NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Banks, Iain M. - "Wspomnij Phlebasa" (2019)

Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Salvatore, R. A. - "Duch Demona"
Wydawnictwo: Isa
Cykl: Salvatore, R. A. - "Wojny Demona"
Data wydania: 2000
ISBN: 83-87376-65-5
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 640
Tom cyklu: 2



Salvatore, R. A. - "Duch Demona" #8

ROZDZIAŁ 8 - GŁOS SUMIENIA

Na łące, jakieś dwadzieścia mil na wschód od Landsdown, karawana z St.-Mere-Abelle dokonała ostatniej wymiany koni. Brat Pembleton, który przyprowadził nowe zwierzęta, przyniósł także nowiny, z których nie ucieszyli się przywódcy karawany.
- Musimy zatem udać się bardziej na wschód - argumentował brat Braumin Herde, patrząc ku północnemu-zachodowi, w kierunku, jaki zamierzali obrać, jakby oczekiwał, że spadnie na nich zastęp potworów.
Brat Francis rzucił Brauminowi groźne spojrzenie, bowiem młody mnich odbierał każdą małą zmianę w ich rozkładzie jazdy jako osobistą zniewagę.
- Spokojnie, bracie Francisie - stwierdził mistrz Jojonah, widząc jak zdenerwowany mężczyzna przygryza mocno wargę. - Słyszałeś dobrego brata Pembletona. Wszystkie ziemie pomiędzy Landsdown a Dziczą roją się od wrogów.
- Możemy się przed nimi ukryć - kłócił się brat Francis.
- Za jaką magiczną cenę? - spytał mistrz Jojonah. - I z jakim opóźnieniem? - Jojonah westchnął, a Francis mruknął i odwrócił się. Załatwiwszy tę sprawę, przynajmniej chwilowo, Jojonah zwrócił się znowu do brata Pembletona, dużego i okrągłego mężczyzny z gęstą czarną brodą i krzaczastymi brwiami. - Powiedz nam proszę, dobry Pembletonie - poprosił mężczyznę - znasz ten region o wiele lepiej niż my.
- Dokąd zmierzacie? - spytał mnich.
- Tego nie mogę powiedzieć - odparł mistrz Jojonah. - Niech wystarczy ci, że musimy przedostać się przez Leśną Krainę na północ.
Mnich potarł dłonią zarośniętą brodę. - Jest taka droga, która poprowadzi was na północ, choć wiedzie przez wschodnie rejony Leśnej Krainy, a nie zachodnie, jak to z początku planowaliście. To dobra droga, choć mało używana.
- A jakie wieści o obecności powrie i goblinów? - spytał brat Braumin.
Mnich wzruszył ramionami. - Żadne - przyznał. - Wygląda na to, że potwory przyszły z północnego-zachodu, przeszły przez Leśną Krainę obok trzech osad: Dundalis, Zachwaszczonej Łąki i Końca Świata. Stamtąd pociągnęły na południe, i, o ile wiem, nie ma ich na wschodzie.
- Wydaje się to sensownym objazdem - dodał ufnie mnich - na wschodzie bowiem niewiele jest rzeczy, które mogłyby dostarczyć rozrywki potworom. Żadnych osad i bardzo mało gospodarstw, jeśli w ogóle jakieś są.
Wówczas przyłączył się do grupy młodszy mnich, niosąc sakwę pełną zwiniętych pergaminów, których końce wystawały ze skórzanej torby. Brat Francis ruszył natychmiast, aby ją przechwycić.
- Dziękuję ci, bracie Dellmanie - rzekł spokojnie mistrz Jojonah do młodego mnicha i dał delikatnie znać zaskoczonemu młodzieńcowi, żeby wrócił do pozostałych.
Brat Francis przerzucał różne zwoje, wreszcie zatrzymał się przy jednym i wyciągnął go. Rozwinął go ostrożnie, rozkładając na pieńku drzewa, a mistrz Jojonah, brat Braumin i brat Pembleton skupili się wokół niego.
- Nasza droga miała prowadzić prosto przez Zachwaszczoną Łąkę - stwierdził brat Francis, pokazując linię palcem na mapie.
- Zatem spodziewajcie się walki na każdym kroku - odparł ze szczerością brat Pembleton. - A Zachwaszczona Łąka, wedle wszelkich wiadomości, jest teraz posterunkiem powrie. Dużo jest tam też olbrzymów.
- Gdzie jest ta bardziej wschodnia droga? - spytał mistrz Jojonah.
Mnich zbliżył się bardziej do mapy, przyglądał się jej tylko przez chwilę, a potem przesunął palec na wschód od ich obecnej pozycji, a potem na północ, przecinając węższy region wschodniej Leśnej Krainy, kierując się prosto do południowego Alpinadoru. - Oczywiście możecie zawrócić na wschód, zanim przejdziecie przez Leśną Krainę, okrążając od północy te trzy osady w Leśnej Krainie.
- Jakiego terenu możemy się spodziewać? - spytał mistrz Jojonah. - Czy kiedykolwiek tam byłeś?
- Raz - odparł mnich. - Kiedy odbudowywali Dundalis po najeździe goblinów - było to oczywiście kilka lat temu. Wszędzie tam las porasta wzgórza, stąd nazwa tego regionu.
- Wszędzie las, zatem nie najlepiej nadaje się do podróżowania wozami - wtrącił brat Braumin.
- Nie jest tak źle - odparł mnich. - To stary las, z wielkimi i ciemnymi drzewami, ale niewielką ilością poszycia. Oczywiście oprócz mchu karibu; tego spotkacie całkiem sporo.
- Mech karibu? - wszystkie oczy zwróciły się na osobę zadającą pytanie, na brata Francisa, pozostali mnisi byli bowiem naprawdę zdziwieni, że nie zna tej nazwy. Francis śmiało odpowiedział na zdumione spojrzenie Jojonaha, młodszy mężczyzna przymrużył groźnie oczy. - Żadne tomy o tym nie wspominają - odpowiedział na nie wypowiedziane pytanie mistrza.
- To krzew, biały i niskopienny - wyjaśnił brat Pembleton. - Wasze konie nie powinny mieć kłopotów z przebrnięciem przez niego, choć będzie czepiał się kół. Poza tym pod osłoną drzew jest zbyt ciemno, aby było dużo poszycia. Przedostaniecie się, nieważne, gdzie skręcicie ku zachodowi.
- Przedostaniemy się pierwotną drogą - odparł surowo brat Francis.
- Wybacz mi, mój dobry bracie - rzekł brat Pembleton kłaniając się grzecznie. - Nigdy nie powiedziałem, że nie mielibyście tego zrobić. Jedynie ostrzegłem was...
- I jesteśmy za to prawdziwie wdzięczni - rzekł mistrz Jojonah do mężczyzny, choć mówiąc to, patrzył wprost na Francisa. - A teraz pytam cię, w dobrej wierze, którą drogę byś wybrał, będąc bardziej obeznany z terenem?
Pembleton podrapał się po gęstej brodzie, rozważając te możliwości. - Udałbym się na wschód - powiedział. - A potem na północ, prosto do Alpinadoru. Ziemia jest słabo zaludniona, a barbarzyńcy, jakich napotkacie po drodze, są raczej życzliwie nastawieni, choć niezbyt pomocni.
Mistrz Jojonah skinął głową; brat Francis zaczął protestować.
- Czy mógłbyś pójść teraz i porozmawiać z woźnicami, tak żebyś pokierował ich do wjazdu na tę wschodnią drogę? - poprosił mnicha Jojonah. - Musimy od razu wrócić na szlak.
Mnich ukłonił się nisko i odszedł, oglądając się do tyłu kilkakrotnie.
- Ojciec przeor - zaczął brat Francis.
- Ojca przeora tu nie ma - przerwał mu szybko mistrz Jojonah. - A gdyby tu był, to zgodziłby się na ten nowy kurs. Poskrom swoją dumę, bracie. Nie pasuje ona do kogoś z twoim wyszkoleniem i pozycją.
Brat Francis zaczął się sprzeciwiać, jednak słowa zatonęły w wirze całkowitego gniewu, zanim w ogóle wydostały się z jego ust. Prędko zwinął pergamin, zaginając go w wielu miejscach gwałtownymi ruchami - po raz pierwszy pozostali widzieli, żeby tak się obchodził z mapami - i oddalił się wzburzony.
- Idzie, żeby skontaktować się z ojcem przeorem - domyślił się brat Braumin.
Mistrz Jojonah zaśmiał się na tę myśl, pewien, że jego wybór jest właściwy i że Francis jest po prostu zbyt zaślepiony przez swój gniew i zranioną dumę, aby to dostrzec.
Wkrótce potem karawana była już w drodze, wjeżdżając na wschodni trakt bez żadnych problemów. Brat Francis przez cały dzień nie wychynął z tyłu swojego wozu, choć jadący z nim mnisi prędko się od niego wynieśli i odsunęli. Według ich słów, dąsał się.
- W niektórych sytuacjach można liczyć na ojca przeora Markwarta - wyszeptał mistrz Jojonah do brata Braumina, mrugając chytrze.
Młodszy mnich uśmiechnął się szeroko, zawsze zachwycony widząc, jak ambitny Francis zostaje usadzony.
Tak jak powiedział im brat Pembleton, droga była łatwa i pozbawiona przeszkód. Mnisi przeszukujący okolicę przy pomocy kwarcu meldowali, iż nie ma wcale potworów, a jedynie dziki las. Mistrz Jojonah narzucił stałe i spokojne tempo. Nie mogli sobie pozwolić na zajeżdżenie tych koni, nie spodziewali się bowiem wymiany przez resztę drogi do Barbakanu i całą drogę powrotną, dopóki nie spotkają się z bratem Pembletonem na tym samym polu, które właśnie opuścili.
Oczywiście zakładając, że mała wioska Pembletona przetrwa tych kilka nadchodzących tygodni, a biorąc pod uwagę meldunki o obecności potworów w odległości zaledwie dwudziestu mil, mnisi mogli się tylko modlić, aby tak się stało.
Podróżowali do późna w nocy, a mistrz Jojonah ośmielił się nawet zapalić spore światło diamentu, aby ich poprowadzić. Obozowali tuż przy drodze, otaczając wozy dla ochrony. Wielką troskę okazano cennym koniom, czyszcząc im kopyta i sprawdzając dokładnie podkowy. Zwierzęta wytarto i zaprowadzono na pobliską łąkę na wypas, a naokoło nich postawiono więcej straży niż wokół wozów.
Następnego dnia podróż okazała się łatwa, ale ich nowa droga miała być dłuższa i nie było sposobu, aby trzymali się harmonogramu bez zajeżdżania koni. Brat Francis podbiegł z tyłu wozu mistrza Jojonaha i wspiął się, aby to właśnie wykazać.
- A jeśli zajeździmy je tak, że nie będą mogły dalej iść? - sprzeciwiał się mistrz.
- Istnieje sposób - rzekł spokojnie brat Francis.
Mistrz Jojonah wiedział, o czym ten mówi: w starych tomach Francis natrafił na pewną formułę, kombinację magicznych kamieni, która wykradała energię życiową z jednego zwierzęcia i przekazywała ją drugiemu. Mistrz Jojonah uważał taki proces za prawdziwie barbarzyński i miał wcześniej nadzieję, że nie będzie w ogóle powodu, aby rozprawiać o tej kwestii. A przynajmniej miał nadzieje, że uda mu się prowadzić karawanę według rozkładu, tym samym mogąc odmówić Francisowi, wiedział bowiem, że ten gorliwy i ambitny brat będzie z pewnością chciał wypróbować tę nową kombinację magii, choćby po to tylko, aby dodać spory przypis do swego sprawozdania z podróży. A teraz, stojąc w obliczu faktu dłuższej drogi, mistrz spojrzał na brata Braumina, który jedynie wzruszył ramionami, bowiem on również nie miał na to dobrej odpowiedzi. Wreszcie, mistrz Jojonah podniósł ręce w geście poddania. - Dopilnuj tego - polecił bratu Francisowi.
Mnich skinął głową, nie potrafiąc ukryć uśmiechu, i oddalił się.
Posługując się turkusem i hematytem, mnisi pod przewodnictwem brata Francisa przywiedli pierwszych kilka jeleni do wozów w przeciągu godziny. Nieszczęsne dzikie zwierzęta zostały przywiązane przy koniach, a potem znowu posłużono się wobec nich kombinacją hematytu i turkusa, tym razem, aby wyssać z nich życiową energię, przekazując tę energię i siłę zaprzężonym koniom.
Jelenie pozostały wkrótce na drodze, dwa nieżywe, a pozostałe trzy zbyt wyczerpane, aby ustać. Mistrz Jojonah obejrzał się na nie ze szczerym współczuciem. Musiał sobie wciąż przypominać o pośpiechu, jakiego wymagała ta misja, o fakcie, iż o wiele więcej zwierząt i ludzi ucierpi bardziej, jeśli nie znajdą odpowiedzi, a potwory nie zostaną zawrócone.
Wciąż jednak obraz wyczerpanych zwierząt na drodze zasmucał go ogromnie. Pomyślał, że kościół abellikański nie powinien zajmować się takimi mrocznymi sprawami jak ta.
Sprowadzono więcej jeleni, a pewnego razu nawet i wielkiego niedźwiedzia, stworzenie to nie stanowiło zagrożenia, było bowiem oszołomione telepatycznym wtargnięciem. Konie stale pokrzepiane kradzioną energią przebiegły ponad sześćdziesiąt mil, zanim zaszło słońce, a karawana toczyła się jeszcze dalej długo w noc.
- To tylko gobliny! - oświadczył mężczyzna, waląc kuflem piwa tak mocno w dębowy stół, że aż ułamał się metalowy uchwyt zawiasu, a złoty płyn rozbryznął się dookoła. Mężczyzna był ogromny i potężny, z napęczniałymi od mięśni ramionami i klatką piersiową, gęstymi włosami i brodą. Prawie się nie wyróżniał w tym zbiorowisku trzydziestu dorosłych mężczyzn z Tol Hengor, twardych ludzi, wysokich i silnych od życia w surowym klimacie południowego Alpinadoru - Przynajmniej setka goblinów - wtrącił inny mężczyzna. - Niewątpliwie z olbrzymem albo i dwoma.
- I te głupie, małe krasnoludy - dodał drugi. - Brzydkie jak zad starego psa, ale twardsze niż wyprawiony but!
- Łee! Ale my je zmiażdżymy, co do jednego! - obiecał pierwszy mężczyzna, pomrukując przy każdym słowie.
W tym momencie otworzyły się drzwi do wioskowej sali biesiadnej, a wszystkie oczy zwróciły się, aby popatrzeć, jak wchodzi mężczyzna, wysoki, nawet jak na standardy alpinadorskie. Miał za sobą ponad sześćdziesiąt zim, trzymał się jednak prosto jak dwudziestolatek, a w jego mięśniach ani postawie nie było nic rozlazłego. W osadzie, w całym Alpinadorze szeptano często, że był on dotknięty "magią elfów" i w pewnym sensie było to prawdą. Włosy miał płowe i długie, sięgające poniżej ramion, a twarz zdobiła mu dobrze przystrzyżona, złota broda, podkreślająca oczy, błyszczące i niebieskie jak czyste północne niebo. W tym momencie skończyły się wszystkie przechwałki, z szacunku dla tego wspaniałego człowieka.
- Widziałeś je? - spytał jeden z mężczyzn, zupełnie głupie pytanie dla tych wszystkich, którzy znali tego mężczyznę, strażnika Andacanavara.
Podszedł do długiego stołu i skinął głową, a potem ściągnął przez ramię swój splamiony krwią ogromny obosieczny miecz o szerokim ostrzu i położył go na stole.
- Czy zostało choć trochę rozrywki dla nas? - spytał mężczyzna, wybuchając śmiechem, do którego przyłączyli się wszyscy obecni.
Wszyscy oprócz jednego.
- Zbyt wiele rozrywki - rzekł ponuro Andacanavar, a w pomieszczeniu zaległa cisza.
- To tylko gobliny - powtórzył zdecydowanie mężczyzna, który rozlał piwo.
- Gobliny, olbrzymy i powrie - poprawił go strażnik.
- Ile olbrzymów? - nadeszło pytanie z odległego końca wielkiego stołu.
- Było siedem - odparł strażnik, podnosząc przed nimi lśniącą klingę. - Teraz jest pięć.
- Łee, nie tak wiele - powiedziało chórem dwóch mężczyzn.
- Zbyt wiele - rzekł Andacanavar z większą mocą. - Kiedy ich mniejsi sprzymierzeńcy będą trzymać naszych wojowników z daleka od nich, pięć olbrzymów zniszczy Tol Hengor.
Nerwowe spojrzenia spotkały się z gniewnymi, dumni ludzie północy nie wiedzieli, jak na to zareagować. Mieli Andacanavara w głębokim poważaniu - nigdy przedtem nie wywiódł ich na manowce. Przez ostatnich kilka miesięcy, z inwazją od strony morza i lądu, wszystkie osady Alpinadoru były w ciężkich opałach, a niektóre zostały zajęte. Jednakże, gdziekolwiek znajdował się niestrudzony Andacanavar, szanse były bardziej wyrównane i Alpinadorczycy mieli się dobrze.
- Co mamy zatem zrobić? - spytał niedźwiedziowaty mężczyzna imieniem Bruinhelde, przywódca Tol Hengor, pochylając się do przodu nad stołem, aby móc spojrzeć strażnikowi w oczy. Skinął na kobietę stojącą z boku namiotu, aby posługiwała przy stole. Wzięła więc ścierkę i podeszła do wspaniałego strażnika.
- Zabierzesz swoich ludzi na zachód - wyjaśnił Andacanavar, wręczając miecz kobiecie, która z czcią zaczęła ścierać z niego krew.
- Kryć się w lesie jak kobiety i dzieci? - ryknął ten, który rozlał piwo, zrywając się ze swojego siedzenia. Wypiwszy zbyt wiele, kołysał się na chwiejnych nogach, a mężczyzna obok niego prędko pociągnął go z powrotem na dół.
- Będę próbował uderzać na olbrzymy - wyjaśnił strażnik. - Jeśli uda mi się je zwyciężyć albo odciągnąć, ty i pozostali możecie uderzyć na resztę i odzyskać Tol Hengor.
- Nie chcę opuszczać swego domu - odparł Bruinhelde, a potem przerwał i w całym pomieszczeniu zaległa cisza. Bruinhelde był przywódcą, był to tytuł zdobyty w walce i szczep posłucha jego słów, cokolwiek by nie zaproponował Andacanavar. - Ufam ci jednak, mój przyjacielu - dodał i położył rękę na ramieniu strażnika. - Uderzaj szybko i uderzaj mocno. Byłoby lepiej, gdyby te plugawe stworzenia nie postawiły stopy w Tol Hengor. A jeśli postawią, to chcę, żeby szybko znikły. W moim wieku nie bawi mnie wystawianie się na zmiany pogody w lesie. - Ostatnie słowa wypowiedział puszczając oko, był bowiem o ponad piętnaście lat młodszy od Andacanavara, a było powszechnie wiadomo, że prowadzący koczowniczy tryb życia strażnik żył prawie wyłącznie w lesie.
Strażnik skinął przywódcy, a potem wszystkim zebranym. Wziął ścierkę od kobiety i skończył ścieranie krwi olbrzyma ze swojej klingi, a potem podniósł ją, lśniącą, żeby wszyscy mogli ją zobaczyć. Była to elfia klinga, zwana Łamaczem Lodu, największy przedmiot, jaki kiedykolwiek wykonano ze srebrzca. Łamacz Lodu nie wyszczerbiał się ani nie ulegał stępieniu, a w silnych ramionach Andacanavara mógł za jednym zamachem ścinać małe drzewa. Strażnik wsunął klingę z powrotem do pochwy na ramieniu, skinął Bruinhelde`owi i odszedł.

***

Mistrz Jojonah i Braumin Herde stali na skraju wysokiej grani, patrząc w dół na małą wioskę kamiennych domków, usadowionych w szerokiej i płytkiej dolinie. Słońce stało nisko na zachodzie, ścieląc długie cienie w dolinie.
- Zaszliśmy dalej, niż sądziliśmy - domyślił się brat.
- Alpinadorska - zgodził się mistrz Jojonah. - Albo przebyliśmy Leśną Krainę, albo ci barbarzyńcy osiedlili się poza ich uznaną południową granicą.
- Podejrzewam, że raczej to pierwsze - odparł brat Braumin. - Zgadza się z tym brat Baijuis, wprawny w posługiwaniu się sekstansem.
- Magiczne wykorzystywanie dzikich zwierząt jest skuteczne, choć niemoralne - stwierdził sucho mistrz.
Brat Braumin zerknął z ukosa, przyglądając się towarzyszowi. On również nie był zachwycony wysysaniem energii życiowej z niewinnych dzikich zwierząt, wyglądało jednak na to, iż nie był tym tak zmartwiony jak Jojonah.
- Nawet uparty Francis zgadza się, że nadrobiliśmy czas stracony przez objazd - ciągnął dalej mistrz Jojonah. - Chociaż nie miał wielu kontrargumentów, kiedy ojciec przeor Markwart zgodził się z naszym wyborem wschodniej drogi.
- Brat Francis rzadko potrzebuje wsparcia czy nawet logiki, kiedy z czymś się nie zgadza - zauważył Braumin, wywołując śmiech u swojego przełożonego. - Układa teraz nasz nowy kurs, i co zadziwiające, z takim samym ferworem, z jakim układał nasz pierwotny kurs.
- Nie jest to takie zadziwiające - odparł mistrz Jojonah, zniżając głos do szeptu, kiedy zobaczył, że zbliża się dwóch młodszych mnichów. - Brat Francis zrobi wszystko, aby wywrzeć wrażenie na ojcu przeorze.
Brat Braumin zaśmiał się, jednak przestał się uśmiechać, odwróciwszy się, aby przyjrzeć się nowo przybyłym, mającym poważne miny.
- Wybacz proszę to najście, mistrzu Jojonahu - rzekł jeden z nich, brat Dellman. Obydwaj młodzi mnisi zaczęli kłaniać się raz po raz.
- Tak, tak - ponaglił ich mistrz ze zniecierpliwieniem, było bowiem oczywiste dla Jojonaha, że coś musiało być nie tak. - O co chodzi?
- Grupa potworów - wyjaśnił brat Dellman. - Idąca z zachodu ku tej wiosce.
- Brat Francis twierdzi, że z łatwością możemy ich uniknąć - wtrącił drugi mich. - I rzeczywiście możemy tak zrobić, ale czy mamy pozwolić, aby wyrżnięto tych wieśniaków?
Mistrz Jojonah zwrócił się do Braumina, który potrząsał powoli głową, jakby sam tylko ruch był dlań bardzo bolesny. - Rozkazy ojca przeora były wyraźne i nie pozwalały na kompromisy - stwierdził niechętnie immakulat. - Nie wolno nam wciągać do walki nikogo, wroga ani przyjaciela, przynajmniej dopóki nie zakończymy naszego zadania w Barbakanie.
Jojonah spojrzał w dół na wioskę, na pióropusze szarego dymu unoszące się leniwie z kominów. Wyobraził sobie jak ciemna może wkrótce stać się ta chmura, czarny dym bijący z palących się domów; ludzie, dzieci biegające wkoło z krzykiem, w bólu i przerażeniu.
A potem umierające w straszny sposób.
- Co dyktuje ci twoje serce, bracie Dellmanie? - spytał nieoczekiwanie mistrz.
- Jestem lojalny wobec ojca przeora Markwarta - odparł młody mnich bez wahania, prostując się rezolutnie.
- Nie zapytałem, jak byś się zachował, gdyby decyzja należała do ciebie - wyjaśnił mu mistrz Jojonah. - Zapytałem jedynie, co ci dyktuje serce. Co powinni zrobić mnisi z St.-Mere-Abelle, kiedy zetkną się z sytuacją taką jak ta?
Dellman zaczął odpowiadać skłaniając się do walki u boku ludzi z wioski, ale przerwał, skonfundowany. A potem zaczął znowu, a jego rozumowanie poszło w innym kierunku, mówił o większym celu, większym dobru dla całego świata. Potem jednak przerwał znowu, chrząkając z frustracji.
- Zakon abellikański szczyci się długą tradycją obrony tych, którzy sami nie mogą się obronić - wtrącił drugi młody mnich. - W naszym regionie często przyjmowaliśmy ludzi pod osłonę naszego opactwa w czasach zagrożenia, inwazji powrie czy też nadchodzącego sztormu.
- A co z większym dobrem? - spytał mistrz Jojonah, przerywając młodemu mnichowi, zanim nabrał zbytniego rozpędu.
Kiedy nie nadeszła odpowiedź, Jojonah obrał inną taktykę. - Ilu ludzi jest tam na dole, jak sądzisz? - spytał.
- Trzydziestu - odparł brat Braumin. - Może pięćdziesięciu.
- I czy pięćdziesiąt istnień ludzkich wartych jest ceny zaprzepaszczenia naszej wielce istotnej misji, czym ryzykujemy, jeśli się wtrącimy?
Ponownie odpowiedziało mu jedynie milczenie, a dwaj młodzi mnisi zerkali po sobie raz po raz, każdy z nich chciał, żeby to ten drugi znalazł właściwą odpowiedź.
- Znamy stanowisko ojca przeora Markwarta w tej sprawie - zauważył brat Braumin.
- Ojciec przeor Markwart twierdziłby, iż nie są oni warci potencjalnej ceny - stwierdził bez ogródek mistrz Jojonah. - I znalazłby mocne argumenty na poparcie swego punktu widzenia.
- A my jesteśmy lojalni wobec ojca przeora Markwarta - rzekł brat Dellman, jakby ten prosty fakt kończył dyskusję.
Jednak mistrz Jojonah nie zamierzał odpuścić mu tak łatwo, nie zamierzał pozwolić Dellmanowi ani nikomu innemu pozbyć się odpowiedzialności za tę decyzję; decyzję, która, jak wierzył, sięgała samego jądra zakonu abellikańskiego, do samego sedna jego dysputy z Markwartem. - Jesteśmy lojalni wobec przykazań Kościoła - poprawił go. - Nie wobec ludzi.
- Ojciec przeor uosabia te przykazania - sprzeczał się brat Dellman.
- Taką mamy nadzieję - odparł mistrz. Spojrzał znowu na Braumina Herde, mężczyzna był wyraźnie zdenerwowany tym, dokąd zmierzały pytania Jojonaha.
- Co na to powiesz, bracie Brauminie? - spytał mistrz śmiało. - Jesteś w służbie kościoła od ponad dziesięciu lat; co mówią twoje studia nad przykazaniami zakonu abellikańskiego o tym, jak powinniśmy teraz postąpić? Według tych przykazań, czy pięćdziesiąt istnień ludzkich, albo setka, warte jest zaryzykowania większego dobra?
Braumin wyprostował się, prawdziwie zaskoczony tym, że mistrz Jojonah przyparł go do muru, że wywołał go, aby publicznie odsłonił, co ma w sercu. Jego myśli pomknęły z powrotem do bitwy z powrie w St.-Mere-Abelle, do wieśniaka, którego ciałem zawładnął ojciec przeor, skacząc nim potem w objęcia śmierci. Ten czyn popełniono w imię większego dobra - tym wyczynem zniszczono wiele powrie - a jednak pozostawił on trwały niesmak w ustach Braumina i zimną czerń w sercu.
- Warte jest? - naciskał Jojonah.
- Warte jest - odpowiedział szczerze Braumin. - Jedno życie warte jest ryzyka. Mając tak ważną misję do wypełnienia, nie powinniśmy zbaczać z drogi w poszukiwaniu tych, którym może grozić niebezpieczeństwo, ale jeśli Bóg zechce ich przed nami postawić, mamy święty obowiązek interweniować.
Dwaj młodsi mnisi razem zaczerpnęli tchu, zaskoczeni tymi słowami, ale także z pewną ulgą - wyraz twarzy, szczególnie u brata Dellmana, który wyraźnie rzucił się w oczy mistrzowi Jojonahowi.
- A wy dwaj - spytał ich Jojonah - co powiecie na to, jaki kurs powinniśmy obrać?
- Chciałbym ocalić wioskę - odparł brat Dellman. - Albo przynajmniej ostrzec ich o nadchodzącym ataku.
Drugi mnich skinął głową przytakująco.
Jojonah zamyślił się, rozważając ryzyko. - Czy w okolicy są jeszcze jakieś inne potwory? - spytał.
Dwaj młodzi mnisi popatrzyli po sobie ze zdziwieniem, a potem wzruszyli ramionami.
- A jak silna jest ta nadchodząca armia? - ciągnął dalej mistrz Jojonah.
Znowu żadnej odpowiedzi.
- Są to pytania, na które musimy znaleźć odpowiedzi i to szybko - wyjaśnił mistrz Jojonah. - W przeciwnym wypadku musimy wypełnić polecenie ojca przeora Markwarta i ruszać w drogę, pozostawiając wieśniaków ich ponuremu losowi. Idźcie zatem - polecił, odpędzając ich, jakby byli przybłąkanymi psami. - Zabierajcie się do tych, którzy mają kamienie kwarcu. Znajdźcie mi odpowiedzi i pospieszcie się z tym.
Młodzi mnisi ukłonili się natychmiast, odwrócili i oddalili pospiesznie.
- Podejmujesz wielkie ryzyko - stwierdził brat Braumin, jak tylko ta dwójka zniknęła. - Ryzykujesz bardziej swoją skórą niż wyprawą.
- A jak zaryzykuję swoją duszą, jeśli dam sobie z tym spokój? - spytał Jojonah, co chwilowo wytrąciło argumenty z ręki bratu Brauminowi.
- Jednak - rzekł wreszcie młodszy mnich - gdyby ojciec przeor...
- Ojca przeora tu nie ma - przypomniał mu mistrz Jojonah.
- Ale będzie, jeżeli brat Francis dowie się, że planujesz zadziałać przeciwko tym potworom.
- Zajmę się bratem Francisem - zapewnił go mistrz Jojonah. - I ojcem przeorem, jeśli rzeczywiście dostanie się do ciała Francisa. - Jego ton wskazywał, iż był to koniec dyskusji i pomimo swych uzasadnionych obaw, Braumin Herde uśmiechał się, gdy Jojonah szedł przed nim zdecydowanym krokiem. Braumin zrozumiał, że mistrz, jego mentor, stawiał opór. Czasami, kiedy serce woła dostatecznie mocno, trzeba po prostu działać zgodnie z głosem sumienia.

Noc była ciemna; księżyc w pełni wzeszedł wcześnie, został jednak przesłonięty przez grube i burzowe chmury. To pasująca scenerią noc, biorąc pod uwagę siły potworów zbliżające się do Tol Hengor. Niemal dwie setki, paskudna banda, która napadła już dwie wioski i nie miała powodu sądzić, że następna z kolei okaże się trudniejsza do opanowania. Najeźdźcy weszli w zachodni kraniec doliny swoją zwyczajową formacją bitewną w formie półkola, z goblinami tworzącymi przednią osłonę, a każdy z nich niósł pochodnię, zaś powrie i olbrzymy skupiały się w środku, gotowe do wsparcia którejś z flank albo natarcia na wprost. Chociaż szli pomiędzy dwiema graniami, niskim, mniej nadającym się do obrony terenem, nie obawiali się zasadzki. Alpinadorczycy nie byli raczej łucznikami, a nawet gdyby wojownicy z tej wioski opanowali sztukę walki na odległość, to ich ilość - jak mówiły meldunki zwiadowców - nie była wystarczająca, aby spowodować zbytnie szkody. W dodatku olbrzymy, które mogły wytrzymać wiele trafień strzał, odpowiedziałyby na wszelki oskrzydlający atak siejącą zniszczenie kanonadą głazów, zwracając zasadzkę przeciwko tym, którzy ją zastawili. Nie, przywódcy powrie wiedzieli, że Alpinadorczycy byli groźni w bezpośrednim starciu. Dlatego też potwory wybrały tę formację do frontalnego ataku, zamiast ryzykować podzielenie bandy na mniejsze, bardziej rozproszone grupki, maszerujące po trudnym terenie na graniach.
Stąd też powrie prowadziły swoje połączone siły szeroką doliną z wielką pewnością siebie i nie mogły się doczekać, aby posmakować ludzkiej krwi. Wszystkie powrie chciały rozjaśnić czerwień swoich beretów.
Nie były w stanie pojąć potęgi, jaka wyszła im naprzeciw w postaci mnichów z St.-Mere-Abelle. Dwunastu leżało ukrytych po obu stronach doliny, brat Francis przewodził tym na północnej ścianie, a brat Braumin dowodził tymi na południu. Mistrz Jojonah siedział daleko z tyłu grupy Braumina, przyciskając do serca hematyt, ten najbardziej użyteczny i najbardziej wszechstronny ze wszystkich kamieni. Pierwszy zapadł w magię, uwalniając duszę z cielesnych więzów, unosząc się w nocne powietrze.
Jego pierwsze zadanie było raczej łatwe. Siłą woli pokierował swego niewidzialnego ducha z wielką szybkością w dół ku zachodniemu krańcowi doliny, na spotkanie nadchodzącym siłom, szpiegując ich siłę i formację. Duch poleciał z powrotem, najpierw na północną grań do brata Francisa, a potem na drugą stronę do brata Braumina, przekazując informację obydwu grupom. A później, wiedziony pewną myślą, mistrz Jojonah oddalił się znowu, z powrotem ku zbliżającym się potworom.
Teraz przyszedł czas na trudniejsze zadanie mistrza: infiltrację sił potworów. Niewidoczny i cichy, przemknął przez przedni szereg goblinów do centralnej grupy, szukając ciała powrie, jednak mądrze zmieniając cel. Powrie, jak stwierdzały starodawne tomy, były szczególnie odporne na magię, a zwłaszcza wszelkie formy zawładnięcia. Były twarde, inteligentne i miały silną wolę.
Jednak mistrz Jojonah nie chciał wejść do ciała goblina. Oczywiście, że będąc w nim, mógłby wyrządzić trochę szkód, ale najpewniej nic znaczącego. Gobliny były zawsze nieprzewidywalne i zdradzieckie, więc powrie i olbrzymy nie byłyby nawet zbytnio zaskoczone, gdyby jeden z nich zwrócił się nagle przeciwko grupie, a wątłe ciało goblina nie zrobiłoby za dużo krzywdy takim twardym powrie, a co dopiero olbrzymowi.
Pozostawiało to mistrzowi Jojonahowi jedną możliwość, choć wiedział, że wkracza na całkowicie niezbadane obszary. Nie czytał nigdy o zawładnięciu olbrzymem i wiedział bardzo mało o behemotach, poza tym, iż miały paskudny charakter i odznaczały się ogromną odwagą w walce.
Jego duch ostrożnie zaszedł od tyłu grupkę fomorian. Zwłaszcza jeden, rzeczywiście ogromny egzemplarz, wydawał się sprawować kontrolę nad grupą, terroryzując pozostałych i pospieszając ich.
Jojonah przemyślał różne taktyki, do jakich mógłby się uciec przy tej próbie, i doszedł do wniosku, że jeden z pozostałych behemotów może okazać się lepszym celem. Żaden z tej grupy, nawet ów widoczny przywódca, nie wydawał się zbyt inteligentny, ale jeden wyglądał na będącego na drugim końcu skali - wielkie podskakujące stworzenie, potrząsające głową i chichoczące z odgłosów, jakie wydawały jego zwisające wargi.
Duch Jojonaha wśliznął się do podświadomości potwora.
- Hę? - spytała wola olbrzyma.
- Daj mi swoje ciało - zażądał telepatycznie Jojonah.
- Hę?
- Twoje ciało! - rozkazała wola mnicha. - Daj mi je! Wynoś się!
- Nie! - ryknął na głos przerażony olbrzym, zwierając się wolą z Jojonahem, instynktownie starając się wyrzucić mnicha.
- Czy wiesz kim jestem? - spytał Jojonah, próbując uspokoić behemota, zanim jego kompani załapią, że coś jest nie w porządku. - Jeśli zrozumiesz, głupcze, to nie będziesz się opierać!
- Hę?
- Jestem twoim bogiem - zachęcał duch Jojonaha. - Jestem Bestesbulzibar, demon daktyl, przybyły, aby pomóc w zabiciu ludzi. Nie czujesz się zaszczycony, że wybrałem twoje ciało na swe naczynie?
- Hę? - spytał znowu duch olbrzyma, jednak tym razem ton telepatycznego pytania był wyraźnie inny.
- Wynoś się - ponaglił Jojonah, wyczuwając słabość - albo znajdę inne naczynie i użyję go, aby cię całkowicie zniszczyć!
- Tak, tak, mój panie - wybełkotał na głos olbrzym.
- Milczeć! - zażądał Jojonah.
- Tak, tak, mój panie - odparł olbrzym jeszcze głośniej.
Jojonah, częściowo już ulokowany, słyszał świat uszami behemota, słyszał odgłosy innych olbrzymów zbierających się wokół tego i zadających pytania. Poczuł, jakby to było jego własne ramię, kiedy przywódca olbrzymów popchnął głośnego i skonfundowanego behemota.
Wybrany olbrzym, naprawdę przekonany, że to demon daktyl, starał się desperacko usłuchać, choć nie miał pojęcia, jak mógłby opuścić własne ciało. Jojonah wiedział, że musi działać szybko, bowiem przejęcie, nawet chętnego naczynia, nigdy nie było łatwym zadaniem. Zapadł głębiej w hematyt, wykorzystał jego magię, aby przeniknąć każdy aspekt, każdą synapsę mózgu olbrzyma. Olbrzym instynktownie wzdragał się i opierał, ale nie mając za sobą wsparcia świadomej woli, opór nie na wiele się zdał.
Jojonah odczuł cios dotkliwie, kiedy największy olbrzym rozłożył na ziemi jego nową postać.
- Zamknij się! - zażądało wielkie bydlę.
- Hę, o tak, panie - odpowiedział Jojonah. Posługiwanie się ciężkimi szczękami i ciężkimi kończynami okazało się naprawdę kłopotliwe dla mnicha, kiedy starał się mówić i podnieść z ziemi.
Wielki olbrzym uderzył go znowu, zwiesił więc głowę ulegle.
- Będę cicho - wyszeptał.
Wyglądało, jakby to ułagodziło chwilowo przywódcę i grupa ruszyła, zajmując z powrotem swoje miejsce w formacji, nieświadoma, iż przyłączył się do nich dodatkowy duch.

Dwunastu mnichów po obu stronach doliny stało w szeregu, złączonych dłońmi, a czwarty i dziesiąty z każdej grupy trzymał grafit, zaś brat Francis, w ramach ustępstwa poczynionego przez Jojonaha wobec gniewu mężczyzny, trzymał mały diament. Francis był sygnalistą obydwu grup, tym, który wybierze odpowiedni moment. Mnisi musieli uderzyć mocno i bezbłędnie; jakikolwiek odwet ze strony potworów mógłby ich wiele kosztować.
Francis pozwolił przejść goblinom tworzącym przednią linię półkola. Wszyscy zgodzili się, że kluczem do zwycięstwa było szybkie zniszczenie powrie i takie pokiereszowanie olbrzymów, aby straciły serce do walki. Jak się domyślali, po pozbyciu się przywódców, tchórzliwe gobliny nie będą wykazywały zbytniej ochoty do walki.
Francis był jedynym w tym szeregu z otwartymi oczami, pozostali zapadali w magię dwóch grafitów. Patrzył, jak mijały go gobliny, niektóre w odległości mniejszej niż dwadzieścia jardów, dostrzegał też górujące nad innymi sylwetki grupki olbrzymów. Francis wziął głęboki oddech i przywołał moce diamentu, błyskiem dając krótki sygnał bratu Brauminowi czekającemu po drugiej stronie.
- Teraz, bracia - wyszeptał Francis. - Już czas. - A potem Francis również zapadł we wspólną magię, przekazując swoją energię poprzez szereg do grafitów.
Słowa brata Braumina skierowane do jego grupy były niemal identyczne
Sekundę później z dłoni mnicha czwartego w szeregu Francisa wystrzeliła z hukiem pierwsza błyskawica, a za nią druga z przeciwległej strony, a potem od dziesiątego w szeregu Francisa, później znów z przeciwka. Kanonada błyskawic przechodziła z jednej strony na drugą, gdy każdy z mnichów po kolei oddawał swoją energię do wspólnego jeziora mocy w obu szeregach. Wielu młodszych mnichów nie potrafiło nawet samodzielnie użyć takich kamieni, ale poprzez umysłowe złączenie z Francisem, Brauminem i starszymi uczniami, po kolei upuszczano ich energię.
Cała dolina drżała od odpowiadających sobie nawzajem gromów; kolejny palący błysk ukazywał coraz mniej potworów miotających się w popłochu.
W środku formacji wroga kręciły się powrie, przewracane raz po raz, popychane i wstrząsane. Olbrzymom, o wiele większym celom, dostało się więcej trafień, jednak ich wielkie postacie o wiele lepiej zniosły atak i cztery z pięciu wciąż stały po pierwszej pełnej salwie, a tylko jeden został powalony - i to przez przewracające się drzewo, a nie bezpośrednie trafienie magicznej błyskawicy.
Największy z grupy olbrzymów, ignorując swego wrzeszczącego, uwięzionego przez drzewo kompana, wskazał na górę, na północne zbocze, i wezwał do odwetu przy użyciu głazów. Jednak jego zamiary i wyraz twarzy zmieniły się szybko, kiedy znajdujący się obok niego olbrzym podniósł wysoko ogromną skałę, a potem zwalił mu ją na głowę.
Mistrz poczuł nagły protest prawdziwego ducha olbrzyma, którym zawładnął. - Zabiję go i to my będziemy przywódcą! - zaimprowizował telepatycznie i uspokoiło to głupiego olbrzyma. Olbrzym, mimo sporych wysiłków, aby pozostawać w tle i dać się kontrolować daktylowi, po prostu nie wiedział, jak ma to zrobić. Dlatego też wciąż chichotał, kiedy Jojonah polecił ramionom uderzać przywódcę olbrzymów raz po raz, wreszcie powalając oszołomione stworzenie na ziemię.
Dwa pozostałe olbrzymy zawyły i ruszyły, aby go powstrzymać.
Jojonah przycisnął głaz do piersi, a potem wyrzucił go w twarz najbliższego napastnika, aż się olbrzym zatoczył. Jednak pozostałe runęły na niego, miażdżąc dwa z niewielu już żyjących powrie, kiedy zwalały się na ziemię.
- Hej - zaprotestował duch zawładniętego olbrzyma, a Jojonah wyczuł, że słabowite na umyśle stworzenie powoli pojmuje. - Hej!
Siła woli olbrzyma rozpoczęła od nowa walkę o dominację, atakując Jojonaha. Wtedy rozpoczęła się druga salwa błyskawic.
Jojonah zmusił postać olbrzyma do powstania i pobiegł prosto w palącą błyskawicę. Wtedy, kiedy poczuł na piersi parzącą energię wybuchu, oddał pokiereszowane ciało prawowitemu właścicielowi, a jego duch odleciał wolny, unosząc się w powietrzu, aby przyjrzeć się tej scenie.
Największemu z olbrzymów, z krwią spływającą z głowy, udało się jakoś powstać, ale tylko po to, aby zostać trafionym następną błyskawicą, a potem jeszcze jedną. Behemot zwalił się ponownie na ziemię, a cała siła i odporność znikły i czekał, aż zabierze go śmierć.
Błyskawice wciąż nadlatywały, każdy wybuch słabszy od poprzedniego, kiedy mnichom wyczerpywała się magiczna energia. Mistrz Jojonah dostrzegł jednak, że nie będzie żadnego poważnego odwetu, wszystko bowiem, co pozostało z tej potwornej siły ograniczało się do połowy goblinów, kilkunastu powrie i jednego olbrzyma, a wszyscy byli zbyt przerażeni, pokiereszowani i zbyt zaskoczeni, aby pomyśleć o tym, aby ciągnąć walkę. Rozproszone światło pochodni znaczyło drogę ich ucieczki z powrotem na zachód, z dala od doliny, do której weszli.
Uciekając, potwory minęły jeszcze jednego milczącego obserwatora, mężczyznę, który zamierzał atakować po cichu tyły tej formacji. Każdy, kto przez nieuwagę zbliżył się za bardzo do strażnika, znalazł śmierć na ostrzu jego wielkiego miecza. A kiedy Andacanavar odkrył, że jeden z olbrzymów pozostał przy życiu, natarł na kulejącego behemota, uderzając go serią wściekłych ciosów, które powaliły go, zanim nawet zdał sobie sprawę z obecności mężczyzny.
Kiedy wreszcie cisza ogarnęła dolinę, brat Francis poprowadził swoich mnichów bezszelestnie, aby połączyli się z pozostałymi. A później cała grupa oddaliła się od południowej grani, z powrotem do wozów i mistrza Jojonaha, gdzie szybko uformowali swoją kawalkadę i ruszyli w drogę, nie chcąc, aby odkryły ich potwory ani Alipnadorczycy.
Andacanavar przyglądał się temu wszystkiemu z mieszaniną nadziei i konfuzji.


Dodano: 2006-10-19 16:39:02
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS