NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

Liu, Cixin - "Era supernowej"

Ukazały się

Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"


 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Funke, Cornelia, del Toro, Guillermo - "Labirynt fauna"

 antologia - "Jednookie walety"

Linki

Moore, Vance - "Proroctwo"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Maskarada
Data wydania: 2002
ISBN: 83-88916-07-6
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 288
"cykl maskarady", tom 3seria: Magic: The Gathering



Moore, Vance - "Proroctwo" #5

ROZDZIAŁ 5

Haddad nie znosił pomagania Latulli. Jedyną rzeczą, która jakoś rehabilitowała ją w jego oczach, była mała doza niezależności, na jaką mu pozwalała. Dopóki wykonywał polecenia i opuszczał wzrok, kiedy na niego patrzyła, nikt go nie pilnował. Z drugiej strony, służenie jako jej asystent oznaczało długie godziny w towarzystwie Keldonów, a to zawsze było niebezpieczne.
Haddad nauczył się czegoś o ich społeczeństwie. Istniało w nim wiele poziomów wyzwań i dominacji. Keldon nie musiał patrzeć w oczy wyżej postawionemu ani atakować kogoś pod sobą, by dać wyraz swej pozycji. Niekiedy wojownicy atakowali sprzęt lub służbę innych Keldonów. Haddad widział niewolników bitych, a nawet zabijanych w ramach demonstracji siły lub poniżenia wyżej postawionego bez konieczności otwartego wyzwania. Latulla była mistrzynią tej techniki. Jednym dobrze wymierzonym ciosem swej laski potrafiła załatwić niewolnika na kilka dni, nie czyniąc mu przy tym trwałej krzywdy. Jednak to nie litość ani łaska powstrzymywały siłę jej uderzeń; zraniony w taki sposób niewolnik nie pozwalał zapomnieć o jej władzy i potędze. Stojący niżej Keldon nie mógł sobie pozwolić na zabicie jednego ze swych niewolników. Każde okrucieństwo, jakiego Latulla się dopuszczała, obliczone było na maksymalny ból i efekt.
- Weźmiemy dzisiaj jedną z mniejszych barek. Znajdź dyżurną załogę i każ im się przygotować - poleciła. Niewolnik, który rozkazywał keldońskim wojownikom, ryzykował głową. To, że Latulla używała swych sług do przenoszenia rozkazów, wzmacniało jej autorytet w obozie. Haddad miał przed sobą delikatne zadanie. Jeśli byłby zbyt uległy, naraziłby się na karę z rąk Latulli. Jeśli zachowałby się zbyt arogancko w stosunku do kapitana barki, ten mógł go za to zabić. Znając swą panią, wiedział jednak, że raczej nie zaryzykuje jej niezadowolenia. Poza tym zadanie, jakie mu wyznaczyła, było jedną z niewielu okazji do utarcia Keldonowi jego płaskiego nosa bez tracenia przy tym głowy.
Odkąd Latulla włączyła go do swojego domu, Haddad zwiedził już większość obozu, nigdy dotąd jednak nie jechał małą barką. Pierwsze, co musiał zrobić, to dowiedzieć się, gdzie stacjonują. Zatrzymał niewolnika, którego szata i pas z narzędziami świadczyły, że należy do jednej z załóg. Niewolnikom z barek wolno było nosić narzędzia, które w innych rękach uważano za broń. Ostry, wydrążony przebijak wystarczył do przebicia skórzanej zbroi; używano go do dziurawienia plomb na zbiornikach z magicznym eliksirem, napędzającym barki oraz - po dołączeniu zwykłej bańki - do uzupełniania wszelkiego rodzaju płynów. Haddad zapytał niewolnika o barki i ich kapitanów.
- Dzisiaj rano przesunęli nas w stronę zagród. Znowu ktoś wszczął bójkę. - Całe ciało mężczyzny pokrywały blizny i sińce, pamiątki po podkreślających władzę i pozycję najniżej stojących Keldonach. Gestem wskazał niesiony pusty plecak. - Mam przynieść ser, jeśli uda mi się jakiś znaleźć. Podobno mają do nas przybyć statki. Magazyn może zmniejszyć racje żywnościowe.
Niewolnik oddalił się w kierunku składów. Haddad patrzył w ślad za nim, czując lekką zazdrość. Jak on się nazywał? Ze wstydem uświadomił sobie, że nie przyszło mu do głowy zapytać. Dostrzegał coraz więcej znaków, że życie w domu Latulli go zmienia. Zapominał o drobnych uprzejmościach; pozostawała w nim jedynie rozwodniona, keldońska arogancja. Niewolnik z pewnością był traktowany gorzej niż Haddad, a mimo to zachowywał lepszy nastrój. Był szczęśliwszy, służąc najniższym z dowódców niż Haddad, przekazujący rozkazy Latulli. Młody żołnierz z niepokojem pomyślał, co stanie się z jego duszą za rok.
Wokół barek unosił się fetor nie czyszczonych dawno zagród dla zwierząt. Wojownicy niewiele różnili się od niewolników, a wszyscy przekrzykiwali się nawzajem. Haddad wypatrzył mały, czerwony proporczyk, powiewający nad namiotem nadzorcy. Lord Druik drzemał, na wpół leżąc, nie przejmując się jazgotem. Haddad przyjrzał się tytularnemu dowódcy małej floty barek z ciekawością i pewną dozą zdziwienia. Druik był ogromny, nawet jak na Keldona. Poruszył się lekko przez sen, napinając potężne mięśnie. Cała lewa strona jego ciała była okaleczona. Stracił rękę w łokciu; teraz jego pierś opinały rzemienne paski, mocujące na kikucie wygięty hak. Lewą nogę również opinała kombinacja rzemieni i ćwieków. Po obu stronach uda przywiązane były pochwy na noże. Haddad zdziwił się, że ktoś, kto ma tylko jedną rękę, mocuje broń w tak niewygodnym miejscu. Lewy bok Keldona stanowiła poskręcana i poryta bliznami masa ciała i kości.
Druik był zagadką. Każdy Keldon, jakiego widział Haddad, utrzymywał swą pozycję siłą, raczej nie przebierając w środkach. W jaki sposób okaleczony wojownik nie utracił ceremonialnego dowództwa nad jednostką, pozostawało dla niego tajemnicą.
Nagle uwagę Haddada zwrócił machający na niego skryba, siedzący za niewielkim biurkiem obok namiotu. Młody żołnierz ruszył w jego kierunku. Wiatr nagle zawiał i fala smrodu niemal zgięła go wpół. Rozkaszlał się i z łzawiącymi oczami stanął przed skrybą. Nagle dotarło do niego, że widzi pierwszego prawdziwego biurokratę, odkąd opuścił terytorium Związku. Zdziwił się, jak bardzo go to ucieszyło.
- Czego chcesz? - zabuczał człowieczek i zaszeleścił papierami, jakby podkreślając, że jego czas jest cenny. - Jestem zajęty, nie widzisz?
Urzędnik patrzył teraz prosto na Haddada, który przypomniał sobie, jak bardzo tacy, jak on, potrafią zaleźć za skórę.
- Wynalazczyni Latulla każe przygotować małą barkę wraz załogą. Planuje udać się do wewnętrznych obozów. A tak na marginesie, ciekaw jestem, co tu robisz? - Haddad nie potrafił dłużej ukrywać swego podziwu dla małej demonstracji władzy i organizacji.
Człowieczek za biurkiem uśmiechnął się szeroko, odsłaniając czarne jak węgiel zęby i groteskowo czerwony język. Wysunął spod biurka stołek i gestem zaprosił Haddada, by usiadł. Jego uśmiech był niesamowicie wręcz paskudny, ale zawarta w nim dawka dobrego humoru zaskakująco pokrzepiała. Urzędnik poczęstował Haddada orzechami.
- Jeśli nie będzie ci przeszkadzał taki uśmiech, jak mój, częstuj się, są naprawdę niezłe.
Haddad podziękował skinieniem, ale nie spróbował. Urzędnik był drobnej postury. Miał bladą twarz o delikatnych rysach; wyglądał, jakby mrużył oczy przed światłem.
- Nazywam się Fumash, kiedyś ze Służb Celnych Związku Kipamu. Piraci złapali mnie, kiedy sprawdzałem ładunek w porcie. - Były celnik w zamyśleniu przesuwał leżące na biurku przedmioty. - Nie wchodząc w szczegóły... Trafiłem do tego pięknego portu jako jeden z pierwszych niewolników. Zaczynałem na samym dnie. Keldoni dopiero się tu zadomawiali. Przywiezieni przez nich niewolnicy mieli o mnie lepsze mniemanie, niż ja sam, i tak znalazłem się tutaj.
Haddad rozejrzał się po zgromadzonych przez Fumasha drobnych luksusach. Urzędnik miał nawet mały, płócienny daszek, chroniący go przed słońcem.
- Niech to cię nie zmyli - powiedział Fumash, zauważywszy niedowierzające spojrzenie Haddada. - To nic wielkiego. Keldoni po drugiej stronie tego namiotu nie posiadają żadnej pozycji, nie należą do żadnego klanu. Obsługują małe barki, zdolne do przenoszenia kilku ton ładunku albo niewielkiego oddziału wojska. To wojownicy, ale bez przerwy przydziela się ich wyżej postawionym Keldonom, którzy potrzebują transportu. To prawie cywile. - Fumash znalazł na stole płaski bukłaczek wina, wylał resztki z kubka i poczęstował Haddada.
- Dziękuję. - Żołnierz był wdzięczny za ten ludzki gest. Były celnik przerwał opowieść i Haddad zrozumiał, że powinien podelektować się chwilę napojem.
- Proszę, mów dalej - powiedział po ostatnim łyku.
- Mamy więc gromadę Keldonów wciąż zmieniających przynależność do bardzo małych grup. Oczywiście ciągle wywiązują się bójki. - Fumash potrząsnął głową nad zwyczajami swoich panów. - Co wieczór próbowali wywalczyć jakiś układ, każdego ranka zbierali się na nowo i zaczynali szukać kłopotów na noc. Nie wiem, jak to wyglądało na Keld, ale tutaj to był bałagan. Do walk mieszali się nawet niewolnicy. Nie za dobrze mi się wiodło.
Haddad musiał docenić poczucie humoru urzędnika. Fumash wyglądał jak karzełek przy każdym z Keldonów. Pracujący przy barkach niewolnicy także potrafili być brutalni. Wielu oficerów ceniło jednak lojalność i pracę więźniów w małych załogach i nie traktowało ich zbyt brutalnie. Na dnie keldońskiego społeczeństwa pełno było sadystów i pospolitych bandytów, jednak trafiali się wśród nich ludzie, którzy cenili swoich niewolników i widzieli w nich coś więcej niż tylko zwierzęta.
- W końcu oddali dowództwo Druikowi. W domu był bohaterem... Jest ściśle powiązany z kilkoma dowódcami z czasów młodości, więc wszyscy go szanują. Gdyby został na Keld, piastowałby jakieś wysokie stanowisko, jednak z jakiejś przyczyny musiał wyjechać. U prostych wojowników cieszy się wielkim poważaniem. Gdyby ktoś go wyzwał, pozostali by go zabili. Poza tym, sam Druik wciąż walczy wystarczająco dobrze, by pokonać większość z nich.
W głosie Fumasha pojawiła się dziwna czułość. Otrząsnął się szybko.
- Podzielił wszystkie załogi na stałe oddziały. Ciągle jeszcze walczą o podział obowiązków, ale przemocy jest generalnie mniej, mimo że kłótnie wcale nie straciły na sile. Ja zostałem mianowany archiwistą i pisarzem Druika. Poza tym oficjalnie nadzoruję zakłady.
Haddad nie mógł powstrzymać śmiechu.
- Bukmacher! Skąd, jako niewolnik, wziąłeś pieniądze na pokrycie zakładów?
Nie potrafił wyobrazić sobie żadnego służącego, który miałby jakąkolwiek realną władzę.
- Zapisuję zakłady i nadzoruję gry wojowników, którzy w ten sposób ustalają swą pozycję i podział obowiązków. Tego rodzaju rywalizacja hamuje ich żądzę dominowania, poza tym przegrani godzą się z wynikiem. Wiedzą, że następnego dnia mogą wygrać. Mamy najmniejsze straty wśród wojowników i niewolników w całym obozie. Ja z kolei korzystam na tym o tyle, że ustalam stawki wielu zakładów. Oczywiście w imieniu Druika.
Fumash zorientował się nagle, jak długo już mówi, i wrócił do spraw służbowych.
- Dzisiaj na służbie jest barka pod komendą Cradowa. Stoi tam dalej... To ta z wymalowaną na kadłubie ropuchą. Lepiej idź już i porozmawiaj z Cradowem, zanim twoja wynalazczyni się zniecierpliwi. Powodzenia. - Fumash odhaczył barkę na liście i wrócił do układania papierów.
Zdziwiony nieco nagłą odprawą Haddad wstał i postawił na stole pusty kubek. Przeszedłszy na tył namiotu, zobaczył barki. Były zaledwie trzykrotnie większe od zwykłych wozów. Keldońscy wojownicy zajmowali się swoim wyposażeniem, niewolnicy naprawiali i konserwowali mechanizmy pojazdów. Haddad odwrócił się i jeszcze raz spojrzał na Fumasha i jego małe biurko. Mimo całej pogody ducha, pozycji i poważania dla swej pracy mały człowieczek wolał patrzeć na gnój i brud zagród, niż na Keldonów, którym służył.
Haddad szybko znalazł barkę z wymalowaną ropuchą. Keldoni i niewolnicy popatrzyli na niego nieprzyjaźnie, kiedy kazał im zawołać dowódcę.
- Pójdę po Cradowa - powiedział jeden. Wspiął się na barkę i krzyknął w głąb ładowni.
Cradow był nieco niższy od większości Keldonów. Kiedy Haddad pokazał mu znak Latulli, kapitan chrząknął tylko i wymamrotał coś o niewiarygodnym szczęściu.
Barki ustawione były całkowicie przypadkowo, tak przynajmniej wydało się Haddadowi. Każda załoga obozowała wokół swojej maszyny; przy wyznaczaniu granic bez przerwy wybuchały kłótnie i przepychanki. Pojazdy były małymi fortecami, a w każdej stacjonowała miniaturowa armia, próbująca zająć jak największe terytorium. Haddad zastanawiał się, jak to wyglądało, zanim Druik i Fumash "zorganizowali" załogi.
- Chodź na górę, szczeniaku - zawołał Cradow. - Reszta was niech się przygotuje do wyruszenia.
Niewolnicy i Keldoni zaczęli rozmontowywać sprzęt obozowy i ładować go na barkę.
- Wynalazcy nie znoszą czekać - wyjaśnił Cradow wojownikowi, który wściekał się, że musi robić to samo, co niewolnicy. Sądząc po tym, jak wszyscy wkoło pokiwali głowami, musiało to być popularne powiedzenie. Haddad nie mógł się nie zgodzić.
Powiedział kapitanowi, jak trafić do dworu Latulli.

* * *

Przez kilka godzin podróżowali w ciszy, przerywanej jedynie rozkazami Latulli. Zwykły gwar pracującej załogi zastąpiło skoncentrowane na wynalazczyni milczenie. Haddad poczuł ulgę, kiedy przybyli wreszcie na miejsce, mimo że zwiastujące koniec niewygody znaki były raczej mało zachęcające.
Bliskość obozu obwieścił niewiarygodny wprost smród. Haddad widywał już rzezie i wąchał ubojnie bydła, ale natężenie tego, co czuł teraz, wykraczało poza wszelkie znane mu skale. Barka maszerowała dnem długiej, wyciągniętej doliny. Powinien tędy płynąć strumień, zamiast tego jednak Haddad ujrzał prowizoryczną stodołę, otoczoną zagrodą z ciernistych pnączy. W jej kolczastych splotach tkwiły ciała zwierząt, kilku niewolników i nawet pojedynczy Keldon. Wisiał tak z opuszczoną głową, jakby śpiąc, rozkładający się i poszarpany przez padlinożerców. Cradow ostrożnie wprowadził maszynę w otwór w zagrodzie. Z ciemnej szopy wyszedł im na spotkanie obandażowany i brudny Keldon. Opierał się na lasce.
- Kto przybywa do Grzęzawiska? - zawołał, osłaniając oczy dłonią. Wsparł się ciężko na lasce; nie było w nim witalności, jaką Haddad widział u większości okaleczonych wojowników w porcie.
- Jestem Wynalazczyni Latulla. Oczekuję raportu od dowódcy tej... fortecy. - Rozejrzała się. Stała tu tylko szopa - nie było baraków, kuchni polowych, latryn, niczego. Tylko szopa, otoczona odrażającym kłębowiskiem rozkładających się trupów i ciernistych pnączy. - Zastanawia mnie brak wart. Prawdę mówiąc, wrogowie Keldu mogą się obawiać z waszej strony jedynie smrodu. Gdzie są wojownicy?
- Jestem lord Urit, a moi wojownicy są tam, gdzie trzeba. - Keldon spróbował się wyprostować. Był niższy niż większość jego pobratymców. Wymizerowaną twarz szpeciły ciężkie, krzaczaste brwi i masywna, kanciasta szczęka. Wielkie dłonie o spuchniętych kłykciach zacisnął na lasce. Haddad przyjrzał się mu i dostrzegł, że Urit ma na sobie dobrej jakości szaty, w tej chwili pokryte warstwą błota. Zdziwiło go, że dowódca obozu doprowadził się do takiego stanu. Keldon szerokim gestem wskazał zieleń lasu i stosy gnijącej roślinności. Z laski, którą wymachiwał dla podkreślenia słów, ściekało błoto.
- To jedynie mały posterunek, nie potrzebuje umocnień czy straży. Gdyby wrogowie chcieli go spalić... Proszę bardzo. Jedynie mag mógłby zaprószyć ogień na tych bagnach. Gdybym miał więcej ludzi, może mógłbym wystawić warty, a tak pozostaje mi ufać niewolnikom! - Urit opanował się z wysiłkiem. Przemowa wyraźnie go wyczerpała. Na Latulli nie zrobiło to wrażenia. Haddad zastanawiał się, jak wynalazczyni zareaguje, kiedy dojrzeje do wybuchu.
- Wasz pojazd wymaga pewnych przeróbek, zanim będziecie mogli ruszyć dalej - oznajmił dowódca. Niewolnicy otworzyli wielkie wrota. - Trzeba poprawić przyczepność barki, albo ugrzęźniecie przed kopalniami. Mogę wam w tym czasie zaproponować coś do picia.
- Prowadzone tu działania są mi obce. Myślałam, że od kopalń dzieli nas jeszcze kilka mil. - Właściwa Latulli surowość wydawała się całkiem na miejscu w przytłaczającym otoczeniu. - Kto nadzoruje wydobycie?
- Jeśli ktokolwiek może być uważany za władcę tych mokradeł, to ja. - Urit podszedł bliżej do wejścia. - Nie dotykajcie ogrodzenia i starajcie się chodzić po gołej ziemi albo błocie.
Niewolnicy z barki, którzy zbliżyli się do zielonej zapory, zostali odwołani. Urit odwrócił się.
- Wyprowadźcie więźnia! - zawołał w stronę szopy. - Chcę pokazać naszym gościom potęgę naszej "fortecy".
Więzień miał mocno związane ręce i nogi, w usta wepchnięto mu knebel. Keldoński strażnik musiał go nieść; przy każdym kroku związany człowiek miotał się i kopał z energią, która w tych okolicznościach wydawała się wprost nieludzka. Keldon cisnął go na ziemię.
- Pozbądźmy się go teraz, lordzie Urit. Mam go już dosyć.
Dowódca oparł się na lasce i skinął głową.
- Zawołaj wszystkich. Lekcja odniesie skutek tylko wtedy, kiedy wszyscy ją obejrzą.
Strażnik poszedł po pozostałych niewolników, a Urit odwrócił laskę i przyszpilił nią leżącego do ziemi. Związany mężczyzna był obrzydliwie brudny; trudno było przyjrzeć się jego twarzy, gdyż pokrywała ją warstwa błota i soków ze ściętych roślin. Błoto zresztą było wszędzie, na twarzach pozostałych niewolników, na ich ubraniach... Nawet Keldoni wyglądali na pogrążonych w letargu, szarzy jak otaczające ich kałuże. Wydawali się przygarbieni, jak ich dowódca, i nawet perspektywa kaźni specjalnie ich nie wzruszała. Czekający na nią niewolnik różnił się od nich; z jego ruchów biła energia i wściekłość. Jego kończyny pokrywały wrzody i otwarte rany, jednak ich równomierne rozmieszczenie wskazywało, że cierpiał nie tylko od niewolniczych łańcuchów.
Wszyscy niewolnicy wyszli z szopy i ustawili się w nierówny półokrąg, z Uritem na środku. Dowódca oparł się na lasce; jej rękojeść wbiła się w brzuch leżącego mężczyzny. Haddad usłyszał zduszone sapnięcie.
- Zebraliśmy się tu, by ukarać niewolnika, który próbował ucieczki. Próbował zdradzić Keld i wszystkich, którzy się tu mozolą. To grzech śmiertelny, gdyż konsekwencje tak nikczemnego czynu ponosimy wszyscy. Bez lojalności, bez woli przetrwania zginiemy. Jego śmierć jest wyrazem łaski, której on nam nie okazał.
Urit pochylił się, chwycił niewolnika i - podniósłszy go nad głowę - ruszył powoli w kierunku bramy. Chwiał się i niewiele brakowało, aby upadł, doszedł jednak i cisnął niewolnikiem w plątaninę cierni. Ciało wbiło się głęboko w skłębione pnącza. Haddad usłyszał cichy trzask i niewolnika zalała jakaś ciecz. Rozległ się przenikliwy krzyk; mężczyzna zadygotał. Haddad nie wiedział, jakim cudem krzyknął mimo knebla, jednak słyszał wyraźnie trzask pękających kości; napięcie mięśni przekroczyło wytrzymałość ludzkiego ciała. Urit i Latulla przyglądali się kaźni, dopóki z niewolnika nie uszło życie. W oczach dowódcy było tylko zmęczenie, ale wynalazczyni zdawała się rozkoszować każdym spazmem cierpienia i zdławionym krzykiem. Urit wskazał ręką nieruchome już ciało.
- Usypaliśmy ogrodzenie z kolczastych, trujących krzaków. Miejscowe zwierzęta unikają ich, więc pomyśleliśmy, że będą trzymać z dala nieproszonych gości. Niestety rośliny zapuściły korzenie, zaczęły wyrastać nowe. Niektóre wydzielają sok, który trzyma mocniej niż imadło, jeżeli go dotknąć. Inne wypuszczają strąki i pąki, wypełnione trucizną i nasionami. Kiedy zetkną się z ciałem, pękają i zapuszczają wąsy w ciało ofiary. Kiedyś wrzuciłem tam drewniane polano. W kilka sekund pokryło się liśćmi. Spalilibyśmy je, gdybyśmy mogli, są jednak zbyt mokre, a próba wycięcia ich jest za bardzo niebezpieczna. Z trudem pozbywamy się ich z placu, a sam nie wiem, jak długo jeszcze będzie to możliwe. - W głosie Keldona słychać było nienawiść.
- Spalić je? Spalić coś tak wytwornego i skutecznego? Odosobnienie źle wpłynęło na twoje nerwy, lordzie Urit - powiedziała Latulla, zachwycona śmiercionośną zaporą. - Myślę, że te krzaki chronią twój obóz lepiej niż kamienny mur czy palisada.
- Jak już mówiłem, to nie jest główny obóz. Baraki i moja kwatera znajdują się trzy mile stąd, w górę tego zbocza. - Keldon wskazał niewysokie wzniesienie, po którego stoku wił się błotnisty, wydeptany szlak. - Musieliśmy przenieść się tam, żeby uciec od smrodu i znaleźć grunt na tyle twardy, żeby dało się na nim budować. Poza tym chciałem móc ufać wodzie w studni.
- To interesujące, ale nie przyjechałam tu wysłuchiwać historii. Chcę się dowiedzieć, dlaczego wydobycie jest tak niskie. Wykryto tu największe złoża tufy w zasięgu kolonii, a jednak nic nie wydobywasz, mimo żołnierzy, niewolników i sprzętu, których zażądałeś i które dostałeś. - Latulla mówiła spokojnie, nie unosząc głosu, jednak gniew i groźba w jej słowach brzmiały bardzo wyraźnie.
- Nie jestem pewien, czy uda nam się wydobyć choć trochę Krwi Bohaterów z tych zwałów błota - odparł Urit poważnym tonem. - Tutaj teren jest paskudny, ale przy kopalniach jeszcze gorszy. Nie zrozumiesz, dopóki nie zobaczysz tego na własne oczy. - Keldon ścisnął laskę i spojrzał Latulli w oczy. - Osobiście cię tam zaprowadzę. Zobaczysz, że jakkolwiek małe miałabyś wymagania, ta kraina ich nie spełnia.

* * *

Podczas modyfikacji barki Urit nie odezwał się już ani słowem. Każda noga pojazdu kończyła się teraz czymś, co Haddadowi przypominało ponton. Mimo egzekucji, której byli świadkami, niewolnicy pracowali powoli.
- Pracujemy w krainie bardziej zdradliwej niż serce jakiegokolwiek nieprzyjaciela - wyjaśnił Urit. - Bez dodatkowego wyposażenia barka ugrzęźnie, mimo że projektowano ją na każdy teren. Często zastanawiam się, jak Krew Bohaterów znalazła się w tej krainie błota. Faktycznie, nasi przodkowie musieli być odważni i potężni, skoro udawało im się dotrzeć do takich miejsc i jeszcze toczyć bitwy.
Latulla nie puściła tego bluźnierstwa mimo uszu.
- Zapominasz się, Urit! - krzyknęła. - Czcimy ich za dzielność w walce, a nie za to, jak radzili sobie z grzęzawiskami.
- Niedługo zobaczysz, jak ciężko jest poradzić sobie z takim grzęzawiskiem - odparował Urit. - Jak na każdej wojnie, tak i tu uczyliśmy się nowych sposobów po każdej bitwie z błotem... Dodatkowy osprzęt do barek, nowe metody wydobycia... Nauczyliśmy się, jak zachować wolę walki w krainie, gdzie za każdym krokiem zapadasz się po kolana. Toczymy wojnę, a nikt spoza bagien nie zdaje sobie sprawy, jak rozpaczliwa jest to walka.
Keldon wszedł na pokład barki, nie czekając na pozwolenie Latulli, zajął jednak pośledniejsze miejsce. Jakkolwiek takie wyzwanie wyglądało w jego oczach, stąpał po cienkiej linie. Haddad nie potrafił przejrzeć jego zamiarów, jednak rozejrzawszy się po otoczeniu stwierdził, że groźba utraty życia czy pozycji nic nie znaczyła dla ponurego dowódcy posterunku. Fetor rozkładających się zwierząt i zwłok znikł, kiedy zostawili za sobą szopę, za to owady stawały się coraz bardziej uciążliwe, obsiadając wszystko niczym pył w czasie piaskowej burzy.
Po dwudziestu minutach uderzył ich smród rozkładu jeszcze gorszy, niż przy kolczastej zaporze. Na znak Urita Cradow zatrzymał barkę. Haddad zobaczył w końcu miejsce, do którego tak długo podróżowali.
Jego centralnym punktem był nachylony nad głęboką jamą system dźwigów opartych na słupach i pontonach. Wszystkie pozostałe budynki wyglądały jak nabrzeże portowe, zupełnie jakby obawiano się, że twardy grunt nagle rozpuści się i pochłonie cały obóz.
Jeden z dźwigów poruszył się. Zajęczały liny i przeciwwagi. Wszystkie wyciągi opierały się na sięgającej daleko w tył podstawie, napędzane zaś były ogromnymi, pionowymi kołowrotami. Haddadowi z miejsca skojarzyły się z kołami więziennymi, które oglądał w podręczniku ręcznych metod napędu. Więźniów zmuszano do wielogodzinnego chodzenia i wspinania się na wewnętrzną krawędź kołowrotu. Dopiero ograniczenia prawne i - co ważniejsze - wynalezienie wydajniejszych metod położyły kres tym praktykom. Haddad poczuł ulgę, gdy okazało się, że koła napędowe dźwigów podłączone są do małych barek. Latulla także to dostrzegła i pokiwała głową.
- Nigdy nie mamy dość niewolników - wyjaśnił Urit. - Poza tym koła za szybko ich wykańczały. Insekty potrafią doprowadzić do szaleństwa... Pierwszego dnia mieliśmy kilka przypadków odwodnienia i udaru cieplnego. Kazałem naszemu technikowi podłączyć się do barek.
Jeden z dźwigów opuścił hak w głąb jamy. Haddad usłyszał czyjeś pokrzykiwania, po czym nagle liny napięły się. Rozległo się głośne mlaśnięcie, jakby odrywania czegoś mocno przyssanego, i spod ziemi powoli wyłoniło się ogromne ścierwo, kilkakrotnie większe od wołu. Ociekało błotem i wodą. Wyciągarka zatrzymała się przy wtórze szczęku przekładni i kół zębatych. Haddad spojrzał w dół i zobaczył pracujących u podstawy dźwigu ludzi. Skomplikowana maszyneria musiała być jakimś rodzajem przekaźnika, kierującego energię koła do poszczególnych trybów i lin. Haddad usłyszał, jak zaskakują potężne przekładnie i dźwig obrócił się powoli, przenosząc zwierzę nad ogromną platformę, wyposażoną w szerokie płozy.
- To jeden z powodów, dla których prace posuwają się tak wolno. Przez niezliczone tysiąclecia bagno pochłaniało wszelkiego rodzaju stworzenia. Niektóre z nich ważą kilka ton i nie rozkładają się. Wykopaliśmy ich już setki.
- Kopcie gdzie indziej, na twardym gruncie - powiedziała Latulla.
- Czy ktoś w ogóle czyta moje raporty? - Urit z coraz większym trudem przychodziło trzymanie nerwów na wodzy. - Podłoże jest zbyt niestabilne. Konsystencja grzęzawiska zmienia się bez mała z dnia na dzień. To, co dziś wydaje się solidne, jutro może popłynąć. Kiedy zażądałem dodatkowego drewna, chciałem zbudować chodniki. Poza tym to najlepsze miejsce na wykop, sami wynalazcy powiedzieli, że tu najszybciej znajdziemy Krew Bohaterów.
Keldon ruszył w kierunku jamy. Haddad i Latulla ruszyli za nim.
Ściany wykopu ostemplowano grubymi deskami, zabezpieczając je w ten sposób przed osypywaniem. Nieustannie pracowały węże i taśmociągi, usuwające z dna błoto i podchodzącą wodę. Haddad zobaczył martwe zwierzęta, pochłonięte przez bagno wieki temu. Mimo oblepiającego je błota wyglądały niemal jak żywe. Niewolnicy właśnie odkopali potężną świnię. Hak dźwigu opuścił się na dno wykopu. Haddad skrzywił się, kiedy napięte liny zawyły pod ciężarem.
Nagle Latulla wskazała palcem coś na krawędzi jamy.
- Co oni tu robią? - zapytała ze złością, pokazując małą grupkę niewolników i keldońskiego nadzorcę, oazę spokoju wśród szaleńczej bieganiny na dnie dziury. Między nimi stała młoda dziewczyna, pochlapana błotem, lecz w porównaniu z pozostałymi nieskazitelnie czysta. Miała jasne włosy i bladą cerę. Wznosiła w górę ręce, a jej głos przebijał się przez wrzaski i jazgot pracujących niewolników. Latulla zesztywniała, przygotowując czar. Haddad był ciekaw, jaki.
- To nasza błotna wiedźma. Przeprowadza rytuał stabilizacji gruntu w jamie i dookoła niej, wynalazczyni. Nawet przy jej pomocy musimy nieustannie wypompowywać wodę i umacniać ściany - odparł Urit. - Jeśli martwi cię możliwość nadużycia mocy, wiedz, że jako zabezpieczenie mamy jej rodzinę. Trzymamy ich w bezpiecznym miejscu.
- Nie interesuje mnie to. Ona świeci jak ognisko, a to zawsze coś przyciąga. Dziewczyna się nie kontroluje. - Zabrzmiało to jak krytyka poczynań amatora przez doświadczonego zawodowca.
- To prawda, za każdym razem, kiedy przeprowadza ceremonię pojawia się tu więcej insektów i zwierząt, ale to mała cena za utrzymanie tempa prac - rzekł stanowczo Urit. - Potrzebujemy jej magii, chyba że możesz ją zastąpić kimś innym.
- Wiesz, że nie możemy przysłać wam wynalazców ani magów. Są zbyt cenni, by marnować ich na takie przedsięwzięcia, jak to. - Latulla zamyśliła się. Keldoni z trudem utrzymywali kontrolę nad kontynentem - ich środki były zbyt małe, jak na tak olbrzymi obszar. - Może kiedy dokopiecie się już do złóż tufy, będziemy w stanie przysłać tu jakichś prawdziwych czarodziejów zamiast niewolniczego śmiecia.
Latulla przerwała. Haddad dostrzegł, że ceremonia dobiega końca. Ziemia w jamie i wokół niej zadrżała lekko. Pracujący niewolnicy przestali walczyć z wsysającym stopy błotem. Odrzucana na boki ziemia zaczęła wyglądać jak żyzna rola, a nie rozmokłe bajoro.
- To oczywiście chwilowy efekt - powiedział Urit, obserwując kolejny wybuch pospiesznej aktywności na dnie wykopu. Przymocowanymi do drewnianych podpór drabinami zbiegało w dół coraz więcej robotników, uruchomiono wszystkie dźwigi, a zespoły na powierzchni przygotowywały rusztowania i deski do opuszczenia na dno dziury. - Za mniej niż godzinę grunt zacznie zamieniać się w błoto i pompy stracą oparcie. Im głębiej kopiemy, tym jest gorzej, a wciąż nie wiemy, ile nam jeszcze zostało.
- Dlatego właśnie utrzymamy niski priorytet tej operacji - odparła Latulla. - Napiszę w raporcie, że staracie się, jak możecie, ale szanse na sukces są niewielkie. Jak na razie, pewniejszym źródłem tufy wydaje się zdobycie kopalń na zachodzie.
Urit obruszył się, słysząc, że to, co robi, jest mało istotne. Pamiętając jednak o potędze i pozycji Latulli, odwrócił jedynie wzrok. Inspekcja dobiegła końca, a wynalazczyni odwróciła się i szybkim krokiem ruszyła w stronę swego pojazdu.
Haddad pobiegł przodem, by kazać załodze przygotować się do wyruszenia. Wiedząc, jak ważne jest to miejsce, nie przestawał się rozglądać. Zapamiętywał ułożenie terenu i rozmieszczenie instalacji na wypadek, gdyby udało mu się uciec. Dlatego też on pierwszy dostrzegł ruch na granicy obozu. Zatrzymał się tuż przy barce. Cradow, nadzorujący przegląd pojazdu, podążył za jego wzrokiem.
- Darba! - ryknął na cały obóz tak głośno, że zanim zdołał wydać rozkazy załodze, przez kilka chwil jedynie łapał powietrze jak ryba.
Haddad ujrzał stworzenie podobne do parea, kiedy jednak podeszło bliżej, zaparło mu dech. Drapieżne ptaki z równin wyglądały przy nim jak kurczęta. Bestia miała co najmniej dwadzieścia pięć stóp wysokości. Jej zielono-brązowe upierzenie mogło być dobrym kamuflażem, kiedy ptak był mały, lecz teraz wyglądało niedorzecznie na stworzeniu, które mogło porwać wołu. Darba kierował się ku stosowi zdechłych zwierząt wyciągniętych z wykopu. Ubłocona sterta ścierwa czekała na wywóz gdzieś dalej, jednak to właśnie ona, a nie istniejące gdzieś wysypisko, przyciągnęła wielkiego ptaka.
- Przygotować się do walki! - zaskrzeczał Cradow i wciągnął do wnętrza barki Haddada. Ze skrzyni wyciągnięto balistę. Keldoni zamocowali ją pospiesznie na podstawie. Wojownicy z całego obozu biegli do swych barek po broń i pancerze, jednak wszystkie one podpięte były do zasilaczy dźwigów lub wyładowanych ziemią przyczep. Jedynie pojazd Cradowa był zdolny do szybkiej akcji. Haddad nie miał pojęcia, co robić, pomógł więc innemu niewolnikowi umieścić w dulkach ciężką włócznię. Na rozkaz Cradowa barka najeżyła się ostrzami. Haddad padł na pokład, kiedy zaczęli zakręcać. Dostrzegł Urita, próbującego odłączyć jedną z barek od podstawy dźwigu, i Latullę, która uciekła na krawędź wykopu.
- Zamocujcie wreszcie balistę! Szybciej! - krzyknął Cradow. - Znaleźć bełty i przygotować się do biegu!
Dwaj mężczyźni, których wskazał palcem, rzucili się do przekopywania bagażu Latulli w poszukiwaniu pocisków. Zerwali pasy mocujące skrzynie i pojemniki wynalazczyni. Cradow przyspieszył i pudła runęły na deski pokładu.
- Wyrzucić te śmieci za burtę! - rozkazał Haddadowi i jakiemuś innemu niewolnikowi. Zanim zdał sobie sprawę z tego, co robi, młody żołnierz ciskał przez luk bagażami Latulli. Miał nadzieję, że nie przeżyje szarży na ptaka i wynalazczyni nie zdąży go ukarać.
Barka wykręciła; jej dziób mierzył w stos padliny. Ptak dziobał wielkiego hipopotama, ku zaskoczeniu Haddada, przytrzymując go wygiętymi nienaturalnie w przód skrzydłami. Oderwał kawał mięsa i nagle wyciągnął szyję, zwracając wszystko, co pożarł. Zagrzebane w błocie zwierzęta nie zdążyły wystarczająco skruszeć.
Uwagę ptaka zwrócili biegający w panice niewolnicy. Odwrócił się i szybko ruszył w stronę wykopu. Ludzie rzucili się do jamy. Co szczęśliwsi schodzili po rusztowaniach i zjeżdżali po linach, krzyki tych, którzy szczęścia nie mieli, urywały się, gdy sięgali dna. Grupa Keldonów pod wodzą Urita z rykiem rzuciła się na potwora. Łeb ptaka śmignął w dół i darba chwycił dwóch wojowników. Jeden zginął natychmiast, zmiażdżony ogromnym dziobem, drugi, złapany za ramię, zwisł niczym szmaciana lalka. Jego krzyki i rozpaczliwe ciosy rozzłościły darbę. Keldon znieruchomiał w uścisku szponów, a łeb ptaka uniósł się w górę, kiedy ten przełykał kawały świeżego mięsa.
- Z drogi! - ryczał Cradow, kierując barkę w stronę drapieżnika. Darba krążył po obozie, co raz schylając się i rozrywając ofiary na strzępy. Zabijał, lecz nie pożerał, zostawiając za sobą szlak oderwanych kończyn i rozwłóczonych wnętrzności. Uciekający w panice niewolnicy blokowali drogę barce.
- Odpalić balistę, tchórze
Załoga wreszcie zamocowała broń i wystrzeliła. Wrzask bólu darby zagłuszył jazgot obozu; bełt przebił mu nogę.
- Celujcie w korpus, idioci! - krzyknął Cradow.
- Jesteśmy za blisko, szara mordo! - wrzasnął niewolnik, któremu gorączka chwili przytłumiła instynkt samozachowawczy. Balista mogła zabić darbę, lecz z takiej odległości nie można było sięgnąć jego żywotnych organów. W odpowiedzi Cradow staranował wielkiego ptaka.
Barka zderzyła się z nogą potwora z siłą, która prawie ją zatrzymała. Łapy pojazdu zabuksowały w miejscu, chlapiąc wokoło błotem i wielki ptak zwalił się ciężko na próbujący go przejechać pojazd. Drewniana pokrywa barki była mocna, ale nagłe uderzenie okazało się za mocne dla wielu z jej łap. Rozległ się trzask pękających plomb i uszczelek. Ptak stoczył się na ziemię i próbował niezgrabnie wstać. Haddad poczuł zapach wyciekającej z serwomechanizmów Krwi Bohaterów.
- Musimy zwiększyć dystans, zanim stracimy całą moc! - krzyknął. Gdyby barka stanęła nieruchomo, ptak wydłubałby z niej załogę jak mięso z konserwy. Potrzebowali czasu, by załadować balistę, i większej odległości, by móc strzelić. Niewolnicy obsługujący broń niezdarnie mocowali się z kolejnym bełtem, próbując wepchnąć go w łoże.
- Może wynalazczyni zdoła go zabić - powiedział ktoś, a Cradow ruszył łukiem wzdłuż krawędzi wykopu. Uszkodzone łapy barki sprawiały, że kołysała się w marszu, a załodze trudno było utrzymać równowagę. Haddad zobaczył Latullę, unoszącą do ciosu swoją laskę. Ciekawe, czy jej zwykła metoda karania podziała na kilkutonowego ptaka, pomyślał. Laska wynalazczyni opadła; z ziemi przed nią wyrosła ściana ognia i z rykiem pomknęła w stronę ptaka. W tym samym momencie uszkodzona barka zatoczyła się na drogę czaru. Obsługa balisty w mgnieniu oka zamieniła się w zwęglone truchła. Haddad rzucił się do luku w drugiej burcie, patrząc, jak płomienie dochodzą do darby, linia ognia jednak zwolniła i zmalała znacznie, jakby wsiąkając w ziemię. Kiedy czar uderzył w ptaka, miał znacznie mniejszą moc, niż Latulla planowała.
Ogień pochłonął darbę i przez chwilę Haddad uwierzył, że walka dobiegła końca. Wtedy jednak płomienie zniknęły.
Potwór wciąż stał.
Okrywające go pióra zetlały i, kiedy odetchnął potężnie, większość opadła z niego jak topniejący śnieg z krawędzi dachu, odsłaniając czerwone, popalone mięso. Powietrze zadrżało od piskliwego wrzasku. Ogień przeszedł przez barkę; kiedy ptak opuścił łeb, Haddad zrozumiał, kogo wini za swe cierpienie.
- Spróbuj załadować bełt - powiedział spokojnie Cradow, wyprowadzając barkę poza obozowisko z największą możliwą prędkością. Haddad spojrzał bezradnie na poczerniałą, poskręcaną od żaru balistę, słysząc za sobą dudniący łoskot atakującego potwora. Wszyscy niewolnicy sięgnęli po broń osobistą. Nie na wiele mogła się przydać, ale nic innego im nie pozostało.
Nagle żołądek podjechał Haddadowi do gardła. Barka wjechała w grzęzawisko, które niespodziewanie pojawiło się na jej drodze. Teraz jej łapy miesiły bezskutecznie rzadkie błoto, jedynie osuwając się coraz głębiej.
- Chodź! - wrzasnął Haddad do stojącego obok mężczyzny, z całej siły cisnął za burtę niewielką skrzynię i wyskoczył w ślad za nią. Upadł na brzuch; uderzenie odebrało mu dech. Błoto wydawało się niespodziewanie twarde. Nie mogąc złapać tchu, poczołgał się w kierunku skrzyni. Wpełzł na nią z wysiłkiem i usiadł, chowając głowę między kolana, próbując złapać oddech i ignorując cały świat.
Kiedy wreszcie uniósł wzrok, z grzęzawiska wystawał już tylko dach barki. Niewolnicy i kilku Keldonów miotało się w błocie, rozpaczliwie próbując uciec przed darbą. Potwór również ugrzązł, wciąż jednak atakował tych, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w jego zasięgu. Niewolnicy i wojownicy z obozu zaczęli zbiegać się wokół bagna i rzucać tonącym liny. Ból na twarzach wyciąganych i wleczonych jardami po twardniejącym błocie ludzi ostudził w Haddadzie pragnienie wezwania pomocy. Miał nadzieję, że kiedy wszystko się uspokoi, zostanie uratowany z większą ostrożnością.
Błotna wiedźma stała wyprostowana i śpiewała zaklęcie, koncentrując się na gruncie wokół szamoczącego się darby. Haddad zrozumiał nagle, dlaczego wielki ptak i barka zaczęły się zapadać. Radość z ocalenia zmącił mu widok przedzierającej się przez tłum Latulli. Wynalazczyni była blada z wściekłości. Uniosła w górę swą laskę i opuściła ją machnięciem. Haddad wiedział, co to oznacza; zwinął się w kłębek i zakrył rękami uszy. Eksplozja syczącej pary i błota zagłuszyła wszystkie inne dźwięki. Haddad zdążył jedynie zakląć, kiedy dosięgnął go wybuch gniewu jego pani.

* * *

Ocknął się na pokładzie barki. Z zewnątrz dobiegała go rozmowa Latulli i Urita. Usiadł powoli, skrzywił się z bólu i poczuł dziwne odrętwienie rąk i twarzy. Pokrywała je gruba warstwa maści. Zrozumiał, że tylko dzięki temu nie cierpi od oparzeń.
Cały obóz ładował się na wozy i sanie podczepione do barek. Kopalnię zamykano na noc, a robotnicy przenosili się na twardszy grunt, do obozu mieszkalnego.
- Potrzebujemy więcej barek i sprzętu - mówił Urit. - Gdybyśmy dysponowali przyzwoitą ciężką bronią, straty byłyby znacznie mniejsze. To pierwszy raz, kiedy darba dostał się w głąb obozu, ale widywaliśmy je już wcześniej. Dajcie nam więcej sprzętu. - Mówił stanowczo i pewnie, jednak spuszczony wzrok świadczył o jego uległości wobec wynalazczyni.
- Keld nie może sobie pozwolić na wspieranie niepowodzeń. Zanim dostaniecie więcej sprzętu, musicie wykazać się z tym, co macie. - Latulla popatrzyła po raz ostatni na kopalnię. - Odłączcie barki od dźwigów i zagońcie niewolników z powrotem do kół. Broń pokładowa wystarczy do zabicia darby, jeśli należycie się ją wykorzysta.
- Ludzie zaczną padać z wyczerpania, poza tym będziemy musieli zaostrzyć dyscyplinę - zaoponował Urit. - Bardziej opłaca się używanie maszyn.
- Zawsze możemy dostarczyć wam więcej niewolników - oznajmiła kpiąco Latulla. - Oczekujemy wkrótce sporej ich liczby. Do tego czasu niech błotna wiedźma bardziej się stara. Musicie wydobyć tufę z głębin bagna. Ktoś - ja lub inny wynalazca - pojawi się tu za miesiąc i przypilnuje waszych postępów.


Dodano: 2006-11-11 10:59:26
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Ostatniego strażnika"


Wygraj "Nawiedzenia"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS