NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Butcher, Jim - "Zmiany"

Brennan, Marie - "W labiryncie smoków"

Ukazały się

Douglas, Ian - "Star Carrier. Światłość"


 Ziębiński, Robert - "Piosenki na koniec świata"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Pilipiuk, Andrzej - "Przeszłość dla przyszłości"

 antologia - "Wigilia pełna duchów"

 Chesterton, Gilbert Keith - "Człowiek, który był Czwartkiem"

 Węcławek, Dominika - "Skoczkini. Zapiski z międzygwiezdnego lotu"

 Rusnak, Marcin - "Diabły z Saints"

Linki

Salvatore, R. A. - "Mortalis"
Wydawnictwo: Isa
Cykl: Salvatore, R. A. - "Wojny Demona"
Data wydania: 2002
ISBN: 83-88916-35-1
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 640
Tom cyklu: 4



Salvatore, R. A. - "Mortalis" #7

ROZDZIAŁ 6: ZMIANA PORY ROKU

Przeor Braumin przeszedł pokornie przez wielkie wrota Chasewind Manor, z brązowym kapturem zaciągniętym nisko w obronie przed lekkim deszczem, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, a rękoma zagłębionymi w fałdach rękawów. Nie podniósł wzroku na imponujący szereg rycerzy Całym Sercem, stojących po obu stronach przejścia w zbrojach tak wypolerowanych, że lśniły nawet w szary dzień.
Rozumiał znaczenie tego wszystkiego, tego, że książę Targon Bree Kalas zaproponował spotkanie na swoich warunkach i w obecności swojej potęgi. Walka pomiędzy nimi dwoma dopiero się zaczynała, bowiem tak naprawdę, to dopóki król Danube nie wyjechał, w mieście nie zagościł spokój. Wówczas zimowa pogoda zmniejszyła do minimum obowiązki zarówno kościoła, jak i Korony. Teraz król był z powrotem w Ursalu, a większość jego braci z St.-Mere-Abelle powróciła już, albo zrobi to wkrótce, do tego odległego opactwa. Po raz pierwszy od ponad roku - właściwie to po raz pierwszy od czasu przybycia demona daktyla i jego potwornych służalców - zwykli ludzie w Palmaris powracali do normalnego życia.
Został natychmiast wpuszczony, potem jednak spędził ponad godzinę w przedpokoju przed gabinetem księcia, czekając i czekając. W tym czasie kilkakrotnie meldowano mu, że Kalas zajmuje się bardziej naglącymi sprawami.
Przeor Braumin recytował po cichu modlitwy, modląc się głównie o cierpliwość, jakiej będzie potrzebował, aby przetrwać ten czas próby. Ponownie żałował, że Jilseponie nie zgodziła się mu towarzyszyć - jej Kalas nigdy nie kazałby czekać! - ona jednak nie chciała o tym słyszeć, twierdząc, iż jej dni spotkań i politycznych intryg dobiegły końca.
Wreszcie wyszedł służący i zawołał, aby przeor za nim podążył. Braumin zauważył natychmiast po wejściu do gabinetu Kalasa, że wokół stało kilku innych ludzi - głównie urzędników - przekładających papiery i rozmawiających szeptem, natarczywymi głosami, jakby ich sprawy były najwyższej wagi. Książę Kalas, baron Palmaris, siedział przy biurku, pochylony nad pergaminem z piórem w ręku.
- Przeor Braumin Herde ze Św. Skarbu - ogłosił służący.
Kalas nawet nie podniósł wzroku. - Doniesiono mi, iż ogłosiłeś, że potrzebujesz rzemieślników, murarzy i stolarzy - rzucił.
- Tak zrobiłem - przyznał Braumin.
- W jakim celu?
- W takim celu, w jakim zapragnę, jak sądzę - odparł przeor, a to sprawiło, że Kalas podniósł wzrok, co przerwało wszelkie rozmowy w pomieszczeniu.
Książę wpatrywał się badawczo w niego przez dłuższą i krępującą chwilę. - Zaiste - rzekł wreszcie - a czy te pragnienia mogą być związane z powiększeniem opactwa Św. Skarbu, jak mi powiedziano?
- Może.
- Zatem oszczędź czasu - rzekł surowo - sobie i rzemieślnikom. Nie dojdzie do tego powiększenia.
Tym razem przyszła kolej na przybranie stalowego wyrazu twarzy przez Braumina. - Ziemia wokół opactwa należy do kościoła.
- Nie można wznosić żadnych budowli wewnątrz murów miejskich, kościelnych czy nie, bez wyraźnego pozwolenia barona - przypomniał mu Kalas. Spojrzał na jednego z urzędników w pokoju i myszowaty mężczyzna pospiesznie podszedł ku niemu, przedstawiając przeorowi Brauminowi pergamin, podpisany i opieczętowany przez barona Rocheforta Bildeborougha i przeora Dobriniona Calislasa, który zdawał się potwierdzać stwierdzenie Kalasa.
- Odnosi się to do budynków wznoszonych przez "zwykłych ludzi" - zauważył Braumin, wskazując na tę frazę.
Kalas wzruszył ramionami, nie zaprzeczając.
- Ten tekst został napisany w celu powstrzymania napływu Behreńczyków - argumentował Braumin - aby nie dopuścić do zatłoczenia całej wolnej przestrzeni wewnątrz murów miejskich. Zwykli ludzie, wyłączając z tego kościół i szlachtę.
- To jeden sposób interpretacji - odparł Kalas. - Jednak nie taki, który ja wybrałem.
Przeor Braumin cisnął pergamin na biurko. - Zatem zaciemniasz jego znaczenie i zmieniasz zawarte w nim porozumienia - powiedział. - Ten pergamin nie dotyczy żadnych budowli w opactwie Św. Skarbu, na ziemi należącej do kościoła abellikańskiego.
- Nie, mój dobry przeorze - powiedział Kalas, powstając groźnie i odpowiadając z jednakową determinacją na nieruchome spojrzenie mnicha. - Całkowicie dotyczy. To zapisane prawo, poparte przez waszego poprzedniego umiłowanego przeora, którym mogę się posłużyć, aby aresztować kogokolwiek, kto będzie pracował nad twoim opactwem. Prawo, którym mogę się posłużyć do konfiskaty narzędzi i materiałów.
- Ryzykujesz rozgniewaniem ludności.
- Tak jak i ty, dobry przeorze - odparował Kalas. - Proponujesz pracę rzemieślnikom, którzy już mają dużo pracy w okresie powojennym. Nie potrzebują teraz pracy od was, przeorze Brauminie, potrzebują jednak swoich narzędzi. Zastanawiam się, kogo znienawidzą? Prawowitego barona, działającego zgodnie z prawem, czy też aroganckiego nowego przeora Św. Skarbu?
Braumin zaczął odpowiadać, lecz zająknął się kilkakrotnie, nie mając dobrej odpowiedzi. Zrozumiał ten blef - Kalas rozpoczyna batalię o serca obywateli Palmaris, która może potoczyć się na różne sposoby. Czy jednak Braumin był gotów przystąpić do takiej batalii? Mnich wiedział, że wkrótce będzie musiał stoczyć walkę w swym własnym kościele. Czy będzie w stanie wytrzymać te nieuchronne wyzwania, gdy zwrócą się przeciwko niemu ludzie Palmaris?
Uśmiech wypełzł na twarz Braumina, uśmiech przyznający, iż przynajmniej chwilowo, Kalas go wymanewrował. Mnich zaśmiał się i skinął głową, a potem odwrócił i wyszedł żwawo z pokoju i z rezydencji, tym razem pozostawiając kaptur nie zaciągnięty pomimo deszczu. Rycerze Całym Sercem pozostali na stanowiskach wzdłuż przejścia do bramy, a znajdujący się najbliżej żołnierz podszedł i otworzył ją szeroko, aby przeor wyszedł.
- Wasi robotnicy wykonali doskonałą robotę, reperując ją - stwierdził na głos Braumin, dostrzegając bramę - po tym jak Jilseponie z taką łatwością cisnęła ją na bok i odrzuciła waszych braci, którzy próbowali ją powstrzymać.
Usłyszał, jak zjeżyli się, gdy wychodził, i zaczerpnął przynajmniej nieco otuchy z tego drobnego zwycięstwa.

* * *

Czuł to, tak ciężkie w powietrzu, że mógł niemalże smakować słodki płyn na swym kocim języku. Mała dziewczynka zraniła się w ramię, zadrapawszy się o gałąź, a teraz zmierzała ku niemu, wołając matkę, z podniesionym ramieniem i krechą czerwieni, słodkiej czerwieni, widoczną dla tygrysołaka.
De'Unnero odwrócił się i przymknął oczy, mówiąc sobie, że nie może tego zrobić, że nie może skoczyć i rozerwać jej gardła. Zabił tylko raz w trakcie ostrej zimy, starego, lubieżnego pijaka, za którym nie będą tęsknić ludzie z osady Penthistle.
Dobiegł go zapach i głowa tygrysa powędrowała z powrotem w kierunku zbliżającej się dziewczyny.
Będą jej szukać, przypomniał sobie De'Unnero, starając się znaleźć logiczny argument zgadzający się z jego moralną oceną. Ci ludzie, którzy przygarnęli go w czasie pierwszych dni zimy, po tym jak pożarł powrie i uciekł z pól na zachód od Palmaris, przyjęli go z otwartymi ramionami. Byli zadowoleni, mogąc przekazywać sobie abellikańskiego brata z domu do domu. Zaproponował, że będzie pracował na swoje jedzenie, lecz ludzie z Penthistle nigdy nie dawali mu naprawdę trudnej roboty i zawsze dostawał tyle, ile był w stanie zjeść a nawet jeszcze więcej.
Dlatego też De'Unnero uciekał do lasu zawsze, kiedy chwytały go tygrysie pragnienia, zbyt wielkie, aby się im opierać. Wielokrotnie ucztował na jeleniu, a nawet na wiewiórce i zającu, lecz człowieka zabił tylko ten jeden raz.
Teraz jednak zima minęła. Nastała wiosna, a wraz ze zmianą pory roku ludzie znowu kręcili się poza domami. De'Unnero udał się na poszukiwanie zwykłej ofiary, mając nadzieję na jelenia, zamiast tego znalazł tę dziewczynkę. Jak tylko ją zauważył, udało mu się odwrócić z zamiarem ucieczki daleko, daleko w las, wówczas jednak rozcięła sobie ramię, a potem ta zbyt słodka woń dobiegła do jego nozdrzy.
Nie zdając sobie nawet z tego sprawy, wydał z siebie pomruk. Dziewczynka zamarła.
De'Unnero próbował się odwrócić, teraz jednak wyczuwał jej strach, mieszający się ze słodką, słodką krwią. Ruszył do przodu. Dziewczynka usłyszała szelest i rzuciła się do ucieczki.
Jeden skok i by ją dopadł. Jeden wielki sus sprawiłby, że znalazłby się na niej, rozpłaszczyłby ją na ziemi u swych stóp, obnażyłby tę piękną, małą szyjkę.
Jeden skok...
Tygrysołak nie ruszył się z miejsca, świadomość walczyła z instynktem.
Dziewczynka wrzasnęła, wołając matkę i wciąż uciekała.
De'Unnero odwrócił się i wpadł w ciemniejszy gąszcz. Teraz głód zniknął. Stworzenie uspokoiło się i siłą woli rozpoczęło przemianę. Kości strzelały, tors i kończyny trzaskały i skręcały się.
Bolało - jak bolało! - ale mnich nie ustępował, zmuszając tygrysa do ujawnienia się, walcząc uparcie z bólem i instynktem zabójcy, aż ogarnęła go całkowita ciemność.
Ocknął się nieco później, drżący i nagi na wilgotnej ziemi, a chłodny, nocny wiatr owiewał mu zimnem skórę. Pozbierał się szybko i znalazł swoje brązowe szaty, potem założył je i ruszył ku Penthistle.
Przypadek sprawił, że pierwszą osobą, którą spotkał w małym skupisku gospodarstw, była ta sama mała dziewczynka, którą widział w lesie, z ramieniem owiniętym teraz bandażem.
- Ach, tutaj jesteś - powiedziała jej matka, przystojna kobieta mająca około czterdziestu zim. - Potrzebowaliśmy cię, bracie Prosty. Moja dziewuszka przegrała walkę z drzewem!
De'Unnero wziął dziewczynkę za rękę i delikatnie podniósł jej ramię, aby mu się przyjrzeć. - Dobrze oczyściłaś ranę? - spytał.
Kobieta skinęła głową.
Mnich opuścił ramię dziewczynki i poklepał ją po główce. - Dobrze się sprawiłaś - powiedział do kobiety.
Ruszył ku chacie, która służyła mu teraz za dom. Zatrzymał się jednak kilka kroków przed nią i obejrzał się na małą dziewczynkę. Mógł był ją zabić, i to, och, tak łatwo! I jakże tego chciał! Jakże chciał ucztować na jej miękkim ciałku.
A mimo to nie zrobił tego. Znaczenie tego faktu uderzyło De'Unnero i mnich zaczął pojmować, jakie zwycięstwo odniósł. Strach wypędził go z Palmaris, po walce w Chasewind Manor, po tym, jak został wyrzucony przez okno przez Nocnego Ptaka.
Mnich zdał sobie sprawę, że nie był to strach przed Nocnym Ptakiem albo królem, ani też przed odwetem ze strony zwycięskich wrogów Markwarta. Nie, był to strach przed samym sobą, przed natarczywym, wewnętrznym pragnieniem. Kiedyś należał do najbardziej sławnych mistrzów w St.-Mere-Abelle, był bliskim doradcą ojca przeora, przeorem Św. Skarbu, a potem biskupem Palmaris. Kiedyś był nauczycielem braci sprawiedliwość i uważany był za największego wojownika, jaki kiedykolwiek przeszedł przez wrota St.-Mere-Abelle. Był uosobieniem tradycji walki zakonu abellikańskiego. W tych czasach Marcalo De'Unnero mocno polegał na jednym klejnocie, łapie tygrysa, bowiem przy jego pomocy mógł przekształcić kończynę, może dwie, w łapy należące do wielkiego kota, w broń równie wspaniałą co miecz. W trakcie wznoszenia się Markwarta ku niewypowiedzianej potędze, ojciec przeor pokazał De'Unnero jeszcze silniejszy poziom zmiennokształtnej magii kamienia, i przy tej zwiększonej mocy młody mistrz był w stanie przekształcić się całkowicie w wielkiego kota. Było to osiągnięcie nie mające precedensu.
Wtedy jednak wydarzyło się coś niespodziewanego. De'Unnero stracił klejnot, a raczej wydawało mu się, że złączył się z klejnotem tak, iż teraz mógł przekształcać się w tygrysa bez niego - i często wbrew swej woli.
Dlatego właśnie uciekł z Palmaris. Bał się siebie samego, morderczego stworzenia, którym się stał.
Była to nędzna egzystencja dla człowieka, który osiągnął kiedyś taki stopień władzy. Marcalo De'Unnero bał się, że zostanie skazany na wieczne podróżowanie na skraju cywilizacji, biegnąc od miasteczka do miasteczka za każdym razem, gdy ogarnie go pragnienie zabijania. Wyobrażał sobie siebie w niedalekiej przyszłości, uciekającego przez pole, ściganego przez zastęp myśliwych z połowy królestwa.
Teraz jednak...
Miał przed sobą największą pokusę - zapach strachu i krwi, łatwej, mięciutkiej ofiary - i zwalczył tę pokusę, pokonał ją. Czy możliwe, aby De'Unnero zdobył kontrolę nad swą chorobą?
Jeśli mógłby to kontrolować, to mógłby wrócić do Palmaris, do swego kościoła.
De'Unnero odepchnął od siebie ten absurdalny pomysł. W końcu zamordował barona Bildeborougha i jego eskortę. Zranił Elbryana, co sprawiło, iż mężczyzna ruszył do walki z Markwartem osłabiony, z raną, która, na równi z wysiłkami ojca przeora, tak naprawdę go zabiła. Gdyby wrócił do Palmaris, jaki proces mógłby na niego czekać?
- Rzeczywiście, jaki proces? - spytał na głos De'Unnero, kiedy się nad tym zastanowił, a jego usta wywinęły się w pierwszym prawdziwym uśmiechu od ponad pół roku. Nie było żadnych dowodów wplątujących go w morderstwo Bildeborougha, nic poza spekulacjami jego wrogów. A jakże można było pociągnąć go do odpowiedzialności za cokolwiek, co wydarzyło się w Chasewind Manor? Czyż po prostu nie wykonywał swego obowiązku, chroniąc ojca przeora? Czy wówczas Elbryan i Jilseponie nie byli uważani za przestępców zarówno przez kościół jak i Koronę?
- Co mówisz, ojcze? - spytała matka dziewczynki, nie uchwyciwszy jego słów.
De'Unnero wyrwał się ze swych myśli. - Nic - odparł. - Myślałem tylko, że może nadszedł czas, abym powrócił do swego opactwa.
- Ach, ale będzie nam cię brakowało - stwierdziła kobieta.
De'Unnero tylko skinął głową, ledwo ją słysząc, zbyt pochłonięty intrygującymi możliwościami, jakie tego dnia zarysowało przed nim zwycięstwo nad tygrysołakiem.

* * *

- Saudi Jacintha mnie zabierze - zameldował przeorowi Brauminowi brat Dellman. Młodszy mnich wszedł do gabinetu przeora w Św. Skarbie i zobaczył, jak Braumin rozmawia z ożywieniem z bratem Viscentim. - Kapitan Al'u'met planuje wypłynąć w przeciągu tygodnia i powiedział, że z przyjemnością pomoże.
- Omówiliście cenę? - spytał nowy przeor.
- Kapitan Al'u'met zapewnił mnie, iż cena została w całości pokryta przez nowych braci ze Św. Skarbu i że nasze czyny skierowane przeciwko złu jakim był Markwart oraz nasza obrona Behreńczyków z doków są więcej niż wystarczające.
- Wspaniały człowiek - stwierdził brat Viscenti.
- Rozumiesz swe obowiązki? - spytał Braumin.
Dellman skinął głową. - Mam najpierw obserwować, aby wyczuć intencje przeora Agronguerre - odparł. - A potem, opierając się na moim instynkcie i osądzie, poinformować go, że wraz z innymi zamierzasz nominować go na Kolegium Przeorów, które zbierze się w calembrze.
- Jesteś przede wszystkim posłańcem, przynoszącym wiadomość o Kolegium i wydarzeniach w Palmaris - powiedział Braumin.
- Zapewne już o nich słyszał - wtrącił Viscenti, potrząsając głową. - Któż na świecie mógł o nich nie słyszeć?
Przeor Braumin uśmiechnął się i pozwolił, aby jego pobudliwy przyjaciel miał ostatnie słowo, choć, tak naprawdę, to wątpił, by ktokolwiek w Vanguardzie słyszał o szczegółach wydarzeń w Palmaris, poza nieoczekiwaną śmiercią ojca przeora Markwarta. Kościół abellikański byłby jedynym prawdziwym posłańcem do tego odległego miejsca. I jeśli nawet St.-Mere-Abelle posłało kuriera, to nikt tam nie pojmował implikacji tych wydarzeń, a z pewnością nikt tam nie ośmieliłby się stanąć po jakiejś stronie w rozwijającej się, filozoficznej wojnie. To właśnie polecił Braumin uczynić mądremu i zaufanemu bratu Holanowi Dellmanowi - stanąć po stronie zwycięzców, aby pokazać, że dobro wygrało z rozprzestrzeniającym się złem.
- Potraktuj łagodnie pamięć Markwarta - ponownie poprosił Dellmana Braumin. - Jednak nie pozwól na żadne wątpliwości dotyczące upadku ojca przeora - co do utraty stanu łaski przed utratą życia.
Dellman skinął głową, a potem odwrócił się, gdy brat Talumus wszedł do pokoju.
- Idź i niech Al'u'met cię przewiezie - polecił Dellmanowi Braumin. - Przekaż mu ogromne podziękowania, a potem przygotuj swe myśli i rzeczy. Idź z błogosławieństwem Avelyna.
Ta ostatnia fraza, rzucona tak swobodnie, sprawiła, że Talumus uniósł brew.
Jak tylko Dellman wyszedł, Braumin dał znak Viscentiemu i mężczyzna szybko zamknął drzwi.
Talumus rozejrzał się wokół, podejrzliwie.
- Św. Skarb nie jest tak mocny, jak powinien być, aby miał wytrzymać ciągłe ataki księcia Kalasa - stwierdził Braumin. Rzeczywiście, wielokrotnie w trakcie zimy Kalas i Braumin sprzeczali się co do sposobu postępowania, głównie w drobnych kwestiach, które jednak, jak rozumiał spostrzegawczy Braumin, mogły urosnąć na znaczeniu teraz, gdy zima poluzowała swe okowy, a ludzie wyszli ze swych domów.
- Jilseponie wyjeżdża - zameldował młodszy mnich.
- Bardzo dobrze, Talumusie - pogratulował mu Braumin i uniósł palec w powietrze. - Zachowuj czujność i zwracaj uwagę na każdą wskazówkę.
- Powiedziała, że odjedzie, kiedy drogi będą przejezdne - wyjaśnił Talumus. - W ciągu ostatnich paru dni wielokrotnie spotykała się z Belsterem O'Comelym i słyszałem, że ten, po naleganiach ze strony Pony, zamierza wrócić na północ.
- Rzeczywiście, opuści nas, choć serce mi pęka na myśl o jej odejściu - potwierdził Braumin. - Jakim sojusznikiem kościoła była, siłą mogącą zwalczyć wszelkie potencjalne zakusy na naszą suwerenność ze strony agresywnego Kalasa. Ma jednak przed sobą własną drogę, drogę mroczną od żalu i gniewu, a ja nie mogę zawrócić jej z tej drogi, niezależnie od naszych potrzeb.
- Dlatego też - ciągnął - musimy wzmocnić siłę Św. Skarbu. - Mówiąc to, przeor przeniósł spojrzenie na brata Viscentiego.
- Awans - domyślił się brat Talumus.
- Począwszy od tego dnia, Marlboro Viscenti znany będzie jako mistrz Św. Skarbu - powiedział Braumin, a mały, nerwowy Viscenti wypiął dumnie pierś. - Mistrz Francis, który wyrusza jeszcze dzisiaj do St.-Mere-Abelle, dopilnuje, aby ten awans został zaaprobowany na każdym szczeblu. A nawet gdyby ktoś zechciał się temu sprzeciwić, czego się nie spodziewam, to jako przeor Św. Skarbu mam z pewnością prawo dokonać tego awansu jednostronnie.
Talumus skinął głową i uśmiechnął się do Viscentiego, nieco wymuszenie, choć w większości szczerze. A potem spojrzał na Braumina, a jego twarz przybrała wyraz zaciekawienia. - Powiedz mi dlaczego teraz i dlaczego za zamkniętymi drzwiami? - spytał.
Braumin zaśmiał się i obszedł biurko, po czym usiadł na jego skraju tuż przed drugim mnichem, usuwając tym samym fizyczną barierę pomiędzy nimi, tak jak miał nadzieję pozbyć się ewentualnych nieszczerych póz. - Ryzyko, jakiego się podjąłeś, i twoje czyny w ostatnich dniach Markwarta, to wszystko bardzo dobrze o tobie świadczy - zaczął. - Gdybyś miał więcej doświadczenia, to bez wątpienia brat Talumus, a nie Braumin, zostałby przeorem Św. Skarbu. Byłaby to nominacja, którą mocno bym popierał. Z braku tej możliwości, pomyślałem sobie, że brat Talumus także powinien znaleźć się w randze mistrza. Jednak nie masz dość lat spędzonych w zakonie, by taki awans został zatwierdzony bez silnych oporów, a, szczerze mówiąc, nie jest to walka, którą chciałbym teraz toczyć.
- Nigdy nie prosiłem... - zaczął protestować Talumus, lecz przeor Braumin powstrzymał go uniesieniem ręki.
- Zaiste, poprę twoją nominację do rangi mistrza, jak tylko będzie to wykonalne - wyjaśnił. - Jak tylko będziesz miał wystarczająco wiele lat - i nie mam tu na myśli zwykłych dziesięciu lat stanowiących minimum. To jednak jest sprawa na inny dzień. Dzień, który, jak się obawiam, długo nie nadejdzie, jeśli Św. Skarb ma wytrzymać zakusy barona Kalasa. Potrzebujemy więcej siły i bezpieczeństwa, zwolenników mojej - naszej - sprawy, gotowych przejąć ster na wypadek jakiejś nieprzewidzianej tragedii.
Jego słowa wyraźnie uderzyły w czułą strunę brata Talumusa, który niedawno był świadkiem morderstwa swego umiłowanego przeora Dobriniona Calislasa. Mężczyzna zesztywniał i wyprostował się, nie mrugnąwszy nawet.
- Dlatego też będą musieli być inni, tacy jak mistrz Viscenti, którzy zostaną wyniesieni ponad ciebie w zakonie w Św. Skarbie - wyjaśnił Braumin. - Będę potrzebował głosów poparcia dla mnie na Kolegium Przeorów, a także przeciwko księciu Kalasowi. Chciałem ci to powiedzieć osobiście i na osobności, z szacunku dla twej służby i lojalności.
Przerwał, przechylając głowę i czekając na odpowiedź, a brat Talumus spędził dłuższą chwilę, przetrawiając tę informację. - Zaszczyciłeś mnie - rzekł wreszcie i wydawał się naprawdę zadowolony. - Obawiam się, że bardziej niż na to zasługuję. Kochałem Jilseponie i Elbryana. Bałem się...
- Tak jak my wszyscy się baliśmy, a mimo to z pewnością obrałeś właściwą drogę - wtrącił Braumin, a Viscenti przytaknął temu stwierdzeniu.
- Bardzo dobrze - odparł Talumus. - Pojmuję teraz konsekwencje batalii w Chasewind Manor. Moja droga rysuje się przede mną wyraźnie - jaśniejąca droga wybrukowana całą chwałą prawdziwego kościoła abellikańskiego. Tym razem mój głos nie będzie wydawał rozkazów mistrza, będzie jednak nie mniej głośny, popierając przeora Braumina Herde ze Św. Skarbu i mistrza Viscentiego.
Trzej mężczyźni wymienili szczere uśmiechy wzajemnego uznania. Wszyscy z ulgą przyjęli to, że ich drużyna zadzierzgiwała teraz silne więzi przed walką - przeciwko Kalasowi i tym w kościele abellikańskim, którzy obawiali się zmiany pomimo doniosłych wydarzeń - jakiej się wkrótce spodziewali.

* * *

Francis myślał, że czekająca go droga będzie łatwa. Rozpoczął ją pełen przekonania, długim krokiem. Kiedy jednak rozważył rzeczywistość, przed którą stawał, zaczął rozumieć, że ta podróż może okazać się równie kłopotliwa i niebezpieczna, przynajmniej dla kościoła, jak ta, która przywiodła go do Palmaris. Pojął bowiem, iż kroczył po cienkiej linii, pomiędzy wymarzoną przyszłością kościoła, a przeszłością, której służył. Wierzył w sprawę Braumina, w sprawę mistrza Jojonaha, spalonego na stosie za swoje przekonania, i w sprawę Avelyna Desbrisa, który przeciwstawił się kościołowi abellikańskiemu Markwarta, a następnie zniszczył fizyczną postać przebudzonego demona.
Tak, mistrz Francis zaakceptował prawdę wyjaśnień udzielonych przez Braumina i innych, a dotyczących czynów Jojonaha i Avelyna, zrozumiał również, że Jilseponie i Elbryan rzeczywiście byli bohaterami zarówno kościoła, jak i Korony. Jednak ostatnie słowa Markwarta prześladowały mężczyznę: Strzeż się, aby w poszukiwaniu humanizmu nie utracić tajemnicy duchowości.
Dzielenie się tajemnicami magii klejnotów ze zwykłymi ludźmi niosło zagrożenie dla całego rodu ludzkiego - nie w postaci wojny czy niekontrolowanej potęgi, lecz groźbę sekularyzacji duchowości, ograbienia z tajemnic życia i bożej chwały. Francis zastanawiał się, jak kościół przysłuży się światu w swoim pragnieniu okazania większego współczucia, jeśli pozbawi ludność jedynej prawdziwej inspiracji wiary - nadziei na życie wieczne? Kamienie duszy czy też nie, każdy umrze pewnego dnia i o ile mroczniejsza stanie się ta chwila dla tego, którego życie dobiega końca i dla kochanych ludzi pozostawianych przez niego, jeśli nie będzie wiary w życie wieczne. Mężczyźni, którzy wstępowali do zakonu abellikańskiego, szkolili się przez całe lata przed wstąpieniem do St.-Mere-Abelle lub innych opactw, a potem byli szkoleni przez jeszcze wiele lat, zanim poznali tajemnice klejnotów. Mnisi abellikańscy rozumieli prawdę o klejnotach, orbitujących pierścieniach i deszczach kamieni, ale potrafili umieścić tę prawdę w kokonie swej wielkiej wiary, która inspirowała ich do lat studiów. Co jednak ze zwykłym człowiekiem, człowiekiem nie mającym za sobą tych dni, tygodni, miesięcy i lat medytacji? Czy taki człowiek nie może zacząć postrzegać kamieni duszy, stanowiących samą osnowę religii abellikańskiej, jako naturalnego fenomenu, nie bardziej tajemniczego niż ogień, jaki rozpala się w poszukiwaniu ciepła, czy katapulty w rodzaju tych, którymi posługuje się armia królewska, aby zdobywać zamki wrogów?
Francis nie wiedział i obawiał się, że potrzeba mądrzejszego człowieka niż on sam, aby pojąć implikacje związane z ostatnim ostrzeżeniem Markwarta.
Wiedział jednak, jak rzeczywiście wygląda sytuacja w St.-Mere-Abelle. Nawet bez jego własnych wątpliwości dotyczących tego, jak bardzo powinno się pozwolić Brauminowi i jego przyjaciołom otworzyć kościół, młody mistrz rozumiał, że w najważniejszym opactwie znajdą więcej wrogów niż sojuszników. Dlatego też Francis, który był tak bliskim sojusznikiem demona, jakim stał się Markwart, kroczył po cienkiej linii. Jeśli wystąpiłby zbyt zdecydowanie przeciwko Markwartowi, to tym samym oczerniałby sam siebie, zmniejszając wagę swego głosu. A mimo to nie mógł popierać ojca przeora. Wiedział teraz, że Markwart bardzo się mylił, Francis wiedział, że kościół prosiłby się o nieszczęście, gdyby nadal podążał drogą Markwarta, że ludzie zwróciliby się przeciwko niemu i że Brauminowi i jego zwolennikom udałoby się ustanowić kościół Avelyna Desbrisa.
Wszystko to było zbyt kłopotliwe dla młodego mistrza, dawnego biskupa Palmaris, dawnego sługi Markwarta - obawiał się, że wszystkie te stanowiska przekraczały znacznie jego zdolności i doświadczenie.
Teraz leżała przed nim droga do St.-Mere-Abelle, droga ku przeszłości i przyszłości, droga ku zranionym mistrzom - takim jak bez wątpienia łagodny Machuso - którzy będą potrzebować pokrzepienia, i ku bardziej nieprzewidywalnym i pewnym siebie mistrzom - nazwiska Bou-raiy i Glendenhook przychodziły mu najszybciej na myśl - którzy będą się opierać zmianie i najpewniej będą się opierać umniejszaniu pamięci ojca przeora Markwarta, człowieka, któremu z przyjemnością służyli.
Tak, Bou-raiy, stwierdził Francis, i wstrząsnął nim obraz tego mężczyzny, trzymającego płonącą gałąź w jednej ręce i wiwatującego, gdy zajął się stos wokół heretyka Jojonaha.
Francis usłyszał, jak otwierają się za nim drzwi, odwrócił się i zobaczył wchodzącego przeora Braumina.
- Zatem jeszcze nie wyruszyłeś - powiedział przeor. - Miałem nadzieję, że zobaczę cię, zanim rozpoczniesz swoją podróż.
Francis skinął głową, choć nie widział sensu w tym, aby Braumin go odprowadzał. Ta dwójka nie zgadzała się ze sobą, jako że Francisowi wydawało się, że Braumin malował świat w zbytnio białych i czarnych barwach. Choć Braumin nie był zadowolony, kiedy Francis wycofał swoje poparcie dla Jilseponie jako matki przeoryszy, to doszli do porozumienia.
- Czy spędziłeś trochę czasu sam na sam z przeorem Je’howithem przed jego odjazdem? - spytał Braumin.
Francis zaśmiał się. - Boisz się, że tak zrobiłem.
- Boję?
Francis zaśmiał się znowu. - Rzeczywiście z nim rozmawiałem, a on powiedział mi, jak sądzę, dokładnie to, co tobie tego ranka przed ostatnim spotkaniem z królem Danube - powiedział Francis. - Przeor Agronguerre wydaje się być dobrym wyborem. To człowiek posiadający uzdrawiającą duszę. Powiedziałbym, że właśnie tego potrzeba kościołowi.
- Zatem popierasz jego nominację?
- Chciałbym dowiedzieć się nieco więcej o Agronguerre, ale z tego, co już wiem, to owszem - odpowiedział Francis.
- I to wszystko, co powiedział ci przeor Je’howith? - spytał Braumin.
Francis spojrzał badawczo na człowieka, starając się wyczuć, jakie kłopoty zapowiadały jego słowa. - Pamięć Markwarta - stwierdził bardziej, niż spytał.
Braumin skinął lekko głową z ponurą miną.
- Wierz mi, bracie, jestem bardziej skonfundowany tą sprawą niż ty - Francis zapewnił Braumina.
- Wiesz jednak, jakim złem stał się Markwart? - naciskał Braumin.
- Wiem, jaki błąd popełnił ten człowiek - odpowiedział znacząco Francis.
- Wykonujesz krok w tył - oskarżył go Braumin.
Francis zastanawiał się nad tym przez chwilę i niemalże się zgodził. - W bok - poprawił go. - W rozumowaniu ojca przeora Markwarta wystąpił błąd, to pewne, lecz dźwięczała w nim także prawda, którą przeor Braumin powinien usłyszeć.
Francis zobaczył, jak twarz mężczyzny stężała.
- Już to przerabialiśmy - stwierdził Francis, unosząc ręce w geście pojednania. - Nie różnimy się aż tak poglądami, abyś miał się mnie obawiać, przeorze Brauminie. Udaję się do St.-Mere-Abelle, aby mówić prawdę o wydarzeniach w Palmaris.
- Jaką prawdę? - chciał wiedzieć sceptyczny Braumin.
Francis znowu się zaśmiał. - Ty - my - dwaj jesteśmy zbyt młodzi na taki cynizm - powiedział. - Bolesne wydarzenia w Palmaris przyniosły rozwiązanie, choć cena była zbyt wysoka, aby którykolwiek z nas cię cieszył. Markwart się mylił - przyznał to przed śmiercią - toteż poparłem Braumina Herde i Jilseponie.
- Ale nie na tyle, by wysunąć jej nominację, choć powiedziałeś, że tak uczynisz - przypomniał mu Braumin.
- Nie na tyle, aby zniszczyć to, co pozostało z najbardziej stabilnej instytucji w całym królestwie - poprawił go Francis. - Wierzę, że znajdziemy wspólną drogę, lecz musimy nią pójść małymi kroczkami, a nie wstrząsającymi ziemią skokami. Ludzie są skonfundowani i przestraszeni, a naszym obowiązkiem jest pocieszenie ich, a nie stwarzanie większej konfuzji. - Utkwił w Brauminie pełne determinacji spojrzenie. - Nie jestem twoim wrogiem - oświadczył. - Tak jak nie musi nim być pamięć ojca przeora Markwarta.
Braumin spytał - A co z Jojonahem? Co z Avelynem?
- Wskrześ ich pamięć w świetle ostatnich objawień - odpowiedział bez wahania Francis. - Wynieś ich obok Elbryana Nocnego Ptaka jako zwycięzców ciemności. Tak, zamierzam działać na rzecz tych celów, mój bracie. Mistrz Jojonah wybaczył mi, choć wiedział, że jest skazany na zgubę - nie był to mały wyczyn! Toteż dopilnuję, aby został złożony w poświęconej ziemi, a jego dobre imię całkowicie przywrócone.
- A Avelyn? - ponaglił go przeor.
- Sprawę Avelyna należy zbadać... uczciwie - odparł Francis. - Poprę beatyfikację brata Avelyna, jeśli rozpoczniesz proces kanonizacji na Kolegium Przeorów. Poprę ją całym moim sercem i głosem silnym oraz pełnym przekonania. Nie znaczy to jednak, że wierzę, aby był świętym. Znaczy to, że uważam go za wartego zbadania, co może nas doprowadzić do tego celu. Zobaczmy, za czym ten człowiek się opowiadał i co naprawdę osiągnął. Podejmijmy racjonalnie decyzję co do tego, czy Avelyn naprawdę dostrzegł lepszą drogę dla kościoła, czy też wskazał nam drogę, która doprowadzi do naszego zniszczenia.
- Czy zamierzasz uzależnić jego kanonizację od kwestii filozofii? - spytał przeor Braumin, potrząsając głową.
- Nie jego świętość, nie - odpowiedział Francis. - Jestem skłonny głosować za wyniesieniem go na świętego, niekoniecznie wierząc, że jego metody można zastosować w kościele. To jego intencje zaważą na decyzji inkwizytorów kanonu. Moje poparcie dla jego kanonizacji nie będzie jednak oparte jedynie na zamierzeniach tego człowieka dotyczących kościoła abellikańskiego, jeśli w ogóle miał takie zamierzenia.
Przerwał i przyglądał się, jak przeor Braumin przetrawia te słowa. Aż mężczyzna w końcu skinął potakująco głową.
- Podróżuj swą drogą ostrożnie i rozważnie, mój bracie - powiedział Braumin. - Spodziewam się, że znajdziesz mniej braci o podobnych poglądach niż tych o przeciwnych.
- Kościół zmienia się powoli - zgodził się Francis, a Braumin się oddalił.
Mistrz Francis Dellacourt, mający trzydzieści lat i czujący, jakby na barkach spoczywał mu ciężar świata, opuścił Św. Skarb wkrótce potem, w eskorcie prawie dwudziestu mnichów, braci przybyłych do Palmaris w procesji, która sprowadziła ojca przeora Markwarta do tego miasta przeznaczenia.

* * *

- Co zostało tutaj dla nas? - spytała z całą powagą Pony, wydymając usta. Znajdowała się w U Toma Śpiocha, gwarnej tawernie, która przypominała jej nieco boleśnie U Kamrata u szczytu wspaniałości.
- A co nie? - odpowiedział Belster O'Comely, uśmiechając się, gdy zadawał to pytanie bez żadnej ostrości tonu. Cieszył się, widząc Pony znowu czymś ożywioną - czymkolwiek - nawet jeśli była to decyzja kobiety, z którą korpulentny właściciel gospody niekoniecznie się zgadzał. Belster był także zadowolony z tego, że Pony przyszła do niego, prosząc, aby ruszył na północ. W trakcie ostatnich dni zmagań sporo się sprzeczali, kiedy to Pony obnażyła przesądy Belstera dotyczące ciemnoskórych Behreńczyków. - W końcu mamy swoich przyjaciół, więzi wzmocnione w czasie zamieszek.
- Prym O'Brien udaje się na północ - przypomniała mu Pony.
- Mówi tak każdego ładnego dnia od czasu ostatniego lata - odparł Belster. - Wątpię, żeby kiedykolwiek to zrobił.
- Nadszedł czas, aby udać się do domu, Belsterze - rzekła poważnie Pony. - Wiem o tym, dlatego też wyjeżdżam za dwa dni. Mam nadzieję, że będziesz dzielił ze mną drogę do Caer Tinella i Dundalis, bowiem obawiam się, że będziesz mi tam potrzebny.
- Aby zrobić co, dziewczyno? - spytał Belster.
- Aby odbudować - powiedziała Pony bez najmniejszego wahania. - Aby wznieść nową Ryczącą Sheilę na tym samym miejscu, gdzie stała poprzednia, na kamiennych fundamentach, które służyły kiedyś za podstawę domu Elbryana.
- Pewnie już tam stoi dom - wymamrotał Belster, sięgając po swój pieniący się napitek i wysuszając połowę kufla.
- Tomas zapewnił mnie, że to miejsce będzie moje, jeśli kiedykolwiek wrócę - powiedziała Pony. - Zamierzam dopilnować, by dotrzymał tej obietnicy, nawet jeśli będzie to oznaczać zburzenie jego własnego domu przy tej okazji!
- Zabierasz ze sobą niektóre z tych klejnotów, co? - rzucił Belster i natychmiast jak tylko wypowiedział te słowa, chciał je cofnąć, widząc chmurę, która przemknęła nagle po pięknej twarzy Pony.
- Wzniosę tę tawernę - rzekła cicho kobieta - Ryczącą Sheilę, a może nazwę ją U Kamrata na cześć Chilichunków. Będzie to jeszcze bardziej przyjemne zadanie, jeśli Belster O'Comely będzie szedł tą drogą ze mną. Jednak nawet jeśli tego nie zrobisz, to wyjeżdżam za dwa dni.
- Zamierzasz prowadzić tawernę? - spytał sceptycznie Belster. - Po tym wszystkim, co widziałaś i robiłaś? Nie sądzisz, że to trochę nudna robota, dziewczyno?
- Zamierzam prowadzić tawernę - odparła szczerze Pony. - Zamierzam siedzieć z Rogerem na pagórku o zachodzie słońca i słuchać Bradwardenowej gry na kobzie. Zamierzam pielęgnować gaj - jej głos umilkł, a Belster spojrzał na nią współczująco.
- Czy jesteś pewna, że po prostu nie uciekasz? - spytał ją bez ogródek. - Czy nie masz tutaj niedokończonych zadań? - Gdy zadawał to pytanie - pytanie, na które wiedział, że Pony nie odpowie - przemyślał jej ostatnie zdanie staranniej i odnalazł myśl, która przekonała go, co do jej opinii. Pony postanowiła nie udawać się na północ z trumną Elbryana, postanowiła nie być obecną, kiedy strażnika składano do grobu. Jakże mógł teraz odmówić jej prośbie? Pony i Elbryan ocalili mu życie oraz życie wszystkich jego przyjaciół w czasie daktyla i niespokojnym okresie, jaki nastąpił zaraz po upadku demona. Pony i Elbryan stali u boku Belstera i wszystkich innych mimo niebezpieczeństwa grożącego im samym. Karczmarz nie miał wcale wątpliwości, że gdyby demon go pochwycił i umieścił w samych otchłaniach ciemności, to Pony i Elbryan przyszliby po niego, oddaliby swoje życie, aby go uratować.
- Za dwa dni? - spytał. - Czy rozmawiałaś z Dainsey?
- Dainsey zostaje - odparła Pony, mówiąc o kobiecie, która służyła Chilichunkom w U Kamrata, zanim Markwart wziął ich jako zakładników, a potem służyła jako towarzyszka Belstera w tawernie, kiedy ten otworzył ją ponownie na prośbę Pony. - Zakochała się w pewnym młodym mężczyźnie, a ja nie chciałabym jej od tego odrywać.
- Biedna dziewczyna zasługuje na trochę szczęścia - zgodził się Belster, bowiem Dainsey Aucomb rzeczywiście miała ciężkie życie. Karczmarz zaśmiał się serdecznie i wysuszył do dna swój kufel, a potem otarł pianę z ust i spojrzał na Pony - i zobaczył, że ta mu się bacznie przypatruje.
- Za dwa dni? - spytał znowu.
Surowy wyraz twarzy Pony rozpłynął się w uśmiechu. - Spotkamy się przed głównymi wrotami Św. Skarbu - poleciła. - I nie spóźnij się! Chcę wyruszyć wcześnie i jechać długo.
- Cóż, przyprowadź zatem konia i dla mnie - powiedział Belster ze zrezygnowanym westchnieniem. - Jeśli mam wrócić do tej dziczy, to przedtem zamierzam wydać wszystkie moje fundusze. - Zakończył i odwrócił się do barmana, dając mu znak, żeby mężczyzna napełnił mu kufel.
Pony pocałowała go w policzek i wyszła pospiesznie z U Toma Śpiocha, zmierzając prosto ku Św. Skarbowi, na spotkanie z przeorem Brauminem, które to, jak wiedziała, będzie bardzo bolesne dla jej przyjaciela.
Znalazła go w jego gabinecie, tym samym gabinecie, który służył przeorowi Dobrinionowi Calislasowi i biskupowi Francisowi. Był tam z Brauminem brat Anders Castinagis, prawdopodobnie najbardziej zapalczywy zwolennik Jojonaha, a Pony słyszała jego podniecony głos na długo przed tym, jak weszła przez otwarte drzwi pokoju.
- Wejdź, wejdź! - powiedział do niej Braumin, wskazując na krzesło po lewej stronie biurka. Pony zauważyła, że Castinagis stał z rękoma spoczywającymi z przodu biurka i spojrzeniem utkwionym w nowym przeorze Św. Skarbu. - Właśnie omawialiśmy odjazd mistrza Francisa - wyjaśnił Braumin. - Wyruszył dzisiaj do St.-Mere-Abelle, aby zanieść wiadomość do naszych braci i potwierdzić wyniesienie brata Viscentiego do rangi mistrza.
To ostatnie stwierdzenie zaskoczyło Pony, a jej niebieskie oczy rozwarły się szeroko. - Tak szybko? - spytała. Jej słowa wywołały u Braumina nieco strapioną minę, więc szybko dodała - Cóż, nigdy nie było człowieka, który bardziej by na to zasłużył.
- Tak też sądzę - powiedział Braumin. - A brat Viscenti wkrótce osiągnie minimalny okres wymagany przez nasz zakon, tak że nie będzie jakichś poważnych skarg.
- Chyba że posłaniec przedstawi tę nominację w niekorzystnym świetle - stwierdził brat Castinagis, a wówczas Pony zrozumiała powód ich widocznej kłótni.
- Nie ufasz mistrzowi Francisowi? - spytała górującego nad nią mężczyznę.
- A powinienem? - odparł Castinagis.
- Tak - odpowiedziała po prostu, a bezpośredniość jej wyraźnej odpowiedzi usadziła Castinagisa.
- Jak właśnie mówiłem - dodał przeor Braumin. - Brat Castinagis pragnął towarzyszyć mistrzowi Francisowi, ale próbowałem mu wyjaśnić, że my, którzy stosujemy się do wierzeń Avelyna, jesteśmy bardziej narażeni na atak tutaj w Palmaris, niż chyba gdziekolwiek w świecie. Kiedy brat Dellman wyruszył do Vanguardu, a mistrz Francis wyjechał, jest nas tylko pięciu o wyraźnych przekonaniach: nasza trójka, brat Talumus i Viscenti. Musimy przede wszystkim skupić wokół siebie trzódkę Św. Skarbu - ciągnął dalej, kierując teraz słowa do Castinagisa, a nie Pony - jeśli mamy utrzymać pozycję przy księciu Kalasie.
- Wkrótce będzie was czterech - przerwała Pony, przyciągając uwagę obu mężczyzn. - Belster O'Comely zgodził się mi towarzyszyć - wyjaśniła. - Wyjeżdżam do Caer Tinella za dwa dni.
Przeor Braumin opadł z powrotem na swoje krzesło, a brat Castinagis po prostu tam stał, potrząsając głową. Te nowiny nie były całkowicie niespodziewane, ale Braumin miał nadzieję zatrzymać Pony w Palmaris przynajmniej przez pierwszą połowę lata.
- A jak długo pozostaniesz w Caer Tinella? - spytał przeor.
- Kilka dni, nie więcej - odparła Pony. - Mam nadzieję znaleźć się w Dundalis przed prawdziwym latem, abym przed rozpoczęciem następnej zimy zdołała założyć mój dom.
Mój dom. Te słowa zabrzmiały niczym dzwon ostateczności w głowie przeora Braumina. - Nie przywiązuj się tak szybko do miejsca - doradził.
- Może się okazać, że twoja droga zawraca ku Palmaris - dodał brat Castinagis. - Obecnie jest to centrum świata, przynajmniej jeśli chodzi o przyszłość kościoła. - Ciągnął, z każdym słowem nabierając pędu i głośności. - Jak pamięć mistrza Jojonaha i brata Avelyna... - Przeor Braumin przerwał mu, odchrząkując głośno. Kiedy Castinagis odwrócił się, aby spojrzeć na mężczyznę, przeor skinął głową ku drzwiom, a Castinagis zrozumiał jego znak i wyszedł.
- Pobudliwy z niego gość - rzucił Braumin do Pony, jak tylko brat się oddalił.
- Obawiam się, że przecenia nasze znaczenie - odparła.
- Czyżby?
Pony tylko się uśmiechnęła.
- A może to ty, w swym żalu, zaczęłaś lekceważyć wszystko inne na całym świecie? - spytał przeor Braumin.
- Może zaczęłam dostrzegać prawdę materialnego świata - odpowiedziała szybko Pony. - Prawdę szaleństwa i fałszywych nadziei. Czy zamierzasz obiecać mi życie wieczne?
Braumin wpatrywał się w nią bacznie, a wyraz jego twarzy wahał się pomiędzy gniewem a litością.
- Jeśli przyjmę definicję życia wiecznego twego kościoła, to powiem ponownie, że brat Castinagis przecenia nasze znaczenie - oświadczyła Pony. - Bo nieważne, co zrobimy, to i tak wszyscy umrzemy. Prawda?
Przeor wciąż się w nią wpatrywał, aż w końcu zaśmiał się bezsilnie i tylko potrząsnął głową. Tak, wiedział, że Pony zgubiła drogę, poddała się. Rozumiał też, że nie może nic zrobić, aby przekonać ją, że jest inaczej, pokazać jej, jak błędna była jej rozpacz.
Wówczas Pony obeszła biurko i uściskała przeora. - Jesteś moim przyjacielem, Brauminie Herde - oświadczyła. - Prawdziwym przyjacielem moim i Elbryana, bratnią duszą i sercem. Stałeś u naszego boku w najciemniejszej godzinie i dzięki twoim wysiłkom świat jest lepszy.
Braumin odsunął ją na odległość ramienia. - Gdybyś naprawdę tak uważała... - zaczął argumentować, ale Pony położyła mu palec na ustach.
- Droga do Caer Tinella i Leśnej Krainy będzie mocno uczęszczana w trakcie następnych paru sezonów - powiedziała. - Obiecałam ci, że będę obecna na otwarciu kaplicy Avelyna w Caer Tinella, jeśli do tego dojdzie. Przyślij wiadomość, a przybędę.
- Ale to będzie za wiele lat - zaprotestował przeor.
- A my obydwoje jesteśmy młodzi, mój przyjacielu - powiedziała Pony. Pochyliła się nieco i znowu przytuliła Braumina, a potem pocałowała go w policzek i wyszła z jego gabinetu.
Kiedy usłyszał, jak zamykają się za nią drzwi, przeor Braumin poczuł, jakby serce miało mu pęknąć. Poczuł się nagle bardzo samotny i bardzo przestraszony. Po batalii w Chasewind Manor pozwolił swoim nadziejom poszybować wysoko, mimo bólu. Francis oświadczył, że wysunie kandydaturę Pony na stanowisko matki przeoryszy, a Braumin ośmielił się mieć nadzieję, że ta kobieta, ta bohaterka, stanie dumna na czele zbłąkanego kościoła i dzięki samej determinacji i sile woli sprowadzi go z powrotem na właściwą drogę. Nawet kiedy stało się jasne, że Pony nie wzniesie się w hierarchii kościoła, Braumin uważał swoją pozycję za solidną, a wyniesienie zwolenników Jojonaha i Avelyna za pewne.
Wówczas jednak Francis wycofał swoje poparcie dla Pony i - pomimo ciągłej opozycji Francisa wobec przeora Je'howitha - Braumin zaczął zastanawiać się, jak bardzo może ufać mężczyźnie.
A teraz Pony odjeżdżała i choć wciąż miał popierających go Castinagisa i Viscentiego, i choć rozumiał, że brat Talumus i kilku innych niższych rangą mnichów ze Św. Skarbu oddało się sprawie, to Braumin nadal się bał. Teraz bowiem to on odpowiadał za to wszystko. To on będzie miał główny głos w walce z upartym księciem Kalasem, to on będzie tym odpowiadającym na pytania, jakie nadejdą do Św. Skarbu z St.-Mere-Abelle, to on będzie tym forsującym sprawę mistrza Jojonaha na Kolegium Przeorów. A sprawa ta, jak wiedział, nie będzie łatwa do sprzedania przywódcom abellikańskim, łącznie z wieloma mistrzami, którym Braumin służył jeszcze niecały rok temu w St.-Mere-Abelle.
Dopiero wówczas, na dźwięk tych zamykanych drzwi, przeor Braumin pojął całą prawdę: opierał się na Pony, by ta chroniła go i wspierała, aby toczył walkę o Avelyna i Jojonaha z jednego z czołowych stanowisk.
Bardzo się bał.

* * *

Dżdżystego, wiosennego ranka, dwa dni później, mały wóz unoszący Pony i Belstera O'Comely przetoczył się przez północną bramę Palmaris, podskakując na drodze, która zaprowadzi ich do Caer Tinella. Wiele głów się odwracało, aby im się przyjrzeć, gdy przemierzali miasto, a potem pofalowane ziemie uprawne na północ od Palmaris. Odjazd tej najznamienitszej z kobiet wzniecił liczne rozmowy.
W zagajniku na wzgórzu, zaraz za ziemiami uprawnymi, Marcalo De'Unnero także zauważył ich przejazd. Od gospodarzy usłyszał o tym, że Pony zamierza opuścić Palmaris, a teraz był bardzo zadowolony, widząc, że te pogłoski były prawdziwe. De'Unnero nie chciał teraz stawić czoła Jilseponie, uważał bowiem, że takie spotkanie skończyłoby się użyciem przemocy, walką, która okazałaby się dla niego katastrofalna, nieważne czy wygrałby, czy przegrał.
Przeczekał jeszcze godzinę po tym, jak wóz tocząc się, zniknął z zasięgu wzroku, rozważając dalsze postępowanie. Wielokrotnie w czasie tej godziny dawny biskup przypominał sobie, że udało mu się zapanować nad bestią wewnątrz, mimo najwyższej pokusy. Pokonał znajdującego się w środku demona, toteż był gotów zająć należne mu miejsce w zakonie abellikańskim.
Mężczyzna nie był jednak pewien, jakie to teraz mogło być miejsce.
Dni życia Marcalo De'Unnero nigdy nie odznaczały się lękiem czy brakiem pewności siebie i nie stanie się tak teraz. Skoczył ze swego siedziska na mchu i pomknął zboczem wzgórza ku drodze, skręcając na południe ku Palmaris. Te same głowy, które przyglądały się odjazdowi Jilseponie, odwróciły się, aby spojrzeć, jak nadchodzi, lecz nie wydawały się tym przejmować.
A dlaczego by miały? - spytał sam siebie De'Unnero. Nie przypominał zbytnio człowieka, jakiego zapamiętali jako swego biskupa, człowieka, który uciekł z Palmaris całe miesiące temu. Był teraz chudszy, z gęstą brodą na twarzy, a jego czarne, kręcone włosy zwisały kilka cali niżej, podskakując mu na karku. Zaiste, strażnicy przy otwartej północnej bramie prawie nie zwrócili na niego uwagi i nawet nie zapytali, jak się nazywa.
Poczuł się jeszcze bardziej niewidzialny, gdy poruszał się nierozpoznany po ruchliwych ulicach miasta i przekonał się, że nie cieszyła go ta anonimowość. Racjonalnie wiedział, że była to dobra rzecz - w końcu nie rozstał się z ludźmi z Palmaris na dobrej stopie! - mimo to i tak mu się to nie podobało, nie podobało mu się wmieszanie w tłum ludzi, których uważał za gorszych od siebie.
Wkrótce dotarł do głównych wrót opactwa Św. Skarbu i zatrzymał się tam, wpatrując się w tę budowlę. Gospodarze powiedzieli mu, jak nazywa się nowy przeor i już samo to sprawiało, iż chciał splunąć na to miejsce. Braumin Herde? Kiedy De'Unnero uciekł z miasta, ten mężczyzna nie był nawet formalnie mistrzem! I choć De'Unnero wiedział, że Markwart zamierzał kiedyś awansować Herde, to tylko z politycznych powodów, aby uciszyć drugą stronę, a z pewnością nie było to spowodowane niczym, co Braumin Herde osiągnąłby podczas swojej żałosnej egzystencji.
De'Unnero stał tam, przed wrotami, przez dłuższą chwilę, powściągając swoje emocje i gniew, odrzucając to, co negatywne, przypominając sobie, że będzie musiał znaleźć sposób na ponowne wpasowanie się do nowego zakonu swego abellikańskiego bractwa.
- Czy mogę ci pomóc, bracie? - nadeszło pytanie od mnicha zbliżającego się z boku do De'Unnero, mnicha, którego dawny biskup rozpoznał.
De'Unnero zsunął kaptur i odwrócił się, bacznie wpatrując w mężczyznę.
- Bracie? - spytał znowu nieświadomy mnich.
- Czy poznajesz mnie, bracie Dissinie? - spytał dość ostro De'Unnero.
Młodszy mężczyzna podniósł wzrok, przyglądając się mówiącemu, a potem oczy rozwarły mu się szeroko.
- B...biskup De'Unnero - wyjąkał. - Ale ja-ja sądziłem...
De'Unnero machnięciem ręki powstrzymał jego bełkot. - Prowadź do środka - polecił. - Zapowiedz mnie nowemu przeorowi Św. Skarbu.


Dodano: 2006-11-11 10:59:26
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Świąteczny konkurs z Rebisem i Szmidtem


Świąteczny konkurs z Warcraftem


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Raduchowska, Martyna - "Fałszywy Pieśniarz"


 Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i anioł z kamienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"

 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS