NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Zelazny, Roger - "Pan Światła" (Zysk i S-ka)

Haldeman, Joe - "Wieczna wojna" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Bradbury, Ray - "Green Town"


 Rowling, Joanne K. - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (Hufflepuff)

 Rowling, Joanne K. - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (Gryffindor)

 Rowling, Joanne K. - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (Slytherin)

 Rowling, Joanne K. - "Harry Potter i Kamień Filozoficzny" (Ravenclaw)

 Sanderson, Brandon - "Dawca przysięgi", część 2 (twarda okładka)

 Roanhorse, Rebecca - "Wyścig do słońca"

 Miller, Frank; Wheeler, Thomas - "Przeklęta"

Linki

Jordan, Robert - "Gilotyna marzeń"
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Cykl: Koło Czasu
Tytuł oryginału: Knife of Dreams
Tłumaczenie: Jan Karłowski
Data wydania: Grudzień 2006
ISBN: 83-7506-043-7
Oprawa: broszurowa
Format: 115x183
Liczba stron: 534
Cena: 35,90 zł
Rok wydania oryginału: 2005
Tom cyklu: 11, część 2



Jordan, Robert - "Gilotyna marzeń"

     Już na wstępie recenzji chciałbym schłodzić nieco oczekiwania, jakie można mieć w związku z obietnicami na okładce polskiego wydania pierwszej połowy jedenastego tomu „Koła czasu” Roberta Jordana. Nie będzie to tom ostatni, chociaż wziąwszy pod uwagę stan zdrowia pisarza oraz nieuchronny bieg wypadków ku finalizacji cyklu nie należy oczekiwać, by kolejnych tomów pojawiło się więcej niż dwa – zresztą trzynaście byłoby swego rodzaju magiczną liczbą symbolizującą los czytelnika, który kiedyś uległ fascynacji świeżym i epickim światem „Wielkiego polowania” czy „Smoka Odrodzonego”. Później, jak większość zainteresowanych tą recenzją pewnie sobie znakomicie zdaje sprawę, nastąpiła degrengolada literacka cyklu, wywołana po części zanikiem weny u Jordana – wyrażającym się spadającą częstotliwością wypuszczania na rynek kolejnych tomów, po części na pewno też przeświadczeniem wydawcy i autora, że nie wolno zarzynać kury znoszącej złote jaja, prowadzącym do rozwadniania treści na coraz więcej tomów. Jednak „Gilotyna marzeń”, bo taki tytuł przyjęto dla pierwszej połowy jedenastego tomu, w oryginale wydawanego w pojedynczym woluminie pod tytułem „Nóż snów”, wydaje się być symptomem jeśli nie odbicia od dna, to przynajmniej zatrzymania tendencji spadkowej w pisarstwie Jordana.
     Jak zawsze kolejny tom „Koła czasu” rozpoczyna się ekstensywnym prologiem, tutaj zajmującym w przybliżeniu czwartą część książki, łącznie 135 stron. Prolog ten jest utrzymany, tradycyjnie, w tonie raczej zdystansowanej relacji postępów sytuacji we wszystkich głównych i kilku pobocznych wątkach cyklu. Gdyby tylko Jordan w takiej konwencji potrafił i chciał utrzymywać się przez całą powieść! Chociaż jestem pewien, że prawdziwi fani nie mogliby odżałować legendarnego sześciostronicowego opisu sukien ośmiu przebywających w pomieszczeniu Aes Sedai, siedem z których opuściło następnie owo pomieszczenie bez wypowiedzenia słowa, czytelnicy charakteryzujący się oddaniem zapewne nieco mniejszego kalibru prawdopodobnie skłanialiby się ku przekonaniu Jordana do rezygnacji z ukochanych detali – wygładzania spódnic albo nawet z bon motów dotyczących różnic między płciami – na rzecz tempa akcji. Polecam zresztą lekturę wszystkich prologów Jordana młodym aspirantom sztuki pisarskiej, gdyż jest w nich coś ze zwięzłości „Fionavarskiego gobelinu” Kaya, acz na nieporównanie wyższym poziomie sprawności narracyjnej. Uwertura do „Noża snów” przy okazji niesie więcej treści niż całość dziesiątego tomu, uważanego za zdecydowanie najbardziej ubogi w przełomowe momenty fragment cyklu. W niej, na przestrzeni zaledwie kilkudziesięciu stron, Jordan odwrócił równowagę sił nakreśloną jeszcze w finale „Ścieżki sztyletów”, tomu ósmego – tylko pozostaje rzucić niewygodne pytanie, dlaczego nie zdecydował się na to wcześniej...
     Po prologu wraca stara bieda. Jordan do przesady korzysta z ugruntowanej zasady arytmii tempa akcji, wskutek czego pierwsze połowy jego tomów z reguły przypominały pierwszą połowę dokumentalnego filmu o historii wojen: przedstawiano nowych aktorów, nowe narzędzia walki, nowe teatry działań, a także tło socjopolityczne wydarzeń. Nawet w chyba najlepszej pierwszej połowie tomu – „Wschodzącym cieniu” – ten kanon wielkiej fantastycznej epiki nie stracił mocy obowiązującej. Utrudnia to autonomiczną ocenę „Gilotyny marzeń”, której będzie można bezpiecznie dokonać dopiero po ukazaniu się zakończenia. Tak więc moje zastrzeżenie, że główne wątki - szczególnie historie Mata oraz Elayne - bezlitośnie się wloką w atmosferze bezsilności i beznadziejnego wahania, może być częściowo bezpodstawne – choć jednak od pisarza równie sprawnego, co Robert Jordan, oczekiwałbym większej dozy atrakcji, również na etapie rozlokowywania figur przed finałową rozgrywką. Natomiast zbytnia rozwlekłość skutkuje wygaśnięciem sympatii czytelnika do postaci, bo ileż można czytać o frustracjach Elayne wynikających z nadopiekuńczości otoczenia w stosunku do przyszłej matki bliźniąt, albo o kościach turlających się pod czaszką Mata!
     Przyzwyczailiśmy się też do zdarzeń przeczących wymogom logicznej spójności świata przedstawionego w „Kole czasu” i nic w najnowszej odsłonie cyklu w tym aspekcie się nie zmienia. Szczególnie winno się podkreślić cudownie odnaleziony talent Aviendhy, a także postawę Perrina wobec Aes Sedai w prologu – nie wszystko wolno składać na karb emocjonalnego rozchwiania. Rozwiązania z gatunku ex machina pozostają zatem znakiem charakterystycznym, i dalsze narzekanie na ich obecność będzie, jak myślę, zbytkiem krytyki.
     Osobną kwestią, która zdecydowanie zasługuje na podniesienie, jest sprawa spójności przekładu z pozostałymi tomami. O ile wydawnictwo Zysk i S-ka chwalono wielokrotnie za oddawanie kolejnych tomów w ręce tej samej tłumaczki, tym razem dokonano zmiany. W miejsce Katarzyny Karłowskiej pojawia się na „liście płac” Jan Karłowski. Zbieżność nazwisk może sugerować związki krwi, niestety, okoliczności zmiany nie są mi znane. Różnice stylistyczne są stosunkowo niewielkie, lecz w tak długim cyklu konieczne jest ujednolicenie neologizmów i nazw własnych. Tego nieco brakuje, i chociaż wszystkiego można się domyślić, pewne rozbieżności rażą o tyle, że nowy termin wydaje się mieć tylko taką przewagę nad starym, że jest nowy. Być może są to efekty dostosowania tłumaczenia do nowej edycji pierwszych czterech tomów cyklu.
     Porównując bezpośrednio „Gilotynę marzeń” i „Rozstaje zmierzchu”, tomy odpowiednio jedenasty i dziesiąty, na korzyść „Gilotyny” przemawia liczba przełomowych zdarzeń. Podczas gdy w dziesiątym tomie można się było doszukać może dwóch przełomów, a pozostałe osiemset stron wypełnione było jazdą do celu, nieistotnymi gierkami o pozycję, wygładzaniem spódnic i naradami zupełnie jak w politbiurze, już pierwsza połowa tomu jedenastego oferuje trzy przełomy, co prawda dwa potraktowane zdawkowo w prologu. Także przyrost wiedzy o świecie „Koła czasu” jest większy w najnowszej części niż w poprzedniej, dowiadujemy się sporo o amulecie Mata i jego pobycie w Rhuidean, o Seanchanach i uzyskujemy ostateczne potwierdzenie tożsamości kilku Przeklętych, wreszcie Jordan powraca do otwartej kwestii losu Moiraine.
     W ostatecznym rozrachunku pierwsza część „Gilotyny marzeń” może być traktowana jako objaw z dawna wyczekiwanego przyspieszenia biegu wypadków, część, w której ostateczne rozstrzygnięcie historii świata leży tuż za horyzontem. Wprawdzie przyspieszenie to utyka na niewielkiej mieliźnie około dwusetnej strony, lecz z drugiej strony przeszłe losy Egwene, a później także Elayne pokazują, jak trudno wydostać się drogą lądową z Altary, toteż optymistycznie uznajmy to za dowód na zachowanie konsekwencji przez autora. Nie jest więc źle i z pewną nadzieją można wyczekiwać na ukazanie się drugiej części „Noża snów”, już niedługo.


Ocena: 5/10
Autor: Bleys
Dodano: 2007-01-04 19:53:44
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Vonnegut, Kurt - "Rysio Snajper"


 Pullman, Philip - "La Belle Sauvage"

 Flamma, Adam - "Wiedźmin. Historia fenomenu"

 Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Trzeci front"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Uderzenie wyprzedzające"

 Jordan, Robert - "Wojownik Altaii"

 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

Fragmenty

 Hałas, Agnieszka - "Czerń nie zapomina"

 Dworakowski, Witold - "Wieczny buntownik"

 Ziębiński, Robert - "Dzień wagarowicza"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS