NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Szabałow, Denis - "Prawo do zemsty"

Cameron, Miles - "Straszny smok"

Ukazały się

Carson, Rae - "Złotowidząca. Księga 2. Schronienie"


 Hałas, Agnieszka - "Pośród cieni" (Rebis)

 Ziemiański, Andrzej - "Virion. Wyrocznia"

 antologia - "Ojciec"

 Basztowa, Ksenia & Iwanowa, Wikoria - "Ciężko być najmłodszym"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie" (wyd. 2)

 Howey, Hugh - "Pył"

 Howey, Hugh - "Silos"

Linki

Thompson, Paul B. - "Nemezis"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Maskarada
Data wydania: 2001
ISBN: 83-87376-87-6
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 368
"cykl maskarady", tom 2seria: Magic: The Gathering



Thompson, Paul B. - "Nemezis" #1

PROLOG: Soczewka

Wiecznie szare niebo Rath pociemniało, z perłowego przybierając odcień łupek. Wtedy dopiero wysłannik odważył się poruszyć. Cały dzień i noc spędził w ukryciu, wciśnięty w szczelinę między dwoma potężnymi drzewami. Okrywający go płaszcz z kapturem przybrał barwę i fakturę kory. Te same właściwości posiadał specjalny barwnik na jego dłoniach i twarzy. Kiedy tkwił w swej kryjówce, zdarzało się, że elfy mijały go w odległości wyciągniętej ręki. Mógł je bezkarnie zabijać, lecz nie takie otrzymał rozkazy. Wyznaczono mu konkretny cel, a jego nowi władcy nie tolerowali samowoli.
Kiedy cienie Niebosiężnego Lasu wydłużyły się, wysłannik rozprostował zdrętwiałe, bolące kończyny. Czuł się, jakby tysiące rozpalonych igiełek kłuło mu nogi, jego ulepszone zmysły jednak pozwalały mu na blokowanie uczucia niewygody, jak również głodu, strachu czy sumienia.
Wokół kręcili się mieszkańcy wioski. Zielone światło ich latarni przesączało się przez liście. Mężczyzna zamarł na chwilę, przerażony własnym cieniem na czarnej powierzchni wody. Uniósł zakapturzoną głowę i ujrzał mieszkańców drzew przechodzących beztrosko nad nim, wspinających się po drabinach z pnączy i mostach z wyćwiczoną łatwością.
Jego celem był wielki dom w koronie drzewa, na środku osiedla. Ostatni atak na twierdzę pozostawił wioskę bez ochrony wojowników, lecz samotny elf w sile wieku, odziany w pancerz z wężowej skóry, opierał się o drzwi.
Nie wolno ci go nie docenić, wyszeptał głos mistrza w głowie wysłannika. To, co elfy tracą z wiekiem, nadrabiają umiejętnościami.
Mężczyzna ominął starego wartownika szerokim łukiem, przemykając pod werandą, aż znalazł się po przeciwnej stronie pnia. Olbrzymi bagienny wiąz, żywa kolumna o średnicy dwudziestu stóp, stanowiła oś domu. Na pniach swych nadrzewnych domostw elfy uprawiały specjalny gatunek szarozielonego porostu. Wyglądał zupełnie nieszkodliwie, lecz pod naciskiem wydzielał oleistą substancję, uniemożliwiającą wspinaczkę. W normalnych okolicznościach miało to chronić osadę przed atakami wrogich merfolków i wielkich drapieżnych węży.
Pod swym kameleonim okryciem wysłannik nosił dwie pary opasek z czarnej tkaniny. Jedna z nich wyposażona była w pętle na palce, druga w taśmy, pozwalające zamocować ją na kolanach. Wydzielały one lepką substancję wynalezioną w osobistym laboratorium mistrza. Wysłannika zapewniono, że poradzi ona sobie z elfimi porostami.
Skoczył na pień i przylgnął do niego jak osa do plastra miodu. Wyciągnął w górę prawą rękę i kolano - opaski natychmiast przywarły do kory. Niedługo potem jego głowa znalazła się na wysokości nadrzewnej platformy. Przyssawki były równie skuteczne na gładkich powierzchniach. Kilka chwil później wysłannik stanął na deskach werandy.
Dom spowijała cisza. Tak właśnie miało być - pan domostwa był daleko, walcząc z siłami mistrza. Zza okiennic, zasłaniających wnętrze pokoju, padało przyćmione światło lampy. Czyżby jeszcze nie spała?
Mężczyzna palcem rozepchnął listewki okiennicy. Półokrągłe pomieszczenie zostało wyciosane w żywym pniu drzewa. Pod przeciwległą ścianą, z dala od drzwi, stało łoże ze splecionych gałęzi. Na nim, przykryty wyprawionym, zielonym futrem leżał cel jego misji. Rzeźbiony anioł przy drzwiach trzymał w dłoniach odkrytą latarnię.
Okiennice zamknięte były na zwykły haczyk, który bez oporu poddał się naciskowi ostrza noża. Mężczyzna otworzył okno i przełożył nogę przez parapet. Postać na łóżku nawet nie drgnęła. Wysłannik wśliznął się do wnętrza, zamknął za sobą okiennice i podszedł do drzwi. Zamknięto je od środka, blokując masywną, rzeźbioną belką, grubą jak jego ramię. Tak prymitywne zabezpieczenia nie mogły powstrzymać wysłannika mistrza.
Podkradł się do posłania, zdejmując z rąk przylepne opaski, ukląkł przy nim i dokładnie przyjrzał się twarzy śpiącej. To była ona, nie ulegało to żadnej wątpliwości. Ile dni patrzył w jej oczy i czuł miłość? Ile dni zabrało sługom mistrza wyplenienie z niego tych uczuć?
Gwałtownym ruchem wyrwał z pochwy nóż. Ostrze chwiało się przez chwilę w padającym z lampy świetle - resztki jego osobowości zmagały się z nowo wpojoną lojalnością. Nie potrafił... nie potrafił się oprzeć. Nóż wśliznął się bezszelestnie w miękkie posłanie. Mężczyzna wyjął otrzymaną wcześniej fiolkę i czubkiem ostrza przebił zatykający ją wosk.
Wystarczy jedna kropla.
Początkowo miał wpuścić odrobinę substancji do oka lub ust ofiary, dostrzegł jednak coś, co skłoniło go do zmiany planów. Nad łóżkiem, z wbitego w ścianę kołka zwisał pióropusz. Wysłannik delikatnie wyrwał z niego pojedyncze, niebieskie pióro. Jeszcze nie tak dawno temu sam nosił coś takiego...
Zanurzył koniec pióra w fiolce i delikatnie je wyciągnął. Skroplona na czubku, przezroczysta ciecz pachniała świeżo skoszoną trawą. Mężczyzna zbliżył truciznę do ust śpiącej...
Z jakiegoś powodu wyczuła jego obecność i obudziła się w momencie, w którym eliksir dotknął jej warg. Otworzyła szeroko oczy.
Wysłannik upuścił fiolkę i sięgnął po nóż.
Nie może krzyknąć.
Żaden dźwięk nie dobył się z lekko rozchylonych ust. Nie żyła. W chwili w której śmiercionośny płyn dotknął jej warg, jej życie zgasło. Oczy, wciąż wilgotne od snu, niewidzącym wzrokiem patrzyły na swego zabójcę. Nawet nie drgnął - po prostu je zamknął.
Jego misja jednak została wypełniona dopiero w połowie. Pośpiesznie rozejrzał się w poszukiwaniu czegoś, co pomogłoby mu ukryć ciało. Skóra szmaragdowego węża wydałaby go w ciemnościach - potrzebował czegoś odpowiedniejszego. Znalazł brązowy koc domowej roboty, kupiony zapewne od jakiegoś tkacza z Dal, i odrzucił na bok skórzane okrycie. Lniana koszula dziewczyny mogłaby szeleścić, więc ją zdarł. Martwe ciało przypominało jeden z posągów mistrza - w przygasającym świetle lampy jej skóra wydawała się przezroczysta. Mężczyzna trzykrotnie przełknął ślinę, próbując pozbyć się tkwiącej w gardle dziwnej guli.
Nagle na zewnątrz rozległ się hałas - krzyki i gwar tłumu. Wysłannik drgnął i pospiesznie zarzucił koc na ciało. Delikatne pukanie do drzwi zabrzmiało w małym pomieszczeniu niczym huk gromu.
- Avila? Śpisz? - odezwał się kobiecy głos - Słyszałaś nawoływania? Wraca twój ojciec! Niedługo tu będzie!
Mężczyzna podbiegł do okna. Jego nóż i otwarta fiolka trucizny wciąż leżały na łóżku dziewczyny. Nie było już czasu ich pozbierać, miał zajęte ręce.
- Avila? Avila, wszystko w porządku?
Nikt nie odpowiedział. Kobieta pospiesznie odbiegła od drzwi.
- Firanu! - zawołała. - Firanu, chodź prędko! Coś się stało Avili!
Było już za późno na skradanie się. Mężczyzna uderzył ciałem w okiennice, wyłamał je, wypadł na werandę i pognał w kierunku pomostu - pościg będzie się raczej spodziewał ucieczki na dół, do łodzi, a nie w korony drzew. Okrążył pień wielkiego drzewa i wpadł na starszego strażnika, bez wątpienia Firanu. Elf trzymał w rękach włócznię o kolczastym ostrzu.
- Stój, bo cię zabiję.
Wysłannik zatrzymał się tak gwałtownie, że koc obsunął się, odsłaniając kołyszącą się bezwładnie głowę jego ofiary.
- Avila!
Mężczyzna rzucił się naprzód i kopnięciem wytrącił włócznię z rąk Firanu. Zanim elf zdążył sięgnąć po nóż, porywacz pochylił głowę i uderzył go w pierś. Stalowy czepiec, który nosił pod kapturem, zderzył się z mostkiem Firanu. Stary strażnik z jękiem wypadł za poręcz.
Krzyki tłumu były coraz głośniejsze. Przed ściganym pojawiła się kobieta - elfia matrona o twarzy niezwykle podobnej do martwej dziewczyny. Spostrzegła wysłannika. Farba na jego twarzy przybrała szary kolor nocy.
- Porwanie! - wrzasnęła. - Porwanie! Porywają dziecko mojego brata!
Nie próbowała jednak go zatrzymać. Pognał w górę, ku pomostowi, przeskakując w pędzie po trzy lub cztery stopnie. Po obu stronach widział blask coraz liczniejszych latarni. Biegł ku chwiejnemu mostowi z desek i pnączy. Za sobą usłyszał wołanie o pomoc.
Na obu krańcach pomostu zbierały się elfy, niektóre z nich uzbrojone. Któryś wskazał go palcem i krzyknął. Wysłannik ledwie na niego spojrzał. Pobiegł przed siebie najszybciej, jak tylko mógł.
Nie liczy się nic oprócz wykonania zadania. Ani życie twoje, ani nikogo, kto stanie na twojej drodze.
Na bliższym krańcu mostu pojawił się uzbrojony we włócznię elf. Mężczyzna upuścił swoje brzemię i skoczył na nowego przeciwnika. Zanim ten zdołał unieść broń, podobny upiorowi napastnik dopadł go i powalił na deski mostu. Zwarli się w walce. Mężczyzna zakończył szamotaninę uderzeniem okrytego stalą czoła, jego twarz jednak spłynęła krwią mieszającą się z kameleonią maścią. Zepchnął martwe ciało wojownika z pomostu w ciemne odmęty wód i podniósł włócznię.
Coraz więcej elfów zbierało się na podestach po obu stronach. Miały ze sobą broń, jaką tylko mogły w pośpiechu znaleźć - maczugi najeżone wężowymi kłami, cepy, sękate pałki - ale szczęśliwie dla niego żadnych łuków. Zarzucił owinięte w koc ciało na ramię. Elfy wpadły na most.
- Tam jest!
- Co to jest? Demon?
- To nie demon. Spójrzcie - krwawi!
Rozległy się zachęty do upuszczenia owej krwi jeszcze więcej. Wysłannik spokojnie ustawił się na środku mostu i uniósł zdobytą włócznię. Obok niego zafurkotała ciśnięta maczuga. Odwrócił się ku najbliższym prześladowcom i zawarczał, obnażając zęby. Światło pochodni zalśniło na stalowych kłach. Udoskonalenie, jak powiedzieli jego władcy, kiedy wyrwali jego naturalne uzębienie i wstawili metalowe szpikulce. Rozwścieczone elfy zmartwiały, przerażone widokiem.
Włócznia była w tych okolicznościach bezużyteczna, więc cisnął ją w kierunku swych prześladowców. Chwycił jedno z utrzymujących most pnączy i wgryzł się w nie swymi metalowymi kłami. Puściło z trzaskiem. Lewa strona mostu zwisła. Elfy pospiesznie cofnęły się na podesty. Wysłannik obrócił się i równie sprawnie przegryzł drugą linę.
Most zarwał się. Miejsce jednak zostało wybrane perfekcyjnie. Część pomostu, na której stał, była wystarczająco długa, by sięgnąć powierzchni wody i zatrzymać się przed uderzeniem o pień drzewa.
Ściskając swoją zdobycz, wysłannik zanurkował w ciemne wody. Jego płaszcz i maść przybrały czarną barwę nocy. Wkrótce zniknął w ciemnościach.
Wiedział, że to jeszcze nie koniec. Elfy były mistrzami w tropieniu i polowaniu. O brzasku wyruszą za nim w pościg, a portal, do którego zmierzał, był oddalony o dobre pół dnia drogi.
Porażka nie wchodzi w rachubę. Wypełnisz zadanie bez względu na cenę.
Mężczyzna ścisnął mocniej ciało dziewczyny i popłynął szybciej.

* * *

Światło rozprasza ciemność - to podstawowa zasada, prawo natury na każdym znanym świecie. Na planie Phyrexii jednak natura nie istnieje. Tu światło nie włada nad ciemnością, lecz jej służy.
Czwarty Poziom tego przedziwnego miejsca był sferą olbrzymich pieców. Tu powstawały części do wielu z phyrexiańskich żywych maszyn. Okrągłą dobę (bo nie ma tu dnia ani nocy) gromady niewolników-gremlinów karmiły wysokie na milę piece złomem ze zbędnych mechanizmów. Stopiony metal obrabiano w gigantycznych, automatycznych walcowniach, a z uzyskanych w ten sposób mieszanek odlewano, prasowano i wytłaczano części do nowych phyrexiańskich machin. Kiedy gremliny słabły, je również utylizowano, uzupełniając ubytki w ich szeregach mniej wymagającymi robotnikami.
Zadanie, przydzielone jednemu z nich o imieniu Dabir, było więc dość niezwykłe. Pomniejszy, niezbyt bystry stwór znany był ze swej solidności i całkowitego podporządkowania swoim władcom. Jego bezpośredni przełożony, kapłan kadzi Paax, wyznaczył mu niecodzienne zadanie. Dabir już od kilku godzin stał przed migoczącym portalem do innego planu, niecierpliwie oczekując przybycia... jeszcze raz, na co czekał?
- Na próbkę - rzekł Paax.
- Jaką próbkę?
Potężny kapłan wyciągnął naoliwione, pokryte kwasorytami ramię, aż jego czarne palce zatrzymały się o cal od zakrzywionego nosa Dabira. Z dłoni demona strzeliła niebieska iskierka i gremlin runął na oleistą, metalową podłogę Czwartego Poziomu, skręcając się z bólu.
- Nie dociekaj woli lepszych od ciebie - powiedział Paax. W jego głosie słychać było ciche, metaliczne kliknięcia wadliwego regulatora oddechu. - Wypełniaj polecenia.
Dabir pozbierał się z podłogi, pocierając pulsujący bólem nos. Smród spalonego ciała był tak silny, że wywracał nawet jego żołądek.
- Dabir zawsze słuchać wielki, mądry Paax - zaskomlał.
Kapłan obrócił swe smukłe podwozie i zaczął oddalać się na czterech delikatnych, pajęczych nogach. Jego tylne usta poruszyły się w ostrzeżeniu.
- Bądź przy portalu o wyznaczonym czasie. Odbierz próbkę i dostarcz ją do monitora 8391 przy stanowisku 441. Karę za niepowodzenie znasz.
Paax nachylił się, by nie zawadzić swym masywnym korpusem o dymiący przewód kominowy i po chwili zniknął w labiryncie radiatorów i przewodów smarownic.
Dabir siedział więc przy otwartym portalu - świecącej płaszczyźnie o powierzchni dwunastu cali kwadratowych - czekając na próbkę. Przez międzywymiarowe wrota dostrzegał świat niezwykle odległy od znanego mu piekła. Powierzchnią tego nieznanego miejsca była ziemia i kamień, nie oleisty metal, na wietrze zaś falowały żywe rośliny. Kiedy gremlin podchodził za blisko, portal migotał niczym rozgrzane powietrze przed drzwiami pieców. Obawiając się uszkodzić eteryczne przejście, Dabir starał się trzymać od niego z daleka.
Czekał przez całą zmianę, rozcierając zdrętwiałe od długiego siedzenia pośladki. Odwrócił się plecami do portalu i splótł szponiaste dłonie z palcami u nóg o pożółkłych paznokciach, nudząc się tak bardzo, jak tylko gremlin nudzić się potrafi.
Nagle za nim rozbłysło niebieskie światło. Zerwał się i zobaczył portal, czterokrotnie większy niż dotąd. Zakapturzona postać biegła przez wysoką, suchą trawę w kierunku przejścia, ścigana przez tuzin żywych istot. Ich usta poruszały się, lecz Dabir nie był w stanie usłyszeć, co mówią. Portal nie przenosił dźwięku.
Kilka z wysokich postaci, odzianych w malowane skóry i pióra, napięło cięciwy łuków i wypuściło strzały w kierunku uciekającego. Trzy z nich trafiły i odbiły się. Czwarta znalazła szczelinę w pancerzu wysłannika i do połowy wbiła się w jego plecy. Raniony potknął się. Wtedy po raz pierwszy Dabir spostrzegł przerzucony przez jego bark spory tobół.
- Szybko! Chodź! - krzyknął gremlin. Nie obchodził go ranny wysłannik. Obawiał się kary, gdyby ten nie zdołał dotrzeć do portalu. Mignęło jeszcze kilka strzał. Następna znalazła cel i zakapturzona postać upadła, upuszczając na ziemię niesiony ciężar.
Dabir zmoczył się z przerażenia. Wepchnął swe długie ramiona w migoczący portal. Na oleistej skórze poczuł drażniące, lecz nie nieprzyjemne kłucie. Drogocenna próbka leżała tuż poza zasięgiem jego pazurów. Zmobilizowany wizją własnej długiej i bolesnej śmierci gremlin wsadził głowę w międzywymiarowe okno.
Poczuł czyste powietrze, bez zapachu oleju czy sadzy. Po chwili usłyszał krzyki łowców. Padające z jakiegoś nieznanego źródła światło raziło go w oczy. Wyciągnął ręce po tobół. Jego własne ruchy wydawały mu się spowolnione, jakby pływał w gęstym oleju.
Poczuł, że palce dziwnie mu drętwieją i że uczucie to wędruje w górę jego ramion. Rozpaczliwym szarpnięciem złapał krawędź koca, naprężył długie nogi i niewiarygodnym wysiłkiem wciągnął tobół w portal.
Z głuchym hukiem zwalił się na metalowe kratownice Czwartej Sfery. Portal zaczął się kurczyć. Ranny mężczyzna uniósł dłoń, w ostatnim salucie, a może prośbie. Dabir patrzył, jak powalonego otaczają wysokie postacie. W rękach miały włócznie. Ich drzewce zaczęły bezlitośnie wznosić się i opadać... Portal skurczył się do kilku cali, zamigotał i znikł.
Gremlin zerwał się na kolana. Siedział w cieniu tworzonym przez nieustający blask palenisk i gryzł ręce, próbując przywrócić w nich czucie. Jego zazwyczaj połyskliwie czarna skóra nabrała koloru popiołu w miejscach, które znalazły się po drugiej stronie portalu. Odrętwienie powoli ustępowało, ale kolor nie powrócił.
Zapach czegoś wyśmienitego podrażnił jego potężny nos. Wepchnął go w dziurę w poszarpanym kocu i niuchnął. Brzydkie, białe coś w środku miało ten sam zapach co powietrze po drugiej stronie. Żadnego oleju, sadzy czy oparów kwasu. Wsunął w dziurę język i polizał. Ciało, od niedawna martwe i wciąż słodkie. Phyrexiański wysłannik zginął, by dostarczyć trupa.
Dabir zaniósł ciało do monitora 8391, tak jak mu kazano, po czym udał się wypełniać inne obowiązki. Monitor 8391 prowadził laboratorium analizy jednostek organicznych. Umieścił smukłe ciało na stole. Spryskał je chemikaliami, które usunęły naturalne owłosienie. Phyrexianin dokładnie zmierzył cyrklem wszystkie istotne wymiary, po czym ostrożnie nakrył głowę dziewczyny kwadratową płachtą pływmaterii. Na jego polecenie tworzące ją mikroskopijne mechanizmy rozpełzły się po zimnej skórze, ciasno przylegając do każdej wypukłości rysów. Kiedy skończyły, dysponował idealnym odlewem twarzy martwej dziewczyny.
Monitor 8391 przekazał ciało jednostce nekrometrycznej 725 do dalszej obróbki. Odsączono płyny ustrojowe. Krew skażona była trucizną, przez co bezużyteczna. W jej miejsce miał zostać użyty substytut. Ciało ostrożnie oddzielono od kości i umieszczono w kadziach hodowlanych, aby tkanki zachowały się do ewentualnego ponownego użycia. Wysterylizowany, wyczyszczony do połysku szkielet wysłano z powrotem do monitora, który ponownie użył swych umiejętności, mierząc go tak dokładnie, na ile pozwalała mu czułość jego przyrządów. Uzyskane w ten sposób wymiary przesłano do procesora kontrolującego potężny mechanizm stanowiska 44.
Walce i prasy maszyny zazgrzytały i ożyły. Ze sztab duraluminium i stali uformowały twardy, metalowy szkielet, identyczny z tym, który wymierzył monitor. Skopiowana została każda kość, od pojedynczych kostek dłoni po palce stóp. Dziewczyna złamała kiedyś prawą rękę - zwapnione miejsce zrośnięcia zostało dokładnie odzwierciedlone w duraluminiowym przedramieniu.
Kompletny, błyszczący szkielet zamknięto w sterylnej, miedzianej kapsule, mającej chronić go przed wszechobecnym, oleistym deszczem Czwartej Sfery. Gremliny załadowały ją do pneumatycznej rury przesyłowej, którą ze świstem dotarła do kadzi kultur hodowlanych. Błyszczące kości zostały na powrót okryte organami i tkankami. Wraz z nimi zainstalowano pewne usprawniające mechanizmy, zaprojektowane przez phyrexiańskich inżynierów. Prymitywne i nieefektywne procesy spania i jedzenia wyeliminowano, wypełniając żyły cyborga połyskującym, phyrexiańskim olejem zamiast krwi. Nowe ciało będzie sześciokrotnie szybsze i silniejsze niż czysto organiczna forma, na której zostało oparte. Będzie odporne na gorąco i zimno, a jego zmysły przewyższą swą czułością zmysły dowolnego elfa czy człowieka. Ostatecznym krokiem było użycie sporządzonej przez monitora 8391 formy do odtworzenia twarzy.
Pozbawione życia ciało umieszczono w kolejnej miedzianej kapsule i wysłano na dół, do Sfery Szóstej, gdzie miał się nim zająć członek Wewnętrznego Kręgu, Abcal-dro, sługa samego mrocznego władcy Phyrexii.

* * *

Obudziła się w okrągłym, kopulasto sklepionym pomieszczeniu. Panował w nim chłód. Spojrzała na swe nagie ramiona i nogi pokryte gęsią skórką. Chwila koncentracji i jej skóra wygładziła się, kiedy ciepło rozeszło się wzdłuż żył.
Jak dziwnie było czuć nowe ciało... Obco, a zarazem znajomo. Rozluźniła się, sprawdzając dłonie, ramiona i nogi. Z jej nosa wydostawały się delikatne obłoczki pary - oddychała. Wszystkie części działały. Wszystkie systemy sprawne.
Ściany pomieszczenia zrobiono z wypolerowanego, niebieskiego szkła, bez widocznych łączeń czy spawów. Bez wysiłku oceniła wysokość kopuły na szesnaście i trzydzieści dziewięć setnych stopy. Podeszła wolno do jedynego w pomieszczeniu obiektu - wysokiego na pięć stóp, chromowanego trójnogu, nad którym unosiła się czarna kula o średnicy czterech cali.
Pewnych rzeczy była świadoma, innych nie. Wiedziała, że żyje i że znajduje się na Phyrexii. Znała tabelę okresową pierwiastków, znała współczynnik rozprężania sprężonej pary wodnej w turbinie, wiedziała, z jaką szybkością mnoży się w optymalnych warunkach pływskała. Wiedziała, jak uderzyć człowieka, by zadać mu najpoważniejsze rany, lecz potrafiła też nastawić złamaną nogę gołymi rękami.
Nie wiedziała, jak ma na imię.
- Nie zostało jeszcze ustalone - powiedział spokojny, bezpłciowy głos.
Odskoczyła od unoszącej się w powietrzu kuli i przykucnęła pod ścianą. Nie zrobiła tego ze strachu. Przyjęła pozycję obronną, umożliwiającą wyprowadzenie skutecznego ataku na niewidocznego w tej chwili mówiącego.
- Jestem Abcal-dro, twój pan. Wstań.
Usłuchała.
- Mów. Potrafisz - powiedział głos.
- Kim jestem?
- Nazywasz się Belbe. - Imię składało się z dwóch sylab, bell-be.
- Co to oznacza?
- Pochodzi ze starożytnego języka thran, be’el-be. Oznacza soczewkę.
Podeszła do lśniącego trójnogu na środku pomieszczenia.
- Soczewka. Urządzenie, które skupia lub rozprasza promienie światła lub inne formy energii - wyrecytowała.
- Prawidłowo.
Belbe przyjrzała się swym dłoniom.
- Czy ja skupiam światło?
- W twoim przypadku imię jest przenośnią. Ponieważ udajesz się między stworzenia z ciała, oczekuje się od ciebie posiadania imienia.
- Dokąd wyruszam?
- Do planu Rath.
Zamknęła oczy i zaczęła myśleć.
- Rath. Sztuczny świat, stworzony przez naszego najwyższego pana, zbudowany z nanomaszynowego kamienia pływowego, znajdujący się we własnym planie pod współrzędnymi...
- Przestań. - Rozkaz, mimo że wyrażony łagodnie, był absolutny. Belbe nie tylko przestała mówić. Całkowicie skamieniała.
- Naucz się nie wypowiadać głośno swych myśli. Czyniąc to, zdradzasz zbyt wiele i nudzisz słuchaczy.
Belbe trwała w bezruchu, niczym posąg z ciała i metalu.
- Mów - rozkazał Abcal-dro.
- Wypełniam jedynie twoją wolę, o wielki.
Dziwny, płynny, bulgoczący śmiech wypełnił kopułę. Nagle urwało go westchnienie.
- Słuchaj uważnie, Belbe. Wkrótce wyruszysz na Rath jako nasz posłaniec. Nasza soczewka, można by powiedzieć. Nadchodzi czas zbliżenia Rath i Dominarii, planu naszych przodków. Kiedy koniunkcja ta nastąpi, wszystko to, co znajduje się na Rath, będzie też na Dominarii...
- A wszystko, co na Dominarii, znajdzie się na Rath.
Chwila ciszy.
- Tak.
Chłód ścisnął swymi szponami jej sztuczne serce. Nawet najlżejsze ukłucie dumy najwyższego kapłana orało jej wnętrzności niczym lodowa brzytwa.
- Stworzono cię tak, byś przypominała mieszkańców Rath, nie twych panów na Phyrexii. W rzeczy samej naturalne środowisko Phyrexii jest dla ciebie niebezpieczne, dlatego też musisz przebywać w kapsule środowiskowej do momentu wyruszenia. Uczyniliśmy cię do nich tak podobną, jak to było możliwe, co jest istotnym czynnikiem twego zadania. Namiestnik Rath opuścił wyznaczone mu stanowisko dla wywarcia osobistej zemsty. Jego samowola stoi w sprzeczności z naszymi planami i nie będzie tolerowana. Należy znaleźć nowego mistrza na jego miejsce. Ty go dla nas wybierzesz. Ponieważ selekcja naturalna jest najlepszym sposobem oddzielenia słabych od silnych, pozwolisz pretendentom zmagać się ze sobą nawzajem, dopóki jeden z nich nie okaże się najlepszy. Będziesz naszym obserwatorem. Może się zdarzyć, że uznasz... - Pomieszczenie znów wypełnił bulgoczący śmiech. - Pozwalamy ci wziąć udział w zmaganiach wedle własnego upodobania.
- Nie wolno ci dopuścić do jednej tylko rzeczy. Koniunkcja Rath i Dominarii pod żadnym pozorem nie może się opóźnić, nikt nie ma prawa nic w niej zmieniać ani przeszkadzać. Nikt. Zrozumiałaś?
- Tak, o wielki.
- Możliwe, że napotkasz pewne istoty, które - przypadkiem, bądź od urodzenia - posiadają moc przemieszczania się między planami. Wędrowcy ci mogą próbować pokrzyżować nasze plany podboju Dominarii. Nie pozwolisz im na to. Twoje życie nie znaczy nic w porównaniu z sukcesem naszych zamierzeń. Czy to jasne?
Pokłoniła się z całą gracją swego skopiowanego ciała.
- Tak, panie.
- Zbliż się do kuli.
Belbe podeszła na odległość wyciągniętego ramienia do czarnej sfery. Unosiła się ona zaledwie cal nad wypolerowanym trójnogiem. Jej powierzchnia była gładka, jednak Belbe nie mogła dostrzec na niej odbicia swej twarzy.
- Nie ruszaj się.
Stanęła mocno na rozstawionych nogach. Kula uniosła się bezgłośnie, popłynęła w jej kierunku i zatrzymała się u podstawy szyi. Przez chwilę Belbe nie czuła nic - wtedy sfera wtopiła się w jej ciało, nie rozrywając skóry ani nie powodując krwawienia. Wniknęła w klatkę piersiową dziewczyny, rozpychając świeżo umieszczone tam organy. Belbe zachłysnęła się z bólu.
- To nasza soczewka. Będziemy się przez nią z tobą kontaktować.
- Co to za uczucie? - wyszeptała.
- To ból. Jest częścią twej śmiertelnej egzystencji, więc musisz nauczyć się go rozpoznawać. By władać istotami stworzonymi z ciała, musisz uczynić ból swym sprzymierzeńcem. Używaj go, kiedy tylko możesz, Belbe, gdyż jest on fundamentem potęgi.
Fałszywa krew ryczała jej w uszach. Zaczęła obawiać się, że jej serce nie wytrzyma i pęknie, że dostanie zapaści. Wszystko nabrało szarej barwy, zaparło jej dech. Otworzyła usta do krzyku, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Kolana się pod nią ugięły.
Stój!
Głos Abcala-dro nie dochodził już z zewnątrz. Teraz rozbrzmiewał wewnątrz jej głowy. Mimo potwornego bólu Belbe nie upadła. Zatoczyła się na trójnóg, ledwie widząc przez zasnuwającą jej oczy mgłę. Trójnóg nagle zniknął i dziewczyna poleciała do przodu, ślepa i na wpół uduszona. Coś ciepłego spływało z jej ust.
Oko jest już na miejscu. Wkrótce przyzwyczaisz się do jego obecności.
Słyszała słowa, lecz pod nimi kryło się coś jeszcze. Za spokojnym głosem i wszechwładnym zachowaniem najwyższego kapłana Belbe wyczuła to.
Słodkie, słodkie zamknięcie ciała! Pieśń krwi, zapomniana rozkosz! Zbyt długo już spałem - teraz przemierzę tysiące światów, na nowo poznam uczucia straconych tysiącleci! Jest moje, moje. Któż jest lepszym ode mnie? Wezmę ich wszystkich w dłonie, obdarzę pieszczotą lub zmiażdżę. Moja mała laleczko, moja soczewko. Nie wahaj się przed niczym, postaraj się dla swego stwórcy...
Belbe uderzyła się w twarz otwartą dłonią, dwa, trzy razy. Cienki, piskliwy głos zniknął w łomocie jej rozszalałego pulsu. Wytarła z ust lśniący olej. Z wolna wrócił jej wzrok. Bez kuli i trójnoga pomieszczenie wydawało się tak puste...
Zdała sobie sprawę, że jest obserwowana. W jej głowie pojawił się obraz jej samej, stojącej nago pod zimną, szklaną kopułą. Soczewka działała - widziała siebie oczami Abcala-dro.
Ta słaba istota to ona? Stojąca na dwóch cienkich nogach Belbe miała kolor świeżego pergaminu. Zaczerwieniła się jedynie nieznacznie z wysiłku. Jej policzki i ramiona upstrzone były bladoniebieskimi piegami. Niesforna grzywa zaczynających się nad czołem kasztanowych włosów spadała za długie, spiczaste uszy. Ramiona, nogi, pośladki i plecy poznaczone były czarnymi, matowymi, przypominającymi tatuaże wzorami - to wzmacniające mięśnie włókna węglowe. Miała kanciastą twarz o ostrym podbródku. Miejsca, w których ciało zostało przymocowane do metalowego szkieletu znaczyły cienkie, białe blizny.
Uniosła wzrok ku sklepieniu. Lazurowe szkło z wolna stało się przezroczyste i Belbe ujrzała swego ukrytego dotąd pana, spoglądającego na nią znad kopuły.
Pomieszczenie miało dwadzieścia dziewięć i pół stopy średnicy - wiedziała to, ponieważ wiedział to jej pan. Ze wszystkich stron na szkło napierały masy przezroczystej tkanki. Pulsujące, czarne żyły, rozdęte od takiego samego oleju, jaki wypełniał jej naczynia, wyznaczały obrys bezkształtnego cielska. Tuzin macek grubych jak jej talia obejmował podstawę kopuły, oblepionej gęstym, niebieskim śluzem. Przez brudnoszarą protoplazmę widać było rytmicznie pulsujące, zielone pęcherze i złożone organy. Na szczycie kopuły Belbe ujrzała prawdziwe oko Abcala-dro - wirującą, zielono-czarną tęczówkę piętnastocalowej średnicy, wyposażoną w trzy czerwono obramowane źrenice.
- Tak właśnie mnie postrzegasz? - zapytał najwyższy kapłan. Wolno skinęła głową. - Jakie robię na tobie wrażenie?
- Mój pan jest piękny - powiedziała. - Taka potęga i efektywność musi być piękna.
Znów rozbrzmiał bulgoczący, phyrexiański śmiech. Przy jego wtórze kopuła stała się ponownie nieprzezroczysta.
- Ostatnie ostrzeżenie, moja mała. Na Rath będziesz zdana tylko na siebie. Mimo wspierającej cię całej mocy i władzy pana mroku, tylko własny wysiłek doprowadzi cię do zwycięstwa - lub przegranej.
- Nie przegram, o wielki.
- Postaraj się. Czas ruszać.

Gładka podłoga rozsunęła się, odsłaniając prowadzące w ciemność schody. Uderzyło z nich wilgotne, siarczane powietrze. Bez wahania Belbe ruszyła w dół, schodząc do szerokiego, wypełnionego gwarem korytarza. Oczekiwało tam na nią czterech noszących ceremonialne szaty kapłanów w otoczeniu świty pomniejszych konstruktów oraz stadka gremlinów, niosących jej nowe odzienie - szaty tkane z chromu i onyksowego brokatu oraz obsydianowe przybranie głowy. Stojący dalej słudzy trzymali jej broń i pancerz. Każda część zbroi została wykuta w Czwartej Sferze, według dokładnych wskazówek monitora 8391 - nie pasowałaby na nikogo prócz niej. Zbroję wykonano z czarnego diamentu, najtwardszej substancji na Phyrexii. Była tak twarda, że trzeba ją było obrabiać kwasem - nie istniały narzędzia zdolne ją przeciąć. Obróbka kwasem nadała zbroi czarny, matowy kolor, tak martwy, jak ukryta w piersi Belbe soczewka.
Dziewczyna zakasłała i poczuła spływające spod ramion pierwsze kropelki potu. Kapłani kłaniali się jej, kiedy przechodziła. Zdziwiła się, że wysoko postawieni phyrexiańscy klerycy oddają hołd jej, nowo stworzonej z ciała. Wtedy usłyszała głęboko w środku szept.
Moja soczewka, moje oko...
Szacunek kapłanów stał się jasny. Nie kłaniali się jej. Oddawali hołd swemu władcy.

* * *

- Potwory.
Pomieszczenie wypełnione było elfimi wojownikami. Cuchnęli dymem, ich twarze i ubrania pokrywały plamy potu i krwi. Nie zebrali się tu, by walczyć, lecz by opłakiwać. Córka ich wodza zniknęła, a jej los był nieznany.
Eladamri klęknął przy pustym łóżku Avili.
- Potwory - powtórzył. - Wiedziałem, że mistrz jest istotą złą i wynaturzoną, ale nie przypuszczałem, że zniży się do czegoś takiego!
- Winni zostaną ukarani - rzekł Gallan, porucznik Eladamriego. Otaczający go wojownicy mruknęli zgodnie.
Eladamri położył dłoń na posłaniu córki. Zdrada zmąciła jego radość z sukcesu w twierdzy. Elfi wojownicy stawili czoła Grevenowi il-Vecowi, generałowi Volratha, i przeżyli - było to najbardziej znaczące zwycięstwo w historii Rath. A teraz to...
Cofnął bolącą rękę, zranioną w niedawnej walce, poruszając przy tym liście posłania. Światło odbiło się od tkwiącego między nimi ostrza.
- Co to?
Pod gałęziami łóżka spoczywał nóż wysłannika. Obok niego tkwiła niewielka szklana fiolka i pojedyncze, niebieskie pióro.
- Znam tę broń.
Nóż był wyraźnie elfiej roboty - jego rękojeść zdobiły skomplikowane ryciny rzemieślników Niebosiężnego Lasu.
- Gallan, czyj to nóż? - zapytał ostro Eladamri.
Porucznik przyjrzał się uważnie broni. W słabym świetle niełatwo było ją zidentyfikować.
- Nosi znaki klanu Carodonal.
- Tak. - Eladamri wstał. - Tenesi.
Niełatwo było uwierzyć w coś tak podłego - na tym polegał styl mistrza. Narzeczony Avili... Zaginął w potyczce dwadzieścia nocy temu.
- Miałem nadzieję, że zginął, że nie został pojmany, ale... - Dłoń Eladamriego, trzymająca fiolkę, zacisnęła się w pięść.
- Co to? - spytał Gallan.
- Coś, czym zainteresują się nasi uzdrowiciele, jak przypuszczam. Teraz, bracia, nie rozpamiętujmy tego, co się stało. Volrath sądzi, że może mnie zastraszyć, porywając mi dziecko. Nie uda mu się to. Od tej chwili uważam Avilę za zmarłą. Niech jej imię zostanie zapisane między imionami tych, którzy oddali życie, by tę krainę uczynić wolną. - Zatknął wąskie, niebieskie pióro w swym hełmie jako talizman w nadchodzącej walce o wolność.
Następnego dnia powrócili myśliwi. Nieśli ciało wysłannika, przywiązane za ręce i nogi do kija niczym upolowany wąż. Mimo iż zmieniły go liczne phyrexiańskie implanty, między innymi pręt kontrolny, zainstalowany w miejsce kręgosłupa, każdy elf w osadzie rozpoznał w nim Tenesiego, niegdyś najlepszego myśliwego w Niebosiężnym Lesie, wybranego Avili.


Dodano: 2006-11-11 10:59:26
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj ilustrowany "Silmarillion"


Wygraj "Młody świat" i gadżety


Artykuły

Drugi wywiad z Rafałem Kosikiem


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

Recenzje

Brooke-Hitching, Edward - "Atlas lądów niebyłych"


 Małecki, Jakub - "Rdza"

 Wexler, Django - "Działa imperium"

 Delaney, Joseph - "Kroniki Gwiezdnej Klingi"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Janusz, Aleksandra - "Cień Gildii"

 Willis, Connie - "Pojedynek na słowa"

 Liu, Cixin - "Ciemny las"

Fragmenty

 Wegner, Robert M. - "Każde martwe marzenie"

 Kisiel, Marta - "Dożywocie"

 Kańtoch, Anna - "Niepełnia"

 Hudner, Kennedy - "Cel uświęca środki"

 Jadowska, Aneta - "Szamańskie tango"

 Tregillis, Ian - "Wyzwolenie"

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #2

 Kosik, Rafał - "Różaniec" #1

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS