NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Tidhar, Lavie - "Stacja centralna"

Maberry, Jonathan - "Pacjent Zero"

Ukazały się

Komuda, Jacek - "Galeony wojny" (2017)


 Kornew, Paweł - "Śliski"

 Campbell, Jack - "Przestrzeń zewnętrzna: Strażnik"

 Ziemiański, Andrzej - "Toy Wars" (2017)

 Chima, Cinda Williams - "Zaklinacz ognia"

 Dayton, Arwen Elys - "Podrózniczka"

 Sutherland, Tui T. - "Mroczny sekret"

 Żwikiewicz, Wiktor - "Delirium w Tharsys"

Linki


Wywiad z Pawłem Matuszkiem, redaktorem naczelnym Nowej Fantastyki

K: Witam w imieniu czytelników Katedry! Kiedy odszedł redaktor naczelny pisma, Arkadiusz Nakoniecznik, na giełdzie pojawiać się zaczęły różne nazwiska, mniej lub bardziej (nomen omen) fantastyczne. Pełniącym obowiązki rednacza został tymczasem Błażej Dzikowski, a wkrótce to pan objął stery. Czy zatem mógłby pan powiedzieć kilka słów o sobie? Kim jest Paweł Matuszek i jak trafił do pisma?

Paweł Matuszek: Jest taki nieco już zapomniany film fantastyczny, zatytułowany „Człowiek, który spadł na Ziemię” N. Roega z Davidem Bowie w roli główniej. A ja, choć niespecjalnie przypominam Bowiego, z całą pewnością dla polskiego fandomu jestem takim właśnie człowiekiem, który znikąd spadł do „Nowej Fantastyki”. Nikt mnie nie zna. Ale nie może być inaczej, ponieważ nigdy nie byłem członkiem żadnego klubu miłośników fantastyki i nie utrzymywałem środowiskowych kontaktów. Swój dziennikarski warsztat szlifowałem w prasie wielkonakładowej (kolorowe tygodniki, miesięczniki i dzienniki – po dzisiejszy dzień moje recenzje od czasu do czasu można przeczytać w „Życiu Warszawy”), a od portali internetowych i związanych z nimi środowisk trzymałem się z daleka. Moim zdaniem, ten rodzaj publikacji nie uczy dziennikarskiego rzemiosła, wiążącego się, przykładowo, z trzymaniem się odgórnie narzuconej liczby znaków. Nie mówiąc już o sicie redakcyjnym...
Mimo że w optyce fandomowych miłośników fantastyki nie jestem rasowym fanem, nie siedziałbym tu, gdzie teraz siedzę, gdyby nie to, że jestem absolutnym i wręcz maniakalnym miłośnikiem literatury. Każdej, także tej fantastycznej. Poza tym uwielbiam też komiks. I ich recenzowaniem zajmuję się już od kilku ładnych lat. A moją miłość do literatury i komiksu rozbudziła niegdyś lektura czasopisma „Fantastyka”. Fascynowały mnie nie tylko zawarte w niej teksty prozatorskie, ale także krytycznoliterackie i bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że to właśnie dzięki „Fantastyce” zostałem zawodowym recenzentem. Jedną z moich ulubionych i absolutnie kultowych lektur było niegdyś „Wyposażenie osobiste” Oramusa.
Jednak po okresie fascynacji fantastyką zainteresowałem się literaturą tzw. głównego nurtu i całkowicie przerzuciłem się na „poważniejsze” książki. Ale po latach odkryłem, że podział na literaturę poważną i fantastyczno-rozrywkową jest sztuczny i znowu zainteresowałem się fantastyką. Od tej pory czytam już wszystko, co wydaje mi się ciekawe, bez względu na szufladkę, w której to umieszczono.
Naturalnie od dawna marzyłem o współpracy z NF. I powoli, powoli zdobywałem zawodowe doświadczenia i podnosiłem swoje umiejętności, aż po wielu latach wytężonej pracy udało mi się wreszcie nawiązać współpracę z tym pismem. Zacząłem tu publikować recenzje książek i komiksów. Nie były takie złe i współpraca trwała. To było w zeszłym roku. A w końcu roku 2005 okazało się, że aktualny naczelny rezygnuje z posady i wydawca szuka jego następcy. Postanowiłem zgłosić swoją kandydaturę. Nie miałem wielkich nadziei, ale pomyślałem, że warto spróbować. Pewnie w innej sytuacji nowym naczelnym zostałby Błażej, ale on znalazł sobie pracę gdzie indziej i tak na placu boju o stołek naczelnego zostali sami NF-nowicjusze. I wtedy okazało się, że wydawca chce na tym miejscu kogoś spoza środowiska. Kogoś z całkowicie nowymi pomysłami. Ani się obejrzałem i już siedziałem w redakcji i pracowałem nad następnym numerem NF. Przez kilka następnych miesięcy byłem testowany na tym stanowisku, a we wrześniu objąłem rząd dusz. No i pracuję z redaktorem Parowskim! Nawet nie wiecie, jaka to frajda. Z reszty redakcji też jestem bardzo zadowolony. Od dawna chciałem tu pracować i konsekwentnie do tego dążyłem. Oczywiście uśmiechnęło się do mnie szczęście, ale starałem mu się pomóc ze wszystkich sił. Mówiąc krótko: Matuszek nie spadł do NF przez przypadek.

K: Zatem jest pan chyba sztandarowym przykładem tego, że ciężka praca i walka o swoje marzenia się opłacają.
Jak zatem wygląda praca w redakcji „Nowej Fantastyki”? Z wypowiedzi naczelnych różnych pism wywnioskowałem, że redaktorzy często zasypiają pod biurkiem, część zostaje w redakcji po nocach, część jest przez przypadek zamykana przez własnych szefów w biurze – czy takie perypetie zdarzają się i wam?

PM: Tak, to prawda! Trzeba walczyć o swoje marzenia, jakkolwiek banalnie to brzmi. A co do pracy w redakcji, to w zasadzie nie zdarzają nam się tego rodzaju perypetie. Nie licząc procesu zamawiania tekstów, przygotowanie każdego numeru NF zajmuje około 2-3 tygodni, co obejmuje redakcję tekstów i ich łamanie. Praca jest odpowiednio rozłożona w czasie i dlatego nie mamy sytuacji awaryjnych. Obecnie stanowimy dość zgrany i profesjonalny zespół, który tak naprawdę dopiero zaczyna się rozkręcać. Pracujemy w stałych godzinach, czyli od 9 do 17. Jak widać, mimo że robimy pismo fantastyczne, nie ma tu miejsca na szaleństwo, jesteśmy całkowicie normalni i przewidywalni, żeby nie powiedzieć nudni... Oczywiście pomijając nasze osobiste dziwactwa, bo tych nam nie brakuje!

K: Hmm, czuję się trochę jak psychiatra słysząc o „osobistych dziwactwach”. Jeśli to nie będzie zbyt osobiste pytanie, to czy mógłby pan o nich opowiedzieć?

PM: Wolałbym jednak nie. Moje leniwe studia nad mechanizmami paranoi i synchroniczności oraz tropienie śladów Wielkich Przedwiecznych w normalnym życiu i godziny spędzone na układaniu książek na półkach w nadziei na znalezienie tego jednego, idealnego układu, powinny jednak zostać moją prywatną własnością.

K: Zatem nie będę naciskał :-)
Wstępniak do „Nowej Fantastyki” 11/2006 traktuje o literackiej nagrodzie Nike, którą otrzymała Dorota Masłowska. Jak pan odebrał werdykt jury jako redaktor naczelny największego i najdłużej działającego na rynku pisma literackiego i jak pan ocenia poziom współczesnej polskiej prozy? Czy nie jest tak, że dzisiaj tradycja literacka w Polsce zanika? Wszak nadal nie możemy doczekać się osób, o których można powiedzieć, że są godnymi następcami Sienkiewicza, Gombrowicza czy Żeromskiego.
PM: Z całym szacunkiem, ale najstarsze polskie pismo literackie, które ukazuje się nieprzerwanie od 1945 roku, to „Twórczość”. I objętościowo jest ona podobna do NF. Oprócz tego na naszym rynku jest także „Literatura na świecie”, która objętością przewyższa NF i jest o ponad dekadę starsza. Zatem NF nie jest na polskim rynku jakimś stareńkim dinozaurem, chociaż te 25 lat to nie w kij dmuchał.
Ale nie o tym miałem mówić. Nike dla Masłowskiej to niesłychanie kontrowersyjny werdykt. Przyznam, że budzi we mnie ambiwalentne uczucia. Często bronię talentu Masłowskiej, bo uważam, że dziewczyna ma zdumiewający literacki słuch i potrafi dziergać literaturę w znakomity sposób. Udowodniła to „Wojną polsko-ruską”, która była bardzo przyzwoita i udźwignęła doklejone nieco na siłę miano powieści pokoleniowej. A potem był ten nieszczęsny „Paw Królowej”, też całkiem przyzwoity. Pamiętam, jak jakiś czas temu dostałem przedpremierowy egzemplarz do recenzji i z przyjemnością przeczytałem tę misternie wyhaftowaną prozę, upozowaną na hip-hopową gadkę, złośliwie naigrywającą się z Warszawki. Czułem, że obcuję z książką, która zdecydowanie warta jest pochwał, ale ogólnie rzecz biorąc to taka urocza zabawa literaturą, uskuteczniana przez piekielnie zdolną
pisarkę. I fajnie, widać tu kolosalny potencjał, który w przyszłości, kiedy Dorota się troszkę zestarzeje i nabierze doświadczenia, mógłby zaowocować niesamowitymi, powalającymi książkami. Jednak teraz, kiedy dziewczyna została zagłaskana nagrodami, zapewne już nie będzie jej się chciało pisać. A jeśli nawet, to nie będzie już czuła parcia na sukces. W ten sposób polski establishment literacki zdeprawował jeden z największych talentów literackich ostatnich lat. Jednak nie jest to odosobniony przypadek, medialni poszukiwacze najzdolniejszych talentów od dawna wykazują się totalnym brakiem wyczucia jakości literatury. Wystarczy wspomnieć Paszporty „Polityki” dla grafomanii Shutego („Zwał”) albo powieści „Gnój” Kuczoka, która jest sugestywna emocjonalnie i świetna literacko, ale od początku było widać, że Wojtek wykorzystał literaturę do egzorcyzmowania swoich własnych
traum. I trzeba powtórzyć, że zrobił to z bardzo dobrym efektem, ale jeśli używa się prozy do celów terapeutycznych, to trudno jest potem napisać coś całkiem zmyślonego, wykoncypowanego od początku do końca. Dowód? Na to, co Kuczok napisał później, spokojnie można nakleić winietkę: przekombinowane, nijakie i niepotrzebne. Podobnym przypadkiem jest proza Witkowskiego.
Jednak myślę, że głoszenie rychłej śmierci polskiej literatury to gruba przesada. Wciąż wydaje się wiele książek i pojawia się mnóstwo nowych twórców, choć poziom, jaki reprezentują, jest bardzo różny. Każdy Pilch jest co najmniej przyzwoity (podzielam jego miłość do Żołądkowej Gorzkiej), także jego najnowszy zbiór opowiadań „Moje pierwsze samobójstwo”, choć nieco wtórny, nie zawodzi oczekiwań. Poza tym koleś ma niesamowitą frazę, można ją smakować godzinami. Znakomity jest „Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego. Toż to proza z najwyższej półki, na książki Myśliwskiego warto czekać latami. Również „Warunek” Rylskiego to było ciche wydarzenie zeszłego roku. I jeszcze nowy Malicki, „Takie tam” – cudeńko! Ci panowie naprawdę zasługują na to, żeby ich czytać. Możemy się nimi chwalić na całym świecie. A przecież tworzą teraz, współcześnie, czyli są żywym zaprzeczeniem tezy o upadku polskiej literatury.
Trochę inaczej wygląda to w przypadku młodziutkich pisarzy, stroszących intelektualne piórka. Najczęściej ich proza jest nie do zniesienia. Agnieszka Rotkiewicz, Marata Dzido, Jakub Żulczyk – no, nie da rady, siłują się chłopcy i dziewczynki ze swoim środowiskiem i bólem w dupie, ale na dłuższą metę w większości nie da się tego czytać. Ich książki to na gwałt wydane półprodukty, które każdy, kto ma choć odrobinę samokrytycyzmu, zostawiłby na dnie swojej szuflady. Tutaj nie widzę wielkich talentów, chyba że za jakiś czas zaskoczą czymś niesamowitym. Na szczęście w literaturze wszystko jest możliwe.
Na koniec zostawiłem działkę fantastyczną. I tu jest lepiej. Młodzi ludzie, którzy się za nią biorą, przynajmniej zdają sobie sprawę, że muszą się posługiwać klarownym warsztatem literackim. Za najbardziej utalentowanego pisarza polskiej fantastki uważam (nie będę oryginalny) Jacka Dukaja. To niesamowity talent, momentami wręcz dziki i dlatego dość nierówny. Ale do dzisiaj czuję ból w potylicy po lekturze „Innych pieśni”, zdecydowanie najlepszej i najbardziej zdumiewającej powieści fantastycznej ostatniej dekady. I najlepszej w jego dorobku. Teraz z niecierpliwością czekam na „Lód”. Czytałem już sam początek (tak, tak, teraz możecie mi zazdrościć) i jestem dobrej myśli. Poza nim bardzo ciekawy jest Wit Szostak, a ostatnio Kosik i coraz lepiej piszący Przechrzta. Świetny jest także Huberath i jego „Miasta pod Skałą”. No i wciąż mamy Sapkowskiego, który pisze soczyste językowo, erudycyjne i wręcz idealne czytadła. Uwierzcie mi, warto też poczekać na następną książkę Orbitowskiego. Co prawda w tym roku nie mieliśmy żadnego spektakularnego debiutu, ale to jeszcze nie znaczy, że powinniśmy mówić o kryzysie. To oni wszyscy (ci z głównego nurtu i fantastyczni)są spadkobiercami Sienkiewicza, Gombrowicza czy Żeromskiego, oczywiście na miarę naszych czasów i wyzwań współczesności. Ale jakkolwiek by na nie spojrzeć, na tej działce ciągle się coś dzieje i dlatego zajmowanie się literaturą to ekscytująca przyjemność.
K: Chciałem zapytać, czy to nie właśnie fantastyka jest motorem napędowym polskiej literatury współczesnej, ale skoro ta kwestia została już częściowo poruszona, spytam o coś innego – czemu literatura fantastyczna jest w Polsce ignorowana przez krytyków i rynek? Weźmy na przykład tego nieszczęsnego „Pawia Królowej” – książka sprzedaje się znakomicie, podczas gdy najlepsze powieści fantastyczne: „Inne pieśni” czy ostatnio „Pan Lodowego Ogrodu” Grzędowicza raczej nie przekraczają dwudziestu tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Tak samo krytycy – co prawda Sapkowski dostał w 2002 roku nominację do Nike, ale z reguły polska fantastyka jest pomijana przy najważniejszych nagrodach. A literacko autorzy fantastyczni są lepsi niż bez mała połowa tzw. „głównego nurtu” (porównajmy Shutego do Dukaja: zupełnie inna liga).
PM: Nie dajmy się zwariować propagandowej machinie promocji i nie zapominajmy, że to autorzy i tylko autorzy są siłą napędową literatury. I to zarówno fantastyczni, jak i głównonurtowi. Ale motorem sprzedaży są nagrody. One zawsze zwiększają zapotrzebowanie na nagrodzoną książkę, co oczywiście nie ma nic wspólnego z jej rzeczywistą jakością. Jeśli jakaś książka zostanie nagrodzona, bez względu na to, czy jest to arcydzieło czy też grafomania, i tak jej sprzedaż wzrośnie. Kult nagród zawsze działa. I nie ma co narzekać na niską sprzedaż literatury fantastycznej. W Polsce każda literatura słabo się sprzedaje. Poza tą nagrodzoną – a i to przez chwilę, aż pojawi się kolejna nagrodzona książka.
Osobnym zagadnieniem jest niechęć krytyków głównonurtowych do fantastyki. Zjawisko to wiąże się również z szerszym problemem współczesnej krytyki literackiej, dotyczącym zarówno krytyków akademickich, jak i samozwańczych internetowych pieniaczy. Chodzi o czytanie bez zrozumienia tekstu i kontekstu, w którym powstał. Wielu domorosłych i niedoświadczonych recenzentów potyka się na rzetelnej analizie książki, a z kolei doktoranci z uczelni, którzy potrafią każdy utwór rozłożyć na czynniki pierwsze, najczęściej nie znają popkulturowego kontekstu, w którym powstają pozycje fantastyczne i zamiast rozgryzać ich znaczenie wolą je bagatelizować. Dlatego też swego czasu kulturalny establishment nie przyznał nagrody Dukajowi. Cóż, sprawa wydaje się prosta. Lepiej nagrodzić grafomańskiego Shutego niż niepoważnego i bujającego w obłokach Dukaja. A nagroda Nike też nie mogła powędrować do rąk Sapkowskiego, bo w przypadku tego nieco pretensjonalnego wyróżnienia, które rości sobie prawa do wyszukiwania i wyróżniania NAJLEPSZYCH polskich powieści, nagrodzenie autora fantasy mogłoby wyglądać na co najmniej niepoważne zagranie, jeśli nie na jawną kpinę ze środowisk akademickich i śmiertelnie poważnego podejścia do literatury. Aż chciałoby się powiedzieć: fantastyka albo zdrowie, wybór należy do ciebie! Lecz sprawa nie jest taka prosta. W Polsce pokutuje jeszcze niemal podświadome przekonanie, że literatura musi w poważny sposób mówić o poważnych sprawach i wszystkie inne formy wyrazu uwłaczają godności PRAWDZIWEGO literata. To się pewnie zmieni, ale na razie w szeregach akademickich jest jeszcze sporo wpływowych recenzentów skażonych literacką martyrologią. A wśród prasowych recenzentów za mało jest tych, którzy na takich samych zasadach oceniają każdy rodzaj literatury. Sytuacji nie poprawia nastawienie fanów fantastyki, którzy z jednaj strony narzekają na to, że są spychani do kulturalnego getta, a z drugiej nie bardzo chcą z niego wyjść, bo w zasadzie na dłuższa metę odpowiada im elitarność własnego środowiska. Przynależność do niego daje im poczucie wyróżnienia i wtajemniczenia, a z tego nie chcą rezygnować. Częściowo to również ich wina, że fantastyka jest dość niechętnie przyjmowana na salonach głównego nurtu krytyki. Poza tym jakość prozy fantastycznej naprawdę nie odgrywa tu większej roli! To banał, ale ma kluczowe znaczenie dla całego zagadnienia. Przeciętny recenzent, piszący dajmy na to dla „Polityki”, selekcjonuje książki, które zrecenzuje, jeszcze przed ich przeczytaniem. Zatem dlaczego w „Polityce” właściwie nie ma recenzji książek fantastycznych? Bo są odrzucane już na wstępie. Właśnie dlatego, że są fantastyczne. Ich treść nie ma tu żadnego znaczenia. I cóż z tego, że wielu fantastów pisze znakomite dzieła, skoro poza miłośnikami i dziennikarzami, którzy muszą do nich zajrzeć, zwyczajnie mało kto je czyta. Są oczywiście wyjątki od tej reguły, ale to niewiele zmienia.

K: Jak zatem na tle polskiej literatury wypada „Nowa Fantastyka”? Jak piszą obecni debiutanci, przysyłający swoje utwory do pisma i jakie gatunki przeważają? Przyznam, że z utęsknieniem czekam na takie debiuty jak, powiedzmy, nagrodzone w konkursie literackim opowiadanie Marka S. Huberatha, po którym długo nie mogłem się otrząsnąć – chodzi mi o „Wróciees Sneogg, wiedziaam”.

PM: Na to pytanie powinien raczej odpowiedzieć redaktor Parowski, bo przez jego ręce przechodzi znacznie więcej tekstów literackich niż przez moje. Ale wypowiadając się jako czytelnik, też muszę przyznać, że czekam na jakieś niesamowite debiuty, które powalą mnie na kolana, ale jakoś ich nie widać.
To, co czytam u debiutantów bywa ciekawe, ale to jeszcze nie to. Dobrze, że oprócz sporej ilości absolutnego, porażającego i wstrząsającego chłamu (żadne z tych słów nie jest za słabe), przychodzą do nas również przyzwoite opowiadania, napisane z użyciem świadomego warsztatu literackiego. Dostajemy zarówno fantasy, jak i SF, a także różne gatunkowe hybrydy i dziwadła. Przychodzi tego bardzo dużo, redaktor Parowski czyta wszystko i wcale mu nie zazdroszczę. Jednak na jakieś niezwykłe olśnienia literackie i zachwycające debiuty chyba trzeba będzie jeszcze poczekać.

K: Czy zdarzyło się, bądź może się zdarzyć, że jakiś tekst zostanie odrzucony, powiedzmy, z powodów ideologicznych? Albo w obawie przed reakcją dzisiejszej władzy, która, bądźmy szczerzy, krytyki nie znosi? Załóżmy, że ktoś napisze opowiadanie osadzone w IV RP, będzie ostro atakował, wyszydzał i wyśmiewał braci Kaczyńskich, moherowe berety i ojca Rydzyka, a jednocześnie zachowa literacką biegłość, a opowiadanie będzie napisane znakomitym stylem.

PM: Nie było, nie ma i nie będzie w „Nowej Fantastyce” szlabanu dla tekstów idących pod prąd panujących ideologii. Jeśli ktoś napisze taki tekst, który jednocześnie będzie ciekawy pod innymi względami (przydałoby się, żeby zawierał jakieś elementy fantastyczne), a na dodatek co najmniej przyzwoity pod względem literackim, to spokojnie może liczyć na druk w NF.

K: Trzymam teraz w ręku nowy numer pisma, jeszcze nie przeczytany w całości, i patrzę: „nakład: 27000”. Trochę mnie martwi taki stan rzeczy, bo wiem, że kiedyś nakład był dużo, dużo większy. Czemu w ciągu ostatnich lat nastąpił taki spadek i jak temu zaradzić? Czyżby Polacy nie czytali prasy? A może media papierowe ustępują miejsca Internetowi i już wkrótce „Nowa Fantastyka” zacznie się ukazywać wyłącznie w wersji cyfrowej? Choć nie chciałbym, aby tak się stało.

PM: Przez ostatnie 10 lat rynek prasy przeżył całkowitą transformację. Szczyt recesji przypadł na lata 1999-2000 i wtedy wszystkim nagle zaczęły spadać nakłady. W przypadku NF przyczyniło się do tego przede wszystkim znormalnienie rynku, czyli rosnąca dostępność do zachodnich książek, filmów, komiksów, itd., która sprawiła, że pismo pełniące rolę pośrednika kulturalnego przestało być potrzebna. Do tego dokłada się również malejące znaczenie papierowych nośników informacji, bo proszę zauważyć, że nakłady stale spadają i najlepiej widać to na przykładzie tygodników. Ale specjaliści uważają, że najdłużej na rynku zostaną dzienniki i magazyny hobbystyczno-specjalistyczne. Więc jest dla nas szansa! Ale tak na serio, to raczej nie będzie już takich nakładów jak kiedyś. Pozostaje nam zagospodarować naszą małą fantastyczna niszę i robić swoje. Jak na razie, na papierze. Odsyłam wszystkich do styczniowego numeru NF. Opublikujemy w nim duży tekst Jacka Dukaja „Krajobraz po zwycięstwie, czyli polska fantastyka AD 2006”, w którym znajdziecie błyskotliwy i syntetyczny opis zmian, jakie dokonały się na naszym rynku fantastycznym. Cóż, Jacek robi to znacznie lepiej ode mnie. Dla wszystkich związanych z fantastyką to może być najważniejsza tekst publicystyczny ostatnich miesięcy, jeśli nie lat! Dla mnie jest.

K: Przyznam, że dość enigmatyczne stwierdzenie „na razie na papierze” zaniepokoiło mnie, i to mocno. Mam nadzieję, że co najmniej przez kolejny rok pismo będzie pojawiać się w formie papierowej... Jeśli już jesteśmy przy przyszłości, to mógłby pan rzucić nieco światła na rok pański 2007? Powiedzieć kilka słów o publicystyce, opowiadaniach? Ogólnych planach ataku na rynek? :-) Bo informacja o powrocie Dukaja na łamy pisma mnie – i sądzę, że nie tylko – ucieszyła. Jest szansa na dłuższą współpracę Jacka Dukaja z NF? A może jeszcze jakieś wielkie nazwiska? Sapkowski, Brzezińska? Albo konkursy literackie? Wszak 25-lecie zobowiązuje.

PM: Spokojnie. Na razie będzie papier i tylko papier. Jeśli chodzi o przyszły rok, to nie chcę za dużo zdradzać, bo sporo rzeczy planujemy i nie do końca wiadomo, co z tego wypali. W każdym razie zamierzamy się sprężyć, ściągnąć trochę znanych nazwisk i robić jak najciekawsze numery, a ten 300 ma w zamierzeniu być dopieszczony pod każdym względem. Pracujemy nad tym. A jeśli chodzi o Jacka, to jego tekst jest na razie jednorazowym powrotem na łamy NF, choć cały czas staram się namówić go, żeby wrócił na stałe. Nie ukrywam, że bardzo chciałbym go mieć w załodze NF. Ale wszystko zależy od Jacka, a ja, niestety, mogę jedynie uszanować jego decyzję.

K: Hmm, wróćmy w takim razie do rozmowy o literaturze; widzę, że pan chętniej rozmawia o książkach niż o piśmie. Wspomniał pan Przechrztę; też lubię jego teksty. Kto jeszcze z osób publikujących ostatnio w czasopismach – nie tylko w NF – ma szansę zdobyć rozgłos?

PM: Cóż, jeśli chodzi o pismo i związane z nim plany na przyszłość, to muszę trzymać karty przy orderach, więc nie ma co liczyć na wylewność z mojej strony. A książki to moja pasja, o której można rozmawiać w oderwaniu od NF – zatem sprawa jest prosta.
Jednak druga część pytania wprawiła mnie pewną konsternację, gdyż nie wiem. Wydaje mi się, że oprócz wspomnianego Przechrzty w tym roku nie spotkałem się z żadnym świeżym polskim nazwiskiem, które świetnie wróżyłoby na przyszłość. Nic więcej nie rzuciło mi się w oczy. No może jeszcze Kosik z tym swoim „Veticalem”, ale on debiutował już dawno temu, więc chyba nie o to chodzi...

K: O ile dobrze pamiętam, poruszał pan w którymś wstępniaku kwestię komiksu. Stąd moje pytanie – co z nowym komiksem? Czy będzie to wieloodcinkowa przygoda w rodzaju niezbyt, moim zdaniem, udanych „Duszpasterzy”, czy coś podobnego do genialnego Ratmana z „Czasu Fantastyki”, a może komiksu jednak w ogóle nie będzie i wróci galeria?

PM: No dobrze, w tych kwestiach czas chyba na jasne postawienie sprawy. Za mojej kadencji nie ma szans na powrót galerii! Uważam że w dobie Internetu publikowanie dzieł plastycznych w takiej formie to anachroniczny przeżytek i wolę to miejsce na kolorowych stronach poświęcić na publicystykę – albo na komiks właśnie. Bo komiks wróci. Będą to małe, zamknięte fabularnie i krótkie (maksymalnie 3-planszowe) historyjki różnych autorów. Niestety, na razie odzew komiksiarzy nie jest zbyt duży, więc pewnie nie będą się ukazywać regularnie. Na razie mam trzy historyjki i jedną większą – zwycięzcę ostatniego festiwalu komiksu w Łodzi. Stąd też opóźnienia związane z drukiem komiksów. Ale mam nadzieję, że twórcy jeszcze dadzą głos i na przełomie roku 2006-2007 dotrą do mnie kolejne komiksy. Mówiąc krótko: komiks – tak, galeria – nie.

K: Swego czasu pismo było krytykowane nawet przez wiernych fanów, którzy śmiało – bądź nie – zaczęli zerkać w stronę konkurencji. Ostatnio jest krytyki jakby mniej, chociaż bardzo ostro, przepraszam za kolokwializm, zjechano opowiadanie „Szamanka” Sylwii Pieleckiej, a pod potężnym ostrzałem znalazł się komiks „Duszpasterze”. Jak redakcja reaguje na krytykę z zewnątrz?

PM: To prawda. Po tym jak wydawca zmienił formułę pisma, chcąc jakoś ratować gwałtownie spadającą sprzedaż (bo wszyscy krytycy tego ruchu powinni mieć na uwadze, że spadek nastąpił, zanim zmieniono formułę i chyba nie muszę objaśniać, co to znaczy), odezwało się mnóstwo krytycznych głosów, rozczarowanych obniżeniem poziomu pisma, które stało się z czymś w rodzaju fantastycznego tabloidu. Choć jednocześnie wydawca stworzył satelitarne pismo o, powiedzmy, wyższym standardzie intelektualnym, czyli „Czas Fantastyki”, przeznaczone właśnie dla tych, którzy niegdyś czytali „Fantastykę”. Lecz jego realna sprzedaż sugeruje, że liczba potencjalnych czytelników CzF jest odwrotnie proporcjonalna do ogromu fali krytyki NF.
Jednak taka formuła NF nie sprawdziła się na dłuższą metę i trzeba było coś z nią zrobić. Stąd otwarcie na moją propozycję, polegającą na wypracowaniu kompromisowej formuły, w której połączymy idee ze starej „Fantastyki” z koncepcjami z NF i utworzymy nową jakość. Myślę, że to da się zrobić!
Nawiasem mówiąc, co byśmy nie zrobili, czytelnicy i tak zawsze będą kręcić nosem. Dowód? Za Hollanka mówiło się, że facet się nie zna na fantastyce i powinien sobie odpuścić robienie takiego pisma. A z kolei za Parowskiego wszyscy twierdzili, że to już nie to, co za Hollanka. Potem za Nakoniecznika wszyscy zaczęli upominać się o powrót Parowskiego, bo on robił świetne pismo, a Nakoniecznik tego nie potrafi. Nie mam wątpliwości, że i mnie czeka podobny los. To taki klasyczny syndrom starych dobrych czasów, których nigdy nie było.
Oczywiście słucham wszelkiej krytyki choć, jak już wspominałem, żadnego pisma nie da się robić demokratycznie, lecz czasem z takich konfrontacji rodzą się dobre pomysły. Jednak w zdecydowanej większości internetowa krytyka to żałosne pieniactwo ludzi, którzy nie mają pojęcia ani o robieniu pisma, ani o krytyce literackiej. Więc wdawanie się z nimi w pyskówki byłoby kretyństwem z założenia. Choć nie zawsze, bo i tam znajdzie się parę inteligentnych bestii.
Co prawda odziedziczyłem „Duszpasterzy” po poprzedniej ekipie i nie miałem wpływu na decyzję o ich druku, lecz mimo ciskanych gromów postanowiłem, że to dokończymy, bo nie lubię urwanych historii i szanuję twórców, którzy włożyli w ten komiks sporo pracy. Zaś z „Szamanki” wytłumaczył się Maciek Parowski na naszym forum. Ale w tej kwestii nic się nie zmieni. Będziemy drukować różne opowiadania, czasem pod prąd oczekiwań, bo w końcu od tego jesteśmy. Mamy wam dostarczać to, czego chcecie oraz to, czego się nie spodziewacie.

K: Bardzo się cieszę, że poruszył pan temat „Czasu Fantastyki”. Mam nadzieję, że nie grozi temu pismu całkowite zniknięcie z rynku? Osobiście uważam, że jest naprawdę bardzo dobre i żal by było, gdyby coś na tak wysokim poziomie przestało istnieć. To samo pytanie chciałbym zadać odnośnie do „Wydania Specjalnego”.

PM: Na szczęście „Czasowi Fantastyki” zamknięcie nie grozi i ja też się z tego cieszę, bo to jedno z najlepszych pism literackich na rynku. Choć nie mam pojęcia, jak długo potrwa ten stan rzeczy. Zaś jeśli chodzi o wysokość sprzedaży, to „Wydanie Specjalne” ma się znacznie lepiej i ten tytuł to już naprawdę nie jest zagrożony. Bądźcie pewni, że w tym wypadku ciąg dalszy nastąpi...

K: Na koniec chciałbym zapytać, czy czyta pan może periodyki bądź portale internetowe? Jeśli tak, to co sądzi pan o ich poziomie?

PM: Sporadycznie zaglądam do specjalistycznego „Locusa” i popowego „SFX-a”. Oczyma wyobraźni widzę przyszłą NF jako połączenie rzetelności tego pierwszego z atrakcyjnością i prezencją drugiego. To byłoby idealne rozwiązanie, ale oczywiście dość karkołomne. Jednak pomarzyć warto, prawda?

K: Oczywiście, że warto. Bardzo dziękuję za sporej długości wywiad i poświęcony czas. Pozostaje tylko życzyć, aby wszystkie „Fantastyki” rozwijały się i istniały do końca świata. A nawet o jeden dzień dłużej.

PM: Przyjemność po mojej stronie :-)

Wywiad przeprowadził Jan „Żerań” Żerański.



Dodano: 2006-11-30 17:00:00
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

romulus - 10:45 01-12-2006
Może to facet ze świeżym spojrzeniem i pomsłami, a nie zwykły najemnik? NF nie czytam od dłuższego czasu. Chyba z uwagi na brak długich recenzji :) Ale gdyby na stałe tam pisywał Dukaj... Generalnie, życzę powodzenia bo NF to mimo wszystko tradycja, choć poziom troszkę spadł

Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść z World of Warcraft


Artykuły

Gra o tron subiektywnym okiem (s07e05)


 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e03)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e02)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s07e01)

Recenzje

Bourne, J.L. - "Armagedon dzień po dniu"


 Szrejter, Artur - "Legenda wikingów. Opowieść o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach"

 Lem, Stanisław - "Dzienniki gwiazdowe II"

 Cherezińska, Elżbieta - "Płomienna Korona"

 Dębski, Rafał - "Ramię Perseusza. Z głębokości"

 Bennett, Robert Jackson - "Miasto schodów"

 Denfeld, Rene - "Zaczarowani"

 Gaiman, Neil - "Koralina"

Fragmenty

 Butcher, Jim - "Zdrajca"

 Hand, Cynthia; Ashton, Brodi & Meadows, Jodi - "Moja Lady Jane"

 Ryan, Anthony - "Ogień przebudzenia"

 Wilderäng, Lars - "Rozgwieżdżone niebo"

 Ketchum, Jack - "Zabawa w chowanego"

 Tapinas, Andrius - "Wilcza godzina"

 Fletcher, Michael R. - "Bez odkupienia"

 Bourne, J.L. - "Armageddon dzień po dniu"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS