NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

Harrison, Harry - "Przestrzeni! Przestrzeni!" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Ukazały się

Douglas, Ian - "Star Carrier. Światłość"


 Ziębiński, Robert - "Piosenki na koniec świata"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Pilipiuk, Andrzej - "Przeszłość dla przyszłości"

 antologia - "Wigilia pełna duchów"

 Chesterton, Gilbert Keith - "Człowiek, który był Czwartkiem"

 Węcławek, Dominika - "Skoczkini. Zapiski z międzygwiezdnego lotu"

 Rusnak, Marcin - "Diabły z Saints"

Linki

Salvatore, R. A. - "Mortalis"
Wydawnictwo: Isa
Cykl: Salvatore, R. A. - "Wojny Demona"
Data wydania: 2002
ISBN: 83-88916-35-1
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 640
Tom cyklu: 4



Salvatore, R. A. - "Mortalis" #5

ROZDZIAŁ 4: TWARDA RZECZYWISTOŚĆ

Zima dotarła do górskich przełęczy na zachodzie Honce-the-Bear. Śnieg padał grubo wokół elfiej doliny Andur'Blough Inninness, zaś silne wiatry usypywały piętrzące się zaspy. Jednak nie stanowiło to utrudnienia dla Belli’mara Juraviela. Zwinny elf pomykał po białym kobiercu, ledwo pozostawiając ślad swego przejścia. Bowiem Touel'alfar z Corony nie walczyły z nastrojami natury, jak robili to ludzie. Zamiast tego przystosowywali swoje postępowanie tak, by pasowało do pór roku, ciesząc się każdą kolejną porą: tańcem ponownych narodzin każdej wiosny, podnieceniem i zabawą w leniwym upale lata, żniwami i przygotowaniami do jesieni, odpoczynkiem w zimie. Dla Touel'alfar najostrzejsza zimowa burza śnieżna była czasem rzeźbienia w śniegu i zabaw w rzucanie śnieżkami lub też czasem gromadzenia się przy ogniu.
Przygotowani, zawsze przygotowani.
Ta burza śnieżna należała właśnie do tego rodzaju, z kłującym, niesionym wiatrem śniegiem. Choć znacznie przycichła, to śnieg wciąż padał, kiedy Juraviel opuszczał osłonę z chmur spowijającą elfią dolinę.
Jednak mimo burzy musiał wyjść na zewnątrz, pobyć samemu ze swoją frustracją. Pani Dasslerond ponownie odrzuciła jego prośbę o stanie się rodzicem dla młodego dziecka Elbryana i Jilseponie, dzieciątka, które pani zabrała Pony na polu pod Palmaris, kiedy Markwart pokonał kobietę i pozostawił bliską śmierci. W miesiącach, które potem nastąpiły, pani Dasslerond wynajdywała Juravielowi zajęcia, posyłała go, aby załatwiał sprawę za sprawą. I choć podejrzewał, że celowo trzymała go z dala od niemowlęcia, to nie mógł być tego pewien.
Aż do tego ranka, kiedy to poprosił ją bez ogródek, a ona bez ogródek mu odmówiła.
Toteż Juraviel wybiegł z doliny, na zbocza, aby pobyć ze swymi myślami i gniewem i pozwolić, by śnieg ukoił jego frustrację.
Elf pomknął w górę jednej z zasp, posługując się spiętrzonym śniegiem niczym drabiną, aby dostać się na szczyt nawisu skalnego. Tam, na wietrze, siedział przez długą, długą chwilę, wspominając Elbryana i Pony, wspominając Tuntun, swoją drogą elfią przyjaciółkę, która straciła życie w ataku na górę Aidę i demona daktyla.
Stopniowo, niczym burza, jego gniewna energia odpływała. Siedział całkiem wygodnie, kiedy zobaczył postać wyłaniającą się z nisko kładących się chmur Andur'Blough Inninness. Patrzył zaciekawiony przez kilka chwil, myśląc, że to kolejny Touel'alfar postanowił wyjść, aby nacieszyć się burzą albo sprawdzić, jak się miewa Juraviel. Jednak gdy elf zwrócił się w jego stronę i spojrzał na niego spod skraju nisko naciągniętego kaptura, rozpoznał te oczy i tę twarz i był zaskoczony - a właściwie oszołomiony - odkrywszy, że to sama pani Dasslerond przyszła, by go odnaleźć.
Zaczął schodzić w dół ku niej, ale ona dała mu znak, aby pozostał i pomknęła po śnieżnym zboczu równie łatwo jak on, po czym zajęła miejsce na kamieniu obok niego.
- Słusznie się domyślałeś - poinformowała go. - Tien-Bryselle powrócił tego ranka z informacjami dotyczącymi Burzy i Skrzydła Jastrzębia.
Juraviel odetchnął ze szczerą ulgą. Burza i Skrzydło Jastrzębia były bronią Elbryana. Elfi miecz Burza został wykuty dla wuja strażnika, Mathera, a Elbryan wygrał go w uczciwym pojedynku z duchem martwego mężczyzny. Skrzydło Jastrzębia zaś zostało wykonane przez ojca Juraviela specjalnie dla Elbryana Nocnego Ptaka. Obie bronie zaginęły, kiedy Elbryan został pochwycony przez ojca przeora Markwarta. Juraviel, przekonany, że znajdowały się w Św. Skarbie w Palmaris, próbował je odnaleźć.
Wówczas jednak doszło do konfrontacji pomiędzy Elbryanem i Markwartem w Chasewind Manor, bitwy, której elf nie mógł zignorować i Juraviel nie miał dość czasu. Toteż Dasslerond wysłała innego elfa, aby odnalazł broń. Zgodnie z raportem, powędrowała ona wraz z Elbryanem z powrotem do Dundalis, do miejsca jego ostatniego spoczynku.
- Bradwarden potwierdził jej lokalizację - wyjaśniła. - I zaprowadził do niej Tien-Bryselle.
- Dobry z niego przyjaciel - rzucił Juraviel.
Pani Dasslerond skinęła głową. - Dobry przyjaciel, który przeszedł przez próbę demona daktyla i próbę odpowiedzialności łączącej się z nazywaniem się elfim przyjacielem.
Juraviel zmrużył oczy, z łatwością wychwyciwszy niezbyt pochlebne odniesienie zarówno do Elbryana, jak i Jilseponie. Pani Dasslerond nie była zadowolona, dowiedziawszy się, że Elbryan nauczył Jilseponie elfiego tańca miecza, bi'nelle dasada, tak jak nie była zadowolona z wielu wyborów Jilseponie w ostatnich dniach konfliktu z ojcem przeorem Markwartem.
- Cieszymy się jednak, wiedząc, że broń jest bezpieczna - dodała prędko - specjalnie dla niego, jak wiedział Juraviel - strzeżona przez duchy dwóch strażników. Może pewnego dnia będzie należała do yel'delena.
Yel'delen, powtórzył w myślach Juraviel. Przypomniało mu to, iż pani Dasslerond nie nazwała jeszcze niemowlęcia, bowiem w elfim języku yel'delen znaczyło po prostu "dziecko".
- Jilseponie nie sprzeciwiała się oddaniu broni - ośmielił się rzucić Juraviel.
- Jest wciąż w Palmaris i najpewniej nie wiedziała nic o jej powrocie na północ - odpowiedziała - ani też, że poszliśmy jej szukać.
Juraviel spojrzał na nią z zaciekawieniem, nie zgadzając się jednak z jej pierwszym stwierdzeniem. Jeśli Burza i Skrzydło Jastrzębia opuściły Palmaris wraz z trumną Elbryana, to stało się tak na polecenie Jilseponie. - Ale nie sprzeciwiałaby się pogrzebaniu elfiej broni, nawet gdyby wiedziała - upierał się Juraviel - ani też nie oponowałaby, gdybyśmy postanowili ją zabrać.
Dasslerond wzruszyła ramionami, wyraźnie nie przygotowania do sprzeczania się w tej sprawie.
- Nie doceniasz jej - ciągnął dalej śmiało. - Od początku jej nie doceniałaś.
- Oceniałam ją po jej własnych czynach - odparła stanowczo pani Dasslerond. Potrząsnęła głową i zaśmiała się. - Przyjaźń przesłania ci wspomnienia, mimo iż wiesz, że twoja przyjaciółka będzie leżeć zimna w grobie na całe wieki przed tym, nim minie twój czas.
- Czyż nie mam przyjaźnić się z podobnymi sercem?
- Ludzie mają swoje miejsce - powiedziała nieco chłodno pani Dasslerond. - Wynoszenie ich ponad nie stanowi niebezpieczny błąd, Belli'marze Juravielu. Dobrze o tym wiesz.
Juraviel odwrócił wzrok, czując, że łzy wzbierają mu w złotych oczach. - Czy to dlatego? - spytał, a potem mrugając, pozbył się całkowicie łez i spojrzał wprost na nią. - Czy to dlatego odmawiasz mi tego dziecka?
Dasslerond nawet nie mrugnęła, ani też nie cofnęła się ani o cal. - To dziecko jest inne - powiedziała. - Będzie nosiło broń Nocnego Ptaka i Mathera, broń Touel'alfar należącą do prawdziwego strażnika.
- A gdy to się stanie, będzie to wspaniały dzień - wtrącił Juraviel.
- Zaiste - zgodziła się. - Wspanialszy niż myślisz. To dziecko stanie się najprawdziwszym strażnikiem, wyszkolonym od urodzenia przez elfy. Nie będzie miało żadnych związków z ludźmi, będzie człowiekiem jedynie z wyglądu.
Juraviel przez dłuższą chwilę rozważał te słowa i jej pełen determinacji ton. - Czyż jednak prawdziwa moc strażnika nie tkwi w połączeniu tego, co najlepsze w człowieku i elfie? - spytał, uważając, że jego umiłowana pani Dasslerond może nie dostrzegać tutaj bardzo istotnej kwestii.
- I tak było - odparła. - Jednak zawsze uważałam, iż jest to połączenie elfich sposobów postępowania z ludzką postacią fizyczną i ludzką niecierpliwością. To dziecko będzie miało siłę fizyczną przekraczającą nawet siłę swego ojca, siłę wzmocnioną przez próby, jakimi go poddamy i zdrowie płynące z Andur'Blough Inninness. Będziemy także pielęgnować poczucie śmiertelności, krótkiego życia, jakiego może się spodziewać, a tym samym poczucie tymczasowości i niecierpliwości tak istotne w działaniu wojownika.
Juraviel spojrzał na nią, nie całkiem pojmując rozumowanie kryjące się za tą przemową - słowami, które uważał niemal za nonsens. Rozumiejąc jednak źródło, panią Caer'alfar, przywódczynię jego ludu, Juraviel spojrzał przez słowa ku nadziejom i lękom. Zabrała dziecko i stanowczo odmówiła zwrócenia go matce, nawet teraz, gdy przeminęła ciemność Markwarta i Bestesbulzibara. Juravielowi naprawdę wydawało się, że pani Dasslerond zagarnęła dziecko dla Andur'Blough Inninness.
Wówczas też zrozumiał jeszcze wyraźniej nadzieje swej pani. Być może to dziecko, wierne swej rodowej krwi, silne ciałem i myślą, będzie miało moc uzdrowienia Andur'Blough Inninness. To dziecko strażnika może pomóc pani Dasslerond w obronie przeciwko rozprzestrzeniającemu się rozkładowi, plamie, jaką demon daktyl pozostawił w elfiej dolinie.
- Będzie silny i chyży jak Elbryan - stwierdził Juraviel, po to, by wyczuć odpowiedź, jak i powiedzieć prawdę.
- Będzie bardziej podobny do swojej matki - odparła pani Dasslerond.
Juraviel uniósł brew w zdziwieniu, że obdarzyła Jilseponie takim komplementem.
- Jilseponie jest silna i szybka w posługiwaniu się mieczem, silna w bi’nelle dasada, tak jak jej nauczyciel - wyjaśniła Dasslerond. - I choć nie była w tańcu równie silna co Nocny Ptak, to była bardziej wszechstronnym z rodziców, dzięki znacznej biegłości w posługiwaniu się magią klejnotów. Wszechstronny ludzki wojownik. To dziecko będzie wszystkim tym, czym była i jest jego matka oraz czymś więcej - ono bowiem będzie miało przewodnictwo Touel'alfar podczas swej podróży.
Belli'mar Juraviel skinął głową, choć obawiał się, że pani Dasslerond może sięgać nieco dalej w swych oczekiwaniach. W końcu dziecko miało tylko kilka miesięcy i choć jego rodowód wydawał się tak czysty, jak mógł być rodowód człowieka - a Juraviel, który kochał zarówno Elbryana jak i Pony, widział to wyraźniej niż pani Dasslerond! - nie stanowiło to gwarancji czegokolwiek pozytywnego. Co więcej, Juraviel, wyraźnie w przeciwieństwie do pani Dasslerond, podchodził do sprowadzenia niemowlaka do Andur'Blough Inninness jako do eksperymentu, do czegoś nieznanego.
- Jilseponie popełniła błędy, których nie możemy tolerować - oświadczyła stanowczo pani Dasslerond. Było to dla Juraviela nagłe i ostre przypomnienie o jej uczuciach wobec tej kobiety. - Tak jak Elbryan, nasz ukochany Nocny Ptak, zbłądził, ucząc ją bi'nelle dasada. Nie wątp więc, iż będziemy się jej nadal przyglądać z daleka.
Juraviel skinął głową. Przynajmniej w tej kwestii zgadzał się ze swą panią. Jeśli Pony zaczęłaby dzielić się elfim tańcem miecza, jeśli zostałaby nauczycielką niuansów bi'nelle dasada, to Touel'alfar będą musiały ją powstrzymać. Dla Juraviela oznaczało to sprowadzenie jej do ich rodzinnych stron i zatrzymanie jej tu. Nie miał jednak złudzeń co do tego, iż pani Dasslerond, na której spoczywała odpowiedzialność za samo istnienie Touel'alfar, nie byłaby tak miłosierna.
- Był to jednak błąd Nocnego Ptaka - odparł - a nie Jilseponie.
- Jeszcze nie.
I ponownie Juraviel skinął głową, dobrze pojmując jej rozumowanie. Nie był nawet pewien, iż zgadzał się ze swoim ostatnim stwierdzeniem - że Elbryan popełnił błąd, ucząc Pony. Juraviel przyglądał się, jak walczyli razem, każdy miecz doskonale uzupełniał ten drugi, tkając wzór tak pięknie, że w oczach elfa wzbierały łzy radości.
Jak takie dzieło sztuki mogło być błędem?
- Ufasz jej - oświadczyła pani Dasslerond.
Juraviel nie zaprzeczył.
- Kochasz ją tak, jak kochasz Touel'alfar - ciągnęła.
Juraviel spojrzał na nią, lecz nie odezwał się.
- Chciałbyś, żebyśmy jej wybaczyli i oddali jej dziecko.
Juraviel głośno przełknął ślinę. - Byłby z niej świetny strażnik, gdyby została wyszkolona w Andur'Blough Inninness - ośmielił się stwierdzić.
- Zaiste - odparowała szybko - ale nie została. Nigdy nie zapominaj o tym, mój przyjacielu. Nie została.
- Nie będę zaprzeczała twoim uczuciom wobec tej kobiety, pomniejszała ich czy też zbijała - ciągnęła pani Dasslerond. - Twoja wiara w nią daje mi naprawdę nadzieję, że błąd Nocnego Ptaka nie doprowadzi do nieszczęścia. Jednakże Jilseponie odegrała swoją rolę, sprowadzając na świat syna Elbryana. Zrozum to i zaakceptuj. Teraz jest nasz. Jest naszym narzędziem, naszą bronią. Naszą zapłatą za poświęcenie, jakie ponieśliśmy, pomagając ludziom w ich walce z Bestesbulzibarem. Jest naszym sposobem na zmniejszenie trwałego skutku tego poświęcenia.
Juraviel chciał argumentować, że ta wojna przeciwko demonowi daktylowi była tak dla dobra elfów, jak i ludzi, lecz powstrzymał się.
- Dlatego też, przez wzgląd na twoje szczere uczucia, zrozum, że nie wolno ci mieć żadnego kontaktu z tym dzieckiem - ciągnęła, a Juravielowi zamarło serce. - On nie jest Nocnym Ptakiem. Nazwiemy go odpowiednio, kiedy pokaże prawdę o swej duszy. Jednak Belli'mar Juraviel pozna tę prawdę w swoim czasie, poprzez pracę innych, bardziej odpowiednich do tego zadania.
Juraviel wcale nie był zadowolony z tej nowiny, nie był jednak zaskoczony. Przez te wszystkie miesiące narzekał, i to często, na brak kontaktu z dzieckiem, z jego strony jak i ze strony innych Touel'alfar. Skarżył się, iż ten kontakt, który następował, był częściej formą sprawdzianu, a rzadko stanowił zwyczajny akt dzielenia się dotykiem czy uśmiechem. Martwiło to Juraviela mocno i przemawiał dość ostro do pani Dasslerond o swoich obawach.
A jego słowa nie spotkały się ze współczuciem.
Dlatego też nie był teraz wcale zaskoczony.
- Wiesz o tym drugim? - spytała go pani Dasslerond.
- Brynn Dharielle - odparł Juraviel, wymieniając imię drugiego człowieka szkolonego obecnie przez Touel’alfar, imię młodej, osieroconej dziewczynki z To-gai, zachodniego krańca królestwa Behren, krainy najwspanialszych ludzkich jeźdźców na świecie.
- Sprawi ci przyjemność - zapewniła go pani Dasslerond - ma bowiem w sobie więcej ducha, niż jest w stanie pomieścić jej drobne ciałko. To istota impulsywna i pełna ognia, tak podobna do młodego Elbryana Wyndona.
Juraviel skinął głową. Słyszał już tyle, jeśli chodzi o Brynn Dharielle. Nie spotkał jeszcze strażniczki nowicjuszki, chociaż bowiem Brynn znajdowała się pod opieką Touel’alfar od ponad roku i choć Andur’Blough Inninness nie było dużym miejscem, to Juraviel miał sprawy do załatwienia gdzieś indziej - jego oczy i serce skierowane były na ścieżkę Elbryana i Pony, a jego troska zwrócona ku losowi demona daktyla i Markwarta oraz zmianom w ludzkim świecie. Ci w dolinie, którzy znali Brynn Dharielle, wysoko oceniali jej talent i ducha. Czy Touel'alfar ośmielą się myśleć, że szkolą kolejnego Nocnego Ptaka?
- Oddaję ci ją pod opiekę - ciągnęła pani Dasslerond. - Zaopiekujesz się nią tak, jak zaopiekowałeś się Nocnym Ptakiem.
- Czyż nie uważasz, że zawiodłem w sprawie Nocnego Ptaka? - ośmielił się zapytać Juraviel. - Czyż bowiem nie sprzeniewierzył się swej przysiędze strażnika, nauczając bi'nelle dasada?
Pani Dasslerond roześmiała się na głos - bowiem mimo całego jej gniewu na Elbryana za to, że podzielił się elfim tańcem miecza z Pony, wiedziała, tak jak wiedziały to wszystkie elfy, że nie sprawił im zawodu. Zupełnie nie. Nocny Ptak udał się do Aidy i stoczył walkę z Bestesbulzibarem. A kiedy demon znalazł nowego, bardziej podstępnego i niebezpiecznego gospodarza, Nocny Ptak poświęcił wszystko, aby wygrać, dla ludzi i wszystkich dobrych ras świata, łącznie z Touel'alfar.
- Zatem będziesz się uczył na swoich błędach - odparła pani Dasslerond. - Z nią sprawisz się jeszcze lepiej.
Tym razem to Juraviel zaśmiał się bezradnie. Czy jego pani w ogóle zdawała sobie sprawę, jaki standard właśnie wyznaczyła Brynn Dharielle? Czy jego pani kiedykolwiek zapomni o swoim gniewie i ujrzy prawdę dotyczącą Elbryana Nocnego Ptaka, prawdę, która pozostała w sercu Jilseponie?
A może się mylił? Zastanawiał się i lękał. Może był zbyt zaślepiony przyjaźnią i miłością, aby zaakceptować słabości swych ludzkich towarzyszy?
Belli'mar Juraviel wydał z siebie długie, długie westchnienie.


Dodano: 2006-11-11 10:59:26
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Świąteczny konkurs z Warcraftem


Świąteczny konkurs z Rebisem i Szmidtem


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Cherezińska, Elżbieta - "Wojenna korona"


 Raduchowska, Martyna - "Fałszywy Pieśniarz"

 Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i anioł z kamienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"

 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS