NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Weeks, Brent - "Gorejąca biel", część 1

Clarke, Susanna - "Piranesi"

Ukazały się

Fry, Stephen - "Mythos"


 Morgan, Richard - "Trzynastka" (Mag)

 Ziemiański, Andrzej - "Achaja", tom 1 (2020)

 Ziemiański, Andrzej - "Achaja", tom 2 (2020)

 Ziemiański, Andrzej - "Achaja", tom 3 (2020)

 Wraight, Chris - "Leman Russ"

 Haley, Guy - "Mroczne Imperium"

 Alanson, Craig - "SpecOps"

Linki

Pilipiuk, Andrzej - "Dziedziczki"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: Kuzynki
Data wydania: Październik 2005
ISBN: 83-89011-60-3
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 320
Cena: 26,99 PLN
Tom cyklu: 3



Pilipiuk, Andrzej - "Dziedziczki" #1

Kruszewice

Osiodłała klacz Moniki i zjechała w dolinę. Sołtys, widząc, że kobieta kieruje się w jego stronę, zaklął. Przez chwilę rozważał, czy nie ukryć się w domu, ale się nie zdecydował. Czuł, że wyłamałaby drzwi i wyciągnęła go siłą spod łóżka... Zatrzymała się w miejscu, gdzie resztki palików wyznaczały linię nieistniejącego od lat płotu.
Nie była wysoka, jednak siedząc na koniu, górowała nad chłopem. Chłodne, niebieskie oczy patrzyły ostro i przenikliwie. Zdjął czapkę i stanął na baczność, skarcił się w myślach, dał sobie „spocznij”, ale spostrzegł, że jego ciało znowu pręży się jak struna.
— Jesteś tu sołtysem? — Przechyliła głowę.
— Jestem. Właściwie to byłem — wykrztusił. — Yyyyy... No bo...
— Wiem — ucięła krótko. — Ile takich zombi macie na stanie? — Spojrzała z odrazą na Macieja, który wymiotował przewieszony przez pobliski płot.
— W Kruszewicach mamy czterech ludziów. — Józef złożył z trudem w miarę poprawne zdanie.
— Cztery osoby — poprawiła go. — Reszta uciekła?
— A na co mieli czekać?
— Na mój powrót. — Uśmiechnęła się olśniewająco.
Strasznie chciało mu się zakląć, ale kobieta trzymała w dłoni szpicrutę i jakoś tak mu się wydało, że jeśli rzuci mięchem, oberwie natychmiast przez łeb.
— Zwołaj na piętnastą zebranie mieszkańców. Obecność obowiązkowa. Macie tu odpowiednią salę?
— O, tamoj klub był. — Wskazał barak z nieco zapadniętym dachem.
— Może być — mruknęła. — Potem postawi się coś lepszego.
— Co powiedzieć ludziom? — zapytał.
Spojrzała na niego zaskoczona. Przygłup jakiś czy co?
— Że mają przyjść — wytłumaczyła raz jeszcze cierpliwie.
— A jak zapytają, po co?
— Odbędzie się zebranie na temat przyszłości wsi i majątku. To i owo chcę tu zmienić. Zapewne będą chcieli poznać moje plany. — Wzruszyła ramionami i spiąwszy konia, odjechała.
Były sołtys poskrobał się po głowie. Od początku wiedział, że będą problemy, ale nie sądził, że aż takie.
Pozostali schodzili się niechętnie, z obawą, ale o oznaczonej godzinie pojawili się na miejscu. Stanisława w towarzystwie kuzynki i Moniki stanęła przed drzwiami baraku i spojrzała z niechęcią na zardzewiałą kłódkę.
— Poproszę klucz — poleciła.
Najlepszą metodą błyskawicznego narzucenia ludziom władzy jest wydanie kompletnie niewykonalnego polecenia. Trafiła bez pudła.
— Zgubiony jeszcze z dziesięć lat temu — wybąkał sołtys.
Kiwnęła głową i spojrzała znacząco na Monikę. Księżniczka uśmiechnęła się i bez trudu wyrwała gołą ręką skobel. Zaszemrali ze zdumienia. Weszli do środka, płosząc myszy, które rzuciły się do panicznej ucieczki. Niewielkie pomieszczenie dawnej świetlicy zawalone było resztkami mebli. Ściany, murowane z pustaków, były kiedyś obite drewnopodobną boazerią. Obecnie pozostały z niej tylko łaty i listwy cokołowe. Kable wyszarpano. Linoleum kryjące pozarywaną podłogę było nieprzyjemnie szare. Betonowy strop znaczyły rdzawe zacieki: żelazne pręty korodowały pomalutku. Przez dwa brudne, zakratowane okna wpadało trochę światła. Mniej więcej jedną piątą sali zajmowała drewniana scena.
— Krzesło — zadysponowała dziedziczka.
Sołtys rzucił się w stronę stosu połamanych mebli, wyszukał taboret, przetarł go ofiarnie własnym rękawem i ustawił na podwyższeniu. Usiadła. Patrzyła teraz na zebranych z góry.
— Wiem, co wam chodzi po głowach — powiedziała. — Wasi przodkowie byli chłopami pańszczyźnianymi mojej rodziny jeszcze przed opuszczeniem Kruszewic Nowych na początku siedemnastego wieku. Znacie nasze rodzinne legendy.
— A jakże. — Brygadzistka Hanka wytarła usta dłonią. — Opowieść o pannie Stanisławie, która zarżnęła męża, napiła się jego krwi i już się nie zestarzała, i nie umarła...
Alchemiczka przechyliła głowę i otaksowała spojrzeniem brudną, starą babę.
— Dziadkowie opowiadali — dodał Maciej. — Ostrzegali, że możesz wrócić, ty wampirzyco...
— Co do męża, należało mu się. — Wzruszyła ramionami. — I nie czuję najmniejszych wyrzutów sumienia. — Twarze pobladły. — Ale co do reszty, mylicie się całkowicie — zaprotestowała z godnością. — Nie jestem wampirem.
— Ja jestem — nagle odezwała się siedząca na parapecie okna Monika i dla potwierdzenia słów strzeliła ssawką.
Mieszkańcy przeżegnali się odruchowo.
— Czego od nas chcesz? — zapytał sołtys. — Krwi? Złota ani pieniędzy nie mamy...
— Majątek wznawia działalność. Potrzebuję pracowników. Dam dobre warunki i nieźle zapłacę. W zamian oczekuję wydajnej pracy.
— A co, znaczy, trzeba by robić? — zainteresował się Heniek.
— Na początek głównie karczowanie krzaków i prace ziemne. Potem trzeba będzie poprawić nawierzchnię drogi, znajdzie się robota przy ciesiołce, ścince drzew i murarce.
— E, to nie dla nas. — Rozczarował się z miejsca.
— A co byś chciał? — Spojrzała na niego badawczo.
— Traktorzystą byłem. — Wypiął dumnie zapadłą pierś. — A i vistulą jeździć umiem.
— Co to, u diabła, jest vistula? — zdumiała się Stanisława.
— Bardzo starego typu kombajn — powiedziała jej kuzynka. — Robili je zanim ruszyła produkcja bizonów. Ostatni widziałam... No, będzie z piętnaście lat temu.
— Sprzętu zmechanizowanego nie będziemy chwilowo używali — dziedziczka zwróciła się do kandydata na pracownika.
— E, to ja nie jestem zainteresowany. A siłą nas nie zagonicie. Pańszczyzna zniesiona. — Poczuł się ciut pewniej.
— W zasadzie tak. — Katarzyna otworzyła teczkę. — Jednak nie do końca. Nabyłyśmy cały majątek, wasze baraki też.
— Baraki, ale nie ludzi — warknął Józwa. — Nasze ulice, wasze kamienice. — Resztki pamięci, nie do końca wypłukanej samogonem, przechowały troskliwie usłyszane kiedyś od dziadka, przedwojenne jeszcze hasełko i wykorzystały je twórczo.
— W sumie na jedno wychodzi. Skoro baraki są nasze, będziecie musieli płacić czynsz. Takie jest prawo. Do tego fundusz remontowy i akumulacyjny.
Tubylcy popatrzyli na nią kompletnie zdumieni.
— Jak to? — wykrztusił ktoś.
— Nie będzie wysoki — uspokoiła ich Stanisława. — Trzysta złotych miesięcznie. Kto nie zapłaci, pół godziny na spakowanie i won. Nie pójdzie dobrowolnie, to wyniesiemy w kawałkach.
Katarzyna syknęła na nią dyskretnie. Kuzynka znowu nieco przesadziła.
— Tak nie wolno — jęknął Heniek. — To nieludzkie. A prawa człowieka to co? Już nam nie przysługują? Odwołamy się do Strasburga! A oni was ustawią.
— A wiecie chociaż, gdzie jest ten Strasburg? — zakpiła.
— Nie musimy nic wiedzieć. Listonosz trafi — mruknął Maciej. — A jaki znaczek nalepić, to na poczcie nam powiedzą!
— I może jeszcze będziecie umieli pozew napisać? — Mało nie parsknęła śmiechem. — A może zrzucicie się po kilka stów na honorarium dla adwokata?
— Nie kpij sobie z prostych ludzi. Szlachetnie urodzonej to nie przystoi — odezwała się Monika po łacinie.
Dziedziczka zacisnęła wargi. Księżniczka miała świętą rację.
— Oczywiście, dopuszczam myśl, że ktoś z was może nie mieć pieniędzy — powiedziała. — Więc postanowiłam, że ci, których nie stać, mogą czynsz odpracować. Spotykacie się jutro o szóstej rano przy ruinach dworu. Każdy ma przynieść własną łopatę. Zgłosicie się u naszej brygadzistki. — Wskazała gestem Monikę. — Powie wam, co macie robić. A jak przez miesiąc wypracujecie więcej niż trzysta złotych, to i wypłata będzie.
— A jak ktoś nie przyjdzie, to ja pójdę po niego. — Księżniczka uśmiechnęła się słodko i znowu strzeliła ssawką. — I nie radzę nikomu zaspać.
— Jeszcze jedno — odezwała się Katarzyna. — Wszystkie bimbrownie będzie trzeba zlikwidować. Cud prawdziwy, że jeszcze się do was policja nie dobrała.
— Eee? — zdziwił się Heniek. — Jak to, zlikwidować?
— Normalnie — mruknęła Stanisława. — A kto przyjdzie pijany do roboty, zostanie dwie godziny dłużej niż pozostali.


Dodano: 2006-10-22 17:08:49
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

"Kraina Lovecrafta" - książka a serial


 Sam Sykes - wywiad z autorem "Siedmiu czarnych mieczy"

 Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?

 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

Recenzje

Binet, Laurent - "Cywilizacje"


 Weeks, Brent - "Gorejąca biel"

 Liu, Cixin - "Wędrująca Ziemia"

 Bester, Alfred - "Człowiek do przeróbki"

 Lafferty, R.A. - "Najlepsze opowiadania"

 Scalzi, John - "Ostatnia imperoks"

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Szostak, Wit - "Cudze słowa"

Fragmenty

 Bishop, Anne - "Światło i Cienie"

 Hibberd, James - "Ogień nie zabije smoka"

 Bester, Alfred - "Człowiek do przeróbki

 Scalzi, John - "Ostatnia imperoks"

 Elison, Meg - "Księga Bezimiennej Akuszerki"

 Możdżeń, Konrad - "Chodź ze mną"

 Zamiatin, Jewgienij - "My"

 Urbanowicz, Artur - "Paradoks"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS