NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Kańtoch, Anna - "Zabawki diabła" (Powergraph)

Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Salvatore, R. A. - "Duch Demona"
Wydawnictwo: Isa
Cykl: Salvatore, R. A. - "Wojny Demona"
Data wydania: 2000
ISBN: 83-87376-65-5
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 640
Tom cyklu: 2



Salvatore, R. A. - "Duch Demona" #5

ROZDZIAŁ 5

W POSZUKIWANIU PRAWDY

Górski pierścień otaczający Barbakan znajdował się pełne tysiąc dwieście mil od kamiennych murów St.-Mere-Abelle, ale tylko lotem ptaka. Drogą, tam gdzie podróżny miałby szczęście taką znaleźć, odległość bliższa była raczej dwóm tysiącom mil. Taka wyprawa zabrałaby zwykłej karawanie dwanaście tygodni - i to zakładając, iż karawana nie napotkałaby jakiś nieprzewidzianych problemów i nie zatrzymałaby się choćby na jeden dzień odpoczynku. Tak naprawdę, każdy kupiec planujący taką wyprawę liczyłby się z trzema miesiącami podróży i wiózłby ze sobą wystarczająco dużo złota, aby kilkakrotnie wymienić końskie zaprzęgi. A tak naprawdę, to w tych niebezpiecznych czasach, kiedy siły goblinów i powrie szalały po zwykle spokojnych rejonach Honce-the-Bear, żaden kupiec ani nawet żołnierze ze sławnej elitarnej brygady Całym Sercem nie podjęliby takiej próby.
Jednak mnisi z St.-Mere-Abelle nie byli kupcami ani żołnierzami i dysponowali magią, potrafiącą zaoszczędzić ogromną ilość czasu w podróży i ukryć ich przed oczyma potencjalnych wrogów. A gdyby jednak tak się stało, iż gobliny albo powrie odkryłyby ich obecność, ta magia uczyniłaby z nich rzeczywiście groźną siłę. Plany na taką podróż z opactwa zostały już ułożone wieki temu. Mnisi z St.-Mere-Abelle byli pierwszymi kartografami Honce-the-Bear, Leśnej Krainy, północnego Behren, południowego Alpinadoru, a także dużej części zachodnich krańców Dziczy. W tych dawno minionych czasach dzienniki podróży zostały przerobione na przewodniki, wymieniające potrzebne zapasy, zalecane magiczne kamienie i najszybsze drogi. A z kolei te przewodniki były regularnie uaktualniane, dlatego też największym zadaniem brata Francisa tego dnia po odparciu ataku powrie było odnalezienie odpowiednich tomów przewodników i dostosowanie zalecanej ilości zapasów do dwudziestopięcioosobowej grupy, bowiem ojciec przeor postanowił, iż taka właśnie liczba braci wyruszy w podróż.
Już drugiego dnia po nieszporach brat Francis zameldował ojcowi przeorowi i mistrzom, iż listy zostały skompletowane, a wybór drogi potwierdzony. Należało tylko zgromadzić zapasy - co, jak zapewnił ojca przeora brat Francis, było możliwe do wykonania w ciągu dwóch godzin - i wybrać mnichów mających odbyć podróż.
- Sam poprowadzę drużynę - oznajmił im ojciec przeor, a Francis i wszyscy mistrzowie zachłysnęli się ze zdumienia, oprócz mistrza Jojonaha, który od początku to podejrzewał. Jojonah zrozumiał, że Markwart jest opętany, a będąc w takim stanie, jego zdolność do podejmowania decyzji była mocno nadwyrężona.
- Ależ ojcze przeorze - zaoponował jeden z mistrzów - to jest niebywałe. Jesteś przywódcą St.-Mere-Abelle i całego kościoła abellikańskiego. Ryzykowanie twego bezpieczeństwa w tak niebezpiecznej podróży...
- Ryzykowalibyśmy mniej, wysyłając samego króla - zaprotestował inny mistrz.
Ojciec przeor Markwart uniósł dłoń, uciszając mężczyzn. - Przemyślałem to - odparł. - Słuszne jest, abym to ja wyruszył - największa potęga dobra wysłana, aby walczyć z największą potęgą zła.
- Z pewnością, jednak nie w swoim własnym ciele - zaproponował mistrz Jojonah, który również myślał sporo o tej sprawie. - Czy mógłbym zasugerować brata Francisa jako odpowiednie naczynie do pozyskiwania przez ciebie wiadomości, co do postępów tej grupy?
Markwart przyjrzał się Jojonahowi długo i uważnie, ojciec przeor był wyraźnie zaskoczony tą całkowicie rozsądną propozycją. W przypadku telepatycznego połączenia pomiędzy dwoma ciałami przy pomocy kamienia duszy, odległość fizyczna znaczyłaby niewiele. Ojciec przeor Markwart mógł odbyć tę podróż lub też sprawdzać jej postępy osobiście - duchem - bez pozostawiania wygód opactwa.
- Byłbyś zaszczycony takim stanowiskiem, czyż nie, bracie Francisie? - ciągnął dalej mistrz Jojonah.
Oczy brata Francisa ciskały sztylety w kierunku przebiegłego mistrza. Oczywiście, że nie byłby "zaszczycony" takim stanowiskiem i było to coś, co zarówno on, jak i Jojonah, dobrze rozumieli. Zawładniecie czyimś ciałem było naprawdę okropną rzeczą, a nie czymś, czego się pragnęło. A co więcej, Francis wiedział, że służenie jako zwykłe naczynie dla Markwarta umniejszy znacznie jego rolę, gdyby wybrano go do wyruszenia w tę podróż. W końcu jakże mógłby otrzymać jakieś stanowisko przywódcze, jeśli istniała możliwość, że go tam w ogóle nie będzie, jeśli jego duch i wola zostaną wyrzucone w pustą otchłań, kiedy Markwart będzie używał jego ciała?
Brat Francis przeniósł wzrok z mistrza Jojonaha na ojca przeora, na siedmiu pozostałych obecnych tu mistrzów, a wszyscy wpatrywali się w niego z oczekiwaniem. Jakże mógłby odrzucić taką propozycję? Jego gniewne spojrzenie spoczęło z powrotem na Jojonahu i młody mnich wpatrywał się w mistrza nie mrugnąwszy nawet, kiedy wycedził przez zaciśnięte zęby - Oczywiście, że będzie to największy zaszczyt, jakiego mógłby oczekiwać lub pragnąć każdy brat.
- Zatem dobrze - rzekł zwycięski Jojonah, klaszcząc w dłonie. Za jednym zamachem powstrzymał Markwarta przed poprowadzeniem karawany i postawił na jego miejscu zbyt ambitnego brata Francisa. Nie, żeby Jojonah chciał chronić Markwarta przed jakimiś niebezpieczeństwami; daleki był od tego. Po prostu obawiał się szkód, jakie mógł wyrządzić Markwart, gdyby podróż skończyła się powodzeniem. Więcej niż tylko parę spekulacji wskazywało na obecność Avelyna Desbrisa w miejscu zniszczenia na północy, a Jojonah obawiał się, iż Markwart może ukryć prawdę, jaką tam znajdą, pod płaszczykiem wyrachowanych opowieści, które bardziej pasowałyby do jego nienawiści wobec Avelyna. Jeśli Markwart miałby władzę nad karawaną, która dotrze do Barbakanu, to Markwart zdecydowałby, co tam się stało.
- Obawiam się jednak, iż moja praca zostanie zaprzepaszczona - dodał nagle brat Francis, zanim jeszcze ojciec przeor zaczął mówić.
Wszystkie oczy zwróciły się ku młodemu bratu.
- Zaplanowałem tę podróż - wyjaśniał Francis, improwizując, jak zdawali sobie z tego sprawę Jojonah i kilku innych. - Jestem obznajomiony z drogą, jaką mamy podążać i ilością zapasów, jaka powinna zostać po każdym postoju. Jestem również biegły w czytaniu oraz biegły w posługiwaniu się kamieniami, co stanowi element konieczny, abyśmy mogli sprostać trzytygodniowemu rozkładowi przedstawionemu w przewodnikach.
- Dwanaście dni - rzekł ojciec przeor, a wszyscy na niego spojrzeli, zaś brat Francis zachłysnął się ze zdumienia. - Będziemy mieć na to dwanaście dni - sprecyzował ojciec przeor.
- Ale... - zaczął odpowiadać brat Francis, jednak ton głosu starca nie pozostawiał wiele miejsca na dyskusję, zaś gniewne spojrzenie nie pozostawiało go wcale i młody mnich mądrze zamilkł.
- A mistrz Jojonah ma rację, jego propozycja zostaje przyjęta jako mądrzejszy sposób postępowania - ciągnął dalej Markwart. - Toteż nie pojadę, ale będę regularnie przyglądał się wyprawie oczami oddanego brata Francisa.
Jojonah był zadowolony z tego oświadczenia; obawiał się, że uparty Markwart będzie się dłużej opierał. Nie był jednakże zaskoczony, iż przyjęto rekomendację brata Francisa na naczynie. Ambitny brat był jedną z nielicznych osób w St.-Mere-Abelle, jaką obdarzał zaufaniem stary ojciec przeor, który stawał się coraz bardziej opanowany przez paranoję, odkąd Avelyn Desbris zbiegł z klejnotami.
- Skoro nie poprowadzę wyprawy osobiście, a przynajmniej nie fizycznie - ciągnął dalej Markwart - to musi się na nią udać jeden z mistrzów. - Powędrował spojrzeniem po pokoju, zatrzymując je na chwilę na chętnym De`Unnero, zanim padło w końcu na Jojonaha.
Korpulentny mistrz odpowiedział na to spojrzenie pełnym niedowierzania wyrazem twarzy. Modlił się, aby Markwart go nie wybrał. Należał do najstarszych mistrzów w St.-Mere-Abelle i był najmniej gotowy, przynajmniej fizycznie, na długą i ciężką drogę.
Jednak Markwart nie cofnął swego spojrzenia. - Mistrz Jojonah, starszy mistrz z St.-Mere-Abelle to logiczny wybór - rzekł na głos. - Razem z immakulatem służącym mu za przybocznego i bratem Francisem jako trzecim w kolejności rangą oraz dwudziestoma dwoma innymi obsługującymi wozy i zaprzęgi.
Jojonah wpatrywał się długo i uważnie w ojca przeora, podczas gdy Markwart i inni mistrzowie zaczęli dyskutować, którzy z młodszych i silniejszych braci byliby bardziej odpowiedni do wyruszenia w drogę. Jojonah nie włączał się do procesu wyboru, po prostu wpatrywał się i myślał, nienawidząc tego człowieka. Wiedział, że nie wybrano go z żadnego sensownego powodu. Został ukarany przez starca za swoją przyjaźń i opiekę nad Avelynem i za ciągłe sprzeciwianie się licznym decyzjom Markwarta w każdej kwestii, od roli opactwa w szerszej społeczności do dyskusji filozoficznych o prawdziwej wartości klejnotów i prawdziwym znaczeniu wiary. Markwart wielokrotnie dał wyraz swemu niezadowoleniu z Jojonaha, a raz nawet groził zwołaniem Kolegium Przeorów, aby omówić, jak to się wyraził, "coraz bardziej heretycki sposób myślenia Jojonaha".
Jojonah niemalże miał nadzieję, że to spotkanie się odbędzie, był bowiem przekonany, że wielu innych przeorów kościoła abellikańskiego będzie uważało tak jak on. Rozpoznał w tym blef, wiedział bowiem, że Markwart zapewne obawiał się takiego samego osądu. Przez ostatnich kilka lat Markwart celowo osłabił kontakty St.-Mere-Abelle z innymi opactwami i ostatnią rzeczą, jakiej życzył sobie stary ojciec przeor, była rozgrywka z resztą kościoła w kwestiach filozoficznych
Pomimo tego, mistrz Jojonah obawiał się, że Markwart znajdzie sposób, aby się na nim odegrać i wyglądało na to, że właśnie tak się stało. Tysiąc dwieście mil w dwanaście dni, a niewątpliwie większość tego czasu spędzą unikając niebezpieczeństwa w postaci powrie, goblinów i olbrzymów. A potem grupa spędzi tygodnie, a może i miesiące, starając się rozwiązać zagadki pozostawione w niegościnnym pustkowiu Barbakanu. Będzie ich męczył klimat, jak mówiły tomy, tam gdzie woda może zamarznąć nawet w letnią noc, będą otoczeni przez zastępy nieprzyjaciół, a może i samego demona daktyla. W końcu nie wiedzieli, czy szatana rzeczywiście zniszczono. Wszystko to były tylko spekulacje.
Ambitny brat Francis desperacko pragnął ruszyć w tę podróż - chociaż z własnym duchem zajmującym własne ciało - ale dla mistrza Jojonaha, który przekroczył sześćdziesiątkę i nie miał dalszych aspiracji do władzy ani sławy, a już na pewno nie do przygody, była to zaiste kara i całkiem możliwe, że i wyrok śmierci.
Jednak nie podlegał on dyskusji. Tych dwudziestu dwóch wybrano szybko, w oparciu o ich siłę zarówno magiczną, jak i fizyczną. Większość stanowili uczniowie piątego i szóstego roku, mężczyźni u szczytu rozwoju fizycznego, chociaż dołączono również dwóch immakulatów, uczniów dziesiątego i dwunastego roku.
- Kogo wybierasz na swego zastępcę? - spytał Jojonaha ojciec przeor.
Mistrz nie spieszył się z odpowiedzią, rozważając dostępne opcje. Oczywistym wyborem z czysto egoistycznego powodu byłby brat Braumin Herde, bliski przyjaciel i częsty powiernik. Jednak Jojonah musiał wziąć pod uwagę szerszą perspektywę. Jeśli karawanę spotkałoby nieszczęście i, co było zupełnie możliwe, zarówno on jak i Braumin Herde zginęliby, to nie pozostawiałoby to właściwie żadnej opozycji wobec Markwarta. Pozostali mistrzowie, może z wyjątkiem mistrza Engressa, byli zbyt mocno schwytani w pułapkę władzy i bogactwa, aby spierać się z ojcem przeorem, a pozostali immakulaci a nawet uczniowie dziewiątego roku byli zbyt ambitni, zbytnio przypominali brata Francisa.
Z wyjątkiem jednego z nich, pomyślał Jojonah.
- Czy musi być to immakulat? - spytał.
- Nie poświęcę jeszcze jednego mistrza - odparł szybko ojciec przeor Markwart. Jego ton, pełen zdumienia i śladów gniewu, zdradził Jojonahowi, iż ten oczekiwał i miał nadzieję, że Jojonah wybierze Braumina Herde.
- Zastanawiałem się nad jednym z równych rangą bratu Francisowi - wyjaśnił Jojonah.
- Kolejny student dziewiątego roku? - zapytał Markwart ze sceptycyzmem.
- Wybraliśmy już dwóch immakulatów pośród tych dwudziestu dwóch - zwrócił uwagę mistrz Engress. - Może im się nie spodobać, że uczeń dziewiątego roku został już wybrany na trzeciego rangą.
- Zgodzą się jednak na to, skoro ten uczeń dziewiątego roku służy za naczynie dla ojca przeora - wtrącił prędko i z szacunkiem inny mistrz, pochylając głowę z czcią przed Markwartem.
Mistrz Jojonah powstrzymał się przed podbiegnięciem i walnięciem mężczyzny.
- Jednak danie im ucznia dziewiątego roku również jako drugiego rangą - ciągnął dalej mistrz Engress, nie, żeby chciał się sprzeczać, co nie leżało w jego naturze, ale żeby odegrać niezbędną rolę opozycji.
Markwart spojrzał na mistrza, który sprzeciwił się wyborowi Francisa na trzeciego z kolei i skinął lekko głową, co zdradziło Jojonahowi, jaka będzie jego decyzja, choć pewien był, że ten nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.
- Kogo zamierzałeś wybrać? - spytał ojciec przeor.
Mistrz Jojonah wzruszył ramionami wymijająco. Uświadomił sobie iż nie miało to znaczenia, bowiem, jeśli chodziło o wyprawę, to Markwart już zdecydował, iż żaden uczeń dziewiątego roku nie będzie służył jako zastępca. Zdał sobie sprawę, że ojciec przeor zarzucał jedynie sieci, starając się dowiedzieć, czy pomiędzy jego podwładnymi w St.-Mere-Abelle znajdowali się jeszcze jacyś mnisi mogący sprawić kłopoty, jeszcze jacyś konspiratorzy należący do małej grupki mistrza Jojonaha.
- Miałem jedynie nadzieję, że brat Braumin Herde będzie mógł mi towarzyszyć - rzucił od razu Jojonah. - Jest moim przyjacielem, którego uważam w pewnym sensie za mojego protegowanego.
Twarz ojca przeora ściągnęła się w zmieszaniu, a pełen samozadowolenia wyraz twarzy zniknął.
- Co zatem - zaczął pytać jeden z mistrzów.
- Brat Herde nie jest równy mi rangą - przerwał brat Francis. - Jest immakulatem.
Jojonah przybrał skonfundowaną minę. - Naprawdę?
Kilku mistrzów zaczęło mówić na raz, a większość wyrażała obawy, iż ich korpulentny towarzysz jest słabowity nie tylko w brzuchu, ale i na umyśle.
- Chciałeś Herde`a? - spytał głośno ojciec przeor Markwart, uspokajając ten tumult.
Jojonah uśmiechnął się i nieśmiało skinął głową. - Jest zatem uczniem dziesiątego roku - rzekł mistrz udając zawstydzenie. - Lata mijają tak szybko, a wszystkie zdają się zlewać w jedno.
Potakiwania i śmiechy przy stole powiedziały Jojonahowi, że udało mu się wywinąć z opresji. Wciąż jednak nie był zachwycony faktem, że zarówno on, jak i Braumin Herde wyruszą tak daleko od St.-Mere-Abelle i tak blisko śmiertelnego niebezpieczeństwa.
Brat Braumin Herde był przystojnym mężczyzną z krótkimi, kręconymi, czarnymi włosami, ciemnymi oczami o penetrującym spojrzeniu i twarzy stale ocienionej zarostem, nieważne jak często się golił. Nie był wysoki, ale ramiona miał szerokie i trzymał się prosto, co nadawało jego postaci masywny wygląd. Miał trochę po trzydziestce i spędził ponad jedną trzecią życia w St.-Mere-Abelle, a ponieważ jego pierwszą miłością był Bóg, liczne kobiety w okolicy opłakiwały jego decyzję i oddanie.
Rzucił wzrokiem w obie strony korytarza znajdującego się na wyższym poziomie opactwa, a potem wycofał się do pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi. - Powinienem wyruszyć w tę podróż - rzekł głębokim, donośnym głosem, odwracając się ku mistrzowi Jojonahowi. - Latami pracy zasłużyłem sobie na miejsce w karawanie podążającej do Barbakanu.
- Miejsce przy mnie, czy Markwarcie? - odparł mistrz Jojonah.
- Mogłeś wybrać swojego zastępcę i to po tym, jak zostali już wybrani pozostali, a mnie wśród nich nie było - odparował Braumin Herde. - I wybrałeś mnie, choć wiem, że zamierzałeś wybrać inaczej.
Jojonah spojrzał na niego zdziwiony.
- Słyszałem całą historię. Nie mogłeś zapomnieć, że jestem immakulatem, skoro sam wręczyłeś mi dyplom honorowy - argumentował Braumin. - Zamierzałeś wybrać brata Viscentiego.
Jojonah zakołysał się na pięcie, zaskoczony, iż tak szczegółowe informacje dotyczące spotkania już się rozeszły. Przyjrzał się bratu Brauminowi uważnie i nigdy nie widział takiego bólu i gniewu na twarzy tego mężczyzny. Braumin Herde był potężnym i fizycznie imponującym człowiekiem, kłębkiem mięśni z wielką kwadratową szczęką. Jego szeroka klatka piersiowa zwężała się ku wąskim biodrom, nie było w nim bowiem nic miękkiego; wydawał się jak wyciosany z kamienia, i niewielu w całym St.-Mere-Abelle mogło się z nim mierzyć siłą. Mistrz Jojonah znał go jednak dobrze, jego osobowość, miłosierne serce, i rozumiał, że mężczyzna ten nie był wojownikiem. Mimo całej swej wielkiej siły, brat Braumin nigdy nie był wyjątkowy w sztukach walki, co tak często doprowadzało do frustracji mistrza De`Unnero, który widział w tym mężczyźnie taki potencjał. Ku konsternacji De`Unnero, brat Braumin był duszą łagodną i Jojonah nie obawiał się, że może on dać teraz upust swemu gniewowi.
- Na ciebie padłby mój pierwszy wybór - odpowiedział zgodnie z prawdą mistrz. - Musiałem jednak zastanowić się nad implikacjami wskazania ciebie. Droga do Barbakanu usiana jest niebezpieczeństwami i nie mamy pojęcia, co znajdziemy, kiedy - jeśli - rzeczywiście się tam dostaniemy.
Braumin westchnął ciężko, a ramiona opadły mu nieco. - Nie boję się - odparł.
- Ale ja się boję - powiedział Jojonah. - To, w co zaczęliśmy wierzyć, nie może umrzeć razem z nami w drodze ku Dziczy.
Rozczarowanie Braumina Herde nie mogło trwać w obliczu tak logicznego rozumowania i wyraźnej troski Jojonaha. - Musimy się upewnić, że brat Vinscenti i pozostali rozumieją to - zgodził się.
Jojonah skinął głową i obydwaj zamilkli na dłuższą chwilę, każdy zastanawiał się nad niebezpiecznym kursem, jaki obrali. Jeśli ojciec przeor dowiedziałby się o tym, co było w ich sercach, jeśli zdałby sobie sprawę, iż ci dwaj bardziej niż wszyscy inni w St.-Mere-Abelle uważali jego przywództwo za błędne, a nawet, że zaczęli kwestionować kierunek, w jakim zmierza kościół abellikański, to najpewniej, bez wahania, napiętnowałby ich jako heretyków i kazał zabić torturując publicznie - czyn nie bez precedensu w często brutalnej historii kościoła abellikańskiego.
- A co, jeśli to brat Avelyn? - spytał wreszcie Braumin Herde. - Co, jeśli odnajdziemy go tam żywego?
Mistrz Jojonah zaśmiał się bezradnie. - Bez wątpienia nasze rozkazy będą mówiły o przyprowadzeniu go w łańcuchach - odparł. - Obawiam się, że ojciec przeor nie ścierpi, żeby Avelyn żył, i nie uspokoi się, dopóki klejnoty, które zabrał Avelyn nie powrócą do St.-Mere-Abelle.
- A czy przyprowadzimy go z powrotem?
Znowu ten bezradny śmiech. - Nie wiem, czy moglibyśmy uwięzić brata Avelyna, gdybyśmy chcieli - odparł Jojonah. - Nigdy nie miałeś przyjemności widzieć brata Avelyna posługującego się magicznymi kamieniami. Jeśli dowiemy się, że to rzeczywiście on spowodował wybuch na północy, jeśli to Avelyn zniszczył daktyla i wciąż żyje, to żal mi nas, jeśli spróbujemy z nim walczyć.
- Dwudziestu pięciu mnichów? - spytał ze sceptycyzmem Braumin Herde.
- Nie próbuj nigdy lekceważyć brata Avelyna - padła krótka odpowiedź. - W każdym razie nie dojdzie do tego - dodał prędko Jojonah. - Modlę się, żebyśmy rzeczywiście odnaleźli brata Avelyna; och, jak bardzo chciałbym go znowu ujrzeć!
- Wywołałoby to konflikt - przekonywał Braumin Herde. - Jeśli brat Avelyn żyje, to będziemy musieli stanąć po czyjejś stronie, albo jego, albo ojca przeora.
Jojonah przymknął oczy, dostrzegając prawdziwość słów swego młodszego przyjaciela. Jojonah i Herde, a w mniejszym stopniu kilku innych w St.-Mere-Abelle, nie byli zadowoleni z przywództwa Markwarta, ale gdyby mieli stanąć po stronie Avelyna, otwarcie obwołanego heretykiem przez ojca przeora, który z pewnością zostałby za takiego uznany przez Kolegium Przeorów mające się zebrać w tym roku, to stanęliby przeciwko całemu Kościołowi. Jojonah, wierzący, iż ma rację, nie wątpił, że wielu innych mnichów - w St.-Mere-Abelle, w Św. Skarbie w Palmaris i wszystkich innych opactwach - przyłączyłoby się do jego sprawy, ale czy naprawdę chciał rozbijać Kościół? Czy chciał rozpocząć wojnę?
A jednak, gdyby rzeczywiście znaleźli brata Avelyna żywego, to jak mógłby Jojonah w zgodzie ze swym sumieniem wystąpić przeciwko niemu? Zbrodnia Avelyna przeciwko ojcowi przeorowi i całemu Kościołowi polegała na tym, iż postawił ich przed lustrem, ukazując prawdę ich działań zmierzoną uczciwymi przykazaniami wiary. A braciom, a najbardziej Markwartowi, nie podobało się odbicie w lustrze. Wcale się nie podobało.
- Sądzę, iż to brat Avelyn był w Barbakanie - powiedział Jojonah z pewnością siebie. - Tylko on mógł wystąpić przeciwko demonowi daktylowi. Który jednak przeżył, jeśli którykolwiek, pozostaje do ustalenia.
- Mamy dowody, że demona daktyla już nie ma - odparł Braumin Herde. - Armia potworów straciła cel i spójność. Jak mówią wszystkie meldunki, powrie i gobliny nie są już dłużej bliskimi sprzymierzeńcami, a sami widzieliśmy ich bezład w czasie ataku na nasze mury.
- Zatem, może daktyl został ciężko ranny, a my przybędziemy i dokończymy zadanie - powiedział Jojonah.
- A może demon został zniszczony i odnajdziemy brata Avelyna - rzekł posępnie Braumin Herde.
- A może daktyl nie żyje, a skoro sprawy w Barbakanie zostały zakończone, to brat Avelyn już dawno opuścił to przeklęte miejsce.
- Miejmy nadzieję - powiedział Braumin Herde. - Nie jesteśmy jeszcze gotowi, aby wystąpić przeciwko ojcu przeorowi.
To ostatnie stwierdzenia zaskoczyło Jojonaha i sprawiło, że zamilkł. On i Braumin Herde nie rozmawiali nigdy o wystąpieniu przeciwko ojcu przeorowi. Jak wynikało z ich rozmów, mieli trzymać się mocno swoich poglądów dotyczących postępowania Kościoła i przekazywać te poglądy innym poprzez przykład i głos w radzie. Nigdy jednak nie rozmawiali, nawet nie dali do zrozumienia, iż istnieją formalne plany, aby wystąpić przeciwko Markwartowi czy też Kościołowi.
Braumin Herde uchwycił niewypowiedziane sygnały i cofnął się trochę, zawstydzony własną bezpośredniością.
Jojonah zbył to potknięcie kolejnym uśmiechem. Pamiętał, kiedy był młodszy, o wiele młodszy, kiedy to był takim zapaleńcem jak Herde, myślącym, że może zmienić świat. Jednak mądrość, a może po prostu znużenie, która przyszła z wiekiem, nauczyła go czegoś innego. To nie świat zamierzał zmieniać mistrz Jojonah, nawet nie Kościół, ale tylko swój mały zakątek w obydwu tych miejscach. Pozwoli Markwartowi mieć własny cel, pozwoli, aby Kościół podążał w kierunku wybranym przez innych. Pozostanie jednak wierny własnemu sercu i pójdzie drogą pobożności, godności i ubóstwa, jak przysięgał kilka dekad temu, składając śluby w St.-Mere-Abelle. Będzie szerzył słowo prawdy pośród młodszych mnichów, takich jak Braumin Herde i Viscenti Marlboro, tych, którzy chcieli słuchać, nie zamierzał ani nie pragnął jednak doprowadzić do rozłamu w kościele abellikańskim.
Obawiał się tego.
I dlatego też, mistrz Jojonah, ów łagodny człowiek, prawdziwy przyjaciel Avelyna Desbrisa, miał nadzieję, że Avelyn nie żyje.
- Wyruszamy rankiem - rzekł Jojonah. - Idź do brata Viscentiego i umocnij to, o czym we trójkę rozprawialiśmy. Każ mu uczyć się dobrze i pilnie, oraz trzymać się prawdy. Każ mu zawsze okazywać miłosierdzie, zarówno wierzącym jak i niewierzącym, zajmować się ranami ciała i duszy przyjaciela i wroga. Każ mu występować przeciwko niesprawiedliwości i zbytkowi, ma jednak łagodzić swój głos współczuciem. Dobra wola w końcu zwycięża prawdą słów, a nie zamachem miecza, choć zwycięstwo to może zająć całe wieki.
Braumin przez jakiś czas rozważał mądrość tych słów, a potem pokłonił się z szacunkiem i ruszył ku korytarzowi.
- Przygotuj się dobrze do drogi - dodał mistrz Jojonah, zanim ten otworzył drzwi. - Brat Francis będzie przemawiał w imieniu ojca przeora, nie wątp też w lojalność pozostałych dwudziestu dwóch w naszej grupie. Trzymaj na wodzy swój temperament, bracie, albo będziemy mieć kłopoty, zanim jeszcze opuścimy cywilizowane ziemie.
Braumin Herde ponownie pokłonił się z szacunkiem, a potem skinął głową, wyprostował się i zapewnił swego mentora, że rzeczywiście posłucha jego słów.
Mistrz Jojonah nie wątpił w to nawet przez chwilę, Herde bowiem, będąc zarówno zapaleńcem, jak i człowiekiem o łagodnej duszy, był zdyscyplinowany. Wiedział, iż brat Braumin zrobi, co należy, tak jak i on sam, chociaż Jojonah obawiał się, cóż to takiego będzie, jeśli znajdą w podróży brata Avelyna żywego i mającego się dobrze.
- Wiesz, co podejrzewam i czego się spodziewam - rzekł ostro ojciec przeor.
- Jestem chętnym naczyniem, ojcze przeorze - powiedział brat Francis, spuszczając oczy. - Będziesz mógł wejść do mojego ciała, kiedy tylko zechcesz.
- Jakbyś to mógł mnie powstrzymać - chełpił się stary przeor. Markwart wiedział, że były to puste przechwałki, bowiem zawładnięcie czyimś ciałem, nawet z jego nowo zdobytą wiedzą o kamieniach, było sprawą trudną, jeszcze trudniejszą, kiedy naczyniem był człowiek szkolony w użyciu magii. - Ale to nie tylko o to chodzi - ciągnął. - Czy rozumiesz prawdziwy cel tej wyprawy?
- Odkryć, czy daktyl został zniszczony - odparł bez wahania młodszy mnich. - Albo też sprawdzić, czy w ogóle był tam demon daktyl.
- Oczywiście, że był - warknął niecierpliwy Markwart. - Nie o to jednak chodzi. Udajesz się do Barbakanu, aby ustalić los demona, to prawda, ale, co ważniejsze, udajesz się tam, aby ustalić miejsce pobytu Avelyna Desbrisa.
Twarz Francisa ściągnął grymas zmieszania. Wiedział, iż Kościół poszukuje Avelyna, wiedział, iż podejrzewano, że Avelyn był zamieszany w rzekomy wybuch daleko na północy, nie wyobrażał sobie jednak nigdy, że ojciec przeor określi znalezienie miejsca pobytu Avelyna jako ważniejsze niż los demona daktyla.
- Demon daktyl zagraża życiu tysięcy - zgodził się ojciec przeor. - Cierpienie spowodowane przez pojawienie się bestii jest naprawdę straszne i godne pożałowania. Jednak demon daktyl pojawiał się już przedtem i pojawi się znowu; cykliczne cierpienia są przeznaczeniem człowieka. Jednakże groźba ze strony brata Avelyna, jest bardziej podstępna i potencjalnie bardziej długotrwała i niszcząca. Jego czyny i kuszące poglądy heretyka zagrażają samym fundamentom naszego ukochanego kościoła abellikańskiego.
Francis wciąż jednak miał wątpliwości.
- Z tych niewielu raportów o jego czynach w trakcie ucieczki wydaje się jakoby Avelyn maskował herezję pięknymi słowami i rzekomo miłosiernymi czynami - ciągnął dalej Markwart, podnosząc głos we frustracji. - Nie uznaje wagi pradawnych tradycji, nie rozumiejąc znaczenia tych tradycji i prawdziwej konieczności ich istnienia po to, aby kościół mógł przetrwać.
- Wybacz, ojcze przeorze - rzekł cicho brat Francis - myślałem jednak, że Avelyn jest bardzo przywiązany do tradycji - zbyt przywiązany, jak powiedzieliby niektórzy. Myślałem, iż jego błędy szły w innym kierunku, że był tak oddany przedawnionym rytuałom, że nie potrafił dostrzec prawdy i rzeczywistości Kościoła dnia dzisiejszego.
Markwart zamachał swą kościstą dłonią i odwrócił się, gryząc wargę, starając się znaleźć jakąś drogę wyjścia z tej pułapki logiki. - To prawda - zgodził się, a potem odwrócił znowu z wściekłością, zmuszając Francisa do cofnięcia się o krok do tyłu. - W pewnych kwestiach Avelyn wydawał się tak oddany, że aż nieludzki. Czy wiesz, że nawet go to nie obeszło, nie uronił nawet jednej łzy, kiedy zmarła jego matka?
Francis otworzył szeroko oczy.
- Naprawdę - ciągnął dalej Markwart. - Był tak opętany swym ślubowaniem, że odejście własnej matki było dla niego nieistotną sprawą. Nie daj się jednak oszukać, iż jego postępowanie zrodzone było z prawdziwej duchowości. Nie, nie, było ono owocem ambicji, co udowodnił, kiedy zamordował mistrza Sihertona i zbiegł z klejnotami. Avelyn jest niebezpieczny dla całego zakonu i to on, a nie daktyl, stanowi priorytet.
Brat Francis zastanawiał się nad tym przez kilka chwil, a potem skinął głową. - Rozumiem, ojcze przeorze.
- Naprawdę - odparł Markwart takim tonem, iż Francis zwątpił. - Czy rozumiesz, co masz uczynić, jeśli natkniesz się na Avelyna Desbrisa?
- Jest nas dwudziestu pięciu - zaczął Francis.
- Nie licz na wsparcie dwudziestu pięciu - ostrzegł go Markwart.
To również sprawiło, że brat Francis zamilkł. - A jednak - rzekł wreszcie z wahaniem - jest nas wystarczająco wielu, aby pojmać Avelyna i przywieść jego i klejnoty do St.-Mere-Abelle.
- Nie. - Prostota, z jaką odpowiedział Markwart, znowu uraziła Francisa.
- Ale...
- Jeśli natknięcie się na Avelyna Desbrisa- wyjaśnił ponuro Markwart - jeśli wpadniecie na najsłabszy jego trop, zwrócicie mi to, co zostało skradzione wraz z wieściami o zgonie wędrującego Avelyna. Możecie przynieść mi z powrotem jego głowę, jeśli będzie to możliwe.
Brat Francis wyprostował się. Nie był człowiekiem łagodnym i zapewne osiągnąłby wyższą rangę w swej klasie, gdyby nie kilka bójek, w których zbyt chętnie brał udział. A jednak nie spodziewał się nigdy takiego rozkazu od ojca przeora St.-Mere-Abelle. Francis był jednakże ambitnym i ślepo lojalnym mnichem i nigdy nie pozwalał sumieniu przeszkodzić mu w wypełnieniu rozkazów. - Nie zawiodę - rzekł. - Mistrz Jojonah i ja...
- Uważaj na Jojonaha - przerwał mu Markwart. - I na brata Braumina Herde też. Służą oni jako pierwszy i drugi rangą w czasie podróży do Barbakanu i we wszystkich sprawach dotyczących pozbycia się demona daktyla. Tam jednak, gdzie w grę wchodzi Avelyn Desbris, jeśli Avelyn Desbris wejdzie w grę, to brat Francis mówi w imieniu ojca przeora, a jego słowo jest niekwestionowanym prawem.
Brat Francis skłonił się głęboko i dostrzegłszy odprawiający go gest ojca przeora, odwrócił się i opuścił komnatę, pełen oczekiwania co do otwierających się możliwości.
Głęboka noc otaczała St.-Mere-Abelle, gdy brat Braumin przemierzał niższe poziomy tej starożytnej budowli. Choć jego misja miała żywotne znaczenie - przekazał już bratu Viscentiemu, aby czekał na jego przybycie we własnych komnatach - wybrał okrężną drogę, idąc przez długi, długi korytarz, biegnący wzdłuż wychodzących ku morzu murów opactwa, wyglądających na Zatokę Wszystkich Świętych. Jako że żadne pochodnie nie paliły się na zewnętrznych murach budowli ani w dokach poniżej, Braumin mógł oglądać spektakularny obraz nocnego nieba, z milionem gwiazd mrugających nad ciemnymi wodami wielkiego Mirianicu. Kiedy tak wyglądał z jednego z wysokich i wąskich okien, pomyślał sobie, iż urodził się za późno, ominęła go bowiem podróż na Pimaninicuit, tę leżącą na równiku wyspę, na której wybrzeżu mnisi z St.-Mere-Abelle zbierali święte kamienie. Taka podróż miała miejsce co sześć pokoleń, co 173 lata.
Braumin Herde nie powinien nawet znać szczegółów tych spraw, nie był bowiem jeszcze mistrzem, ale Jojonah opowiedział mu historię niedawnej podróży, jak to bracia Avelyn, Thagraine, Pellimar i Quintall popłynęli na wyspę na pokładzie wynajętego statku, Windrunnera. I właśnie zniszczenie przez mnichów odpływającego z St.-Mere-Abelle Windrunnera, jakie nastąpiło później, po wypełnieniu misji, zwróciło Avelyna całkowicie przeciwko kościołowi abellikańskiemu, jak powiedział Brauminowi mistrz Jojonah. Tak wyglądając, młody mistrz próbował wyobrazić sobie tę scenę, całą potęgę, balisty i katapulty, ogromną energię kamieni pierścienia wypuszczoną ku jednemu płynącemu statkowi. Braumin był świadkiem gniewu St.-Mere-Abelle skierowanego przeciwko inwazji powrie; wstrząsnął nim dreszcz, kiedy pomyślał, jak ta potęga spadła na pojedynczy statek i niczego nie spodziewającą się załogę.
Mężczyzna pomyślał, jaka brzemienna w konsekwencje była to noc. Gdyby Avelyn nie dowiedział się o zniszczeniu statku, czy pozostałby lojalnym i oddanym sługą ojca przeora Markwarta? A jeśli, jak to podejrzewali, brat Avelyn odegrał znaczną rolę w najprawdopodobniej doniosłych wydarzeniach na północy, w Leśnej Krainie i w Barbakanie, to jakie ciemności trzymałyby świat w uścisku, gdyby Avelyn rzeczywiście pozostał w opactwie?
Braumin Herde przeczesał palcami swoje mocno skręcone czarne włosy. Wszystko ma swój cel, jak często mawiała doń matka. Wszystko działo się z jakiegoś powodu. W przypadku brata Avelyna Desbrisa te słowa brzmiały zaiste prawdziwie.
Odsunął się od okna i ruszył dalej, idąc cicho i szybko korytarzem. Większość mnichów już spała - wymagano tego od młodszych mnichów i zalecano starszym, choć uczniowie dziewiątego i dziesiątego roku mogli ustalać sobie własne godziny udania się na spoczynek, jeśli zajmowali się ważnymi sprawami, takimi jak przepisywanie fragmentów starożytnych tekstów czy też, jak pomyślał z uśmieszkiem Braumin, spiskowaniem przeciwko ojcu przeorowi. Braumin także chciał iść spać najszybciej jak to możliwe; będzie musiał wstać przed świtem, a wkrótce potem znajdzie się już w drodze, długiej i niebezpiecznej.
Skinął głową, kiedy zobaczył smugę przyćmionego światła pod drzwiami komnaty Viscentiego Marlboro. Zapukał delikatnie; nie chciał obudzić nikogo w sąsiednich komnatach, nie chciał też, aby zwrócono uwagę na jego obecność u drzwi tego mężczyzny.
Drzwi się otworzyły i Braumin wśliznął się do środka.
Brat Viscenti, chudy i niski mężczyzna z rozbieganymi, ciemnymi oczami i stale widocznym zaroście na ogorzałej twarzy, prędko zamknął drzwi za swoim przyjacielem.
Już pocierał o siebie ręce, jak zauważył Braumin. Brat Viscenti był chyba najbardziej nerwową osobą, jaką kiedykolwiek spotkał. Zawsze pocierał o siebie ręce i zawsze pochylał głowę, jakby oczekiwał, że ktoś go w nią uderzy.
- Obydwaj odjedziecie i obydwaj zginiecie - powiedział nagle ostro Viscenti, a jego piskliwy głos wydał się bardziej odpowiedni dla łasicy czy wiewiórki niż dla człowieka.
- Tak, odjedziemy - przyznał Braumin. - Ale na miesiąc, najwyżej dwa.
- Jeśli ojcu przeorowi się uda, to nie powrócicie - stwierdził Viscenti, pochylił się nisko i odwrócił, położył palce na zaciśniętych ustach, jak gdyby mówienie otwarcie o ojcu przeorze Markwarcie miało sprawić, iż zastęp strażników wpadnie przez drzwi.
Braumin Herde nie starał się nawet ukryć swego rozbawienia. - Gdyby ojciec przeor chciał wystąpić przeciwko nam otwarcie, zrobiłby to dawno temu - argumentował. - Hierarchowie nie boją się nas.
- Boją się Avelyna - zwrócił uwagę Viscenti.
- Znienawidzili Avelyna, ponieważ ukradł kamienie - poprawił go Braumin. - Nie mówiąc już o zabiciu mistrza Sihertona. Ojciec przeor pogardza Avelynem, gdyż zabierając kamienie, Avelyn zabrał również reputację Markwarta. Jeśli ojciec przeor zejdzie z tego świata bez odzyskania kamieni, to jego przywództwo będzie postrzegane przez przyszłych mnichów abellikańskich jako przegrana. Tego obawia się ten mężczyzna, a nie rewolucji z powodu brata Avelyna.
Brat Viscenti oczywiście słyszał już to wszystko wcześniej, podniósł więc ręce w geście poddania i poczłapał, aby zająć miejsce przy biurku.
- Nie będę jednak umniejszał niebezpieczeństwa grożącego mi ani mistrzowi Jojonahowi - powiedział mu Braumin Herde, zasiadając na skraju łóżka Viscentiego, małej i zwyczajnej pryczy. - Nie powinniśmy zatem umniejszać odpowiedzialności, jaka spadnie na twoje barki, mój przyjacielu.
Spojrzenie Viscentiego wyrażało czyste przerażenie.
- Masz sprzymierzeńców - przypomniał mu Braumin Herde.
Viscenti parsknął śmiechem. - Garstkę nowicjuszy z pierwszego i drugiego roku?
- Którzy wyrosną na uczniów dziewiątego i dziesiątego roku - odparł surowo Braumin. - Którzy osiągną rangę immakulatów, kiedy ty, jeśli będziesz wystarczająco mądry, osiągniesz status mistrza.
- Pod auspicjami ojca przeora Markwarta - odciął się z sarkazmem brat Viscenti - który wie, że zaprzyjaźniłem się z tobą i mistrzem Jojonahem.
- Ojciec przeor nie decyduje o statusie - odparł brat Braumin. - Nie sam. Twoje wyniesienie, przynajmniej do rangi mistrza, jest pewne, dopóki tylko będziesz wytrwały w swych studiach. Jeśli ojciec przeor wystąpiłby przeciwko temu, to wzbudziłoby to szemranie w każdym opactwie i wśród wielu mistrzów z St.-Mere-Abelle. Nie, nie może odmówić ci tego stanowiska.
- Ale to on decyduje o przydziałach - dowodził brat Viscenti. - Mógłby posłać mnie do St. Rontelmore, wśród gorących piasków Entel, albo i gorzej, mógłby przydzielić mnie jako kapelana Straży Wybrzeża w samotnym Pireth Dancard, w środku Zatoki!
Braumin Herde nawet nie mrugnął, tylko wzruszył ramionami, jakby takie możliwości nie miały znaczenia. - Tam też będziesz trzymał się mocno swych poglądów - wyjaśnił cicho. - Tam będziesz podtrzymywał w swym sercu wciąż żywe nadzieje wobec kościoła abellikańskiego.
Brat Viscenti znowu załamał ręce, wstał i zaczął przechadzać się po komnacie. Wiedział, że musi się zadowolić odpowiedzią przyjaciela, bowiem nie oni sami decydowali o swoim losie. Nie teraz. Mimo to, Viscentiemu wydawało się, jakby cały świat nagle poruszał się za szybko jak dla niego, jakby wydarzenia porywały go ze sobą, nie dając mu chwili na zastanowienie się nad następnym ruchem.
- Co zrobię, jeśli nie wrócicie? - spytał z całą powagą.
- Zachowasz prawdę w sercu - odparł brat Braumin bez wahania. - Będziesz nadal rozmawiał z tymi młodszymi mnichami, którzy podzielają wiarę w nasze zasady, będziesz zwalczał w ich umysłach naciski, aby się dostosować, naciski, jakie poznają, kiedy będą wspinać się wyżej w hierarchii zakonu. To wszystko, o co kiedykolwiek prosił nas mistrz Jojonah; to wszystko, o co poprosiłby nas brat Avelyn.
Brat Viscenti przestał się przechadzać i przyjrzał się długo i uważnie Brauminowi Herde. Wierzył z całą pewnością, że ten człowiek ma rację, gdyż on, tak jak brat Braumin Herde, jak mistrz Jojonah, jak kilku innych młodszych mnichów, mieli w sobie ducha Avelyna.
- Pobożność, godność, ubóstwo - Braumin Herde wyrecytował swe abellikańskie śluby. Kiedy brat Viscenti spojrzał na niego i skinął głową, dodał to jedno słowo, które mistrz Jojonah, w świetle czynów Avelyna, potajemnie doczepił: miłosierdzie.
Nie było żadnych fanfar, żadnego ogólnego obwieszczenia, gdy karawana składająca się z sześciu wozów przetoczyła się przez wrota St.-Mere-Abelle. Cztery z tych wozów unosiły po pięciu mnichów, podczas gdy kolejny, wypełniony zapasami, miał tylko po dwóch woźniców. Drugi w szeregu był także obsadzony przez dwóch mnichów i wiózł mistrza Jojonaha, mapy i przewodniki.
Trzej mnisi z tyłu czwartego wozu, wraz z bratem Brauminem i innym immakulatem, posługiwali się stale klejnotami, głównie kwarcem, choć ten drugi immakulat trzymał również hematyt. Wykorzystywali kwarc, kamień dalekowidzenia, do badania całej okolicy wokół karawany i gdyby cokolwiek wyglądało choć trochę podejrzanie, to immakulat użyłby hematytu, aby posłać swego ducha w to miejsce i lepiej rozpoznać sytuację. Ta trójka była oczami i uszami karawany, przewodnikami mającymi trzymać wozy z dala od kłopotów, a gdyby im się to nie udało, mnisi z pewnością stoczą walkę, może na długo, zanim jeszcze opuszczą tak zwane cywilizowane ziemie Honce-the-Bear.
Jechali przez cały ranek, podróżując północno-wschodnią drogą ku Amvoy, małemu portowi, leżącemu po drugiej stronie wielkiej Masur Delaval. Zwykle tak wielka karawana podróżowałaby na południowy-zachód, do Ursalu i mostów na wielkiej rzece, nie było bowiem wystarczająco dużych promów, aby przeprawić ich do Palmaris za jednym razem. Jednak mnisi mieli swoje własne metody; linia ich podróży do Barbakanu będzie tak prosta jak to tylko możliwe, a przy pomocy magicznych kamieni było to możliwe.
Konie, dwa przy każdym wozie, były wkrótce wyczerpane, niektóre oddychały z takim trudem, że wydawały się bliskie śmierci, każdy bowiem miał uzdę z magicznym turkusem, który pozwalał woźnicom porozumiewać się ze zwierzętami, popychając stworzenia poza granice ich możliwości, wtargnąwszy do ich umysłów. Pierwszy postój zrobili w południe, na polu z boku od drogi, w miejscu umówionego spotkania. Połowa mnichów od razu zabrała się do pracy nad kołami i podwoziami, podczas gdy pozostali przygotowali szybki posiłek, a trzech posługujących się kamieniami posłało swe umysły daleko, aby nawiązać kontakt. Kościół był dobrze przygotowany na przedsięwzięcia takie jak ta podróż, bowiem na wszystkich drogach w Honce-the-Bear miał sprzymierzeńców, pastorów w małych parafiach, misjonarzy i tym podobnych. Poprzedniego dnia, kilku mistrzów z St.-Mere-Abelle posłużyło się hematytem, aby skontaktować się z tymi strategicznie rozmieszczonymi sprzymierzeńcami, informując o ich obowiązkach.
W przeciągu godziny, jaką zajął postój w południe, sprowadzono na pole tuzin świeżych koni. Mistrz Jojonah rozpoznał mnicha prowadzącego ten orszak, człowieka, który wyruszył w świat po kilkunastu latach przebywania w St.-Mere-Abelle. Jojonah przyglądał mu się spod płachty wozu, ale nie wyszedł, aby go powitać. Wiedział bowiem, iż znajomość doprowadziłaby do pytań, pytań, których ten mnich nie powinien zadawać, a Jojonah na nie odpowiadać.
Trzeba przyznać mnichowi, iż nie został dłużej niż kilka minut, w ciągu których on i jego pięciu pomocników wymieniło konie.
Wkrótce konie zaprzęgnięto, zapasy zapakowano, a karawana ruszyła w drogę, szybko pokonując kolejne mile. Po południu skręcili z drogi, zwracając się bardziej na północ i wkrótce potem, o dziwo, pojawiła się przed nimi wielka Masur Delaval, mieli za sobą już siedemdziesiąt mil drogi. Na południe leżał Amvoy, a w odległości dwudziestu mil wodą, poza zasięgiem wzroku, znajdowało się miasto Palmaris, drugie, co do wielkości miasto w całym Honce-the-Bear.
- Najedzcie się dobrze i zbierzcie siły - polecił wszystkim mistrz Jojonah. Mnisi zrozumieli; będzie to najprawdopodobniej najtrudniejsza i najcięższa część podróży, przynajmniej dopóki nie pozostawią za sobą Leśnej Krainy.
Minęła godzina i choć szczegółowa marszruta brata Francisa pozwalała jedynie na tyle odpoczynku, to nic nie wskazywało na to, żeby mistrz Jojonah zamierzał ruszać.
Brat Francis podjechał do niego swym wozem. - Czas już - rzekł cicho, ale stanowczo młodszy mnich.
- Jeszcze jedna godzina - odparł mistrz Jojonah.
Brat Francis potrząsnął głową i zaczął rozwijać pergamin. Jojonah powstrzymał go.
- Wiem, co tu jest napisane - zapewnił go mistrz.
- Skoro wiesz...
- Wiem, że jeśli znajdziemy się w połowie drogi wodą i jeden z nas osłabnie, stracimy wóz, jeśli nie wszystkie - przerwał Jojonah.
- Bursztyn nie wymaga takiej siły - zaoponował brat Francis.
- Nie dla tego, który idzie po wodzie - zgodził się Jojonah. - Ale przy przenoszeniu takiego ładunku?
- Jest nas dwudziestu pięciu.
- I pozostanie nas dwudziestu pięciu, kiedy wyjdziemy na zachodni brzeg rzeki - odparł surowo Jojonah.
Brat Francis warknął z cicha, obrócił się i zaczął się oddalać.
- Będziemy jechać długo w noc - rzekł mu Jojonah - używając diamentów do oświetlenia drogi i w ten sposób nadrobimy czas stracony na wypoczynek tutaj.
- Przyciągając uwagę naszymi latarniami? - spytał kwaśno Francis.
- Być może - odparł Jojonah. - Jest to jednak w mojej ocenie mniejsze ryzyko niż przeprawianie się przez Masur Delaval ze zmęczonymi braćmi.
Brat Francis przymrużył oczy i zacisnął szczękę, a potem obrócił się i oddalił ze złością, niemalże przewracając brata Braumina Herde, który wspinał się po schodkach z tyłu wozu.
- Nie trzymamy się jego rozkładu - wyjaśnił sucho Jojonah, gdy jego przyjaciel wszedł.
- Jest tak, jakby ojciec przeor był tuż obok - rzekł Jojonah wzdychając ciężko. - Jaka radość.
Mars na jego czole przeszedł jednak w uśmiech, a potem nawet zmienił się w śmiech, kiedy Braumin Herde zachichotał.
Na zewnątrz brat Francis słyszał to wszystko.
Godzinę później, znalazłszy odpowiednie zejście na brzegu rzeki, gdy słońce pochylało się nisko na zachodnim niebie, znowu byli w drodze. Teraz prowadził mistrz Jojonah, najbardziej zaprawiony i najpotężniejszy w posługiwaniu się magicznymi kamieniami. Obok niego znajdowało się dwóch nowicjuszy z pierwszego roku i tylko jeden woźnica z przodu. Osiemnastu z dwudziestu pięciu mnichów, wszystkich oprócz woźniców i jednego mnicha, który miał za zadanie badanie okolicy kwarcem, podzielono po równo pomiędzy sześć wozów, trzech w każdym, złączonych rękoma wokół kawałka zaczarowanego bursztynu. Połączyli swe siły, wysłali energię do kamienia, przywołując jego magiczne właściwości. Bursztyn był kamieniem używanym do chodzenia po wodzie i gdy każdy z wozów staczał się z zejścia w rzekę, to nie tonął, kopyta końskie i koła czyniły jedynie lekkie zagłębienia na płynnej powierzchni.
Osiemnastu mnichów zapadło głęboko w medytacyjny trans; woźnice pracowali ciężko, stale kierując swe zaprzęgi tak, aby zrównoważyć nurt. Jednak ta część podróży okazała się łatwa. Przejazd był tak gładki, że stanowił lekki odpoczynek dla wozów, koni i mnichów.
Niecałe dwie godziny później woźnica Jojonaha, używając diamentów, żeby oświetlić drogę przed sobą, znalazł gładkie i łatwe do pokonania zbocze na zachodnim brzegu i posadził swój wóz na suchej ziemi. Poszedł potem do tyłu, aby powiadomić mistrza, Jojonah wychynął ze swego transu i wyszedł na zewnątrz, żeby dobrze rozprostować nogi i przyglądać się, jak pozostałe pięć wozów dobija do brzegu, jeden za drugim. Na południu, w odległości kilku mil, widać było światła Palmaris; na północy i zachodzie była tylko ciemność nocy.
- Szereg zostanie ścieśniony w czasie nocnej jazdy - oznajmił im mistrz Jojonah - tył wozu ma się znajdować od drugiego zaprzęgu w nie większej odległości niż długość jednego konia. Nie przesadzajcie z wtargnięciami przy pomocy turkusów, odpoczywajcie i spożywajcie posiłki na wozach. Będziemy jechać długo, tak długo, jak wytrzymają konie, ale wygodnym tempem. Chcę, abyśmy pokonali dwadzieścia mil, zanim rozbijemy obóz.
Odprawił wówczas grupę oprócz brata Francisa. - Kiedy znowu zmieniamy konie? - spytał młodego mnicha.
- Nie wcześniej niż późnym popołudniem - odparł Francis. - Może weźmiemy dwanaście świeżych koni w zamian za jedynie sześć, które będą mogły znowu ciągnąć wóz.
- Jak będzie, tak będzie - rzekł mistrz Jojonah i ruszył ku swemu wozowi, prawdziwie żałując, iż będzie trzeba zmusić te biedne zwierzęta do takiego wielkiego wysiłku.



Dodano: 2006-10-19 16:30:20
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS