NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Martin, George R.R.; Tuttle, Lisa - "Przystań wiatrów" (2019)

Liu, Cixin - "Era supernowej"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Salvatore, R. A. - "Apostoł Demona"
Wydawnictwo: Isa
Cykl: Salvatore, R. A. - "Wojny Demona"
Data wydania: 2001
ISBN: 83-87376-66-3
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 640
Tom cyklu: 3



Salvatore, R. A. - "Apostoł Demona"#2

ROZDZIAŁ 2


DZIEDZICTWO JOJONAHA

- Kilku obiecujących braci osiągnie wkrótce rangę immakulatów - powiedział ojciec przeor Markwart do brata Braumina Herdego, przyłączywszy się do młodszego mnicha na zwróconym ku morzu murze wielkiego klasztoru St.-Mere-Abelle, wysoko nad zimnymi wodami Zatoki Wszystkich Świętych.
Braumin zwrócił się ku starcowi, a potem odskoczył, przestraszony. Markwartowi już przedtem przerzedzały się włosy, teraz jednak zniknęły, głowę miał zupełnie ogoloną. I ta łysina zmieniła znacznie wygląd Markwarta. Uszy wydawały się dłuższe i węższe, niemal spiczaste, a twarz wyglądała jak czaszka obciągnięta kredowobiałą materią. Braumin przyjrzał się pochylonej głowie Markwarta, przywiędniętej twarzy i iskierce - złemu błyskowi? - w poza tym martwych oczach mężczyzny. Jakże staro wyglądał ojciec przeor!
A mimo to ojca przeora otaczała niezaprzeczalna aura siły. Wydawał się wyższy od Braumina Herdego, będąc bardziej wyprostowanym niż przedtem. W ruchach mężczyzny widoczna była także energia i brat Braumin wiedział, że wszelkie myśli o tym, iż stary nędznik wkrótce umrze, były fałszywymi nadziejami. Szok wywołany wyglądem ojca przeora wkrótce minął, lecz Braumin w dalszym ciągu przyglądał się uważnie starcowi, zaskoczony, że Markwart wychynął na zimny wiatr, bowiem brat Braumin Herde, znany jako przyjaciel straconego heretyka Jojonaha, wyraźnie nie należał do ulubieńców ojca przeora.
- Obiecujących - powiedział ponownie Markwart, gdy jego pierwsze słowa nie zdołały wywołać reakcji u młodszego mnicha. - Być może wśród braci immakulatów w St.-Mere-Abelle znajdują się tacy, którzy powinni obawiać się, że ci nowi mogą prześcignąć ich w kolejce ku stanowiskom mistrzów opuszczonym po odejściu Marcalo D`Unnero i śmierci tego heretyka Jojonaha.
A raczej morderstwie! - odparował w myśli Braumin. Zdarzyło się to zaledwie trzy tygodnie temu, w połowie Calembra, jedenastego miesiąca, gdy zima zaczęła swój lodowaty atak na ziemię. W St.-Mere-Abelle zebrało się Kolegium Przeorów i, jak się można było tego spodziewać, ojciec przeor Markwart wykorzystał tę okazję do poproszenia o formalne uznanie Avelyna Desbrisa za heretyka i banitę. Mistrz Jojonah, mentor i przyjaciel Braumina, przeciwstawił się Markwartowi. Twierdził, że Avelyn, choć postąpił wbrew kościołowi i zbiegł z niektórymi świętymi klejnotami, był człowiekiem świętym, a nie heretykiem, i że tak naprawdę to ojciec przeor Dalebert Markwart jest prawdziwym heretykiem, który wypaczał doktrynę kościoła dla złej sprawy.
Tego samego ranka Jojonaha spalono na stosie.
A brat Braumin przez wzgląd na przysięgę złożoną swojemu drogiemu mentorowi przyglądał się bezradnie, jak jego ukochany przyjaciel był torturowany i mordowany.
- Czy dopilnowałeś przygotowań do uroczystości powitania nowej klasy? - spytał Markwart. - Może się to wydawać odległe w czasie, jeśli jednak tego roku nadejdzie sroga zima, to nie będziesz mógł wyjść na dziedziniec, aby wymierzyć Rękawicę Dobrowolnego Cierpienia i inne potrzebne rzeczy.
- Tak, ojcze przeorze - odparł mechanicznie brat Braumin.
- Dobrze, mój synu, dobrze - odpowiedział Markwart protekcjonalnym tonem. Starzec sięgnął ręką i poklepał Braumina po ramieniu. Powstrzymanie się od wzdrygnięcia pod tym zimnym, bezdusznym dotykiem wymagało od Braumina wiele samozaparcia. - Masz w sobie wielki potencjał, synu - ciągnął ojciec przeor. - Pod odpowiednim przewodnictwem możesz jeszcze zastąpić mistrza De`Unnero, skoro brat Francis zapewne zastąpi potępionego Jojonaha.
Braumin Herde zacisnął zęby, powstrzymując złośliwą odpowiedź. Sama tylko myśl o bracie Francisie Dellacourcie, tchórzliwym, knującym służalcu, zastępującym ukochanego Jojonaha, napawała go odrazą.
Wówczas Markwart, próbując na próżno ukryć swój uśmiech, odszedł, pozostawiając Braumina samego z żółcią rosnącą w gardle, krzyczącego w myślach. Mnich nie wątpił w szczerość ojca przeora, gdy ten dawał do zrozumienia, że Braumin może zostać wyniesiony na stanowisko mistrza. Ten upragniony tytuł będzie miał niewielkie znaczenie praktyczne pod rządami Markwarta, a Braumin zostanie nim obdarzony - jeśli się to kiedykolwiek wydarzy - po to, aby Markwart mógł uciszyć wszelkie pomruki niezadowolenia wewnątrz kościoła abellikańskiego. Mistrz Jojonah był wysoce ceniony przez wielu przeorów i mistrzów, a nagłość i brutalność, z jaką Markwart i przeor Je`howith z St. Honce oskarżyli, skazali i stracili go, zaskoczyła wszystkich, pozostawiając sporo wzburzonych osób. Oczywiście ktokolwiek mógł zaprotestować, zachowywał milczenie pod wpływem strachu - Markwart i Je`howith posłużyli się żołnierzami brygady Całym Sercem, elitarnej straży samego króla, i niewielu ośmieliło się sprzeczać z ojcem przeorem zakonu abellikańskiego w jego własnym opactwie St.-Mere-Abelle, będącym chyba największą fortecą w świecie.
Teraz Markwart pracował nad opanowaniem wszystkich budzących się już po fakcie dyskusji. Miał swoje oświadczenie skierowane przeciwko Avelynowi - to wydało się wystarczająco zabezpieczone - lecz kolejne oświadczenie, potępiające Jojonaha zdawało się być wystawione na interpretacje i sprzeciw. Awansując brata Braumina Herdego, szeroko znanego jako protegowanego Jojonaha, do rangi mistrza, Markwart uciszyłby takie gadanie.
Nawet wiedząc, że obsadzenie go na tym stanowisku może wzmocnić Markwarta, Braumin będzie musiał je przyjąć, przez wzgląd na tę samą przysięgę, która kazała mu zachować milczenie, gdy jego najdroższego przyjaciela palono żywcem.
Mnich spojrzał ponad zwrócony ku morzu mur, na wzburzoną wodę znajdującą się jakieś trzysta stóp pod nim. Czuł się zaiste maleńki fizycznie wobec ogromu rozciągającego się przed nim majestatu natury, a także pod każdym innym względem w obliczu knowań i władzy Daleberta Markwarta.

* * *

Ojciec przeor potarł energicznie ramiona, wszedłszy do opactwa, ale nawet tutaj korytarz od strony morza był pełen otwartych okien i stanowił tylko niewielką osłonę przed zimnym wiatrem. Starcowi tak naprawdę wiatr nie przeszkadzał. Tego dnia był w wielkodusznym nastroju. Słowa, które skierował do brata Braumina Herdego, nie były pozbawione słuszności i nie wynikały jedynie z matactw Markwarta. Markwartowi bowiem cały świat wydawał się jaśniejszy od czasu, gdy Kolegium Przeorów pozwoliło mu pozbyć się kłopotliwego Jojonaha i ogłosiło Avelyna heretykiem. To oświadczenie i formalne stwierdzenie wskazujące na to, iż Avelyn i Jojonah spiskowali, zanim Avelyn udał się na Pimaninicuit, aby zebrać klejnoty, prawie całkowicie odbudowało reputację ojca przeora w sprawie skradzionych kamieni. Jeśli Markwartowi udałoby się odzyskać kamienie, to zająłby wielce szacowne miejsce w annałach kościoła abellikańskiego, a nawet gdyby mu się to nie udało, to większość winy została od niego odwrócona.
Zabezpieczył swoją reputację. Imię ojca przeora Daleberta Markwarta będzie z pewnością wymawiane z czcią przez przyszłe pokolenia mnichów abellikańskich, wśród wspomnień o pokonaniu spisku wewnątrz kościoła i pokonaniu demona daktyla.
Krocząc żwawo, starzec pospieszył korytarzem, wszedł w drzwi i niemalże wpadł na brata Francisa Dellacourta, który właśnie spieszył w przeciwną stronę. Młodszy mnich był zdyszany i wydawało się, że ulżyło mu na widok ojca przeora.
- Masz nowiny - domyślił się Markwart, zauważając zwinięty pergamin, który brat Francis ściskał w dłoni.
Francis musiał złapać oddech. On również był zaskoczony zmianą w wyglądzie Markwarta, próbował ukryć swe zakłopotanie, lecz mrugał oczami raz po raz, stojąc z otwartymi ustami.
- Uważam, że to raczej twarzowe - rzekł spokojnie Markwart, przesuwając dłonią po łysinie.
Francis wydukał niezrozumiałą odpowiedź, a potem tylko skinął głową i zaczął szarpać się ze wstążką zabezpieczającą pergamin.
- Czy to jest lista, którą kazałem ci sporządzić? - spytał niecierpliwy Markwart.
- Nie, ojcze przeorze. To od przeora De`Unnero - odparł Francis, który odzyskał trochę panowania nad sobą, wręczając pergamin. - Kurier powiedział, że jest on wielkiej wagi. Podejrzewam, że może mieć coś wspólnego ze skradzionymi klejnotami.
Markwart pochwycił pergamin, ściągnął z niego wstążkę i rozwinął. Z początku jego twarz wyrażała konfuzję, szybko jednak się rozjaśniła, a kąciki ust uniosły się ku górze w złośliwym uśmieszku.
- Klejnoty? - spytał brat Francis.
- Nie, mój synu - zamruczał z zadowolenia Markwart. - Nie ma wzmianki o kamieniach. Wygląda na to, że wielkie miasto Palmaris pogrążyło się w całkowitym chaosie, bowiem baron Rochefort Bildeborough wybrał bardzo niefortunny moment na zakończenie życia.
- Co proszę? - spytał brat Francis, bowiem słowa starca nie pasowały do jego zadowolonej miny. Obydwaj oczywiście wiedzieli o śmierci Rocheforta, bowiem nowiny te dotarły do St.-Mere-Abelle na długo przed zebraniem się Kolegium Przeorów.
- Wygląda na to, że baron Palmaris zginął w momencie bardzo niefortunnym dla jego rodziny - wyjaśnił ojciec przeor. - W Palmaris zakończono przeglądanie dokumentów i potwierdziły się podejrzenia ojca przeora. Baron nie pozostawił dziedzica. Szkoda, bowiem Rochefort Bildeborough, pomimo swej często błędnie skierowanej brawury, był ze wszech miar dobrym człowiekiem i mądrym zarządcą, co było tradycją rodziny Bildeborough od pokoleń.
Francis szukał odpowiedzi, ale żadnej nie znalazł. Wieść o śmierci barona Bildeborougha otrzymali zaledwie parę dni po tym, jak dowiedzieli się, że Connor Bildeborough, bratanek Rocheforta i jak się wydawało jedyny dziedzic baronii, został zabity na północ od miasta.
- Wyślij posłańca przeora De`Unnero z odpowiedzią, że pismo odebrałem i zrozumiałem - polecił Markwart, mijając Francisa i gestem nakazując mu, aby za nim podążył. - A co z tą listą?
- Jest prawie skończona, ojcze przeorze - rzekł zmieszany Francis. - Tylko że ludzie pracujący w opactwie ciągle się zmieniają, co tydzień jedni odchodzą, a inni są przyjmowani.
- Podajesz usprawiedliwienia?
- N... nie, ojcze przeorze - wyjąkał Francis. - Ale trudno jest...
- Skup się na tych, którzy przybyli po mojej podróży do Palmaris - polecił Markwart - włącznie z tymi, którzy zostali najęci w tym czasie i już porzucili zatrudnienie.
I ojciec przeor ruszył, a Francis za nim. - Każdy z nas ma coś do zrobienia - rzekł dość surowo Markwart, odwracając się do Francisa.
- Sądziłem tylko, że mieliśmy porozmawiać - przeprosił Francis.
- I tak też zrobiliśmy - Markwart odwrócił się i odszedł.
Brat Francis stał przez dłuższą chwilę w pustym korytarzu, zraniony szorstkim potraktowaniem i porażony zmianą w wyglądzie ojca przeora, jego ostrym, niemal złowróżbnym wyglądem. Ojciec przeor był ostatnio w dobrym humorze, ale wyraźnie nie przeszkadzało mu to w mocnym i głębokim ranieniu ludzi. Francis zastanowił się nad swoimi niedociągnięciami, próbując spojrzeć na gniew Markwarta obiektywnie, biorąc pod uwagę to, że nie zakończył zadania. Jednak tak naprawdę to pracował pilnie i bez przerwy - poza przyjęciem posłańca przeora De`Unnero - odkąd Markwart przydzielił mu sporządzenie listy.
Brat Francis był w stanie przyjąć te ostre słowa. Bardziej przejmował się wieściami z Palmaris i reakcją ojca przeora na nie. Baron Bildeborough, kolejny w wydłużającej się kolejce przeciwników ojca przeora Markwarta, był teraz martwy, tak jak wszyscy poprzedni przeciwnicy. Przypadek? I jakże dogodne było to, że nie pozostał przy życiu żaden inny Bildeborough, który mógłby odziedziczyć baronię.
Brat Francis odsunął te myśli, zmusił się do skupienia na zadaniu stojącym przed nim. Musiał się udać do spiżarni, aby porozmawiać z bratem Machuso, który zajmował się wszystkimi służącymi pracującymi w kuchni i przy sprzątaniu. To będzie długi dzień.

* * *

Bracia Braumin Herde, Marlboro Viscenti, Holan Dellman, Anders Castinagis i Romeo Mullahy, każdy z nich oddzielnie, udali się do sekretnej kaplicy, przygotowanej głęboko pod wspólnymi dla wszystkich komnatami St.-Mere-Abelle, do małej komnaty położonej obok starej biblioteki, w której mistrz Jojonah znalazł odpowiedzi na filozoficzny konflikt pomiędzy ojcem przeorem Markwartem a bratem Avelynem Desbrisem. Odkąd minął tydzień od egzekucji mistrza Jojonaha, pięciu mnichów spotykało się co noc, wkrótce po nieszporach, na te prywatne modły.
Cała piątka siedziała w kręgu na podłodze, wokół pojedynczej świecy, trzymając się za ręce. Brat Braumin, jako najwyższy rangą i najstarszy z grupy, zaczął modły, jak zwykle przywołując imiona Jojonaha i Avelyna Desbrisa, prosząc zmarłych mentorów o przewodnictwo i siłę dla grupy. Braumin zauważył, że zarówno Castinagis, jak i Mullahy, poruszyli się nerwowo na wspomnienie o Avelynie. Samo tylko wymówienie imienia mężczyzny w sposób stawiający go w pozytywnym świetle uznawane było przez kościół abellikański, a także przez państwo, jako że Avelyna uznano formalnie za heretyka, za haniebną zbrodnię. To samo odnosiło się do Jojonaha, lecz cała piątka znała go od dawna i żaden z nich nie zaakceptował werdyktu, który skazał na zgubę łagodnego mistrza.
Kiedy zakończyli modlitwę, Braumin podniósł się i spojrzał na swych towarzyszy, zatrzymując wzrok na dwójce najmłodszych w grupie. Na początku zbierali się tylko we trzech - Herde, Viscenti i Dellman - lecz pozostała dwójka ciekawskich z klasy młodego Dellmana nakryła ich podczas czwartego spotkania. Nietrudno było przekonać Castinagisa i Mullahy`ego, którzy byli świadkami strasznej egzekucji swego przyjaciela Jojonaha, aby nie tylko nie opowiadali o tym spotkaniu, ale także przyłączyli się do przyszłych zebrań. Chociaż jednak obydwaj młodzi mnisi wydawali się szczerzy, to żaden nie był zbytnio entuzjastycznie nastawiony.
- Czy rozumiesz, dlaczego się tutaj zebraliśmy? - Braumin spytał Mullahy`ego.
- Aby się modlić - odparł mężczyzna.
- W czasie naszych codziennych obowiązków spędzamy na modlitwie całe godziny - zaoponował Braumin.
- Człowiek nigdy nie modli się za wiele - wtrącił brat Castinagis, młody mnich, bardzo śmiały i gwałtownego usposobienia.
- Nie chcesz dostrzec różnicy pomiędzy naszymi wieczornymi a dziennymi modłami - stwierdził Braumin, przyciągając pełne zaciekawienia spojrzenia ze strony wszystkich pozostałych. Marlboro Viscenti, chudy i nerwowy mężczyzna z licznymi tikami, zaczął poruszać się nerwowo. - Przyznanie, że istnieje różnica filozofii, otwarte uznanie tego, iż jedynie nasze modlitwy do mistrza Jojonaha i brata Avelyna odpowiadają prawdziwemu duchowi zakonu abellikańskiego stanowi cały sens naszego zbierania się - ciągnął Braumin.
- Czy sam akt przyłączenia się do waszej prywatnej grupy nie jest takim przyznaniem? - spytał Castinagis.
- Być może dla innych członków grupy - odparł Braumin. - Jednak taki pokaz lojalności nie sprawia, że przyjmujesz prawdę w swym własnym sercu.
Ponownie ta dwójka, o której mówiono, spojrzała na brata Braumina z widocznym na twarzach zakłopotaniem. Viscenti nadal drżał, teraz jednak na twarzy brata Dellmana malował się ciepły uśmiech wyrażający zrozumienie.
- A tak naprawdę liczy się jedynie to, co masz w sercu - zakończył Braumin.
- Gdyby w naszych sercach nie było zgody dla zasad, na których opierają się te spotkania, to po co byśmy na nie przychodzili? - spytał Castinagis. - Czy sądzisz, że jesteśmy szpiegami ojca przeora? Jeśli bowiem zamierzasz oskarżyć...
- Nie, bracie Castinagisie - odparł spokojnie Braumin. - Znam twoją lojalność wobec mistrza Jojonaha, niech jego dusza zazna wiecznego spokoju.
- Nigdy nie znałem wspanialszego człowieka - oświadczył brat Mullahy. Mullahy i Castinagis byli ze sobą blisko, jeszcze nawet zanim złożyli śluby i wstąpili do St.-Mere-Abelle, ale bardzo się różnili. Widać to było w pełnym zmieszania sposobie, w jaki mówił Mullahy, kierując wzrok ku podłodze i mrucząc tak cicho, że pozostali ledwo go słyszeli.
- Bo nie znałeś brata Avelyna - powiedział Braumin.
Teraz pełne ciekawości spojrzenia przybrały nieprzyjazny wyraz, jakby dwaj młodzi bracia uznali słowa Braumina za rzuconą rękawicę, skierowaną przeciwko pamięci ich ukochanego mistrza Jojonaha.
- Ale oni nie widzieli grobu - wtrącił się brat Dellman, nieco zmniejszając napięcie. - Nie byli przy nas na górze Aidzie, gdy spoglądaliśmy na wyciągnięte, zmumifikowane ramię brata Avelyna, czując tę tak potężną i piękną aurę.
- Żaden z nich - z was - nie będzie miał też okazji do porozmawiania z mistrzem Jojonahem o bracie Avelynie Desbrisie - dodał Braumin. - Gdybyście mogli, to wiedzielibyście, że moje słowa nie są atakiem skierowanym przeciwko pamięci Jojonaha, a raczej wyrazem zasad, które powinny kierować nami w naszych zmaganiach, zasad pokazanych mistrzowi Jojonahowi, nam wszystkim, przez Avelyna Desbrisa.
Te słowa rozwiały ich gniew i Castinagis także pochylił z czcią głowę.
Braumin Herde przeszedł przez małe pomieszczenie do skrzyni stojącej w kącie, tej samej, w której spotykający się sekretnie bracia trzymali poduszki i świece, i wyjął starą i wytartą książkę. - Zbrodnia, która oderwała brata Avelyna od zakonu abellikańskiego, była zbrodnią potępianą przez doktrynę naszego kościoła - wyjaśnił.
- Morderstwo mistrza Sihertona? - spytał z niedowierzaniem brat Castinagis, bowiem w czasie pierwszego spotkania brat Braumin bardzo się starał oczyścić Avelyna z tego rzekomo popełnionego przestępstwa.
- Nie - odparł ostro Braumin. - Nie było żadnego morderstwa mistrza Sihertona. Mężczyzna ten został zabity, próbując przeszkodzić bratu Avelynowi w słusznej ucieczce.
- Brat Avelyn działał jedynie w obronie swojego życia - wtrącił brat Dellman.
- Nie, mówię o postępowaniu kościoła - wyjaśnił brat Braumin - a zwłaszcza o postępowaniu mistrza Sihertona wobec Windrunnera, statku wynajętego przez ojca przeora Markwarta, aby zabrał czterech wybranych braci na wyspę Pimaninicuit w roku pańskim 821.
Teraz już wszyscy trzej najmłodsi bracia byli zaciekawieni, bowiem opowieść o zbieraniu klejnotów nie była w St.-Mere-Abelle przedmiotem publicznych dyskusji. A właściwie to nikomu poniżej rangi immakulata nie mówiono oficjalnie niczego o leżącej na równiku wyspie, gdzie wybrani przygotowywacze zbierali święte klejnoty, a większość braci immakulatów nie wiedziała wiele o tym miejscu. Wszyscy mnisi abellikańscy wiedzieli, że kamienie spadały z nieba, dar od Boga, szczegóły nie podlegały jednak otwartym rozmowom w opactwie. Mistrz Jojonah opowiedział historię Brauminowi Herdemu, a on z kolei powtórzył tę opowieść bratu Viscentiemu. Postanowił, że teraz nadszedł czas, aby opowiedzieć ją pozostałym, zaufać im, powierzając być może największy sekret ze wszystkich.
- Pimaninicuit to nazwa nadana wyspie znajdującej się daleko na wielkim Mirianicu, gdzie niebo zsyła święte kamienie - rzekł z powagą brat Braumin. - To najbardziej święte z wydarzeń następuje tylko raz na siedem pokoleń, co sto siedemdziesiąt trzy lata. Zostaliśmy obdarzeni błogosławieństwem, jako że miało ono miejsce w czasie naszego życia, jednak większej łaski dostąpił brat Avelyn, bowiem był on jednym z czterech mnichów wybranych do odbycia podróży na wyspę, jednym z dwóch przygotowywaczy, którym wolno było zejść na Pimaninicuit i stać się świadkami deszczu kamieni. Towarzyszył mu brat Thagraine, który zachwiał się w wierze, gdy znalazł się na wyspie, i nie poszukał odpowiedniego schronienia przed chwałą bożą. Tak też Thagraine został zabity tamtego dnia przez ten sam klejnot, którym brat Avelyn posłużył się w końcu, aby zniszczyć naszego największego wroga, demona daktyla.
Brat Braumin przerwał, aby przyjrzeć się swym towarzyszom. Dostrzegł, że ich oszałamia, musieli jednak tego wysłuchać, musieli zrozumieć znaczenie i wiążące się z tym niebezpieczeństwo. Jeśli młodszy brat tylko wymienił nazwę Pimaninicuit, gwałcił reguły abellikańskie i groziła mu surowa kara, może ekskomunika, a nawet egzekucja.
- Trzeba, abyście zrozumieli prawdę o podróży powrotnej do St.-Mere-Abelle - ciągnął Braumin. - Był to powrót w chwale, pomimo śmierci brata Thagraine`a, bowiem brat Avelyn, będący tak blisko Boga, przyniósł ludzkości największy zbiór klejnotów, jaki kiedykolwiek zabrano z wyspy, największy dar z klejnotów kiedykolwiek zesłany przez Boga.
- Jednak wtedy - ciągnął dalej, zniżając złowróżbnie głos - chwała zmieniła się w przerażenie, dar Boga stał się grzechem demona. Załoga Windrunnera wypłynęła z St.-Mere-Abelle do Zatoki Wszystkich Świętych, zakończywszy swoje zadanie, sądząc, że ma w garści swoją nagrodę. Jednak ich nagroda była nieprawdziwa, stanowiła trik, iluzję wywołaną świętymi kamieniami.
- Złodzieje! - zawołał brat Dellman. - Złodzieje wśród nas!
- Mordercy - poprawił go brat Braumin. - Windrunner bowiem nigdy nie wydostał się z Zatoki Wszystkich Świętych. Statek zaatakowano z murów tego właśnie opactwa. Przy pomocy balisty i katapulty oraz magii, został rozdarty na strzępy, a wszyscy znajdujący się na pokładzie ludzie zostali zamordowani.
Trzy pary szeroko rozwartych oczu w pobladłych twarzach wpatrywały się bezradnie w brata Braumina, podczas gdy brat Viscenti, który słyszał już to wszystko przedtem, kiwał żarliwie głową. Jednak brat Castinagis potrząsał głową, jakby nie wierzył w tę opowieść, a wyglądało na to, że brat Mullahy nie był w stanie zaczerpnąć tchu.
- Nie zawsze tak było - utrzymywał brat Braumin, unosząc starożytny tekst. Spojrzał na świecę, która była o wiele krótsza, niż kiedy zaczynali. - Ale skończył się nam już czas - stwierdził. - Zakończmy spotkanie ostatnią modlitwą za dusze tych, którzy zginęli na Windrunnerze.
- Ależ, bracie Brauminie - zaprotestował brat Castinagis.
- Dosyć już - odparł Braumin. - I wiedz, że każdy z nas przyłapany na mówieniu o takich sprawach będzie z pewnością torturowany i zabity. Jeśli szukasz dowodu, spójrz tylko na zwęglone ciało mistrza Jojonaha, którego przewinienia były w oczach ojca przeora Markwarta o wiele mniejsze niż te słowa. - Po czym Braumin przyklęknął i zaczął się modlić. Wiedział, że ten widok, obraz, który został wypalony w sercach braci znajdujących się w tym pomieszczeniu, sprawi, że będą milczeli. Rozumiał także, że żaden z nich nie spóźni się choćby chwilę na następne spotkanie, odbywające się za dwie noce.

* * *

Tej samej nocy miało miejsce duchowe spotkanie innego rodzaju, przynajmniej częściowo mające miejsce w St.-Mere-Abelle. Udaj się do niego i zobacz, co znajduje się w jego umyśle i sercu, nakazywał Markwartowi coraz bardziej natrętny głos rozlegający się w jego głowie. Pokaże ci drogę.
Głos przemówił, a Markwart usłuchał. Ojciec przeor Markwart siedział w najbardziej prywatnym pomieszczeniu swoich komnat, w środku pentagramu, który wyrył na podłodze, z płonącą świecą ustawioną w każdym z jego pięciu rogów. Ściskał mocno hematyt, kamień duszy, podziwiając, jak jego magiczna energia połączyła się z energią kamienia, osiągając nowe i wspanialsze poziomy mocy.
Wkrótce duch Markwarta poruszał się wolny od ciała i unosił się w pomieszczeniu, przyglądając się widokowi przed sobą. Znalazł ten pentagram w starodawnym tekście Zaklęcia czarnoksięskie. Kościół umieścił tę książkę na indeksie, przez całe wieki uznając ją za bezbożną, paląc wszystkie kopie oprócz tej jednej przechowywanej w podziemnej bibliotece opactwa. Markwart uważał, iż rozumiał powody, które kierowały kościołem - ta książka zawierała klucz do większej mocy, i to właśnie, nie zaś powiązania z demonem daktylem, wzniecało lęk u przywódców kościoła. Posługując się pentagramami i słowami zaklęcia z książki w połączeniu z hematytem, Markwart wezwał nawet dwoje pomniejszych demonów na swoje rozkazy.
Z pomocą tej książki złe istoty ze świata podziemi staną się niewolnikami sił dobra, pomyślał teraz, gdy jego duch spoglądał w dół na swoją postać, siedzącą ze skrzyżowanymi nogami. Sprawdził szybko swoje komnaty i pusty korytarz na zewnątrz, upewniając się, że naokoło jest bezpiecznie, a potem wyruszył, mknąc przez główne wrota opactwa ku zachodowi, pokonując mile. Po zaledwie paru minutach jego duch unosił się nad południowym brzegiem wielkiej Masur Delaval, znajdując się jakieś osiemdziesiąt mil od St.-Mere-Abelle.
Z jednakową łatwością i szybkością sunął nad wodami i wkrótce pojawiły się ciemne budowle Palmaris. Duch Markwarta wzniósł się ponad miastem, spoglądając w dół na budynki, dostrzegając wyróżniający się zarys Św. Skarbu. Zanurkował ku opactwu, prosto przez gruby kamienny mur. Markwart był w Św. Skarbie zaledwie w zeszłym roku i znał rozkład tego miejsca wystarczająco dobrze, aby z łatwością znaleźć prywatne komnaty nowego przeora.
Nie był zaskoczony, zobaczywszy, jak De`Unnero przechadza się po komnacie z pięściami zaciśniętymi w napięciu. Mężczyzna był gotowy do pójścia do łóżka - miał na sobie tylko koszulę nocną, ale jak zawsze wydawał się być zbytnio przepełniony energią.
Weź swój kamień duszy, polecił telepatycznie duch Markwarta. Mnisi zakonu abellikańskiego od wieków posługiwali się hematytami do uzyskania podstawowej łączności. Mnich mógł nawet posłużyć się ciałem kogoś innego, znajdującego się daleko od niego, przejmując je, aby porozmawiać z osobami będącymi w pobliżu, jak zrobił to Markwart przy pomocy brata Francisa, gdy ten udał się ku górze Aidzie. Nawet bez zawładnięcia ciałem, co było zwykle brutalnym krokiem, można było osiągnąć pewną łączność, choć zwykle prymitywną, bardziej przypominającą przekazywanie uczuć. Na przykład, gdyby przeoryszy St.Gwendolyn przydarzyło się nieszczęście, mogłaby wziąć kamień duszy i skontaktować się z St.Honce czy też St.-Mere-Abelle, aby prosić o pomoc. Mnisi z tych opactw mogli zrozumieć, że coś jest nie tak, a nawet mogliby rozpoznać źródło przesłania, "usłyszeć" duchem słowa przeoryszy. Jednak Markwart zamierzał wznieść tę praktykę na wyżyny przy pomocy swojej nowo odkrytej wiedzy i mocy i wiedział, że mu się to uda.
Weź swój kamień duszy, Markwart rozkazał De`Unnero.
Mężczyzna przestał chodzić i rozejrzał się dokoła, skonfundowany. - Kto tu jest? - spytał.
Duch Markwarta podryfował ku mężczyźnie i wszedł w niego - nie za głęboko, nie, by nim zawładnąć, ale po to tylko, aby De`Unnero mógł wyraźnie odczuć jego obecność.
Nowo wyznaczony przeor Św. Skarbu popędził do biurka i posłużywszy się małym kluczem wiszącym mu na szyi, otworzył sekretny schowek w szufladzie. Pogrzebał w nim trochę, zanim wyciągnął hematyt i ścisnął go mocno. Wkrótce on również znajdował się poza ciałem, a jego duch stał zakłopotany, wpatrując się w bardzo wyraźny obraz Markwarta.
A cóż to za sposób spotykania się? - spytał duch wyraźnie podenerwowanego - rzadki był to widok - De`Unnero.
Ogromnie ryzykowałeś, odparł chłodno Markwart.
Nie lękam się żadnych duchów, a poza tym wiedziałem, że to ty.
Nie przychodząc na spotkanie ze mną, wyjaśnił Markwart. Udając się na spotkanie z baronem Bildeboroughem.
Dlaczego teraz o tym mówimy? - spytał De`Unnero. Baron nie żyje od paru miesięcy, a ty od początku wiedziałeś - musiałeś wiedzieć! - że ja byłem w to zamieszany! Mimo to nie mówiłeś o jego śmierci ani ze mną, ani na Kolegium Przeorów.
Może miałem inne, bardzie nie cierpiące zwłoki obowiązki, odparł Markwart. A teraz śmierć Rocheforta Bildeborougha nabrała większego znaczenia.
Rozmawiałeś zatem z moim posłańcem.
Czytałem między wierszami zwyczajnych słów, napisanych przez De`Unnero, poprawił go Markwart. Baron Palmaris został zabity na drodze i nie pozostawił dziedzica. Co za szczęśliwy zbieg okoliczności dla nowego przeora Św. Skarbu.
I dla ojca przeora, który nazwał Rocheforta Bildeborougha wrogiem, odparł De`Unnero.
W jaki sposób zginął? - spytał Markwart. Przyglądał się, jak duch De`Unnero odpręża się. Nawet język ciała był wyraźnie widoczny, choć żaden z nich nie znajdował się w swoim ciele! Na twarzy ducha De`Unnero pojawił się uśmiech, lecz nie odpowiedział. Zrobiłeś to przy pomocy tygrysiej łapy, domyślił się Markwart.
Skoro tak uważasz.
Nie baw się ze mną w gierki. Ta sprawa jest zbyt ważna.
Tak jak sprawa Connora Bildeborougha? Albo przeora Dobriniona? - zripostował chytrze De`Unnero.
To powstrzymało nieco Markwarta. Ojciec przeor był zaskoczony brakiem szacunku De`Unnero. Markwart ustanowił tego młodego mężczyznę przeorem Św. Skarbu, co nie było łatwym zadaniem, sądził bowiem, że De`Unnero będzie potężnym cierniem w boku Bildeborougha, a co ważniejsze, lojalnym podwładnym. A teraz wyglądało na to, jakby De`Unnero uważał, iż to nowe stanowisko oznaczało, że jest równy pozycją Markwartowi, zaś takie podejście wcale się Markwartowi nie podobało.
Zabiłeś ich obydwu, oskarżył go De`Unnero. Czy też kazałeś ich zabić rękoma ludzi wyszkolonych jako bracia niosący sprawiedliwość.
Wiele zakładasz.
Markwart usłyszał, a przynajmniej poczuł westchnienie drugiego ducha tak wyraźnie, jakby dobyło się z ciała De`Unnero.
Nie jestem głupcem, ojcze przeorze, i przetrwałem dzięki obserwacji. Przeora Dobriniona nie zabił żaden powrie. Mężczyzna, który przywiózł z powrotem do Palmaris ciała Connora Bildeborougha i brata Youseffa tryskał szalonymi twierdzeniami, iż to kościół zamordował Dobriniona. Szalonymi twierdzeniami? - rzekł szyderczo i zaśmiał się złośliwie. Może i są szalone, dla tych, którzy nie przyglądali się uważnie ojcu przeorowi Markwartowi przez parę ostatnich miesięcy.
Kroczysz po niebezpiecznym gruncie, ostrzegł duch Markwarta. Mogę cię zniszczyć równie łatwo, jak cię awansowałem.
Nie wątpię w to, odparł szczerze De`Unnero. I nie pragnę twej wrogości, ojcze przeorze. Nigdy nie będę jej pragnął. Odnoszę się do takich mrocznych spraw z szacunkiem i aprobatą.
Markwart zamilkł, aby przetrawić te słowa.
Przez te wszystkie miesiące, w czasie których szkolili się Youseff i Dandelion, błagałem cię, abyś pozwolił mi ruszyć na poszukiwanie skradzionych klejnotów. Powtarzam jeszcze raz, gdyby to De`Unnero był na ich tropie, to te kamienie znalazłyby się z powrotem w St.-Mere-Abelle, a ich nieprawowici właściciele, przyjaciele heretyka Avelyna, leżeliby martwi w niepoświęconej ziemi.
Tak naprawdę to Markwart nie mógł się z tym nie zgodzić - Marcalo De`Unnero był być może najbardziej kompetentnym i najbardziej niebezpiecznym człowiekiem, jakiego znał. De`Unnero miał teraz trochę ponad trzydziestkę, ale poruszał się z łatwością i siłą dwudziestolatka, stanowiąc rzadkie na świecie połączenie doświadczenia i mocy.
Mówię o tym znowu nie po to, by cię krytykować, dodał szybko duch De`Unnero, tylko po to, aby przypomnieć ci o tym i prosić, abyś więcej ode mnie wymagał.
Na przykład pozbycia się barona Bildeborugha?
Mężczyzna przerwał, zaskoczony bezceremonialnymi słowami.
Poznam prawdę albo rzeczywiście cię zniszczę, przekazał mu Markwart, zaś zwyczajny ton, jakim wypowiedział te słowa w myślach, sprawił, że zabrzmiały jak obietnica, a nie groźba. Chciał zobaczyć, czy De`Unnero zagrozi wydaniem mordercy przeora Dobriniona i Connora Bildeborougha. Jeśli by tak uczynił, to Markwart przerwałby połączenie i zaczął proces pozbywania się tego problemu. Jednak De`Unnero nie grał w tę grę, wcale nie.
Nie jestem twoim wrogiem, ojcze przeorze, ale twoim poddanym, wyjaśnił duch. Lojalnym poddanym. Rzeczywiście ośmieliłem się wyruszyć na drogę na południe od Palmaris w postaci wielkiego kota.
Czy rozumiesz, jakie ryzyko podjąłeś?
Nie większe niż to, które ty podjąłeś, odparował De`Unnero. Powiedziałbym, że mniejsze, ponieważ przeor Dobrinion był jednym z mnichów zakonu abellikańskiego, a jego zamordowanie mogło zwrócić przeciwko tobie cały kościół. Śmierć Bildeborougha nie jest sprawą kościoła abellikańskiego.
Tylko króla, zripostował sarkastycznie Markwart, lecz duch De`Unnero zbył to wzruszeniem ramion jako nie mające znaczenia. Tak naprawdę to Markwart zgadzał się z oceną mężczyzny, obawiając się potęgi kościoła o wiele bardziej niż państwa.
Zabójstwo poszło gładko, upierał się De`Unnero. Nie istnieje nic, co wiązałoby mnie ze śmiercią barona Bildeborougha, a już z pewnością co wiązałoby ją z tobą.
Niektórzy będą szeptać, że to coś więcej niż zbieg okoliczności, odparł Markwart, a zwłaszcza teraz, kiedy nie ma żadnego dziedzica Bildeborougha, który przejąłby baronię.
A niektórzy już szepczą, odparował De`Unnero, i szeptali już przed śmiercią Bildeborougha. Ale bez wyraźnego dowodu nie do odparcia, kto oskarży ojca przeora kościoła abellikańskiego? Nie, powinniśmy skupić się na korzyściach płynących z naszych działań, a nie rozpamiętywać ryzyko.
Korzyści pozostają jeszcze do ustalenia, odpowiedział Markwart. Nie wiemy, komu król nada baronię. Najpewniej, jak mówią pogłoski, Danube Brock Ursal wybierze kogoś, kto nie spogląda przychylnie na kościół, aby zapewnić kontynuację jego własnej władzy w Palmaris.
Nie zgadzam się, ośmielił się zaoponować De`Unnero. Czy to nie ten sam król, który chętnie użyczył elity swoich żołnierzy przeorowi Je`howithowi na Kolegium Przeorów?
Bez wątpienia przy protestach swoich świeckich doradców, wtrącił Markwart. Je`howith od dawna walczy w Ursalu o królewski posłuch.
A teraz musi wygrać tę walkę, ciągnął dalej stanowczo De`Unnero, bowiem teraz, gdy nie ma w Palmaris władzy państwowej, może nadszedł czas, aby kościół zwiększył swoją rolę w rządzeniu masami.
I znowu duch Markwarta zamilkł.
Istniały już precedensy, stwierdził De`Unnero. Palmaris nie ma barona, a niewiele jest osób mogących rościć sobie prawo do takiego tytułu, osób, które pragnęłyby opuścić Ursal w zamian za życie w Palmaris, w mniejszym luksusie, zwłaszcza biorąc pod uwagę szepty o spiskach i potencjalne niebezpieczeństwo.
Markwart nie mógł uwierzyć w tupet mężczyzny! De`Unnero próbował wykorzystać wszelkie możliwe pułapki, zmieniając podejrzenia dotyczące kościoła w coś korzystnego.
Udaj się do Je`howitha w taki sposób, w jaki przyszedłeś do mnie, błagał De`Unnero. Zmuśmy króla do przymierza, które zwiększy władzę kościoła.
Zwiększy twoją władzę, poprawił go Markwart.
Ja zaś służę tobie, ojcze przeorze, odpowiadał już De`Unnero, zanim Markwart zakończył swą myśl. Król nie zdecyduje się teraz wystąpić przeciwko nam, nie teraz, gdy łatwiej będzie, jeśli pomożemy mu w tym czasie powojennego chaosu.
Markwart musiał przyznać, że miało to sens. Udam się do Je`howitha jeszcze dzisiejszej nocy, zgodził się, potem jednak jego ton uległ zmianie. Nie wolno ci podejmować żadnych zdecydowanych działań w żadnej sprawie bez mojej zgody, ostrzegł. Czasy są zbyt niebezpieczne, a nasza pozycja zbyt niepewna, abym zaufał ocenie kogoś tak niedoświadczonego jak Marcalo De`Unnero.
Czy mam rozumieć, zapytał De`Unnero, że aprobujesz sprawę barona Bildeborougha?
Markwart natychmiast przerwał połączenie, a jego duch odleciał z tego miejsca. Parę minut później powrócił do swojego ciała, uśmiechając się szeroko. Powinien był się wówczas udać do łóżka, bowiem tak długie posługiwanie się kamieniem duszy były strasznie wyczerpujące, jednak, co dziwne, ojciec przeor czuł się ożywiony i żądny nowych informacji.
Zamiast udać się na spoczynek, wysłał swego ducha na zachód, a potem na południe, do jedynego miasta w Honce-the-Bear większego niż Palmaris.
St.Honce w Ursalu było drugim co do wielkości opactwem abellikańskim, mniejszym jedynie od St.-Mere-Abelle. Było połączone z pałacem króla długim, wąskim korytarzem, znanym jako most. Zgodnie z tradycją przeor St.Honce służył królowi i jego dworowi jako duchowy doradca. Markwart dobrze znał to miejsce. Tutaj został namaszczony na ojca przeora zakonu przez przeora Shermana, którego zastąpił przeor Dellahunt, z kolei zastąpiony przez Je`howitha. Uroczystość została formalnie potwierdzona przez króla Danubego Cole Ursala, ojca obecnego króla. Markwart nie miał zbytniego kłopotu ze znalezieniem prywatnych komnat przeora.
Odpowiedzią Je`howitha na to wtargnięcie ducha - gdy już wziął swój kamień duszy i wyszedł z ciała - była olbrzymia radość. Jakież cuda może przynieść światu taka szybka możliwość porozumiewania się! - wykrzyknął jego duch. Pomyśl o korzyściach, jakie można by odnieść w wojnie, gdyby kapitanowie mogli porozumiewać się ze swoimi dowódcami na polu walki! Pomyśl o...
Dosyć już, przerwał duch Markwarta, wiedząc, że nadzieje mężczyzny nie były niczym więcej tylko złudzeniami. Nikt oprócz niego nie mógł być tak potężny w przemieszczaniu się jako duch - żaden przeor, żaden mistrz, a już z pewnością żaden świecki żołnierz! Mam dla ciebie zadanie. Słyszałeś o śmierci barona Bildeborougha i o tym, że nie pozostawił dziedzica?
Właśnie dzisiaj otrzymaliśmy te wieści, odparł Je`howith ponuro. Tak naprawdę, ojcze przeorze, to ledwo miałem chwilę na odpoczynek. Dopiero co w tym tygodniu wróciłem do Ursalu, a teraz...
Zatem wiesz, że zwolniło się miejsce w Palmaris, przerwał Markwart, nie mając czasu na paplaninę Je`howitha.
Jest to problem, który król Danube rozważa ze znużeniem, odpowiedział Je`howith. Obawiam się, że biedny człowiek jest już bliski załamania, choć wojna została wreszcie wygrana. Po latach pokoju, w ciągu ostatnich kilku miesięcy stanął w obliczu tylu problemów.
Zatem ulżyjmy mu w kłopotach, zaproponował Markwart. Przekonaj go, aby nadał baronię przeorowi De`Unnero i pozwolił kościołowi zająć się kłopotami w Palmaris.
Zaskoczenie przeora było widoczne w postawie, jaką przyjął jego duch. Król Danube nawet nie zna tego Marcalo De`Unnero. A tak po prawdzie to ja też nie znam, oprócz tego, że spotkaliśmy się raz na Kolegium Przeorów.
Przyjmij moje słowo jako rekomendację jego charakteru i zdolności do rządzenia Palmaris, polecił Markwart. I zrozum, że nawet łącząc stanowisko barona i przeora, nosiło to kiedyś nazwę biskupa, Marcalo De`Unnero będzie odpowiadał przede mną - i przed tobą, jeśli mnie nie zawiedziesz w tej sprawie.
Ta ostatnia przekazana myśl stanowiła zbyt dużą pokusę, aby ją zignorować.
Pamiętasz przecież, że kiedyś kościół rządził obok króla, ciągnął Markwart. Duch Je`howitha pokiwał głową i uśmiechnął się. Przekonaj króla.
Może mógłbym udać się na spotkanie przeora De`Unnero przy pomocy kamienia duszy, tak jak ty... - zaczął Je`howith, ale Markwart mu przerwał.
Nie byłbyś w stanie osiągnąć takiego stopnia wyrazistości połączenia, wyjaśnił ze szczerością - i gniewnie - ojciec przeor, nie wierzył bowiem, że Je`howith potrafiłby osiągnąć taki poziom magii. To jest moja magia i tylko moja. Nie wolno ci o niej rozmawiać ani jej próbować, choć ja mogę cię często odwiedzać w przyszłości.
Pokora i uległość, jakie napłynęły od Je`howitha, zadowoliły ojca przeora, toteż poszybował z powrotem do St.-Mere-Abelle. A znalazłszy się tam, pomimo ogromnego wydatkowania magicznej energii, wciąż pozostawał niespokojny. Przechadzał się jeszcze ponad godzinę, starając się ujrzeć z właściwej perspektywy otwierające się przed nim nagle nowe drogi do władzy. Jeszcze tego ranka Markwart myślał, że jego reputacja w historii kościoła została ustalona, a jedyna możliwość jej wzmocnienia wiązała się z odzyskaniem skradzionych kamieni, teraz jednak kwestia kamieni wydawała się niemal trywialna. Stwierdzenie De`Unnero, że kościół odgrywał kiedyś bardziej aktywną rolę w rządzeniu, było prawdziwe. W dawno minionych wiekach król Honce-the-Bear był namaszczany jako ojciec przeor zakonu abellikańskiego. Jednak od setek lat szala władzy w królestwie utrzymywała się w stosunkowej równowadze pomiędzy kościołem a państwem - oddzielne, lecz potężne byty. Król zajmował się świeckimi działaniami swoich poddanych, kierował stojącą w gotowości armią i rozstrzygał kwestie sporne z leżącymi po sąsiedzku Behren i Alpinadorem, ale nie rościł sobie prawa do kościelnej władzy. W wielu miejscach królestwa, a zwłaszcza w mniejszych wioskach, kościół miał o wiele większe wpływy niż daleki król, którego pełnego imienia wielu poddanych nawet nie znało.
Teraz jednak, dzięki mądrym i roztropnym posunięciom Markwarta w Palmaris, usunięciu Connora Bildeborougha i przeora Dobriniona oraz śmierci barona, która nastąpiła później, szala wagi może przechylić się na korzyść kościoła. A według słów Je`howitha Danube Brock Ursal jest już znużony. Jeśli Je`howithowi udałoby się wydrzeć mu Palmaris...
Oczywiście, ani Markwart, ani Je`howith nie mieli przed sobą wielu lat życia - obydwaj mieli ponad siedemdziesiątkę. Nagle ojciec przeor nie był już zadowolony z miejsca, jakie sobie zaklepał w historii kościoła. Nagle jego ambicje sięgały o wiele wyżej - tak jak i Je`howitha, jak sądził. Razem mogli wykorzystać ludzi takich jak De`Unnero, aby zmienić świat.
Ojciec przeor Markwart był niezmiernie zadowolony z takiej perspektywy.

* * *

Niedaleko od komnat ojca przeora brat Francis Dellacourt stał w pokoju oświetlonym przez świecę, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. Ciemne cienie zbierające się wokół niego wydawały się być odpowiednią oprawą dla tego osaczonego człowieka.
Przez większość swego życia Francis stawiał się na sekretnym piedestale, wynosząc się ponad przeciętnego człowieka, ponad każdego człowieka. Nigdy nie powiedział sobie w sposób świadomy, że jest wybrańcem Boga, ale wierzył w to, jakby cały świat był jedynie snem śnionym dla własnej korzyści. Francis wierzył, że jest bez grzechu, że stanowi doskonałe odbicie doskonałego Boga.
Potem jednak zabił Grady`ego Chilichunka na drodze z Palmaris.
Francis wiedział, że to był wypadek, bowiem cios, jaki wymierzył Grady`emu w głowę, miał tylko ogłuszyć mężczyznę i powstrzymać go przed obrażaniem ojca przeora. Jednak następnego dnia Grady się nie obudził, a obraz ziemi spadającej na pozbawioną życia, spuchniętą twarz Grady`ego, gdy go chował, prześladował mnicha i wytrącił mu spod stóp ten sekretny piedestał.
Od tego brzemiennego w konsekwencje dnia Francis znalazł się w wirze wszystkich wydarzeń mających miejsce w świecie. Patrzył, jak ojciec przeor Markwart rozkazał torturować i stracić mistrza Jojonaha i chociaż nigdy tak naprawdę nie przepadał za Jojonahem, to nie sądził, aby była to odpowiednia kara.
Francis jednak się na to zgodził i niewolniczo służył ojcu przeorowi, bowiem przywódca zakonu abellikańskiego nie obwiniał Francisa. Twierdził, że Francis zachował się odpowiednio i że los Grady`ego - i los rodziców Grady`ego - był wynikiem popełnionego przez nich świętokradztwa. Toteż Francis zrobił się jeszcze bardziej oddany Markwartowi, wierząc, że jedyna szansa odzyskania tego piedestału wiązała się z podążaniem w cieniu wielkiego przywódcy.
A potem Markwart rozkazał wywlec Jojonaha z sali na Kolegium Przeorów. Żołnierze, którzy go wlekli, przeciągnęli go tuż obok Francisa i ten spojrzał w oczy skazanego na zgubę Jojonaha.
Zaś zgubiony mistrz, który poznał prawdę o śmierci Grady`ego i rozumiał, że Francis był za nią odpowiedzialny, przebaczył Francisowi.
A teraz mnich mógł jedynie wpatrywać się w ciemne cienie otaczające jego śmiertelne ciało jak plamy na jego nieśmiertelnej duszy i na próżno walczył z konfundującą mieszaniną wyrzutów sumienia i winy, kłębiącą się w jego myślach.
Zniknął jego piedestał, stracił swoją niewinność.

* * *

Jeszcze jeden mężczyzna nie spał o tak późnej porze w St.-Mere-Abelle, zmywając naczynia. Było to zadanie, które powinno było zostać zrobione o wiele wcześniej tego wieczora. Jednak inne obowiązki - planowanie następnej i najśmielszej misji wywiadowczej - opóźniło tej nocy Rogera Locklessa. Roger przybył do tego miejsca po tym, jak był świadkiem morderstwa barona Bildeborougha na drodze na południe od Palmaris. Pognał do St.-Mere-Abelle z nadzieją znalezienia Elbryana i Pony, a w wiosce St.-Mere-Abelle, leżącej jakieś trzy mile w głąb lądu od wielkiego opactwa, stał się świadkiem kolejnego morderstwa, egzekucji człowieka zwanego Jojonahem.
Roger był drobnym mężczyzną, mierzył zaledwie pięć stóp wzrostu i ważył nie więcej niż waży średnio piętnastolatek. Jego wzrost został zahamowany przez chorobę - tę samą, która zabrała mu rodziców. Znał się na postępowaniu ulicznych żebraków i doskonale wiedział, jak odgrywać pożałowania godną sierotę. Bez kłopotu dostał pracę od wielkodusznego pana Machuso z St.-Mere-Abelle i pracował w opactwie przez ostatnie trzy tygodnie. W tym czasie Roger usłyszał wiele plotek i utwierdził się w przekonaniu, że mistrz Jojonah pomógł jakimś intruzom w uratowaniu Bradwardena z lochów ojca przeora. Dalej jednak historia się gmatwała, pełna była przeciwstawnych plotek i Roger nie był pewien, czy tym intruzom - Elbryanowi, Pony i Juravielowi - udało się uciec, choć wiedział, że Bradwardena nie ma już w opactwie. Sądził, że jego przyjaciele również uciekli, ale zanim zostawi tę pracę w opactwie, Roger musiał mieć co do tego pewność.
Przypuszczał, gdzie znajdzie odpowiedzi, choć myśl, aby udać się do prywatnych komnat człowieka tak potężnego jak Dalebert Markwart, budziła niepokój nawet w człowieku, który drwił sobie z powrie w ich obozie w Caer Tinella; człowieku, który pokonał brata sprawiedliwość z kościoła abellikańskiego, który zasłużył na swoje nazwisko Lockless i, co najważniejsze ze wszystkiego, zasłużył sobie na szacunek Nocnego Ptaka.
Ojciec przeor Markwart był niezmiernie zadowolony z takiej perspektywy.

* * *

Niedaleko od komnat ojca przeora brat Francis Dellacourt stał w pokoju oświetlonym przez świecę, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. Ciemne cienie zbierające się wokół niego wydawały się być odpowiednią oprawą dla tego osaczonego człowieka.
Przez większość swego życia Francis stawiał się na sekretnym piedestale, wynosząc się ponad przeciętnego człowieka, ponad każdego człowieka. Nigdy nie powiedział sobie w sposób świadomy, że jest wybrańcem Boga, ale wierzył w to, jakby cały świat był jedynie snem śnionym dla własnej korzyści. Francis wierzył, że jest bez grzechu, że stanowi doskonałe odbicie doskonałego Boga.
Potem jednak zabił Grady`ego Chilichunka na drodze z Palmaris.
Francis wiedział, że to był wypadek, bowiem cios, jaki wymierzył Grady`emu w głowę, miał tylko ogłuszyć mężczyznę i powstrzymać go przed obrażaniem ojca przeora. Jednak następnego dnia Grady się nie obudził, a obraz ziemi spadającej na pozbawioną życia, spuchniętą twarz Grady`ego, gdy go chował, prześladował mnicha i wytrącił mu spod stóp ten sekretny piedestał.
Od tego brzemiennego w konsekwencje dnia Francis znalazł się w wirze wszystkich wydarzeń mających miejsce w świecie. Patrzył, jak ojciec przeor Markwart rozkazał torturować i stracić mistrza Jojonaha i chociaż nigdy tak naprawdę nie przepadał za Jojonahem, to nie sądził, aby była to odpowiednia kara.
Francis jednak się na to zgodził i niewolniczo służył ojcu przeorowi, bowiem przywódca zakonu abellikańskiego nie obwiniał Francisa. Twierdził, że Francis zachował się odpowiednio i że los Grady`ego - i los rodziców Grady`ego - był wynikiem popełnionego przez nich świętokradztwa. Toteż Francis zrobił się jeszcze bardziej oddany Markwartowi, wierząc, że jedyna szansa odzyskania tego piedestału wiązała się z podążaniem w cieniu wielkiego przywódcy.
A potem Markwart rozkazał wywlec Jojonaha z sali na Kolegium Przeorów. Żołnierze, którzy go wlekli, przeciągnęli go tuż obok Francisa i ten spojrzał w oczy skazanego na zgubę Jojonaha.
Zaś zgubiony mistrz, który poznał prawdę o śmierci Grady`ego i rozumiał, że Francis był za nią odpowiedzialny, przebaczył Francisowi.
A teraz mnich mógł jedynie wpatrywać się w ciemne cienie otaczające jego śmiertelne ciało jak plamy na jego nieśmiertelnej duszy i na próżno walczył z konfundującą mieszaniną wyrzutów sumienia i winy, kłębiącą się w jego myślach.
Zniknął jego piedestał, stracił swoją niewinność.

* * *

Jeszcze jeden mężczyzna nie spał o tak późnej porze w St.-Mere-Abelle, zmywając naczynia. Było to zadanie, które powinno było zostać zrobione o wiele wcześniej tego wieczora. Jednak inne obowiązki - planowanie następnej i najśmielszej misji wywiadowczej - opóźniło tej nocy Rogera Locklessa. Roger przybył do tego miejsca po tym, jak był świadkiem morderstwa barona Bildeborougha na drodze na południe od Palmaris. Pognał do St.-Mere-Abelle z nadzieją znalezienia Elbryana i Pony, a w wiosce St.-Mere-Abelle, leżącej jakieś trzy mile w głąb lądu od wielkiego opactwa, stał się świadkiem kolejnego morderstwa, egzekucji człowieka zwanego Jojonahem.
Roger był drobnym mężczyzną, mierzył zaledwie pięć stóp wzrostu i ważył nie więcej niż waży średnio piętnastolatek. Jego wzrost został zahamowany przez chorobę - tę samą, która zabrała mu rodziców. Znał się na postępowaniu ulicznych żebraków i doskonale wiedział, jak odgrywać pożałowania godną sierotę. Bez kłopotu dostał pracę od wielkodusznego pana Machuso z St.-Mere-Abelle i pracował w opactwie przez ostatnie trzy tygodnie. W tym czasie Roger usłyszał wiele plotek i utwierdził się w przekonaniu, że mistrz Jojonah pomógł jakimś intruzom w uratowaniu Bradwardena z lochów ojca przeora. Dalej jednak historia się gmatwała, pełna była przeciwstawnych plotek i Roger nie był pewien, czy tym intruzom - Elbryanowi, Pony i Juravielowi - udało się uciec, choć wiedział, że Bradwardena nie ma już w opactwie. Sądził, że jego przyjaciele również uciekli, ale zanim zostawi tę pracę w opactwie, Roger musiał mieć co do tego pewność.
Przypuszczał, gdzie znajdzie odpowiedzi, choć myśl, aby udać się do prywatnych komnat człowieka tak potężnego jak Dalebert Markwart, budziła niepokój nawet w człowieku, który drwił sobie z powrie w ich obozie w Caer Tinella; człowieku, który pokonał brata sprawiedliwość z kościoła abellikańskiego, który zasłużył na swoje nazwisko Lockless i, co najważniejsze ze wszystkiego, zasłużył sobie na szacunek Nocnego Ptaka.
Ojciec przeor Markwart był niezmiernie zadowolony z takiej perspektywy.

* * *

Niedaleko od komnat ojca przeora brat Francis Dellacourt stał w pokoju oświetlonym przez świecę, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. Ciemne cienie zbierające się wokół niego wydawały się być odpowiednią oprawą dla tego osaczonego człowieka.
Przez większość swego życia Francis stawiał się na sekretnym piedestale, wynosząc się ponad przeciętnego człowieka, ponad każdego człowieka. Nigdy nie powiedział sobie w sposób świadomy, że jest wybrańcem Boga, ale wierzył w to, jakby cały świat był jedynie snem śnionym dla własnej korzyści. Francis wierzył, że jest bez grzechu, że stanowi doskonałe odbicie doskonałego Boga.
Potem jednak zabił Grady`ego Chilichunka na drodze z Palmaris.
Francis wiedział, że to był wypadek, bowiem cios, jaki wymierzył Grady`emu w głowę, miał tylko ogłuszyć mężczyznę i powstrzymać go przed obrażaniem ojca przeora. Jednak następnego dnia Grady się nie obudził, a obraz ziemi spadającej na pozbawioną życia, spuchniętą twarz Grady`ego, gdy go chował, prześladował mnicha i wytrącił mu spod stóp ten sekretny piedestał.
Od tego brzemiennego w konsekwencje dnia Francis znalazł się w wirze wszystkich wydarzeń mających miejsce w świecie. Patrzył, jak ojciec przeor Markwart rozkazał torturować i stracić mistrza Jojonaha i chociaż nigdy tak naprawdę nie przepadał za Jojonahem, to nie sądził, aby była to odpowiednia kara.
Francis jednak się na to zgodził i niewolniczo służył ojcu przeorowi, bowiem przywódca zakonu abellikańskiego nie obwiniał Francisa. Twierdził, że Francis zachował się odpowiednio i że los Grady`ego - i los rodziców Grady`ego - był wynikiem popełnionego przez nich świętokradztwa. Toteż Francis zrobił się jeszcze bardziej oddany Markwartowi, wierząc, że jedyna szansa odzyskania tego piedestału wiązała się z podążaniem w cieniu wielkiego przywódcy.
A potem Markwart rozkazał wywlec Jojonaha z sali na Kolegium Przeorów. Żołnierze, którzy go wlekli, przeciągnęli go tuż obok Francisa i ten spojrzał w oczy skazanego na zgubę Jojonaha.
Zaś zgubiony mistrz, który poznał prawdę o śmierci Grady`ego i rozumiał, że Francis był za nią odpowiedzialny, przebaczył Francisowi.
A teraz mnich mógł jedynie wpatrywać się w ciemne cienie otaczające jego śmiertelne ciało jak plamy na jego nieśmiertelnej duszy i na próżno walczył z konfundującą mieszaniną wyrzutów sumienia i winy, kłębiącą się w jego myślach.
Zniknął jego piedestał, stracił swoją niewinność.

* * *

Jeszcze jeden mężczyzna nie spał o tak późnej porze w St.-Mere-Abelle, zmywając naczynia. Było to zadanie, które powinno było zostać zrobione o wiele wcześniej tego wieczora. Jednak inne obowiązki - planowanie następnej i najśmielszej misji wywiadowczej - opóźniło tej nocy Rogera Locklessa. Roger przybył do tego miejsca po tym, jak był świadkiem morderstwa barona Bildeborougha na drodze na południe od Palmaris. Pognał do St.-Mere-Abelle z nadzieją znalezienia Elbryana i Pony, a w wiosce St.-Mere-Abelle, leżącej jakieś trzy mile w głąb lądu od wielkiego opactwa, stał się świadkiem kolejnego morderstwa, egzekucji człowieka zwanego Jojonahem.
Roger był drobnym mężczyzną, mierzył zaledwie pięć stóp wzrostu i ważył nie więcej niż waży średnio piętnastolatek. Jego wzrost został zahamowany przez chorobę - tę samą, która zabrała mu rodziców. Znał się na postępowaniu ulicznych żebraków i doskonale wiedział, jak odgrywać pożałowania godną sierotę. Bez kłopotu dostał pracę od wielkodusznego pana Machuso z St.-Mere-Abelle i pracował w opactwie przez ostatnie trzy tygodnie. W tym czasie Roger usłyszał wiele plotek i utwierdził się w przekonaniu, że mistrz Jojonah pomógł jakimś intruzom w uratowaniu Bradwardena z lochów ojca przeora. Dalej jednak historia się gmatwała, pełna była przeciwstawnych plotek i Roger nie był pewien, czy tym intruzom - Elbryanowi, Pony i Juravielowi - udało się uciec, choć wiedział, że Bradwardena nie ma już w opactwie. Sądził, że jego przyjaciele również uciekli, ale zanim zostawi tę pracę w opactwie, Roger musiał mieć co do tego pewność.
Przypuszczał, gdzie znajdzie odpowiedzi, choć myśl, aby udać się do prywatnych komnat człowieka tak potężnego jak Dalebert Markwart, budziła niepokój nawet w człowieku, który drwił sobie z powrie w ich obozie w Caer Tinella; człowieku, który pokonał brata sprawiedliwość z kościoła abellikańskiego, który zasłużył na swoje nazwisko Lockless i, co najważniejsze ze wszystkiego, zasłużył sobie na szacunek Nocnego Ptaka.
Ojciec przeor Markwart był niezmiernie zadowolony z takiej perspektywy.

* * *

Niedaleko od komnat ojca przeora brat Francis Dellacourt stał w pokoju oświetlonym przez świecę, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. Ciemne cienie zbierające się wokół niego wydawały się być odpowiednią oprawą dla tego osaczonego człowieka.
Przez większość swego życia Francis stawiał się na sekretnym piedestale, wynosząc się ponad przeciętnego człowieka, ponad każdego człowieka. Nigdy nie powiedział sobie w sposób świadomy, że jest wybrańcem Boga, ale wierzył w to, jakby cały świat był jedynie snem śnionym dla własnej korzyści. Francis wierzył, że jest bez grzechu, że stanowi doskonałe odbicie doskonałego Boga.
Potem jednak zabił Grady`ego Chilichunka na drodze z Palmaris.
Francis wiedział, że to był wypadek, bowiem cios, jaki wymierzył Grady`emu w głowę, miał tylko ogłuszyć mężczyznę i powstrzymać go przed obrażaniem ojca przeora. Jednak następnego dnia Grady się nie obudził, a obraz ziemi spadającej na pozbawioną życia, spuchniętą twarz Grady`ego, gdy go chował, prześladował mnicha i wytrącił mu spod stóp ten sekretny piedestał.
Od tego brzemiennego w konsekwencje dnia Francis znalazł się w wirze wszystkich wydarzeń mających miejsce w świecie. Patrzył, jak ojciec przeor Markwart rozkazał torturować i stracić mistrza Jojonaha i chociaż nigdy tak naprawdę nie przepadał za Jojonahem, to nie sądził, aby była to odpowiednia kara.
Francis jednak się na to zgodził i niewolniczo służył ojcu przeorowi, bowiem przywódca zakonu abellikańskiego nie obwiniał Francisa. Twierdził, że Francis zachował się odpowiednio i że los Grady`ego - i los rodziców Grady`ego - był wynikiem popełnionego przez nich świętokradztwa. Toteż Francis zrobił się jeszcze bardziej oddany Markwartowi, wierząc, że jedyna szansa odzyskania tego piedestału wiązała się z podążaniem w cieniu wielkiego przywódcy.
A potem Markwart rozkazał wywlec Jojonaha z sali na Kolegium Przeorów. Żołnierze, którzy go wlekli, przeciągnęli go tuż obok Francisa i ten spojrzał w oczy skazanego na zgubę Jojonaha.
Zaś zgubiony mistrz, który poznał prawdę o śmierci Grady`ego i rozumiał, że Francis był za nią odpowiedzialny, przebaczył Francisowi.
A teraz mnich mógł jedynie wpatrywać się w ciemne cienie otaczające jego śmiertelne ciało jak plamy na jego nieśmiertelnej duszy i na próżno walczył z konfundującą mieszaniną wyrzutów sumienia i winy, kłębiącą się w jego myślach.
Zniknął jego piedestał, stracił swoją niewinność.

* * *

Jeszcze jeden mężczyzna nie spał o tak późnej porze w St.-Mere-Abelle, zmywając naczynia. Było to zadanie, które powinno było zostać zrobione o wiele wcześniej tego wieczora. Jednak inne obowiązki - planowanie następnej i najśmielszej misji wywiadowczej - opóźniło tej nocy Rogera Locklessa. Roger przybył do tego miejsca po tym, jak był świadkiem morderstwa barona Bildeborougha na drodze na południe od Palmaris. Pognał do St.-Mere-Abelle z nadzieją znalezienia Elbryana i Pony, a w wiosce St.-Mere-Abelle, leżącej jakieś trzy mile w głąb lądu od wielkiego opactwa, stał się świadkiem kolejnego morderstwa, egzekucji człowieka zwanego Jojonahem.
Roger był drobnym mężczyzną, mierzył zaledwie pięć stóp wzrostu i ważył nie więcej niż waży średnio piętnastolatek. Jego wzrost został zahamowany przez chorobę - tę samą, która zabrała mu rodziców. Znał się na postępowaniu ulicznych żebraków i doskonale wiedział, jak odgrywać pożałowania godną sierotę. Bez kłopotu dostał pracę od wielkodusznego pana Machuso z St.-Mere-Abelle i pracował w opactwie przez ostatnie trzy tygodnie. W tym czasie Roger usłyszał wiele plotek i utwierdził się w przekonaniu, że mistrz Jojonah pomógł jakimś intruzom w uratowaniu Bradwardena z lochów ojca przeora. Dalej jednak historia się gmatwała, pełna była przeciwstawnych plotek i Roger nie był pewien, czy tym intruzom - Elbryanowi, Pony i Juravielowi - udało się uciec, choć wiedział, że Bradwardena nie ma już w opactwie. Sądził, że jego przyjaciele również uciekli, ale zanim zostawi tę pracę w opactwie, Roger musiał mieć co do tego pewność.
Przypuszczał, gdzie znajdzie odpowiedzi, choć myśl, aby udać się do prywatnych komnat człowieka tak potężnego jak Dalebert Markwart, budziła niepokój nawet w człowieku, który drwił sobie z powrie w ich obozie w Caer Tinella; człowieku, który pokonał brata sprawiedliwość z kościoła abellikańskiego, który zasłużył na swoje nazwisko Lockless i, co najważniejsze ze wszystkiego, zasłużył sobie na szacunek Nocnego Ptaka.


Dodano: 2006-10-25 12:57:59
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Nawiedzenia"


Wygraj "Ostatniego strażnika"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS