym poecie spośród łotrów. Ukaże się ona w 2007 roku w jednej z antologii przygotowywanych przez Fabrykę Słów. Oprócz tego mam w planach dużą powieść, w której przedstawię losy bohatera po opuszczeniu Carcassonne jesienią 1463 roku. Villon wróci na krótko do Paryża (w którym grozi mu kara śmierci – został wszak skazany na banicję na 10 lat z miasta), a potem będzie włóczył się po targanej buntami, zarazami i wojnami Francji w towarzystwie trupy wędrownych aktorów. Tyle przynajmniej mogę zdradzić, bo praca nad fabułą nie jest jeszcze zakończona.
Niestety łotrowskie opowiadania i powieści o Villonie są niezwykle trudne do napisania. To przecież nie są historyjki o smokach i wojownikach, ani rozweselająca paplanina o egzystencjalnych problemach czarodziejek w okresie menopauzy. Do każdego takiego opowiadania czy powieści muszę bardzo starannie się przygotować. Przede wszystkim odtworzyć miejsca, w których pojawia się Villon i opisać starannie tło historyczne. W dodatku często bawię się archetypami – katedrami, obrazami świętych, niesamowitym klimatem późnego średniowiecza i różnymi nawiązaniami do kultury epoki, co sprawia, że muszę brnąć przez gaszcz rozmaitych monografii historycznych i materiałów źródłowych dotyczących późnego średniowiecza. Dla przykładu „Imię Bestii” powstawało przez prawie rok. To znaczy powieść pisałem przez trzy miesiące, ale przeglądanie książek o dawnym Paryżu, Carcassonne i Francji w połowie XV wieku zajęło mi ładnych kilka miesięcy ciężkiej pracy. Odchorowałem tę powieść. Kiedy skończyłem, byłem nieludzko zmęczony i wyczerpany.

K: Jak to było – Villon stał się inspiracją do napisania utworów z „Imienia Bestii”, czy wybrałeś go, gdy już miałeś pomysł i określiłeś realia? Dlaczego akurat Villon?

JK: Inspiracją do cyklu opowiadań i powieści o Villonie było średniowiecze, a raczej pewna jego wizja, która do dzisiaj pokutuje w umysłach ludzi. Większości czytelników epoka ta kojarzy się jednoznacznie z mrokiem; ze strasznymi czasami, gdy człowiek był człowiekowi wilkiem, panował brud, smród i ciemnota, tortury i inkwizycja, okrucieństwo, strach i wojny, a za nieprzestrzeganie postów wybijano zęby. To oczywiście nie jest prawda, bo taką wizję średniowiecza stworzono w czasach oświecenia, kiedy chciano przeciwstawić epoce rozumu mroczne wieki średnie twierdząc, iż był to okres okrucieństwa i głupoty. Historycy od dawien dawna nie zgadzają się z takim poglądem na dzieje Europy, jednak wizja „mroków średniowiecza” mimowolnie pojawia się często nawet w umysłach ludzi doskonale znających epokę. Dlatego pomysł napisania opowiadań, których akcja rozgrywałaby się w ponurym środowisku złodziei i żebraków w połowie XV wieku wydał mi się na tyle interesujący, że postanowiłem go zrealizowac w formie opowiadania „Tak daleko do nieba”, które zresztą otrzymało w 1998 roku nominację do Nagrody im. Janusza Zajdla.
Jeśli chodzi o Villona, uczciwość każe mi przyznać, że nie ja pierwszy wpadłem na pomysł wykorzystania tej postaci jako bohatera opowiadania czy książki. Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych (bodaj jakieś 14 lat temu) ukazała się książka Tadeusza Oszubskiego „Sfora”, w której jedną z drugoplanowaych postaci był ów sławny francuski poeta. Miałem wówczas jakieś 17 lat i ta postać niezmiernie mnie zafascynowała. Dziwiłem się nawet, iż Oszubski nie uczynił go głównym bohaterem powieści. A kiedy już dostatecznie dojrzałem warsztatowo, postanowiłem poświęcić Villonowi opowiadanie, a potem książkę. I tak się zaczęła moja przygoda z mistrzem szelmów, złodziei i poetów.
Wybrałem XV wiek i Villona głównie dlatego, iż zależało mi na pokazaniu brudnego i paskudnego świata końca średniowiecza. Francja, zniszczona wojną stuletnią, rządzona przez nieobliczalnego Ludwika XI, którego w porównaniu z naszym łaskawym królem Kazimierzem Jagiellończykiem, można śmiało nazwać diabłem i szaleńcem, wydawała się idealnym miejscem na umieszczenie tam akcji brutalnych opowiadań i powieści.

K: Jak wygląda sprawa z „Diabłem Stadnickim”? Zapowiedź książki wisi na stronie Fabryki Słów już bardzo długo – czyżbyś przerwał jej pisanie?

JK: Diabła Stadnickiego tworzę całkowicie od nowa, bo kilkakrotnie podchodziłem do pisania i wyrzucałem do śmieci gotowe rozdziały. Ta książka to jedno z największych wyzwań i jednocześnie porażek w mojej karierze pisarza. Kiedy kilka lat temu napisałem fragment pierwszej wersji, a potem wróciłem do niego po kilku tygodniach, dosłownie się załamałem i uznałem, że fabuła jest kompletnie do kitu. W efekcie skasowałem pliki z powieścią z komputera i zacząłem od nowa, ale kolejna wersja historii Stanisława Stadnickiego, jednego z najlepiej znanych i nasławniejszych polskich warchołów, znowu wydała mi się niedopracowana i trywialna. Zacząłem zatem pisać książkę po raz trzeci i jestem bliski zakończenia. 21 stycznia, a więc za dwa tygodnie mam nadzieję zamknąć ostatni z dziewięciu rozdziałów powieści. Myślę, że w bieżącym roku „Diabeł Łańcucki” na pewno trafi do sprzedaży.
Zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego miałem takie problemy z tą powieścią. Czyżby to była pośmiertna klątwa Stanisława Stadnickiego? A może wszystkie kłopoty były spowodowane tym, iż „Diabeł...” ma być w założeniu zupełnie inną powieścią niż „Bohun” czy „Imię Bestii”. To nie miała być książka przedstawiająca wstrząsające wydarzenia historyczne, ale awanturnicza powieść pokazująca świat szlachty polskiej, a także ludów zamieszkujących dawną Rzeczpospolitą; piękno przyrody Bieszczad anno domini 1608, dworów i zaścianków, żydowskich karczem i ormiańskich zajazdów, jarmarków oraz małych, drewnianych miasteczek w Ziemi Sanockiej. To wszystko sprawia, że w pewnym sensie Diabeł będzie powieścią etnograficzną, pokazującą dawny świat na pograniczu kultur – polskiej, ruskiej, litewskiej, węgierskiej, tatarskiej, ormiańskiej, żydowskiej, wołoskiej i Bóg jeden wie jakiej jeszcze. Może w tym tkwi główna trudność napisania tej książki? Sam już nie wiem.
Przewertowałem jednak tony książek o Bieszczadach, począwszy od przewodników, a skończywszy na historycznych opracowaniach. Odtworzyłem dawne nazwy wiosek i miasteczek, słownictwo Łemków i Bojków, drewnianą architekturę cerkiewną i dworską. Niestety zajęło mi to trochę czasu.
Na szczęście mój wydawca okazał sie wyrozumiały i nie robił problemów z powodu opóźnienia. Choć z drugiej strony oddałem w międzyczasie do druku „Imię Bestii”, „Bohuna” i „Czarną Szablę”.

K: Co możesz powiedzieć o „Czarnej szabli”? Czego czytelnik może się spodziewać po tej książce?

JK: Przede wszystkim powrotu do motywów zaprezentowanych w Opowieściach z Dzikich Pól (doczekały się dwóch wydań – w 1999 i 2004 roku), tyle przedstawionych w bardziej dopracowanej formie. „Czarna Szabla” to wybór moich najlepszych opowiadań i mikropowieści. Wszystkie poświęcone są Jackowi Dydyńskiemu, stolnikowicowi sanockiemu, autentycznej postaci historycznej. Bohater opowiadań zgromadzonych w „Czarnej Szabli” nie był oczywiście żadnym rycerzem Chrystusowym spod kresowych stanic, a jego dylematy moralne zasadzały się na wyborze czy lepiej przyłączyć się do Diabląt Stadnickich i napaść na dwór sąsiada, czy też złupić dajmy na to Wołoszczyznę. Dydyński słynął przede wszystkim jako kondotier na usługach szlachty. Jeśli któryś z panów braci chciał dokonać zajazdu, nakarbować pro memoria szram na łbie znienawidzonemu pijanicy czy zawalidrodze lub porwać pannę, mógł opłacić pana stolnikowica i być pewien, że zlecenie zostanie wykonane fachowo. Co ciekawe nawet tak zawzięty na szlachtę polską przedstawiciel konfraterni stańczyków jak Władysław Łoziński pisze o stolnikowicu z pewną dozą sympatii, co świadczy o tym, iż Dydyński miał jednak poczucie honoru i niewątpliwie był barwną postacią. Dlatego właśnie został moim bohaterem.
W przygotowywanym przeze mnie „Diable Łańcuckim” Jacek Dydyński jest pierwszoplanową postacią. „Czarna Szabla” zaś to w pewnym sensie wstęp do tej książki.

K: Byłem świadkiem niejednej dyskusji na temat przynależności gatunkowej Twoich utworów; dla przykładu spotkałem się z poglądem, że gdyby „Wilcze gniazdo” zostało wydane przez wydawnictwo nie-fantastyczne, to nikt by z fantastyką książki nie wiązał. Czy nie jest tak, czy nie zdarza się, że fantastyka nie pasuje do treści Twoich książek? Czy nie lepiej byłoby pozbawić „Wilcze gniazdo” i resztę tego rodzaju fikcji?

JK: To nie jest tak, że fantastykę traktuję tylko i wyłącznie jako dodatek do moich opowiadań, czy powieści. Ona jest ich nieodłącznym elementem przede wszystkim dlatego, iż była ważną częścią wizji świata ludzi żyjących w epoce renesansu i baroku. Człowiek z XVII wieku naprawdę wierzył w diabły, czarownice, astrologię i alchemię, a ja chciałbym jak najwierniej przedstawić jego światopogląd i własnie w tym celu sięgam po motywy fantastyczne. A poza tym dodanie takich elementów sprawia, że moje teksty da się łatwo odróżnić od post-sienkiewiczowskich popłuczyn, których całą stertę wyprodukowali różni wyrobnicy pióra w zeszłym wieku. Począwszy od ciężkostrawnych powieści dydaktycznych Artura Gruszeckiego i Wiktora Gomulickiego, głoszącego – o zgrozo! – wyższość miejskich łyczków nad szlachetnie urodzonymi Polakami, poprzez wielotomowe sagi Kazimierza Korkozowicza, a skończywszy na arcygrafomańskim „W ręku Boga” Andrzeja Stojowskiego, czyli czwartym tomie Trylogii. Kiedy jeszcze zaczynałem pisać, postanowiłem stworzyć coś zupełnie innego niż Sienkiewicz, chciałem odejść od jego wyświechtanych schematów i arcypatryjotycznych bohaterów. Bo mam już dosyć powtarzanego w kółko, do znudzenia Skrzetuskiego, Podbipięty, Zagłoby i Wołodyjowskiego, Skrzetuskiego, Podbipięty, Zagłoby i Wołodyjowskiego i tak w kółko. Ile czasu można wałkować dzieło sprzed stu dwudziestu lat, napisane w zupełnie innych czasach i w kompletnie innej rzeczywistości historycznej niż dzisiaj? Mam dosyć Sienkiewicza nie dlatego, że uważam, iż był kiepskim pisarzem, ale z tego powodu, iż nie mogę słuchać już o Trylogii i jej bohaterach. I dlatego właśnie włączyłem do mojej utworów elementy fantastyczne – aby wyraźnie różniły się one od „Ogniem i mieczem” czy „Potopu”.
Nadmienię też, że moja niechęć do truchła Sienkiewicza bierze się z faktu, iż w latach dziewięćdziesiątych różni stetryczali starcy z wydawnictw głównonurtowych starali się namówić mnie do stworzenia kontynuacji Trylogii. Oni po prostu nie wyobrażali sobie, że można będzie kiedykolwiek napisać o XVII wieku coś, co nie wyszło spod palców pana S, albo co nie będzie nawiązaniem do fabuły jego książek. Moja odpowiedź jednak była jasna i niezmienna: Veto. Może też dlatego czekałem tyle lat na wydanie pierwszej powieści?

K: Bardziej czujesz się fantastą czy historykiem?

JK: Zdecydowanie fantastą, bo moim powołaniem jest tworzenie i opowiadanie historii, a nie produkowanie naukowych dzieł, które pokryją się kurzem na trzeciej półce od końca w bibliotece. Wolę napisać „Bohuna”, czy „Diabła Łańcuckiego”, które w bardzo szybkim tempie znikną z księgarskich półek, niż „Przemiany obyczajowo-gospodarcze wśród szlachty powiatu Wygwizdów, w pierwszej połowie XVIII wieku”. Natomiast studia historyczne dały mi możność poznania metody pracy nad źródłami i sposobu sprawnego pozyskiwania informacji o zamierzchłych czasach, dzięki czemu jestem w stanie naprawdę gruntownie, a przy okazji szybko przygotować się do napisania każdej kolejnej powieści. Czy potrafiłbym to, gdybym skończył dajmy na to polonistykę? Obawiam się, że raczej nauczono by mnie jak pisać postmodernistyczne gnioty, tak zwaną WIELKĄ LITERATURĘ, podobną do dzieł innych WIELKICH TWÓRCÓW, przez duże „Tfu”. To znaczy umiałbym zapewne zapełniać puste arkusze papieru przypadkowo dobranymi znakami, aby płodzić gnioty natchnięte artyzmem aż do przesady, z których zwykły czytelnik nie jest w stanie zrozumieć ani jednego zdania. Pewnie byłbym wówczas gwiazdą różnych brulionów poetyckich, śmietników i przepompowni trendów, ale obawiam się, że nie byłbym w stanie żyć z pisania, a nakłady moich książek mógłbym podzielić przez dziesięć. O ile sam nie musiałbym wydawać własnych wypocin.
Chwała Bogu, że istnieje fantastyka, bo pomimo wszystkich jej mankamentów, oferuje czytelnikowi prawdziwą i normalną literaturę, gdzie dialog jest dialogiem, a opis – opisem. Przyznaję, że jestem wyjątkowo okrutny wobec niektórych pozycji fantastycznych na naszym rynku, zwłaszcza tych, wypuszczanych przez egzaltowane autorki fantasy, ale i tak uważam, że nawet najsłabsze opowiadania polskiej fantasy, czy science-fiction wyprzedzają o całą epokę ten bełkot, ktory tworzą tak zwani pisarze głównonurtowi. A potem jeden taki błazen przypina drugiemu order, względnie wręcza paszport, czy jakiś fikuśny dyplom, a cała reszta kanapowych towarzystw klaszcze do taktu. Już widzę po tych słowach, to oburzenie na forach i różnych warszawkach: „ten Komuda”, „parweriusz!” „chłopski filozof!”, „pewnie jak zwykle pijany!” i jak on śmie, ale pytacie mnie szczerze, więc szczerzę odpowiadam. Nadmienię również, iż jako jeden z nielicznych polski twórców parających się fantastyką, nie jestem uwikłany w żadne wojny, spory i nienawiści. Nie rzucam na nikogo kalumni, a na forach internetowych występuje z otwartą przyłbicą i nie mam żadnych wrogów wśród innych pisarzy. No, może nie pałają do mnie miłością niektóre egzaltowane autorki i redaktorki, ale nie dbam o to, bo w większości nie są urodziwe. Zaryzykuję stwierdzenie, że piękne niewiasty mają tyle różnych zajęć, że zwykle nie mają czasu na wyżywanie się w pisaniu dajmy na to kobiecej fantasy.

K: Jak wygląda przekopywanie się przez tony źródeł po potrzebne informacje? Jak się do tego zabierasz?

JK: Przede wszystkim mam to szczęście, że mieszkam o rzut biretem szockim od Biblioteki Narodowej w Warszawie, która jest głównym miejscem mojej pracy. Jeśli mam jakiś pomysł na opowiadanie czy powieść, zaczynam od przeczytania monografii historycznych dotyczących wydarzenia czy okresu, którego dotyczy mój pomysł. Zwykle znajduję w nich wiele ciekawych postaci i konceptów na wydarzenia czy miejsca akcji. Potem sprawdzam w opracowaniach historycznych, z jakich źródeł korzystał autor. Źródła to oczywiście wszelakie pamiętniki, listy czy przekazy, które powstały w interesującym mnie okresie. Część z nich wydanych jest drukiem – jak na przykład pamiętniki Paska czy Albrychta Stanisława Radziwiłła, inne trzeba czytać w rękopisie – są w bibliotekach takich jak Ossolineum czy Biblioteka PAN w Kórniku. Siadam do tych materiałów, czytam, szukam pomysłów, a gdy wszystko już mam zanotowane, wracam do domu i zaczynam pisać. Proszę jednak pamiętać, iż nie jest tak, że niewolniczo trzymam się wydarzeń historycznych. Fabuła moich utworów często jedynie bardzo luźno opiera się na wydarzeniach z przeszłości, a całe moje przekopywanie się przez źródła i opracowania służy temu, aby stworzyć dla moich bohaterów wiarygodne i pełne detali tło historyczne. Aby czytelnik naprawdę był w stanie przenieść się duszą do epoki, o której piszę.
A poza tym miło pójść sobie w poniedziałek do Narodowej, czytać pamiętniki staropolskie, a wracając wstąpić na piwo, albo zahaczyć o sklep i nabyć trzy pszeniczne Obołonie, niż być jednym z gromady warszawskich japiszów, którzy jak wściekłe szczury pędzą na 9 rano do swojej pieprzonej korporacji, modląc się, aby ich idiota-prezes był tego dzionka w dobrym humorze.

K: Twoje opowiadania są jednak silnie umiejscowione w realiach historycznych, czy według Ciebie taka fantastyka jest bardziej wartościowa? Trudno byłoby Ci napisać utwór w typowej konwencji fantasy lub s-f?

JK: Zbyt dobrze znam historię, abym był w stanie zaakceptować anglosaską fantasy, albo jakieś krajowe wypociny traktujące o elfach, kumoszkach czy słowiańskich pirogach. Czytam na przykład takiego George’a R. R. Martina i rozkładam ręce. Co z tego, że jest to okrzyczany autor bestsellerów, skoro ja doskonale wiem jak wyglądała Anglia na przełomie XIV i XV wieku, z której to wspomniany autor czerpie pomysły. I szczerze mówiąc ten prawdziwy, historyczny Albion jest dla mnie znacznie ciekawszy i bardziej realistyczny niż krainy fantasy Martina.
Jeśli jednak idzie o moje plany dotyczące fantasy to – nie powiem temu gatunkowi nie; być może kiedyś napiszę jakąś książkę albo sagę. W końcu ileż lat można pisać w kółko o szlachcie polskiej? Na pewno jednak nie wezmę się za fantasy w tym roku. Ale już w 2008, to kto wie co będzie mi pisane?
Gorzej jest ze mną jeśli idzie o klasyczną science-fiction. Ja kompletnie nie znam się na nowoczesnych technologiach, wyłączywszy komputery, nie mam zatem kwalifikacji do pisania takiej literatury. Wszystko to wiąże się z faktem, iż od najmłodszych lat nienawidziłem matematyki; a co gorsza gdy byłem mały, rodzina znęcała się nade mną usiłując zmusić do nauczenia wzorów i równań oraz do związania mojej przyszłości z tą ponurą dziedziną. Nie wiem dlaczego, ale używano wobec mnie najgorszych, wręcz psychopatycznych metod, byle tylko skłonić mnie do nauki tegoż przedmiotu, a ponieważ dawało to dokładnie odwrotny skutek, moja rodzina zaczęła traktować mnie jak opóźnionego w rozwoju. Prorokowano mi, abym zamiast do liceum (wtedy nie było jeszcze gimnazjów) poszedł do zawodówki, do przyuczenia się do jakiegoś prostego zawodu, bo przecież nie dam sobie rady z nauką! Bo przecież bez znajomości matematyki wyrzucą mnie z każdej porządnej szkoły. Moja zwyrodniała familia miała zresztą inne chore pomysły co do mojej osoby. Na przykład miałem przez jakiś czas być sławnym pianistą, zatem zmuszano mnie do wygrywania gam. Dlatego dzisiaj, kiedy widzę pianino albo fortepian, mam ochotę złamać zakaz z salonów, że nie strzela się do pianisty.
Ale to, że debiutowałem w wieku lat 17, że brałem udział w olimpiadach polonistycznych i historycznych, że dostawałem stypendia i nagrody, to już nie liczyło się wcale. Miałem zresztą później cholerne szczęście, bo w liceum przez pierwsze dwa lata moja nauczycielka matematyki była równocześnie moją wychowawczynią, więc nijak było jej zostawić mnie na drugi rok przez nieznajomość dajmy na to algebry. A przez ostatnie dwa lata byłem już tak dobry z polskiego, że nie musiałem uczyć się paraboli, wzorów i jakichś tam połamańców całkowych.
I dlatego do dzisiaj nienawidzę techniki, nie mogę patrzeć na nowoczesne urządzenia, a najlepiej czuję się w skansenach, zamkach, czy w starych miastach.
I nigdy nie napiszę klasycznej, technicznej science-fiction.

K: Twoje utwory rozgrywają się najczęściej już w czasach nowożytnych. Nie planujesz sięgnąć do wcześniejszych, np. wczesnopiastowskich?

JK: Na razie odpowiem tylko tyle, że mam pewien pomysł na napisanie tego typu literatury, ale nie jest on jeszcze dopracowany. Nie pałam jednak do fantasy słowiańskiej zbyt wielką miłością. Przede wszystkim dlatego, że tak naprawdę mało co wiemy o życiu i mitologii dawnych Słowian, a poza tym te swojskie, przaśne i lniane klimaty zupełnie mnie nie bawią. Poniekąd nie lubię ich dlatego, że dzieje pierwszych Piastów były propagowane przez komunę (w przeciwieństwie do czasów Rzeczypospolitej szlacheckiej, o której wolano zapomnieć). Pierwszy lepszy pisarzyna, który chwytał za pióro, mógł wydawać swoje grafomańskie wypociny w wielkich nakładach, pod warunkiem, że pisywał o Mieszku, Czciborze i Piaście Kołodzieju i że jego bohaterowie obowiązkowo spuszczali łomot plugawym Niemcom. I tak doczekaliśmy się wielu nudnych i przyprawiających mnie o ból górnej trójki epopei słowiańskich. Nie mówię tu oczywiście o „Starej Baśni”, ale o wypocinach w rodzaju dzieł Gołubiewa czy Bunscha. Nie byłem w stanie przebrnąć przez tych autorów, a ich książki w żadnej mierze nie zachęcają mnie do zagłębiania się we wspomnianą tematykę. Ale nie powiedziałem w tej kwestii ostatniego słowa. Na pewno wrócę kiedyś do fantastyki słowiańskiej, ale podejdę do tego tematu od zupełnie inne strony niż całe grono młodych autorów publikujących urocze opowiadanka o wołchwach, żercach, wieszczach i Daćbogach. Które to opowiadania swoją drogą wyśmiał przed laty Andrzej Sapkowski w artykule o słowiańskich pirogach.

K: Masz może zamiar napisać biografię Aleksandra Józefa Lisowskiego lub chociaż zbeletryzowaną powieść na jej motywach?

JK: Wszystko bym chciał napisać i opisać, obawiam się tylko, że nie starczy na to mojego żywota. Dlatego na razie wstrzymuję się z deklaracjami w tej sprawie. Ale zapewne sięgnę kiedyś po Lisowczyków, bo to jednak ciekawy element naszej kultury w XVII wieku. W ogóle mam ochotę na napisanie czegoś o wojnie trzydziestoletniej, ale dopiero jak skończe „Diabła Łańcuckiego”.

K: Wiadomym jest, że lubisz chodzić w żupanie, ćwiczyć walkę na szable. To dowody przywiązania do epoki? Tak bardzo czujesz się zżyty z realiami dawnej Rzeczpospolitej? To chyba już więcej niż pasja?

JK: Skoro pewna część naszych rodaków paraduje w sportowych uniformach z trzema lub czterema paskami, szczycąc się głowami pustymi jak beczki po wareckim piwie, i komunikuje się zdaniami pełnymi przerywników na literę „k”... Skoro inna część Polaków to jeszcze gorsze chamy i prostactwo o czerwonych, wypasionych mordach dorobkiewiczów, którzy przyszli prosto od pługa, aby zasiąść w sejmowych ławach, nie powinno dziwić nikogo, że chciałbym zaakcentować moją odmienność ubierając się w strój polski. I że zamiast bejzbola lub sejmowej legitymacji używam szabli. Podkreślam – strój polski, a nie szlachecki, gdyż w istocie kultura szlachecka była po prostu kulturą całego naszego narodu, a raczej w zasadzie kilku narodów zamieszkujących pierwszą Rzeczpospolitą. Przyznaję szczerze, że na co dzień celowo ubieram się niedbale, bo jedyny strój w jakim czuję się godnie, to delia i żupan i onie czynią ze mnie godnego człowieka. Na licznych imprezach miłośników Dzikich Pól używam zresztą szat pochodzących z filmu Ogniem i Mieczem, które niestety uszyte są z ręcznie tkanych materiałów i w związku z tym nieco się już zniszczyły. Ale cóż, jak powiedział kiedyś mój ulubiony pijanica Karol Stanisław Radziwiłł, kiedy król Stanisław Zdrajca Poniatowski zwrócił mu uwagę, iż pojawił się na dworze w przetartym kontuszu: „Toż proszę WKM w tym kontuszu dziesięciu wojewodów wileńskich paradowało!”. A iluż Ciołków-Poniatowskich paradowało wcześniej w stroju królewskim?
Nie ukrywam też, że zdecydowanie preferuję konia niż samochód, choć nie mam szans, aby często jeździć od kiedy zamknięto moją ulubioną stajnię w Warszawie i postawiono w jej miejscu osiedle dla Warszawiaków z Polski B.
Stać mnie na to, aby sobie konia kupić, ale to zwierzę wymaga trochę więcej uwagi niż kot czy pies. A już na pewno znacznie więcej niż rybki w akwarium. Nie bardzo chce mi się wstawać co dzień o szóstej, aby go doglądać, a znowu wstawić konia do pensjonatu i nie widywać go na co dzień, to dla mnie zupełnie bez sensu.

K: Jesteś, mówią, wielkim zwolennikiem demokracji szlacheckiej w dawnej Rzeczypospolitej – co stoi za tym stanem rzeczy? Uważa się, że ów ustrój jest jedną z głównych przyczyn upadku kraju, a tymczasem w „Bohunie” bronisz jej jak tylko się da.

JK: A więc demokracja szlachecka była złem? Stąd już tylko krok do stwierdzenia, że Polacy nie dorośli do wolności, bo Polska zawsze stała nierządem i anarchią. A skoro nie dorośli, to powinni może siedzieć cicho, jak radził nam nasz wielki, acz nieco stetryczały przyjaciel Jacques Chirac. A może w ogóle demokracja w Polsce jest niepotrzebna, bo jedyne demokratyczne tradycje Polaków, to tradycje warcholstwa i pieniactwa? W takim razie jesteśmy juz o krok od stwierdzenia, że za Polaków powinni decydować sąsiedzi, którzy jak powszechnie wiadomo są demokratami z dziada pradziada. Choć ci po lewej stronie mapy wybrali w legalnych wyborach partię narodowych morderców, doprowadzili do dwóch wojen światowych i Holocaustu. A ci po dalekiej prawej do dziś starają się odgrywać rolę żandarma Europy, zaś pierwszą europejską, a drugą na świecie po amerykańskiej konstytucję pokazywali w Petersburgu jako łup wojenny!
Bez wątpienia najstraszniejszą rzeczą, jaką uczynił komunizm polskiej historii, było przekonanie większej części społeczeństwa, że kultura i demokracja szlachecka była złem. I to one doprowadziła do upadku państwa, bo przerodziły się w XVIII wieku w anarchię.
Prawda jest zupełnie inna, ale nie można wyciągać jej ze starych, komunistycznych podręczników do historii (albo niektórych dzieł historycznych z XIX wieku). Każda demokracja miała wzloty i upadki. Demokracja Francuska zakończyła się ścięciem króla, okrutnym terrorem jakobinów i w końcu objęciem władzy przez dyktatora, czyli Napoleona. Zaprowadzenie demokracji w Anglii w połowie XVII wieku miało podobny przebieg – najpierw doszło do wojny domowej, potem do ścięcia króla, a w końcu do objęcia władzy przez dyktatora – Oliviera Cromwella. Dlaczego polska demokracja miałaby być od nich gorsza? I ona miała w XVIII wieku okres kryzysu, z którego jednak zaczęła wychodzić zwycięsko.
Kłopot jednak w tym, iż demokracja szlachecka w Rzeczypospolitej zaczęła przechodzić kryzys dlatego, iż w XVII wieku była ewenementem na skalę europejską, natomiast żaden z królów Korony i Litwy nie był w stanie zrozumieć jej działania i budować swojej pozycji w oparciu o normalne, dostępne metody polityczne. To nie kto inny jak nasi królowie – Władysław IV, a przede wszystkim Jan Kazimierz Waza – sprowokowali kryzys systemu rządów w Polsce i na Litwie, gdyż przeszczepili na polski grunt metody politycznego działania, które funkcjonowały na zachodzie Europy. To królowie przekupywali posłów i senatorów, stosowali intrygi, brutalnie pozbywali się przeciwników, bawili się w prowokacje polityczne i sprzedawanie urzędów. Jan Kazimierz nie mógł zrozumieć, że można rządzić innymi metodami niż te stosowane przez Ludwika XIV i kardynała Richelieu. I najgorsze, że każdy z władców – może poza Michałem Korybutem Wiśniowieckim, bo był żałosną ciotą i Janem III Sobieskim (który z kolei nie miał jaj) – chciał za wszelką cenę zaprowadzić w Rzeczyspopolitej absolutyzm. A to było kompletnym nonsensem w kraju o demokratycznych tradycjach pochodzących jeszcze z wieku XV. Walka z demokratycznym społeczeństwem pod koniec XVII stulecia przypominała bój z wiatrakami i prowadziła tylko i wyłącznie do osłabienia państwa. Dopiero w drugiej połowie XVIII wieku przekonano się, że zamiast siłą narzucić społeczeństwu swoją wolę, można tak jak w normalnej demokracji po prostu przekonać społeczeństwo do niezbędnych reform.
Pytałeś dlaczego jestem zwolennikiem demokracji szlacheckiej. A mieliśmy jakąś inną demokrację? Co się stanie, jeśli wytniemy z historii Polski kulturę szlachecką? Czarna dziura? Może właśnie o to chodziło niektórym historykom dyspozycyjnym wobec zdrajców i sprzedawczyków narodu polskiego?

K: A sama szlachta? Część, większość winy zrzucasz na władców, ale wina leżała chyba nie tylko po ich stronie?

JK: Winą szlachty i to w zasadzie przede wszystkim szlachty polskiej, a nie litewskiej było na przykład nierozwiązanie sprawy kozackiej, co doprowadziło do wybuchu powstania Chmielnickiego, o czym pisałem w „Bohunie”. Z bólem przyznaję, że popełniliśmy w sprawie Ukrainy błąd, który kosztował nas utratę Zadnieprza i Smoleńszczyzny, dopuszczenie do wzrostu potęgi Moskwy i w konsekwencji do rozbiorów pod koniec XVIII wieku. Wiem, że trudno jest przyznawać się do pomyłek. Mnie zrozumienie sprawy kozackiej zajęło kilka lat. W liceum jak zresztą każdy zaczytywałem się „Ogniem i mieczem” i pod wpływem Sienkiewicza wydawało mi się, że kozacy to rezuny i buntownicy, zaś moim idolem był Kniaź Jarema. Ale gdy potem zacząłem czytać prawdziwe źródła historyczne i to w dodatku – co ciekawe – źródła polskie, pokazujące na przykład jak prześladowano prawosławnych na Ukrainie, jak oddawano cerkwie w arendę Żydom, jak zmuszano kozaków rejestrowych do pracy na roli oraz jakimi katami byli dla poddanych Jeremi Wiśniowiecki i Aleksander Koniecpolski, mój pogląd na tamte wydarzenia uległ poważnej zmianie. I między innymi właśnie dlatego napisałem „Bohuna”.
Ta książka nie jest powieścią o złych Polakach. Nie pisałem jej po to, aby rozdrapywać narodowe rany. Nigdy przecież nie stworzyłbym historycznej fałszywki w rodzaju „Malowanego ptaka” czy opowieści o tym, jak do źli Polacy przeszkadzają dobrym Niemcom ratować Żydów. To jest książka napisana po to, abyśmy zrozumieli, że kiedyś popełniliśmy błąd. I że przyznając się do tego błędu, unikając go w przyszłości, budujemy dla siebie wielką przyszłość. Naród Polski może wszak być tylko wielki. Inaczej nie będzie go wcale.
Problem z winą szlachty polegał również na tym, że w nikim nie mogła znaleźć obrońcy – z jednej strony chcieli uzależnić ją magnaci, z drugiej korumpował ją król. A przecież prawie każda instrukcja dawana posłom, zawierała postulaty powołania stałej armii i poprawienia pracy sejmu. Tylko, że żaden władca nie chciał poprzeć średniej szlachty, ani następców ruchu egzekucyjnego. A były ku temu okazje. Sobieskiego pod koniec rządów sejmiki prosiły wręcz o wypowiedzenie wojny domowej i wyrżnięcie magnaterii. Ale cóż, aby płodzić demokracji owoce i konstytucje, trzeba mieć jajca, a Jan III chorował na kiłę i wiadomy organ zanikł w jego ciele.
Swoją drogą kiedyś, gdy zapoznawałem się z dawnymi dokumentami związanymi z powstaniem Chmielnickiego, przyszła mi do głowy straszna myśl: a co, jeśli ówcześni magnaci ukrainni byli tacy jak dzisiejsze Kulczyki, Gudzowate, Rywiny czy Misztale? Toż przecież przy władzy, którą mieli, jedyną obronę przed nimi można było znaleźć u Chmielnickiego! Nie ukrywam, że afery polityczne z ostatnich lat związane z najbogatszymi Polakami także pomogły mi wyrobić sobie pogląd na to, jak mogły wyglądać stosunki na Ukrainie przed wybuchem największego z powstań kozackich. I jeśli to porównanie jest prawdziwe, to doprawdy zaczynam rozumieć Chmielnickiego.
Chcę również zaznaczyć, że porównuję dzisiejszych nowobogackich do dawnych karmazynów tylko pod względem majętności i władzy, gdyż porównanie ich pod względem obyczajności przynosiłoby niesprawiedliwą i niezasłużoną ujmę tym dawnym, wielkim Koniecpolskim, Potockim, Wiśniowieckim, Radziwiłłom czy Sanguszkom. Byłbym podłym psem i szelmą, gdybym śmiał zestawić w jednym rzędzie Jaśnie Oświeconego Księcia Jeremiego Michała Korybuta Wiśniowieckiego z takim fajdanisem i plebejem Misztalem. W XVII wieku byłbym politycznym wrogiem księcia Jaremy, jednak mam wielki szacunek do niego z powodu jego obyczajności i książęcego tytułu. Którego to szacunku nigdy w życiu nie bedę miał dla dzisiejszych nowobogackich nuworyszy, jako żywo przypominających bohaterów księgi „Liber Chamorum” Waleriana Nekandy-Trepki przedstawiającej zwykłych chamów i plebejskich synków, którzy udawali szlachtę. Radzę wszystkim zapoznać się z tą zacną księgą – od razu można zwrócić uwagę na pewne zachowania charakterystyczne dla XVII-wiecznych plebejów, które dzisiaj obcerwujemy u biznesmenów i posłów – osobliwie z Samoobrony.

K: A zajazdy, pijaństwo, rosnąca nietolerancja – jednym zdaniem znane przywary polskiej szlachty, która jednak często na względzie miała jedynie własne, osobiste dobro?

JK: Doskonale zdaję sobie sprawę z przywar i wad szlachty polskiej, pisałem o nich zresztą w Bohunie, jednak staram się, aby nie demonizować tej kwestii. Bo który na ten przykład szlachcic w Europie nie brał łapówek w XVIII wieku? Kłopot w tym, iż do pewnego momentu szlachta Rzeczypospolitej (mówimy oczywiście o szlachcie posesjonatach) była dojrzała i odpowiedzialna za państwo. Jednak od połowy XVII stulecia zaczęła być korumpowana przez władców, a potem przez magnatów, bo do Korony i Litwy przeszczepiono najgorsze obyczaje polityczne i intrygi z Francji czy Cesarstwa. Z drugiej strony każdy z panów braci widział dobrze na przykładzie takiego chociażby Radziejowskiego, iż jeśli zrobi karierę i kiedyś podpadnie władcy, zostanie zniszczony, fałszywie oskarżony i sprowadzony do roli banity. Tak właśnie zaczynała się korupcja szlachty polskiej w połowie XVII wieku. Korupcja dużo mniejsza niż ta, która była na porządku dziennym w innych państwach Europy, gdzie normą było zmienianie stron, przechodzenie do obozu wroga i powroty po latach pod sztandary prawowitego władcy. Mało kto wie, że taki na przykład Kondeusz, czyli Ludwik II Burbon, który miał być kandydatem na tron Rzeczypospolitej po śmierci Jana Kazimierza, był najpierw zwycięskim wodzem francuskim i bił Hiszpanów, potem związał się z Frondą – buntem możnowładców, wywołał wojne domową, a kiedy został pokonany, przeszedł na stronę hiszpańską i walczył z Francuzami. Kondeusz, podobnie jak Radziejowski, dopiero w 1660 roku uzyskał przebaczenie i mógł wrócić do kraju. A jego żywot nie różni się w zasadzie od życia większości arystokratów, dla których zdrada, przekupstwo, zmiana stron była chlebem powszednim. Dzieje Kondeusza przypominają historię Bogusława Radziwiłła, a przecież w Polsce nawet dziecko w kołysce wie dobrze, że to był zdrajca i sprzedawczyk. Ciekawe, że Francuzi jakoś takich odczuć w stosunku do Kondeusza nie mają.
Pijaństwo mówisz. A jaka nacja w XVII wieku nie pijała? Francuzi, Anglicy, Moskwa? Rozumiem, że trąbili tylko źródlaną wodę. Mało kto wie, że modę na gargantuiczny alkoholizm przynieśli do Polski i Litwy oświeceni Sasi, którzy, jak August II, mieli zwyczaj upijać się do nieprzytomności winem i gorzałką. A przykład dla całego narodu szlacheckiego szedł przeciez z góry – z dworu władcy.
Problem w niektórych naszych rzekomych wadach narodowych polega również na tym, iż zostały one rozpropagowane w okresie, gdy Polski już nie było, a więc w XIX wieku, przez historyków rosyjskich i pruskich, dyspozycyjnych wobec swoich rządów. Pamiętajmy, że kundle pruskie i rosyjscy barbarzyńcy chcieli zniszczyć Polaków przez bezustanne wmawianie im, iż sami są sobie winni i nie tworzą narodu, którzy może decydować o swoim losie. Podobnie było za komuny – moskiewscy sprzedawczycy bezustannie wmawiali nam, jaka to anarchia panowała w dawnej Rzeczypospolitej, jacy ci Polacy byli ciemni, słabi, jak straszna nędza była w II Rzeczypospolitej, bo my się nigdy nie potrafiliśmy rządzić. A więc lepiej, abyśmy pozostawali w sojuszu z bratnim narodem radzieckim, bo znowu ktoś nas rozbierze, albo znowu się nie obronimy przed Niemcami. Nie dajmy się proszę zwariować. Który dajmy na to z historyków francuskich będzie rozrywał szaty i pisał jaka to jego ojczyzna była słaba dajmy na to pod koniec rządów Napoleona III czy po klęsce 1940 roku? Owszem, zdarzają się tacy, którzy mają krytyczne podejście do dziejów własnego kraju, ale generalnie będą pisać przede wszystkim o chwale swego państwa. A Niemcy? Właśnie próbują zrzucić z siebie odpowiedzialność za wywołanie II wojny, bo jak się okazuje ostatnio naród niemiecki też był ofiarą nazizmu. Bo przecież to Polacy pomagali wywozić Żydów do komór gazowych, a w dodatku wypędzili spokojnych Niemców z Prus, Pomorza i Śląska.
Dlatego proszę nie przesadzajmy z wadami narodowymi Polaków.

K: A jak oceniasz liberum veto? Słuszny instrument, tylko źle wykorzystywany, czy też inaczej?

JK: Wśród historyków starej daty utarło się by sądzić, iż liberum veto było diabelskim narzędziem niszczenia Rzeczypospolitej i że właśnie z powodu jego stosowania upadła Korona i Litwa. Nic bardziej błędnego. Kryzys polegał przede wszystkim na tym, iż sejm już w połowie XVII wieku miał zbyt dużą władzę (którą odebrał królowi ograniczając przez lata jego uprawnienia). Sejm decydował praktycznie o wszystkim – o podatkach dla wojska, o polityce państwa, o zatwierdzaniu dokumentów i paktów – jak choćby ugód z kozakami. W związku z tym, kiedy posłowie zaczęli po raz pierwszy korzystać z przysługującego im prawa weta, powodowało to kompletny paraliż państwa.
Dodajmy, że wybitnie złą rolę odegrał w tym wszystkim Jan Kazimierz, który prowadził wprost szaleńczą politykę wewnętrzną. Aby stworzyć własne stronnictwo nie wahał się sprzedawać urzędów (co zresztą w Europie było normalną praktyką), a także korumpować posłów i senatorów. A swoich domniemanych przeciwników usuwał w brutalny sposób, posługując się szantażem, przekupstwem i prowokacją – tak postąpił między innymi z Hieronimem Radziejowskim – w roku 1652 dwór urządził prowokację związaną z konfliktem Radziejowskiego z własną żoną, aby tylko pozbyć się podkanclerzego. Król zapatrzony w Mazariniego, a potem w Ludwika XIV nie zdawał sobie sprawy, że Rzeczpospolita została ukształtowana na zupełnie innych zasadach niż kiełkujące wówczas monarchie absolutystyczne i absolutnie nie zdawał sobie sprawy, iż powinna zostać zreformowana w zupełnie inny sposób niż Francja czy Hiszpania. Król nie wykorzystał kilku okazji, aby ograniczyć władzę magnatów. Kiedy na sejmie w 1652 roku Siciński krzyknął: „Nie pozwalam!” i uciekł na Pragę, władca nie uczynił nic, aby zapobiec rozerwaniu sejmu – a prawdopodobnie jego interwencja wystarczyłaby do unieważnienia sprzeciwu jednego posła. Ale Jan Kazimierz nienawidził Janusza Radziwiłła, w imieniu którego działał Siciński i dopuścił do rozerwania sejmu, aby pogrążyć hetmana litewskiego tak, jak wcześniej pogrążył Radziejowskiego, nie zdając sobie sprawy z tego, jak fatalne będzie to miało następstwa. Nie ratyfikowano wówczas traktatu białocerkiewskiego z kozakami, a wojsko zostało bez zapłaty. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać – w czerwcu pod Batohem armia koronna zbuntowała się przeciwko hetmanowi Kalinowskiemu, została wyrżnięta przez Kozaków i Tatarów. Ponieślimy największą klęskę w historii XVII stulecia, czemu zresztą poświęciłem moją ostatnią książę.
Ciekawe, że kolejny sejm zwołany w lipcu był wzorem sprawności parlamentarnej Polaków i Litwinów. Uchwalono podatki na armię, wprowadzono wojska komputowe. Jak widać można było wówczas wymóc na posłach normalną pracę. Kłopot w tym, że było już za późno, bo po klęsce pod Batohem. Wrogowie już dowiedzieli się, że Rzeczpospolita jest słaba i można ją pokonać.
Jan Kazimierz odpowiedzialny jest za wzmocnienie i skorumpowanie narodu szlacheckiego. Przed jego panowaniem nie bywało przypadków, aby któryś z polskich, czy litewskich możnowładców brał pieniądze od obcych dworów lub też reprezentował interesy Wiednia, czy Moskwy. Jedyne przypadki, to być może Samuel Zborowski, ścięty w 1584 roku w Krakowie, czy też Stanisław Stadnicki, rozsiekany pod Tarnawą w Bieszczadach w czasie ucieczki. Tymczasem Jan Kazimierz, który histerycznie nienawidził pewnych osób i tworzył sobie na siłę wrogów, doprowadził do tego, że jego przeciwnicy zaczęli szukać pomocy u obcych dworów – jak Radziejowski u Szwedów, a Lubomirski u cara i cesarza. Od tej chwili wszystkie obce mocarstwa zrozumiały, że przeciwko królom Rzeczypospolitej można wykorzystywać ich poddanych.

K: Nie miałeś nigdy ochoty napisać historii alternatywnej?

JK: Jestem absolutnym wrogiem tworzenia historii alternatywnych. Każdy lada jaki pisarzyna może siąść sobie i wydumać, co by było gdybyśmy przegrali pod Grunwaldem albo wygrali II wojnę światową, bo 31 sierpnia 1939 roku rząd polski dysponował – he, he, he – bombą atomową. Jaka szkoda, że tak niestety nie było. Historię alternatywną pisze się łatwo i szybko, bo nie trzeba przekopywać się przez opracowania czy źródła. Ale patrząc z punktu widzenia historyka większość takich alternatywnych opowieści sypie się już po pierwszych 10 stronach, bo jest nielogiczna i niespójna. Moim zdaniem historia alternatywna (o ile nie jest to prowokacją mającą na celu wywołanie określonego odczucia u czytelnika – jak na przykład cykl Jacka Piekary o inkwizytorze Mordimerze) to obecnie w Polsce domena wszelkiej maści grafomanów, którym nie chce się poznać prawdziwej historii. Nie wykluczam oczywiście, że kiedyś doczekamy się świetnej historii alternatywnej w rodzaju „Człowieka z Wysokiego Zamku” Philipa K. Dicka w polskim wydaniu. I wtedy nie tylko zmienię moje zdanie o tym rodzaju literatury, ale gotów jestem jak imć pan Gniewosz odszczekać psim głosem spod ławy wszystko, co powiedziałem na ten temat. Ale do tego czasu pozostanę jednak przy fantastyce historycznej.

K: Ale możemy pogdybać, np. jak wyglądałaby Polska i Europa, gdyby sprawa kozacka zakończyła się pozytywnie i w drugiej połowie wieku panowali odpowiedniejsi królowie?

JK: Oczywiście, że możemy. Wygląda na to, że taka historia byłaby chwalebna dla Rzeczypospolitej. Przede wszystkim – nie doszłoby prawdopodobnie do buntu Chmielnickiego, który straszliwie osłabił Koronę i Litwę i zachęcił jej przeciwników do ataku. Nie ma zatem wojny z Moskwą w 1654 roku, nie ma Potopu szwedzkiego w rok później. Jest zapewne lokalna wojna ze Szwecją – bo Karol Gustaw musiał coś przecież zrobić ze swoim wojskiem po zakończeniu wojny trzydziestoletniej.
Ale o wiele ważniejsze przemiany zachodzą w samej Rzeczypospolitej. Przede wszystkim pojawia się stronnictwo kozackie, które ma wpływy na władzę poprzez swoich posłów w sejmie. I co najważniejsze jest antymagnackie, bo przecież królewięta ukrainne były głównymi wrogami Zaporożców. W efekcie pojawia się porozumienie pomiędzy stronnictwem średniej szlachty, a kozakami, które mogłoby doprowadzić do ograniczenia wpływów magnaterii, podobnie jak uczynił to ruch egzekucyjny w połowie XVI wieku.
Poza tym kozacy prą do wojny. Dlatego w drugiej połowie XVII wieku Rzeczpospolita zaczyna się angażować w kolejne konflikty – które mogą przynieść jej nowe zdobycze terytorialne. Raczej na pewno czekałaby nas wojna z Turcją – z której Rzeczpospolita mogłaby wyjść zwycięsko i zyskać o wiele lepiej niż na sojuszu z Austrią za czasów Sobieskiego. Możliwy jest konflikt z Moskwą, która jednak – wobec faktu, iż Rzeczpospolita ciągle pozostaje mocarstwem, zaczyna ulegać coraz silniejszej polonizacji. Moskwa naprawdę takiej polonizacji ulegała pod koniec XVII wieku, a więc w okresie, gdy Rzeczpospolita była już słaba. Tym większe zatem byłyby wpływy kultury polskiej, gdybyśmy byli bardzo silnym państwem.
O XVIII wieku można już tylko spekulować. Czy pojawiłby się ktoś taki jak Piotr I, który zniszczył słowiańskie elity w Moskwie, wprowadzając w ich miejsce arystokrację niemiecką? Jeśli tak, to czekałaby go wojna z potężną Rzecząpospolitą. Jeśli by się nie pojawił, to pewnie Moskwa podzieliłaby los Litwy – być może prędzej czy później zostałaby kolejnym członem Rzeczypospolitej - już wówczas wielkiej federacji wielkich narodów.
Można się tylko domyślać, jak po tym wszystkim wyglądałaby Rosja. Nie byłoby okrutnych carów, strasznych rzezi, a w efekcie późniejszego komunizmu, ciemnoty i zacofania. Ale to sa już tylko spekulacje.
Nie było też prawdopodobnie silnych Prus, a więc zjednoczenie Niemiec nie nastąpiłoby w wyniku ich podbojów. Pytanie oczywiście kto by tego dokonał? Austria? Bawaria? W każdym bądź razie gdyby dokonał tego któryś z wymienionych krajów, scalone Niemcy miałyby szansę zostać o wiele spokojnieszym państwem, niż krwiożerczy pruski moloch nastawiony na wojnę z całym światem, którego konsekwencją upadku stało się dojście do władzy Hitlera. A pamiętajmy, że nie kto inny, tylko prusacy zaszczepili Niemcom butę i nienawiść do innych narodów, którą potem wykorzystali faszyści.
Jedno jest pewne – świat byłby nieco lepszy, gdyby przetrwała pierwsza Rzeczpospolita.

K: Jak wyglądają Twoje poglądy polityczne, jeśli nie jest to zbyt prywatne pytanie?

JK: Moje poglądy wyglądają zdecydowanie zdroworozsądkowo, gdyż nienawidzę chamstwa i politycznego ciemnogrodu, który bez przerwy dochodzi w naszym kraju do głosu. Nie ukrywam jednak, iż mimo wszystko jestem zwolennikiem demokracji, gdyż nie wymyślono jeszcze lepszego ustroju politycznego. Idąc na wybory mam zawsze szansę powiedzieć: „Veto!”. I mieć satysfakcję, jak w Warszawie, moim rodzinnym mieście dzielne krasnoludy uzyskują wynik lepszy niż mroczni, zwyrodniali mutanci prawicowego chaosu. Nie jestem także, jak czasem błędnie uważają pewni ludzie, jakimś idiotycznym konserwatystą, monarchistą czy członkiem Młodzieży Wszechpolskiej. Owszem, opowiedziałbym się za monarchią, gdyby ktoś sprawił, że naszym królem znów zostałby Stefan Batory czy chociażby Józef Piłsudski. Jednak myśl o tym, że mógłby zostać nim chamski burak, który musi molestować swoją sekretarkę, bo tylko wówczas czuje się mężczyzną, kradnie, pije jak bydlę i w razie kłopotów wymachuje telefonem do Ziobry, przeraża mnie tak strasznie, że nigdy nie chciałbym zgodzić się na coś takiego. W związku z tym, iż mam takie poglądy przyszło mi popierać Platformę Obywatelską i Donalda Tuska, choć bacznie patrzę politykom na ręce. Nie jestem też wrogiem kościoła, można by powiedzieć, że nawróciłem się na nowo pisząc „Imię Bestii” i studiując historię średniowiecznego monastycyzmu i liturgii. Oczywiście żywię zrozumiałą niechęć do dominikanów i jezuitów, a wielką sympatię do franciszkanów i bernardynów (bo to wszak wielcy pijacy byli).

K: Łatwo znaleźć informację, że jesteś doktorantem na Uniwersytecie Warszawskim. Twoja praca doktorska pewnie dotyczy Rzeczypospolitej Szlacheckiej? Jak Ci idzie?

JK: Powiem tylko jedno: Jezusie Nazareński, królu Żydowski. Napisałem pracę doktorską o sztuce wojennej kozaków zaporoskich w XVII wieku. Złożyłem ją. I tyle. Nie wiem co się dzieje, ale nie jestem w stanie przewidzieć w jakim terminie będę mógł ją obronić. Być może ma to związek z faktem, iż moje książki nie są lubiane wśród historyków, a „Bohun” wywołał prawdziwą burzę w tym środowisku. W każdym bądź razie niestety liczę się z faktem, że obrany przeze mnie kierunek pracy twórczej sprawi, iż do końca życia pozostanę zwykłym magistrem historii, lub jeśli kto woli, wiecznym studentem studiów doktoranckich.
Cóż zrobić. Nigdy nie twierdziłem, że życie jest miłe, proste i nieskomplikowane.

K: W takim razie życzymy sukcesu. W tym miejscu chyba skończymy; gorąco dziękujemy za wyczerpujące odpowiedzi i cierpliwość.


Wywiad przeprowadził Daniel "Vampdey" Elkader.


Autor: Vampdey


Dodano: 2007-01-12 18:02:25
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Tigana - 19:27 12-01-2007
Świetny wywiad ze świetnym pisarzem (i kolegą po fachu) :P Nie powiem pan Komuda umie argumentować, ale i tak moim zdaniem zbytnio gloryfikuje szlachtę zarzucając wszystko co niedobre naszym królom . Zastrzegam przy tym, ze nie jestem specjalnym fanem Wazów czy Sobieskiego :wink:

Komentuj


Konkurs

"Wiara" i zbrodnia


Artykuły

Fantastyka 2016 - plebiscyt


 Co nas czeka w 2017 roku?

 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

Recenzje

Stewart, Ian & Tall, David - "Podstawy matematyki"


 Grzędowicz, Jarosław - "Hel 3"

 Golden, Christie - "Narodziny hordy"

 Lem, Stanisław - "Pamiętnik znaleziony w wannie"

 Miszczuk, Katarzyna Berenika - "Noc Kupały"

 Alexander, K. C. & Hough, Jason M. - "Mass Effect. Andromeda: Rebelia Nexusa"

 McGuire, Ian - "Na Wodach Północy"

 Jemisin, N.K. - "Wrota obelisków"

Fragmenty

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Bennett, Robert Jackson - "Miasto schodów"

 Hobb, Robin - "Skrytobójca Błazna"

 Jemisin, N.K. - "Wrota obelisków"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS