NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Pullman, Philip - "Bursztynowa luneta"

Corey, James S.A. - "Wzlot Persepolis"

Ukazały się

McDonald, Ian - "Luna: Wschód"


 Gwynne, John - "Gniew"

 Stephenson, Neal - "Śnieżyca"

 Domagalski, Dariusz - "Więzy krwi"

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (miękka)

 Piekara, Jacek - "Ja, inkwizytor. Przeklęte kobiety" (twarda)

 Lem, Stanisław - "Wysoki Zamek"

 Carter, Rachel E. - "Ostatnia walka"

Linki

Grzędowicz, Jarosław - "Pan Lodowego Ogrodu", tom 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Pan Lodowego Ogrodu
Data wydania: Czerwiec 2005
Oprawa: miękka
Liczba stron: 560
Cena: 29,99 PLN



Grzędowicz, Jarosław - "Pan Lodowego Ogrodu", tom 1 #1

Walka
Te części stacji których nie zdemolowano, wyglądały jak porzucone w jednej chwili, niczym statek dryfujący po trójkącie Bermudzkim. Rozgrzebana pościel na pryczy zbitej z okorowanych żerdzi i materacem z przeplecionej między belkami napiętej linki. Obwąchał spiwór zamykając oczy i wdychając głęboko powietrze.
Pleśń… kurz… trociny, pył ze spróchniałych belek i gdzieś głęboko, ledwo wyczuwalne, znikome resztki DNA. Kilka komórek naskórka. Ślina. Śladowe ilości nasienia. Letherhaze. Nigel Letherhaze.
Obszedł pomieszczenia mieszkalne systematycznie, obwąchując zetlałe resztki ubrań, staroświeckie ostrza z maszynek do golenia, utytłane sztućce. Znalazł ślady wszystkich ośmiorga.
Ale tylko ślady.
Na zewnątrz rozległ się pusty, drewniany odgłos, jakby coś potoczyło się po drewnianych belkach.
Ujął dłonią sterczącą z nad ramienia rękojeść i ostrożnie wyślizgnął się z chaty, sunąc plecami po belkowanej ścianie. Noc na zewnątrz wydała mu się zupełnie jasna, w porównaniu w półmrokiem chaty. Dzięki wzmocnieniu światła widział tam niemal jak o szarym, pochmurnym świcie, jednak tam, gdzie nie docierało światło gwiazd i rozproszony blask atmosfery, kryły się plamy głębokiego cienia.
Drakkainen skoncentrował się, precyzyjnie stawiając nogi w miękkich butach i utrzymując niską postawę bojową. Jedna dłoń na rękojeści, druga wyciągnięta do przodu, na wysokości punktu chudan. Tuż obok studni, na ścieżce wyłożonej drewnianymi podkładami kołysał się plastykowy, żółty kubełek. Ekipa nie musiała aż tak dbać o dostosowanie do miejscowych jak on. Popijali ziemskie piwo z puszek, odgrzewali sobie rostbef z jarzynami, czerpali wodę polietylenowym wiadrem.
Coś mignęło mu na granicy cienia. Ruch zbyt szybki, jak na istotę ludzką. Jak przelatujący nisko ptak.
Założył, że cokolwiek to było, wie już o jego obecności. Te wszystkie kości wokół wzgórza pozostawiano do niedawna. Niektóre zwłoki były całkiem świeże. A uczeni pozostawili po sobie wyłącznie dwuletnie ślady.
Powoli, ostrożnie obszedł chałupę dookoła, ale nic się nie poruszało.
Z tyłu, za domem, gdzie jeszcze nie był, natknął się na posąg. Tym razem normalny. Wygładzona rzeźba z kamienia, chyba bazaltu. Niewątpliwie miejscowy i dobrze wykonany. Przypominał z grubsza uproszczoną sylwetkę tańczącej ciężarnej kobiety. Kobiety o wyszczerzonych zębach, trójkątnych jak zęby rekina. W jednej dłoni tkwiło coś co przypominało sierp, umieszczony w wywierconym otworze, tak, że można go było wyjąć. W drugiej dłoni, kobieta dzierżyła kamienną misę. Posąg miał z półtora metra wysokości i zapewne przywleczono go tu w celach badawczych, mimo że był upiornie ciężki. Ale pod jej uniesioną w tańcu stopą piętrzyła się sterta czaszek. Ptasich, zwierzęcych różnej wielkości i najróżniejszych gatunków.
Oraz dwie ludzkie.
Przysiadł ostrożnie, w pozycji, z której mógł natychmiast poderwać się do walki i ostrożnie rozgarnął kości. Pierwsza czaszka którą wydobył była drobna, kość żuchwowa gdzieś przepadła, została dokładnie oczyszczona przez owady, których ostre, octowe ślady czuł bardzo wyraźnie, spłowiała od słońca, spłukana przez deszcze. Jednak ślady aminokwasów były jeszcze wyczuwalne, zapadł się w sobie, usiłując wychwycić drzemiące gdzieś pod spodem przypominające woń sparzonych piór, ślady nukleotydów.
Znalazł je, a potem czekał przez chwilę aż aż jego zmienione w bazę danych części mózgu rozpoznają indywidualny wzór. Na razie wiedział tylko, że to DNA pachnie znajomo. Marzena Zavratilowa… Specjalistka od ksenozoologii.
Dotknął dłonią posągu. Misa i uniesione udo, wyraźnie nosiły obfite rdzawe ślady i zacieki.
Uderzyło w niego z boku.
Z nagłym podobnym do świńskiego kwiku wizgiem, szare, rozmazane i zębate.
Przeraził się i nagle cały świat zwolnił, wrzask zamienił się w dużo niższy dźwięk, jakby rozstrojonej trąby, padając zobaczył jak rozcapierzona chuda kończyna z imponującymi, wygiętymi jak haki szponami przelatuje tuż koło jego twarzy. Powietrze zgęstniało jak woda, chwycił z to coś, gdzieś mniej więcej za kark, dopiero wtedy uderzając biodrem i udem o ziemię. Spróchniałe tramy ugięły się pod ciężarem jego ciała, uchylił głowę przed zatrzaskującymi się jak potrzask szczękami i przetaczając się trafił podeszwą w biodro przeciwnika, po czym wypchnął go nad swoim ciałem. Rzut po łuku. Wykonany z dziwnej pozycji, ale w końcu skutecznie.
Wyrzucił obie nogi jak sprężyna wstając z ziemi od razu do postawy bojowej i równocześnie wydobył miecz, z niskim, ślizgającym się dźwiękiem, który przywodził na myśl hamujący tramwaj.
Stworzenie jeszcze płynęło w powietrzu, bokiem, nieporadnie wiosłując kończynami. W mdłym świetle nocy jego skóra połyskiwała lekko. Było krępe, miało może z półtora metra wysokości i w jakiś sposób przypominało upiornie człekokształtną żabę. Uderzyło bokiem w ziemię, odbiło się i pojechało na grzbiecie z metr, ale już wstawało. Jednym, gwałtownym ruchem, który przy normalnym upływie czasu musiał być niezauważalnym mgnieniem. Szeroki pysk jak szrama w płaskim łbie, wyrastającym bezpośrednio z ramion błysnął znowu rzędami trójkątnych, rekinich zębów.
Pulsujący ból napłynął z ramienia, kątem oka zobaczył kilkanaście wąskich płytkich szram, jak pozostawionych przez drucianą szczotkę. Chyba miało kolce w skórze, niczym płaszczka.
Uniósł miecz z boku głowy, w zwykłym hasso-no-kamae. To było tylko zwierzę.
Zobaczył jak mięśnie nóg stworzenia kurczą się, po czym wystrzeliło w jego stronę dokładnie jak gigantyczna żaba. Widział jak jego trójkątne długie stopy kołyszą się w powietrzu, jak rozkłada łapy z nastawionymi szponami.
Wytrzymał do ostatniej chwili i umknął przed błyskawicznym ciosem łapy obrotowym unikiem zgodnym z “zasadą wirującej kuli” po czym ciął skośnie, mierząc tak, by przeciąć kręgosłup. Ostrze popłynęło przez zgęstniałe powietrze. Drakkainen zobaczył ze zdumieniem jak stwór obraca się jeszcze w powietrzu unikając cięcia i usiłując mieć go przodem, niemal równocześnie z jego własnym ruchem. Fenomenalna szybkość reakcji.
Wylądowało bokiem, z pod szponów uniosły się koziołkując drzazgi i chmura próchna, która puchła powoli jak wzburzony muł. Istota natychmiast sprężyła mięśnie do kolejnego skoku.
Rozpoczął wdech, kiedy skoczyła. Zeszedł z linii ataku jednym płynnym ruchem i ciął płasko najszybciej jak umiał, wiedząc że może zerwać sobie ścięgna. Po ostrzu popłynęła fala drgań wywołanych turbulencjami. Tym razem sam sztych ugrzązł w czymś na chwilę, nie zauważył w czym, bo przekręcił dłoń do odwróconego chwytu, ostrzem w dół i chlasnął na krzyż, opisując w powietrzu leżącą ósemkę. Trafił raz, znowu samym końcem. Odszedł krok w tył i zmienił ujęcie miecza. Wdech dobiegł końca.
Teraz wydech. Obserwując świat w zwolnionym tempie, można zapomnieć o oddychaniu.
Jakiś podłużny kształt przesunął się powoli koziołkując w powietrzu, jak porzucony w stanie nieważkości. Przypominał ukwiał. Drakkainen spojrzał jeszcze raz i zobaczył, że to odcięta łapa. Dłoń z kawałkiem przedramienia dryfująca w powietrzu i rozpryskująca krople krwi, jak maleńkie, pulsujące baloniki.
Wystawił ostrze przed siebie, a potem uniósł nad głowę. Szpony zagłębiły się w ziemię, stwór wyszczerzył się w upiornym uśmiechu i nagle wzdłuż grzbietu i przez głowę zjeżył grzebień kolców podobnych do kolców jeżozwierza. Zapachniało ostro aldehydem mrówkowym i rycyną. Draństwo było też jadowite. Niedobrze.
Trzeba było zabrać tarczę i oba karwasze. Lenistwo się mści.
Wystrzeliło jak torpeda. Te tylne nogi musiały mieć siłę katapulty. Skoczyło jednak trochę w bok, zagarniając ocalałą łapą obszar, w którym Drakkainen musiał się znaleźć w swoim obrotowym uniku zgodnym z zasadą wirującej kuli. Zamiast tego odchylił się na plecy, z uniesionym mieczem, nadal stojąc stopami na ziemi. Ugiął kolana, szpony mignęły mu nad głową, a wtedy z uczuciem że pękają mu naprężone jak liny mięśnie brzucha, wyprostował się i wypuszczając powietrze w strasznym wibrującym wrzasku, który brzmiał jak rozciągnięty grzmot, ciął ukośnie i wykręcając unik w drugą stronę rozminął się ze stworem niczym torreador.
Stwór wylądował na stojąco i odwrócił się.
Odrąbana łapa zakończyła lot i uderzyła o ziemię z mokrym plaśnięciem.
Znów stali naprzeciw siebie. Drakkainen oddychał ciężko, czując pulsowanie wszystkich mięśni. Nie widział gdzie trafił.
Stwór otworzył paszczę i wtedy skośnie przez jego pierś powoli pojawił się nagle ciemny, lśniący wężyk, niczym wąska szarfa.


Dodano: 2006-12-06 18:28:52
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Recydywista"


 Atwood, Margaret - "Testamenty"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Zbierzchowski, Cezary - "Chłopi 2050, czyli Agronauci w czasach katastrofy klimatycznej"

 Matheson, Richard - "Jestem Legendą i inne utwory"

 Abercrombie, Joe - "Czerwona kraina"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Heinlein, Robert A. - "Drzwi do lata"

Fragmenty

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

 Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

 Schwartz, Richard - "Władca marionetek"

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 1

 Zbierzchowski, Cezary - "Requiem dla lalek" - fragment 2

 Jabłoński, Witold - "Popiel"

 Headley, Maria Dahvana - "Dziedziczka jeziora"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS