NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

Gaiman, Neil - "Koralina"

Ukazały się

Komuda, Jacek - "Galeony wojny" (2017)


 Kornew, Paweł - "Śliski"

 Campbell, Jack - "Przestrzeń zewnętrzna: Strażnik"

 Ziemiański, Andrzej - "Toy Wars" (2017)

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

 Dayton, Arwen Elys - "Podrózniczka"

 Sutherland, Tui T. - "Mroczny sekret"

 Żwikiewicz, Wiktor - "Delirium w Tharsys"

Imprezy

Copernicon 2017
Od: 2017-09-22
Do: 2017-09-24

Linki

Brzezińska, Anna - "Plewy na wietrze"
Wydawnictwo: Runa
Cykl: Brzezińska, Anna - "Saga o zbóju Twardokęsku"
Data wydania: Październik 2006
Liczba stron: 576
Cena: 34,50 zł
Tom cyklu: 1 (wersja poszerzona)



Wywiad z Anną Brzezińską

Katedra: W Wikipedii znalazłem przypisywany Tobie cytat: „Niech żyje fantastyka rozrywkowa!”. Dziś jednak nikt nie postrzega Ciebie jako autora przede wszystkim tego rodzaju literatury. Opowiadania „włoskie” napisane są bardzo serio, saga o zbóju Twardokęsku to w pierwszym rzędzie rozmach, epika przez duże „E”; owszem, lektura niekiedy bawi, generalnie cieszy, ale to nie po te książki sięgnie czytelnik szukający czegoś lekkiego, łatwo przyswajalnego, stricte rozrywkowego. Jeszcze tylko Babunia Jagódka stara się bronić tej strony Twojej twórczości; jednak, przyznasz, po takich opowiadaniach jak „Córki grabarza” czy „Szczur i panna”, nawet ona nie jest już w tej roli zbyt przekonująca.
Ale na początek powiedz lepiej – to się zresztą w pewien sposób z powyższym wiąże – dlaczego piszesz? Co dziś przede wszystkim skłania Cię do tego, by usiąść, wystukać odpowiednie sekwencje znaków, które zebrane razem mają stworzyć jakąś zaplanowaną – mniej lub bardziej dokładnie zamkniętą – całość. Przekaz, który inni będą potem z uwagą czytać.

Anna Brzezińska: Piszę, bo lubię snuć opowieści, mam w głowie pewien nadmiar fabularny, który nie daje się roztrwonić podczas codziennych czynności. Poza tym po prostu lubię pisać, co jest podobnoż typowe dla każdego grafomana.
Natomiast cytat, przytoczony w Wikipedii – nieco dowolnie, ale memoria fragilis i po pewnym czasie wszyscy pamiętają to, co chcą pamiętać – padł w roku 1999, kiedy panorama polskiej fantastyki była zupełnie inna. Przede wszystkim toczył się spór pomiędzy zwolennikami tzw. fantastyki problemowej i fantastyki rozrywkowej (cokolwiek ktoś tam chciał przez nie rozumieć). Mnie przypisano do nurtu rozrywkowego, głównie za przyczyną debiutanckiego opowiadania o Babuni Jagódce. Z etykietkami się nie dyskutuje – bo i po co? Kłopot jednakże polegał na tym, że gdzieś w dopowiedzeniu negowano sens istnienia literatury nieuwikłanej politycznie, niezaangażowanej w aktualne spory. A mnie zupełnie nie interesuje komentowanie bieżących wypadków, powiedzmy, politycznych i jeżę się na próby narzucania jakiegoś programu do realizowania w literaturze. Idę swoją drogą, czy to wtedy, kiedy pisałam frywolny, zabawowy tekst o Szymku i Babuni Jagódce, czy to później, kiedy w czasach eksplozji literatury przygodowo-fantastycznej, pracowałam nad „Wodami głębokimi jak niebo”. Teraz pracuję nad tekstem o powstańcu styczniowym, który zdołał uciec z Syberii i w środku Czarnej Afryki wybudował średniowieczny zamek – z powodów, o których więcej w mojej następnej książce. Nie wiem, czy będzie rozrywkowy. Nawet się nad tym nie zastanawiam.

K: Niektórzy autorzy piszą książki, jakie sami chcieliby przeczytać. U Ciebie jest podobnie? Czy może idziesz na pewne ustępstwa, obniżasz próg trudności, aby dotrzeć do większej liczby odbiorców?

AB: Staram się pisać ciekawie i najlepiej, jak umiem. Nie deliberuję, czy coś wyciąć albo uprościć, bo a nuż czytelnik nie zrozumie. Wydaje mi się zresztą, że podobne traktowanie własnego czytelnika jest bardzo aroganckie, zakłada z góry, że czytelnik jest głupszy od autora. A nie jest. I zawsze może podejść do półki ze słownikiem i coś sprawdzić.

K: W 1999 roku ukazał się „Zbójecki gościniec”, pierwszy tom sagi o zbóju Twardokęsku, nad którym pracę zaczęłaś pewnie jeszcze co najmniej 12 miesięcy wcześniej, tymczasem po siedmiu latach ukazały się „Plewy na wietrze” – nowa, dwukrotnie dłuższa wersja tej samej książki (w tym sensie, że zrąb powieści, o ile udało mi się zorientować, pozostał bardzo podobny). Przez taki okres czasu zmieniają się przecież preferencje, gusta, poglądy; na ogół środek ciężkości indywidualnych zainteresowań przesuwa się znacznie w jedną lub drugą stronę.
Niczym nowym pod słońcem byłoby odczuwać zmęczenie realizacją projektu, na którego koncept wpadło się niemal dekadę wcześniej. Samo zmobilizowanie się do zakończenia cyklu wymaga z pewnością dużo silnej woli, a co dopiero powrót do pierwszego tomu i pisanie go niejako na nowo. Czy to była dla Ciebie realna trudność? Nie brakowało Ci czasem motywacji? A może byłaś tak niezadowolona z wersji pierwotnej, która, jak sama wielokrotnie przyznawałaś, była efektem daleko posuniętego kompromisu między Tobą a wydawcą, że te wszystkie problemy zeszły na drugi plan i z przyjemnością podjęłaś się pracy?

AB: Musiałam napisać poprawioną wersję pierwszej części Sagi z dwóch powodów. Po pierwsze, prawnicy NOWEJ interpretują mój kontrakt w sposób skrajnie dla mnie niekorzystny i bez procesu nie mogłabym wznowić tamtej książki ani opublikować nowej wersji pod starym tytułem, a zależy mi, żeby początek historii był dostępny na rynku, kiedy pojawi się na nim zakończenie. Po drugie, podczas prac nad „Letnim deszczem. Kielichem” przeczytałam „Zbójecki gościniec”. Nie mam zwyczaju wracania do starych tekstów i nie rozczytuję się w nich, więc z przykrością i zaskoczeniem odkrywałam potknięcia i ułomności tej książki. Jest na tyle niespójna z resztą cyklu, że wymagała poprawienia.

K: Podobnie jak Andrzej Sapkowski wzięłaś udział w akcji wspierania Nagrody im. Janusza A. Zajdla, oferując zwycięzcy specjalnej aukcji internetowej miejsce w swojej powieści. Inicjatywa odbiła się szerokim echem, więc wiele osób jest z pewnością ciekawych, co z realizacją tego przedsięwzięcia. Czy już w „Plewach” znalazło się miejsce dla postaci, której pierwowzór wylicytował sobie ten przywilej? A jeśli tak, to czy eksperyment się udał? I czy obyło się bez nieoczekiwanych perturbacji?

AB: Tak, w „Plewach” jest postać, która została nazwana zgodnie z rzeczywistym pierwowzorem. Nie wiem, czy pierwowzór będzie zadowolony, ale ja tę postać bardzo lubię.

K: Zdradzisz, co to za bohater(ka)? Potraktowałaś tę postać jakoś specjalnie, dałaś taryfę ulgową?

AB: Powiedzmy, że moja dyskrecja jest dodatkowym bonusem dla zwycięzcy tamtej aukcji. To ciekawa postać i naprawdę ją lubię, ale nie jest moją rolą łączenie jej z konkretną osobą. O taryfie ulgowej nie może być mowy, bo postać nie powstała na życzenie, jej pomysł pojawił się wcześniej, zanim w myśl warunków aukcji umieściłam w książce nick pewnej osoby. Mam poniekąd wrażenie, że wiele osób nieco opacznie interpretuje ten pomysł z aukcją. To nie jest tak, że umieszczam w książce kogoś łącznie z pieskiem Ciapkiem, niechęcią do zielonego groszku i aparatem ortodontycznym na zębach. Postać pozostaje fikcją literacką, po prostu jest nazwana zgodnie z warunkami aukcji.

K: Czy nowa edycja „Żmijowej harfy” w treści będzie różniła się od wydania pierwszego, za które nagrodzono Cię Zajdlem? I czy „Letni deszcz. Sztylet” będzie w pełni zrozumiały dla tych, którzy przeczytali tylko stare wersje Twoich książek?

AB: „Żmijowa harfa” na pewno zostanie ponownie opracowana redakcyjnie, ale nie planuję już tak głębokich poprawek. Czytelnicy, którzy znają tylko stare wersje nie powinni mieć problemów ze zrozumieniem końcówki, aczkolwiek niektóre wątki lepiej wybrzmią, jeśli będą znali „Plewy”, w których pełniej przedstawiam wiele postaci.

K: Dlaczego, z jakiego powodu, Szarka z Twardokęskiem trafili do tego samego uniwersum co Babunia Jagódka? Wszak „Opowieści z Wilżyńskiej Doliny” i saga to dwa dość różne projekty literackie. (Dodam, że dla mnie ten zabieg nie stanowi problemu, mam za zaletę szczególnie to, jak przenikają się, wzbogacając wzajemnie, te dwie opowiadane przez Ciebie historie, ale pewnie dla wielu osób naturalnym rozwiązaniem byłoby umieszczenie Babuni Jagódki w jakiejś innej Nibylandii).

AB: Przede wszystkim językowo (choć w opowiadaniach o Babuni jest więcej imion z naszego świata) i kulturowo jest to jedno uniwersum, nie widziałam więc sensu tworzenia nowej Nibylandii. Poza tym bawiło mnie umieszczenie w finale „Opowieści z Wilżyńskiej Doliny” zakończenia sagi. Zrobiłam to po części w odpowiedzi na powtarzające się pytanie „a jak się to wreszcie skończy”. No więc właśnie tak. Tylko czy ze znajomości zakończenia naprawdę tak wiele wynika? Dobra historia nie przestaje być ciekawa tylko dlatego, że podejrzeliśmy ostatnią stronę. O dobrej historii stanowią również wszystkie pozostałe strony.

K: Dość powszechnym staje się pogląd, że fantasy jest gatunkiem wielkich, lecz do niedawna zupełnie niewykorzystywanych potencji. To ulega zmianie, mamy nurt New Weird, literaturę, która łamie schematy konwencji, która zadziwia czytelnika świeżością pomysłów, dowolnością czynionych założeń.
Jednak samo odejście od schematów nie stanowi przecież jeszcze wartości samej w sobie, potrzebne tu dobre uzasadnienie. Odpowiedź na pytanie: przełamywać konwencję, czy też ją wzmacniać? – nie jest wcale tak oczywista. Literatura powinna pozostawać bliska prawdzie, odzwierciedlać życie, tymczasem burząc kolejne mury i wytyczając nowe ścieżki, łatwo przeoczyć, że minęło się granicę, za którą już nic więcej nie ma, jest tylko sztuka dla sztuki.
Jak sobie radzisz z tym problemem? I jak u Ciebie przebiegała ewolucja poglądów na temat fantasy?

AB: W ogóle nie przebiegała. Nie jestem teoretykiem, nie siadam do pracy z założeniem „o, a teraz napiszę sobie New Weird”. Kiedy pisałam pierwszą książkę, którą złożyłam w wydawnictwie, nie zdawałam sobie sprawy, że istnieje bardzo bogata literatura fantastyczna. Znałam tylko kilka tytułów, z Polaków bodajże tylko Andrzeja Sapkowskiego. I to nie ten rodzaj literatury ukształtował moją wrażliwość literacką. Czytałam bardzo dużo klasyki, mnóstwo tradycyjnej powieści, powieści historycznej, kanon literatury polskiej, łącznie z mniej znanymi tekstami np. romantyków. W domu dużo się czytało, ale akurat nie fantastykę, i potem już nie czułam potrzeby poznawania np. klasycznej SF. Dlatego trudno mi umiejscowić własne teksty w obrębie tej tradycji czy tej konwencji. O niektórych moich tekstach mówię zwykle, że są historiami nieistniejących światów, czyli widzę je bardziej w tradycji powieści historycznej.

K: Pokazujesz, starasz się pokazać, dość już odległą nam mentalność ludzi, którzy żyli kilkaset lat temu, odleglejszą tym bardziej, że raczej wyzbytą chrześcijańskiego pierwiastka (a może jednak nie?), i namacalną, czającą się na każdym kroku brutalność ich świata – w kontraście do naszego, też niebezpiecznego, lecz przecież w inny sposób (i przede wszystkim coraz bardziej wyobcowanego). To pouczające, oczywiście, tak samo jak odzieranie przeszłości z upiększającej ją farby wybiórczej, kłamliwej ludzkiej pamięci, pod którą to co wstydliwe zostaje pieczołowicie ukryte, a to co dobre – wyolbrzymione: ku chwale naszych przodków i nas samych.
Z człowiekiem, mówisz, było, jest i będzie źle; mimo że pojedyncze przykłady bohaterstwa, szeroko pojętego dobra czynionego przez tę lub inną jednostkę chciałyby ten obraz zamazać.
Nie masz złudzeń? To konsekwencje zgłębiania historii, cena zdobytej wiedzy?

AB: Nie wierzę, że uda się oswoić świat, sprawić, aby był miejscem przewidywalnym i bezpiecznym. Pod tym względem nasi przodkowie mieli mniej złudzeń, dla nich śmierć i cierpienie należały do naturalnego porządku rzeczy. Obecnie spychamy je gdzieś na margines, ignorujemy, więc kiedy ostatecznie musimy stawić im czoło, często okazujemy się bezbronni. Nie jestem też pewna, czy nasza mentalność – w tej najgłębszej warstwie – tak bardzo się zmieniła przez te wszystkie wieki, które nas dzielą od wieków średnich, zwanych czasami wiekami ciemnymi (swoją drogą, ciekawe, jak potomni nazwą nasze wieki? może właśnie wiekami złudzeń). Ludzie tak samo kochali, marzyli, cierpieli i umierali. Ale pewne społeczne sposoby wyrażania tych emocji były inne. Inaczej postrzegano starość, inaczej wybierano małżonków, inaczej rozumiano poświęcenie. Dlatego właśnie wyprawa w świat mentalności naszych przodków jest tak fascynująca, to jak odkrywanie innego świata, jak próba porozumienia z kimś z innej planety.
Jest oczywiste, że człowiek nieustannie konstruuje swoją przeszłość – i tę indywidualną, bo wspomnienia się zmieniają, zmieniają się również akcenty, kładzione na poszczególne zdarzenia, i tę wspólną, którą czasami nazywamy historią. Zresztą teraz mamy w Polsce bardzo wyraźny spór o pamięć historyczną, o politykę przeszłości, który bardzo wyraźnie pokazuje, że historia nie jest czymś trwałym, ustalonym raz na zawsze. Jest też sporo prawdy w powiedzeniu, że historię piszą zwycięzcy i to oni dokonują niezbędnych korekt. Jednakże nie sądzę, że należy z tego wnosić, jakoby człowiek był, jest i będzie z gruntu zły. Wierzę raczej, że człowiek jest „okropnie pomieszany”, jak mówi o swoim kundlu jeden z bohaterów ulubionej bajeczki mojego synka. Człowiek ma wolną wolę, żeby wybierać. I czasami jego wybory są zaskakujące, nie przystają do wizerunku, który sobie wytworzyliśmy.

K: W „Wodach głębokich jak niebo” ukazałaś mechanizm przemiany wydarzeń takich, jakimi one były naprawdę – w historię, w legendę. Uwypukliłaś problem deformacji, której podlega rzeczywistość w czasie tego procesu. Czym dla Ciebie jest historia? Tym jedynie, co się zdarza, z czego czerpiemy – za pomocą dziurawych naczyń – wiedzę o przeszłości? Czy może tym, co rządzi tym, co się zdarza, żywiołem definiującym naszą rzeczywistość i – dalej – zwierciadłem, w którym nieliczni zobaczyć mogą przyszłość?

AB: Historyk nie wróżka, raczej przyszłości nie zobaczy w fusach po kawie. Może pokazywać pewne tendencje, ale liczba zmiennych jest tak wielka, że próby przewidywania przyszłości znów osadzą nas w rejonach fusopodobnych. Natomiast trudno negować, że przeszłość wpływa bardzo mocno na teraźniejszość.
Mieszkam w Warszawie, w „starej” dzielnicy. Jest ona stara w taki typowy warszawski sposób, bo powstała w latach '50-tych – bodajże w „Przygodzie na Mariensztacie” w tekście propagandy odbudowy stolicy pada takie urocze zdanie, że „zaoszczędzony cement wiązał zaoszczędzone cegły” i zwykle śmiejemy się z mężem, że właśnie u nas zaoszczędzili, bo po odsłonięciu tynku okazało się, że między rzadkimi cegłami hula świeże powietrze. Ale jest też stara ze względu na mieszkańców: zdaje się, że w całym dużym budynku jesteśmy jedyną rodziną z dziećmi. Budynek został wzniesiony przez jeńców niemieckich dla funkcjonariuszy czerwonej bezpieki: mamy nawet własny schron w podziemiach. Piszę o tym, żeby pokazać, jak historia wpływa na moje codzienne życie. Jest to nie tylko konieczność ocieplenia ściany, która przemarzała („zaoszczędzone cegły...”), ale też wesoły ubek w kapciach, który pije swoje poranne piwo przy śmietniku, i bogobojna sąsiadka, opowiadająca, jak w latach pięćdziesiątych wyjeżdżała na wczasy w Juracie albo gnębiła swoją gosposię. Jest to również polityka na poziomie osiedla – dopieszczanie emerytowanych działkowców i wywieszanie na budynkach napisów „zakaz gry w piłkę”. I są to wybory, w których historia po raz kolejny dominuje nad teraźniejszością i przyszłością.

K: W zapowiedziach Runy widnieją ostatnie tomy cyklów Wawrzyńca Podrzuckiego i śp. Tomasza Pacyńskiego. Czy wiadomo już kiedy, jeśli w ogóle, one się ukażą? I co słychać u Wita Szostaka – podobno chciał napisać ostatnią część smoczogórskiej trylogii, a potem planował jakiś nowy projekt. Te nieoficjalne informacje pochodzą sprzed ponad roku, tymczasem w zapowiedziach nadal próżno szukać jego nazwiska (czy raczej pseudonimu).

AB: Wawrzyniec nie odesłał nam jeszcze manuskryptu, ale oczywiście wydawnictwo przystąpi z kolei do prac, kiedy tylko książka zostanie nam przesłana – oby jak najszybciej. Wit zapowiedział, że wszystkie literackie projekty ulegają zawieszeniu do obronienia pracy doktorskiej, zatem wszyscy trzymamy za niego mocno kciuki. Natomiast po śmierci Tomka nie dostałyśmy od jego spadkobierców istniejącej części/całości manuskryptu, więc trudno mi się na ten temat wypowiadać. Zwróciłyśmy się do nich z prośbą o oficjalne stanowisko, bo ta informacja naszym zdaniem zwyczajnie się czytelnikom należy.

K: W Runie lubicie pracować z początkującymi pisarzami (nie mylę się?). Czy obecnie szykujecie czytelnikom jakiś interesujący debiut?

AB: Owszem, lubimy pracować z debiutującymi pisarzami i obecnie opracowujemy trzy ciekawe, a przy tym zupełnie inne książki. Ola Janusz, której książka właśnie weszła do księgarń, opowiada perypetie młodej dziewczyny, która jest początkującą magiczką, a przy okazji boryka się z rozlazłą matką, nieodpowiedzialnym ojcem i szkolną nudą. Maciej Guzek, autor brawurowej i bardzo dobrze przyjętej „Królikarni”, stworzył świat, w którym Polska jest mocarstwem magicznym. A Magda Parus z kolei wybrała mało popularny gatunek, bo mianowicie horror, i opowiada historię o wilkołakach.

K: Czytasz recenzje? „90% dzisiejszej publicystyki dokoła-SF-F-owej to teksty w sieci, w różnych magazynach i portalach pół- lub całkowicie amatorskich, pisane przez fanów i z punktu widzenia fanów. Efekt jest taki, że normalnym tonem recenzji z SF-F (zwłaszcza polskiej) stał się młodzieńczy entuzjazm (...). Cokolwiek nie jest entuzjastyczne, odbiera się jako złośliwą krytykę – i już odzywają się oburzeni fanowie. Negatywne opinie przemyca się we frazach stanowiących nieco uładzone odpowiedniki: nie tak zajebiste jak poprzedni tom. W konsekwencji, po pierwsze, każda normalna recenzja, pisana spoza tej mentalności i stosująca powszechne kryteria literackie, powoduje szok; po drugie – i to jest prawdziwe nieszczęście – zabija to ambicję w autorach SF-F, bo po co coś zmieniać, doskonalić się, szukać jakiejś oryginalności, skoro jest tak idealnie? Jak w najniższych klasach podstawówki: wszystkim dajemy piątki, najniżej czwórki. Najstraszniejsze, że sami autorzy zdają się nie zauważać, jaką krzywdę im się w ten sposób wyrządza.”
To niedawna wypowiedź Jacka Dukaja z internetowej listy dyskusyjnej. Zgadzasz się z jego diagnozą? Jak Ty, autorka i wydawczyni, widzisz tę sprawę?

AB: Przyznam, że nie śledzę teraz uważnie list dyskusyjnych i innych internetowych miejsc wymiany poglądów. Jestem na urlopie wychowawczym i sprawy wydawnicze prowadzi głównie moja wspólniczka, Edyta, zapewne więc lepiej potrafiłaby ocenić, jakie są typowe sieciowe recenzje. Z czasów, kiedy jeszcze sporo recenzji w sieci czytywałam, pamiętam bardzo różny poziom tych recenzji. Uderzał mnie nie tyle wszechobecny ton zachwytu, bo go nie pamiętam, w każdym razie nie wobec wydawanych przez nas książek, ale bardzo częsta u recenzentów niezdolność do osadzenia recenzowanego utworu w szerszym kontekście. To kłopot, bo bez szerszej – także wykraczającej poza fantastykę – kultury literackiej bardzo trudno jest oceniać tekst, rozpoznawać, co jest nowe, wartościowe, ciekawe. Drugim kłopotem jest częsta nieznajomość zasad językowych, a co za tym idzie – pomijanie w recenzjach wartości stylistycznej utworów, przemilczanie fatalnej niechlujności językowej albo w ogóle formalnej. Natomiast zgadzam się z Jackiem, że wobec literatury fantastycznej należy stosować te same kryteria oceny, co wobec literatury bezprzymiotnikowej. Czasami po lekturze recenzji w sieci miałam wrażenie, że dla większości recenzentów kwestie formalne są całkowicie nieistotne, bo oni ich po prostu nie widzą.

K: Internet. Tylko użyteczne narzędzie, czy może coś więcej? Nie zniechęciłaś się czasem do niego? Wcześniej dość regularnie pisywałaś na pl.rec.fantastyka.sf-f; dziś już nie ma tam nowych wypowiedzi Sigrid. Brak czasu?
A propos: zniknęła z sieci Twoja strona internetowa – to stan przejściowy, czy definitywne rozwiązanie?

AB: Teraz właściwie tylko narzędzie. Po urodzeniu synów czas na pogawędki drastycznie mi się skurczył, a w wolnych chwilach zajmuję się czymś zupełnie innym. Strona internetowa zniknęła, bo nie miałam czasu jej aktualizować, a nieaktualna raczej przeszkadza niż pomaga.

K: W księgarniach można znaleźć powieści „do posłuchania”. Na Katedrze przygotowujemy niektóre recenzje w formacie mp3 – dla leniuchów :-) Twoje debiutanckie opowiadanie, „A kochał ją, że strach”, również doczekało się wersji audio – to była udana inicjatywa? Uważasz, że promocja tego rodzaju książek może stanowić jakieś rozwiązanie? Jeden z czynników mogących wespół z innymi zahamować lub nawet odwrócić trend spadającego zainteresowania czytelnictwem w Polsce?

AB: Wydanie audio „A kochał...” było raczej przedsięwzięciem promocyjnym niż próbą otwarcia nowego kanału docierania do czytelników. Runa specjalizuje się w książkach na papierze i na razie nie planujemy tego zmieniać.

K: A jak to jest, Twoim zdaniem, z niechęcią Polaków do czytania? Kto jest winny? Działający destruktywnie system nauczania, promujący ważnych/genialnych, lecz ciężkostrawnych klasyków, zamiast literatury lekkiej, rozrywkowej, która mogłaby nauczyć rzeszę młodych ludzi czerpania przyjemności z książek? Czy może winni są współcześni polscy krytycy? Wszak oni najgoręcej zachęcają do czytania prozy skierowanej do wąskiego grona czytelników-koneserów, afabularnej, o akcji niemal od początku do końca dziejącej się w głowach pasywnie nastawionych do życia pierwszoosobowych narratorów-bohaterów, literatury często li tylko autobiograficznej, w której nie treść, lecz eksperymenty ze strukturą tudzież językiem utworu są najważniejsze? Albo jeszcze inaczej: winni jesteśmy my sami. Tylko dlaczego choćby w krajach anglojęzycznych jest pod tym względem zdecydowanie lepiej? Czyżby Polacy niechęcią do literatury mieliby być genetycznie/mentalnie obciążeni? To zaczyna brzmieć cokolwiek absurdalnie...

AB: Nie odpowiem jednocześnie na osiem pytań, zwłaszcza że większość z nich jest skierowana raczej do socjologa, który potrafiłby dokonać poważnej analizy współczesnego czytelnictwa. Oczywiście możemy sobie pogadać o upadku sieci bibliotek, zmieniającej się strukturze wydatków w przeciętnej rodzinie, masie bodźców, która nas zewsząd atakuje, i wielości propozycji rozrywkowych, które konkurują o nasz wolny czas, braku rządowych programów propagujących czytanie etc. – ale umówmy się, że będzie to rozmowa dwojga dyletantów, którzy mądrzą się na temat, o którym nie mają pojęcia. Z mojej żabiej i prywatnej perspektywy wygląda to tak, że ulubionym sposobem spędzania czasu mojego dwuletniego syna jest czytanie książeczek. „Mama czyta” było drugim wypowiedzianym przez niego zdaniem – zaraz po „mama da”. Może nie pokocha klasyków – zapewne część z nich zaliczysz do kategorii nudnych – taką pierwotną dziecięcą miłością, jaką zapałała do nich jego mama, ale będzie znał i „Lillę Wenedę”, i „La Belle Dame Sans Merci”, bo mu je mama opowie zanim ktoś maluchowi wytłumaczy, kim jest Słowacki i Keats.
Nie zgodzę się również z oceną współczesnej polskiej prozy. Zbyt wiele się w niej dzieje ciekawych rzeczy, żeby je sprowadzić do afabularnej prozy dla koneserów (nawiasem mówiąc, kiedyś to określenie było komplementem). Nie uważasz, że nawet wśród finalistów tegorocznej Nike jest powieść, którą spokojnie mogą czytać miłośnicy literatury przygodowej – „Warunek” Rylskiego? Po prostu nie należy ulegać stereotypom i jednak te książki z „głównego nurtu” czytać, szczególnie że nikt nie potrafi precyzyjnie określić, czym ten główny nurt jest. Mam wrażenie, że używa się tego terminu trochę jako zaklęcia – jedni wypowiadają go z zawiścią („ci z głównego nurtu to mają dobrze, nagrody, kumple w telewizji i recenzje w każdym piśmie”), inni z pogardą („ech, w tym głównym nurcie tylko nuda i nikt tego nie czyta”). I kopanie głównego nurtu staje się takim małym środowiskowym rytuałem magicznym.

K: Ale podejście do mainstreamu się zmieniło. „Powieści Rylskiego, Tokarczuk, Chwina czy Barta to sam cymes”, wielu (coraz więcej) miłośników fantastyki tak zaczyna mówić. Niedawno nagrodą World Fantasy Award został nagrodzony Haruki Murakami, pisarz głównonurtowy, typowany w tym roku do literackiego Nobla. Między innymi dlatego wydaje się, że podział „getto fantastyczne-cała reszta” – na Zachodzie może bardziej, ale i u nas również – staje się anachronizmem.
Mnie szło raczej o to, że w wyrabianiu w Polakach chęci czytania książek bardziej skuteczne byłyby powieści pisane na podobieństwo tych XIX-wiecznych – z mięsistą fabułą, rozmachem, autorską wizją rozpięta na więcej niż tylko 100, góra 200 stronach. Tymczasem poruszający ten problem „Lament miłośnika cegieł” – zeszłoroczny dukajowy artykuł opublikowany w Gazecie Wyborczej – wydaje się głosem wołającego na puszczy. Nie widać wśród krytyków przewartościowania ocen. Nike zdobył „Paw królowej” – książka-wydmuszka.

AB: Zauważ, że poruszasz tutaj kilka różnych spraw i wypadałoby każdą z nich skomentować nieco inaczej. Po pierwsze, bardzo się cieszę, że Haruki Murakami jest pisarzem popularnym i że doceniono go również w środowisku miłośników fantastyki. Ale – trzymając się następnego przykładu – nie jestem przekonana, że powieści Rylskiego są równie popularne i uznawane za sam cymes (chociażby z tego prostego powodu, że te powieści pojawiają się znacznie rzadziej, więc i wypromować je trudniej), a szkoda, bo to bardzo ciekawa, przemyślana proza.
Niemniej cieszy mnie Twoje przekonanie, że doświadczenia literackie miłośników fantastyki są tak szerokie, bo znaczy to, że coraz rzadziej będą się pojawiały w sieci recenzje traktujące, powiedzmy, przygodowe książki popularne jak arcydzieła prozy. Przy czym nie mam nic przeciwko przygodówkom, chodzi mi raczej o umiejętność przypisania książki do określonej kategorii i oceniania jej w kontekście innych tekstów. Cieszy mnie, że niebawem recenzenci zaczną zwracać uwagę na sposób, w jaki autor używa języka, na kompozycję tekstu, na nietypowość obrazowania, na stylizację. Przez tę ostatnią rozumiem coś więcej niż upstrzenie tekstu, dajmy na to, okazjonalnymi „waściami” i „kurwimi synami”, lecz dopasowanie formy do epoki i sensu dzieła (pięknie o tym pisała Marguerite Yourcenar na marginesie „Pamiętników Hadriana”).
Jeśli zaś chodzi o lament JD nad upadkiem tradycyjnej powieści, to zwracam uwagę, że rozmawiamy tutaj o preferencjach osobniczych – jednemu marzy się cegła na miarę „Krystyny, córki Lawransa”, innemu słodko brzmią miniaturki Babla. Objętość książki nie wydaje mi się ani wadą, ani zaletą, jest po prostu pewną cechą, którą będziemy preferowali lub nie – podobnie jak wybujały triceps czy zielone oczy u partnera. Rzecz gustu po prostu. Mój gust literacki jest dość konserwatywny, cenię tradycyjną fabułę, ale nie widzę żadnego powodu, aby wielkie, tradycyjne powieści cenić bardziej niż eseje, i jedne, i drugie mogą być świetne w swojej kategorii.
Na koniec kilka słów o prozie Doroty Masłowskiej. Zabawne, ale opinie o jej książkach są bardzo spolaryzowane, jedni się zachwycają, inni pogardzają. Dla mnie są to całkowicie obce teksty, doceniam obserwacje językowe, które są naprawdę niesamowite, a jednocześnie ta proza pozostawia mnie obojętną. I nie próbuję jej tutaj deprecjonować, po prostu nie moja broszka.

K: „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość” (Woody Allen). Ponieważ to tylko słowa i ponieważ czytelnikom być może, a na pewno autorowi wywiadu, ciężko idzie utożsamianie z absolutem, zdradź, proszę – na koniec – swoje literackie zamiary (i chociaż jeden pozaliteracki).
Dokończenie sagi, powrót na Półwysep, nowy tomik opowieści z Wilżyńskiej Doliny? A może szykujesz czytelnikom jakieś niespodzianki? Coś w nowej, jak dotąd niekojarzonej z Tobą poetyce?

AB: Teraz pracuję nad książką z czasów pierwszej wojny światowej i mam nadzieję, że ukaże się latem przyszłego roku. To projekt poniekąd niezamierzony. Pisałam opowiadanie do antologii i zgrzeszyłam „dukaizmem”, mianowicie opowiadanie rozrosło się w powieść. Faktycznie jest utrzymane w zupełnie innej poetyce niż moje poprzednie teksty, bo rozgrywa się na froncie. Przygoda z powieścią militarną okazała się na tyle wciągająca, że teraz pracuję nad inną częścią tego projektu, rozgrywa się to w Czarnej Afryce, a w planach jest jeszcze przygoda grupy żołnierzy ANZAC wśród niebezpieczeństw Starego Świata.

K: Ach, w takim razie jeszcze jedno, naprawdę ostatnie pytanie: jak prace nad „Letnim deszczem. Sztyletem” – zakończone, czy odłożone na potem?

AB: Akurat kończymy prace nad redakcją „Żmijowej harfy”, niebawem ukaże się drugie wydanie, a w międzyczasie powoli piszę tę wojenną książkę, która wynikła dość niespodzianie i która, mam nadzieję, będzie dla czytelników dużą niespodzianką. A zaraz po jej skończeniu siadam z powrotem do zbója. Chyba oboje dojrzeliśmy wreszcie do ostatecznego rozstania.

K: Serdecznie dziękuję za poświęcony czas.

Wywiad przeprowadził Mateusz "Achmed" Wodyk.


Autor: Mateusz Wodyk
Dodano: 2006-12-12 17:32:53
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

ASX76 - 20:28 12-12-2006
Bardzo ciekawy wywiad :)

Wielka szkoda, że na ostatnią odsłonę cudownego cyklu o Twardokęsku przjdzie jeszcze bardzo długo poczekać.
Liczyłem na to, że akcja nowych utworów pani Brzezińskiej będzie toczyć się w dawnych czasach, a tu taka przykra niespodzianka...

Achmed - 23:12 12-12-2006
ASX76 pisze:Wielka szkoda, że na ostatnią odsłonę cudownego cyklu o Twardokęsku przjdzie jeszcze bardzo długo poczekać.
Liczyłem na to, że akcja nowych utworów pani Brzezińskiej będzie toczyć się w dawnych czasach, a tu taka przykra niespodzianka...

Pfch. Przykra. Awżyciu.

Azirafal - 09:24 13-12-2006
Kto wie, kto wie... Może z tego coś ciekawego wyniknie ;)

ASX76 - 09:52 13-12-2006
Achmed pisze:
ASX76 pisze:Wielka szkoda, że na ostatnią odsłonę cudownego cyklu o Twardokęsku przjdzie jeszcze bardzo długo poczekać.
Liczyłem na to, że akcja nowych utworów pani Brzezińskiej będzie toczyć się w dawnych czasach, a tu taka przykra niespodzianka...

Pfch. Przykra. Awżyciu.


Ach Ty niedobry... :P

Achmed - 10:01 13-12-2006
A bo przykra to by była wtedy, kiedy AB zawiesiłaby klawiaturę na kołku. A nie zawiesiła, pisze :-)

GeedieZ - 10:38 13-12-2006
Hm, nie widziałem tego komenta Dukaja do recenzji w internecie ale też to zauważyłem. Dlatego czytam Katedrę - tutaj nie piszecie recenzji pod zamówienie i nie boicie się ostrych opinii.

ASX76 - 11:46 13-12-2006
Achmed pisze:A bo przykra to by była wtedy, kiedy AB zawiesiłaby klawiaturę na kołku. A nie zawiesiła, pisze :-)


A to było tak od razu pisać. :D A nie przez dwuznaczne niedopowiedzenia niepotrzebnie mnie denerwować. :wink: A ja taki wrażliwy jestem... :P

Shadowmage - 18:06 13-12-2006
Popieram Achmeda, ważne że pisze :) A poza tym II WŚ to także ciekawe pole do wykorzystania, w fantastyce raczej pomijane (na szybko do głowy mi tylko Mortka przychodzi).

GeedieZ-->staramy się, choć nie ukrywam, że powoduje to czasem pewne starcia z wydawcami :P A komentarz Dukaja jest na syffie.

Achmed - 00:43 14-12-2006
Shadowmage pisze:A poza tym II WŚ to także ciekawe pole do wykorzystania

Mała korekta, żeby przypadkiem ludzi fałszywie nie zamemić: I WŚ, nie II :-)

Shadowmage - 16:05 14-12-2006
Siła sugestii... właśnie czytając wywiad zastanawiałem się jak będzie to czasowo połączone, bo jakoś mi to strasznie rozciągnięte wyglądąło. A tu się okazało, że czytać nie potrafię :P

ASX76 - 17:03 14-12-2006
Shadowmage pisze:Siła sugestii... właśnie czytając wywiad zastanawiałem się jak będzie to czasowo połączone, bo jakoś mi to strasznie rozciągnięte wyglądąło. A tu się okazało, że czytać nie potrafię :P


Zgadzam się w całej rozciągłości. :P

Komentuj


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e03)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e02)

Recenzje

Brzezińska, Anna - "Córki Wawelu"


 Bourne, J.L. - "Armagedon dzień po dniu"

 Szrejter, Artur - "Legenda wikingów. Opowieść o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach"

 Lem, Stanisław - "Dzienniki gwiazdowe II"

 Cherezińska, Elżbieta - "Płomienna Korona"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Bennett, Robert Jackson - "Miasto schodów"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

Fragmenty

 Duszyński, Tomasz - "Impuls" #1

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS