NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"

Lawrence, Mark - "Święta siostra"

Ukazały się

Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"


 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King,Stephen - "Pan Mercedes" (2019)

 Rogoża, Piotr - "Niszcz, powiedziała"

 Anson, Jay - "Amityville Horror"

 Shannon, Samantha - "Zakon Drzewa Pomarańczy", część 1

 Cervantes, J.C. - "Posłaniec burzy"

 Bardugo, Leigh - "Król z bliznami"

Linki

Zelazny, Roger - "Pan Światła"
Wydawnictwo: ISA
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Data wydania: Listopad 2006
ISBN: 83-7418-124-9
Oprawa: miękka
Liczba stron: 288
Cena: 29,90 zł



Zelazny, Roger - "Pan Światła"

A ludzie rzekną, że nieba szaleją,
A nieba rzekną: że przyszedł dzień Wiary.

– C. K. Norwid

Roger Zelazny, człowiek, który zmienił fantastykę, musiał lubić mitologię. Kiedy bliżej się jego twórczości przyjrzeć, u pierwszego przedstawiciela Nowej Fali, Amerykanina polskiego pochodzenia, echa fascynacji mitem widać na każdym kroku: w „Ja, nieśmiertelny” odnajdziemy wytwory wyobraźni starożytnych Greków, „Stwory światła i ciemności” zdominowane są przez egipskie bóstwa, „Oko kota” kipi zaś elementami folkloru, wierzeń Indian z plemienia Navajo. „Pan Światła”, powieść dość zgodnie uznawana za najlepszą w dorobku pisarza – a przez niektórych1 zaliczana nawet do pierwszej piątki powieści spod znaku SF ever – odwołuje się do mitów (a może wydarzeń), jakie można było zasłyszeć (a może zobaczyć) na subkontynencie indyjskim tysiące lat temu.
Ale choć czytając odnajdujemy okruchy przeszłości, akcja książki nakazuje nam przenieść się wiele(set) lat do przodu.

Poznajemy obcą, skolonizowaną planetę, na której mała grupa Ziemian zarezerwowała dla siebie na zasadzie wyłączności dostęp do zaawansowanej techniki i ujarzmiła resztę przedstawicieli swojego gatunku. Koteria dokonując zbiorowej autodeifikacji stworzyła realnie oddziaływujący w tym świecie panteon bóstw hindi. Narzuciła tłuszczy wiarę w samą siebie pod maskami Brahmy, Sziwy, Wisznu i innych bogów Półwyspu Indyjskiego, a całe społeczeństwo trwale spetryfikowała, dzieląc na kasty. Wprowadzając ściśle kontrolowaną reinkarnację uniemożliwiła jakąkolwiek odpowiednio silną i skoordynowaną reakcję ze strony – i tak nieświadomego niemal niczego – ciemnogrodu. Ot, bliski upiornej doskonałości totalitaryzm.
Ulubione narzędzie władców, religia, jeszcze nigdy nie było tak proste w użyciu.

W szeregach bogów nie ma jednak zgody, co ze swoimi wyznawcami robić. Podpowiadać im może, uczyć, przyspieszać rozwój, jak chce grupa akceleracjonistów, czy może nie ingerować, a gdy sytuacja wymaga – hamować wszelką ponadprogramową (wykraczającą poza ramy średniowiecza) innowacyjność, do czego przekonują deikraci? W czasach, w których dzieje się powieść, zwolennicy stagnacji zdobyli dużą przewagę nad stronnictwem postępu, nie jest to bynajmniej zwykłe wahanie nastrojów, losy konfliktu wydają się przesądzone. Akceleracjonistów właściwie już nie ma, ci, którym deikraci pozwolili przeżyć, zostali łaskawie reinkarnowani pod postacią psa tudzież wykastrowanego bawołu.

Ale oto na scenę wkracza, po dłuższym pobycie wśród zwykłych ludzi, pozostający poza głównym nurtem wydarzeń – Sam, obecnie bardziej znany jako książę Siddhartha. Jeden z Pierwszych (kolonizatorów), jeden z największych, postać tyleż prometejska co makiaweliczna. Sam decyduje się poprzeć konającą ideę akceleracjonizmu, staje do wojny z niebiańskim establishmentem. Walczyć będzie dość oryginalnie – bo przez krzewienie „nowej” religii (czy raczej doktryny filozoficznej) – buddyzmu. Wybór wydaje się dobry, jeśli przeanalizować ziemską historię, dlatego wdziewa mnisze szatki, zostaje Bodhisattwą, czyli Oświeconym, i zaczyna głosić swoją – czyli zapożyczoną – najwyższą prawdę wśród wyznawców dotąd jedynie słusznego hinduizmu. To znaczy, zaczyna siać ferment. I zwolenników, rzecz jasna, zyskuje.
No cóż, nie lubić go zwyczajnie nie sposób.

W „Panu Światła” Zelazny przyjmuje założenie podobne temu, jakie poczynił Jacek Dukaj w „Perfekcyjnej niedoskonałości”: że świadomość jest zapisywalna i da się ją przetransferować z jednego mózgu do drugiego, z ciała do ciała. Człowiek zyskuje w związku z tym status niemalże nieśmiertelnego. Nadto dei ex machini posiadają różne moce psioniczne, co nazywane jest Aspektem (z którego wynika jeszcze Atrybut) i co czyni z nich niemal supermenów.2
Żeby nie zagłębiać się zbytnio w szczegóły: pisarz postawił sobie za cel opisać przyszłość za pomocą słów, które przedstawią wyrafinowaną, doskonałą technikę jako coś nadprzyrodzonego. Wykorzystuje zatem prawo Clarke’a, mówiące, że każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii – a zarazem i w sprawie sprzętu, i możliwości, jakimi dysponują bogowie-kolonizatorzy, przemilcza na ogół to, czego nie byłby w stanie sensownie wytłumaczyć.
Dzięki temu zabiegowi powieść prehistoryczna jak na standardy science fiction (1967 rok) zestarzała się w mniejszym stopniu niż rówieśniczki. Nie znaczy to jednak, że nie można było napisać jej lepiej. Zastrzeżenia budzi współczesna naszej, a więc sztuczna dla tak odległej przyszłości i zmienionych realiów, mentalność człowieka Zachodu, jaką nadano bohaterom. Skurcz mięśni mimicznych wywołują niektóre partie dialogowe, w których autor wkłada w usta postaci wyjaśnienia na temat wykreowanego świata. Adresowane do czytelnika wywody są dla bohaterów nienaturalnie długimi rozmowami o oczywistościach. Kiedy dodać do tego nadmierną miejscami napuszoność wypowiedzi oraz to, że lwia część przedostatniego rozdziału powinna być z zyskiem dla całości wycięta i wyrzucona do kosza, wiesz już, czytelniku: „Pan Światła” to książka bez wątpienia nierówna.
Możesz natomiast nie wiedzieć jeszcze, że i tak czyta się ją z przyjemnością.

Powieść iskrzy humorem. Wystąpienie człowieka w roli absolutu owocuje wizją Brahmy, Kali i innych, jako bytów potężnych, lecz rażąco (niekiedy rozbrajająco) niedoskonałych. Na przykład niczym u pewnego antycznego satyryka – pan wszelkiego stworzenia rozgląda się za nowymi kobiecymi trofeami i w swej męskości pragnie być bardziej boski od pozostałych, z Kriszną na czele. Powiesz, czytelniku, nihil novi, ale optyka, przyznasz, zmienia się nieco, kiedy opis uzupełnić o informację, że Brahma w poprzednich wcieleniach nazywał się Madeleine i był kobietą.
W ogóle „Pan Światła” dostarcza niemało takiej najbardziej podstawowej czytelniczej radochy – mającej swe źródło w powikłanej intrydze (dodatkowo komplikowanej przez zakulisowe działania pewnego wire-pullera), niespodziewanych woltach bohaterów, pysznie groteskowych sytuacjach i przede wszystkim przewrotnych, ironiczno-cynicznych dialogach, gdzie roi się od błyskotliwych bon motów.
Struktura powieści, której dwa rozdziały, pierwszy i ostatni, opisują czasy „najnowsze”, a wszystkie pięć pozostałych odnosi się do wydarzeń o 50 lub więcej lat wcześniejszych, nadaje opowiadanej historii podwójną, interesującą, (a)symetrię. Urozmaicania narracji doświadczamy także w skali mikro; poszczególne wydarzenia autor potrafił opisać w sposób równie efektowny co zaskakujący (scena w Sali Luster, zdobywanie Maharathy i wiele, wiele innych). Na brak inwencji w czasie, gdy powstawał „Pan Światła”, Roger Zelazny z pewnością nie mógł narzekać. A rzadkie połączenie lekkości z precyzją pióra, wrodzony talent Amerykanina, jeszcze tę kreatywność uwypukla. Zatem nie tyle mięso fabularne, główna czytelnicza strawa, lecz raczej skomplikowana metoda przyrządzenia i elegancki, przystępny sposób podania, czynią tę powieść wyjątkową co najmniej w obrębie konwencji, w jakiej została napisana.

O przeżyciach z rodzaju estetycznych sobie powiedzieliśmy, spróbujmy zatem jeszcze tylko ugryźć rzecz tam, gdzie autor innymi słowy napisał „etyka”, i fin, fine lub jak kto woli finis.
„Pan Światła” to na swój przewrotny sposób lektura pełna dydaktyzmu, pouczająca znaczy. Bogowie propagując w społeczeństwie obskurantyzm, umysłową inercję i oportunizm mogą być kreaturami sankcjonującymi własną potęgą powszechną, dogłębną niesprawiedliwość, mesjasz-nauczyciel może okazać się działającym z egoistycznych pobudek hochsztaplerem, a najpiękniejsze słowa, najrozsądniejszy wykład – kłamstwem. Nie ustalisz, czytelniku, gdzie w książce Zelazny’ego przebiega linia podziału na dobro i zło. Opisywani ludzie, jak w życiu, strasznie pomieszani: w każdym „raj, piekło – i do obu szlaki”. Każdy posiada swoje racje, nikt nie jest do końca czarny, żaden – zupełnie biały. Tu nawet Śmierć nie jest w stanie pogodzić się ze śmiercią.
Czytając, toniemy w niejednoznacznościach, a autor jako koło ratunkowe rzuca nam paradoksalnie to, co najbardziej subiektywne, najmniej pewne.
Dlatego po lekturze powieści – ukazującej mały wycinek odwiecznej historii współwystępowania dwóch pierwiastków, które są wszędzie i zawsze, wszystko zaczynają i kończą, i które, niestety lub może na szczęście, przenikają się wciąż wzajemnie – z wielu zamierzeń (ponownego przeczytania książki, nie zaniedbywania już nigdy nauki o pięknie), jedno tylko mamy pragnienie żarliwe.
„Móc widzieć ciemność, widzieć jasność.”



PS. Od strony edytorskiej książka prezentuje się niezgorzej, choć również nie w pełni zadowalająco. Obok wielkiego plusa, jakim jest nowy, o niebo lepszy przekład, uczciwość (lub malkontenctwo) każe – niespodziewanie – wspomnieć także o minusach. Ogólnie summa summarum literówek jest, niestety, dość dużo; na przykład słowo „atrybut” wykazuje na kartach tego wydania niecodzienną tendencję do przemiany w pewien, przypuszczam, niezwykły rodzaj obuwia – „atrubut”. Okaleczone zostało też zdanie, pretendujące do najważniejszego w całej powieści, w którym źle odmieniono zaimek. Szkoda, no, panie, szkoda.
Niemniej, ukłony i brawa dla wydawnictwa ISA, które zdecydowało się na wydanie lepszej, wierniejszej oryginałowi wersji nierentownej, ale ważnej książki. Nie mniej ważnej niż Herbertowa „Diuna”.




1 George’a R.R. Martina na przykład.

2 Zelazny starał się temat wyjaśniający pochodzenie paranormal activities omijać; to i owo mu się jednak wymknęło. Tłumaczenie okazuje się, niestety, dość bałamutne.



Ocena: 8/10
Autor: Mateusz Wodyk
Dodano: 2006-11-30 20:02:25
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Bleys - 20:12 08-12-2006
Achmed, ja czytalem książkę, i pewnie sporo osób ją czytalo - więc treść jest generalnie raczej znana w kręgu osób dobrze rozeznanych w gatunku. Jednak od wydania Atlantisu minęlo lat 15, i wielu osobom chyba popsuleś trochę urok odkrywania świata powieści pierwszymi dwoma akapitami - tym bardziej, że "Pan światla" jest pisany szerokimi retrospekcjami. I jak mogleś napisać to o Brahmie?? Szczerze powiedziawszy, to nie jest recenzja, a streszczenie.

Achmed - 22:13 08-12-2006
Bleysie, o Brahmie jest na 64 stronie "PeŚa", a kiedy nie liczyć dziejącego 50 lat naprzód rozdziału pierwszego, to na 18. Anyway, czytelnik, kiedy poznaje tę scenę, jest na etapie wchodzenia w świat powieści. Podany przykład, jak i zamieszczony ogólny zarys fabuły, uważałem - i jak na razie uważam nadal - za dobrą zachętę dla niezdecydowanych, dla tych, którzy jeszcze nie czytali.
Natomiast, co do tego, czym tekst jest - starałem się napisać recenzję. Z całą pewnością - uważam - nie wyszła mi choć w części tak dobrze, jak Twoja "Welinu"; wydaje mi się jednak, że oprócz streszczenia, można w niej znaleźć coś więcej.

Bleys - 13:53 09-12-2006
W takim razie maleńka uwaga, nazwijmy ją tak, metodyczna: pisz mniej o treści, więcej o formie i wlasnej ocenie, jeśli kolega recenzent ma prawo tu coś zasugerować. Gdy jednak używalem slowa "streszczenie", nie chodzilo mi tylko o wzmiankę o Brahmie - raczej o cale cztery akapity rozpoczynające Twój tekst. Recenzja zaczyna się od piątego akapitu - i, po wycięciu pierwszych czterech, jest rzeczową przy swej życzliwości opinią o książce.

Zabawne - nie uważam mojej recenzji "Welinu" za szczególnie dobrą, wręcz przeciwnie...

Shadowmage - 14:51 09-12-2006
O treści to moze faktycznie trochę za dużo, ale ja doskonale Achmeda rozumiem, bo sam też ten bład często popełniam.
Ale czy to streszczenie zdradzające treść w zbyt dużym stopniu? Moim zdaniem nie. Wypowiedź tak została skonstruowana, że osoba nie znająca treści książki raczej się nie połapie o co chodzi i będzie wiadziała dopiero wtedy, gdy do tego miejsca dotrze podczas lektury. Natomiast osobom, które książkę znają nie robi to większej różnicy. No ale to subiektywne zdanie osoby znającej "Pana Światła". Może dobrze by było, żeby się na ten temat wypowiedziała osoba, która go nie zna.

Achmed - 15:06 09-12-2006
Bleys pisze:Gdy jednak używalem slowa "streszczenie", nie chodzilo mi tylko o wzmiankę o Brahmie - raczej o cale cztery akapity rozpoczynające Twój tekst.

Tak, tak, wiem.
Bleys pisze:Recenzja zaczyna się od piątego akapitu - i, po wycięciu pierwszych czterech, jest rzeczową przy swej życzliwości opinią o książce.

Zdaję sobie sprawę, że streszczania fabuły jest za dużo jak na przeciętną porządną recenzję. Problem w tym, że bez tych trzech akapitów (wstępu o Zelaznym nie liczę), nie potrafiłbym chyba napisać odpowiednio komunikatywnego tekstu. Znaczy: żeby dalsze ustępy były - gdzie to niezbędne - dla czytelnika, który nie zna "PeŚa" jasne.
Bleys pisze:Zabawne - nie uważam mojej recenzji "Welinu" za szczególnie dobrą, wręcz przeciwnie...

Czy szczególnie dobra - jak na Ciebie - nie wiem, ale akurat ją ostatnio czytałem. Podobała mi się szczególnie w sferze argumentacji; a że zwłaszcza to sobie w tekstach krytycznych cenię, dlatego podałem jako przykład :-)

Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść o Spider-Manie


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sanderson, Brandon - "Do gwiazd"


 Funke, Cornelia, del Toro, Guillermo - "Labirynt fauna"

 Aldiss, Brian W. - "Non stop"

 Sanderson, Brandon - "Rytmatysta"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

 Sullivan, Michael J. - "Zniknięcie córki Wintera"

 Vonnegut, Kurt - "Syreny z Tytana"

Fragmenty

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

 Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Uderzenie wyprzedzające"

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS