NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Moore, Stuart - "Marvel: Wojna domowa"

Niven, Larry - "Pierścień" (2019)

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

Moon, Elizabeth - "Być bohaterem"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Moon, Elizabeth - "Esmay Suiza"
Data wydania: 2005
ISBN: 83-88916-69-6
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 428
Tom cyklu: 1



Moon, Elizabeth - "Być bohaterem" #4

Rozdział czwarty
Altiplano

Esmay sądziła, że zgubiła ostatnich reporterów dwieprzesiadki przed jej macierzystą planetą Altiplano. Kiedy wyszła z sali przylotówdo głównej hali stacji, jasne światła na chwilę ją oślepiły. Oczywiściedomyślili się, dokąd leci. Mogli filmować ją, ile tylko chcieli, gdyprzechodziła z jednej strony stacji na drugą. Mogli nawet umieścić kogośw promie lecącym na dół, ale kiedy już postawi stopę na ziemi, przekonająsię, że trafili na blokadę. To przynajmniej jedyna dobra strona jejbezsensownego powrotu do domu.
- Poruczniku Suiza! - Potrzebowała długiej chwili, żebyzdać sobie sprawę, że ten krzyk nie jest kolejnym reporterskim żądaniemwygłoszenia komentarza, lecz wydobywa się z ust wujka Berthola. Miał nasobie mundur galowy i Esmay jęknęła w duchu, myśląc o reakcjijej znajomych z Floty, gdy zobaczą w wiadomościach relacjęz tego spotkania. Kiedy zorientował się, że go zauważyła, przestał machaći wyprostował się. Wzdychając, Esmay stanęła i zasalutowała. Kiedyojciec przekazał jej wiadomość, że nie będzie mógł spotkać się z nią nastacji, sądziła, że nikt nie wyleci jej na spotkanie... a już na pewno niespodziewała się wujka Berthola.
- Dobrze cię widzieć, Esmaya - powiedział, rzucającspojrzenie, pod którego wpływem reporterzy natychmiast odskoczyli na boki.
- I pana, sir - odpowiedziała, świadoma obecnościkamer.
- Na Boże Kły, Esmaya, nie jestem dla ciebie "sir". -Ale błysk w jego oku świadczył, że docenia jej pełną szacunku postawę.Gwiazdy na jego ramionach zamigotały, gdy kamery przesunęły się, krzyżującświatła swoich reflektorów. Esmay powiedziała Flocie, że jej ojciec jest jednymz czterech regionalnych komendantów... ale nie przypomniała tego, comusiało znajdować się w aktach, że wujowie Berthol i Gerard takżebyli komendantami. - Wygląda na to, że jednak cię we Flocie nie zagłodzili.Wiesz, że Babka wciąż jest przekonana, że nie dostajesz tam niczego odpowiedniegodo jedzenia.
Esmay poczuła, że się uśmiecha, choć wolałaby, żebyo tym nie wspominał. Miał na myśli swoją babkę, a nie jej; miaładobrze ponad sto lat i na swój sposób równie potężne wpływy jak PapaStefan. - Mam się dobrze - stwierdziła i odwróciła się, mając nadzieję, żeprzekona Berthola, aby nie robił pokazu dla kamer.
- Lepiej niż dobrze, Esmaya. - Spoważniałi delikatnie dotknął jej ramienia. - Jesteśmy z ciebie dumni.I bardzo cieszymy się, że przyleciałaś do domu. - Teraz i on sięodwrócił; zauważyła, że jego pomocnicy rozproszyli się na chwilę w tłumie,a teraz znowu zebrali się za jego plecami. Światła wokół nich przygasły. -Kiedy znajdziemy się na dole, będziemy świętować.
Serce opadło jej do żołądka. Tak naprawdę chciała jedynieprzyjechać do estanzy i znaleźć się w swoim pokoju z oknamiotwartymi na ogród różany... a potem przespać spokojnie całą noc.
- Nie możemy zmarnować takiej okazji - powiedział jużznacznie ciszej, gdy przechodzili przez salę odlotów pełną nieznanych jejludzi, wyrażając swoje uznanie cichym cmokaniem, które tak dobrze pamiętała.Berthol poprowadził ją do czekającego na nich promu; kiedy weszli do kabiny natyłach, jego pomocnicy zamknęli za nimi drzwi.
- Co się dzieje? - zapytała Esmay, choć tak naprawdęwcale nie chciała wiedzieć. Z powodu napięcia rozbolał ją żołądek.
- Później opowiemy ci ze szczegółami - odpowiedziałBerthol. - Nie zarezerwowaliśmy całego promu, bo pomyśleliśmy, że wystarczywynajęcie prywatnego przedziału. I nie ma mowy, żebyś wykręciła się odprzyjęcia powitalnego, choć pewnie wolałabyś jechać do domu, co?
Esmay kiwnęła głową i rozejrzała się po pomocnikachBerthola. Stopnie milicji niedokładnie odpowiadały rangom we Flocie; pozagwiazdami oznaczającymi stopień generalski, miały zupełnie inne insygnia.Piechota, pancerniacy, lotnictwo, marynarka - którą jej Flota nazywała niecolekceważąco mokrą flotą. Pomocnicy wujka reprezentowali wszystkie czteryrodzaje wojsk i wszyscy byli starsi od niej. Ten z insygniamipancerniaków miał w uchu słuchawkę i teraz zwrócił się do Berthola.
- Generał Suiza mówi, że wszystko gotowe, sir.
- Twój ojciec - wyjaśnił Berthol - dowodzi tam na dolez powodów, o których dowiesz się później. Na razie w porciepromowym odbędzie się formalne powitanie - na szczęście krótkie, jak znamtwojego tatę - potem paradny przejazd do miasta i oficjalna ceremoniaw pałacu.
- Ceremonia? - zdołała zapytać Esmay, gdy Bertholprzerwał, aby nabrać powietrza.
Przez chwilę sprawiał wrażenie zakłopotanego, a potemściszył głos. - Widzisz, Esmay, kiedy twoje działania uratowały całą planetę,a ty nie dostałaś nawet słowa uznania od tej twojej Floty...
Dobry Boże. Esmay pomyślała o wszystkich możliwychwyjaśnieniach, jakie mogła wygłosić - i które on by zrozumiał -i uświadomiła sobie, że to nic nie da. Uznali, że jej Flotaniedostatecznie ją uhonorowała, i nie było sensu tłumaczyć, żeuniewinnienie jej samo w sobie było nagrodą i wyrazem uznania.
- A przecież ty nie jesteś jakimś kudłatymkucykiem gorszego rodzaju - mówił dalej Berthol. - Jesteś Suizą. Traktującię...
- Bardzo dobrze, wujku Bertholu - przerwała mu, czując,że i tak nie jest w stanie zapobiec ceremonii.
- Nie, nie wydaje mi się. Długi Stół zgadza się ze mną.Głosowali, żeby przyznać ci Order Gwiazdy...
- Nie - szepnęła Esmay. Była niemile zaskoczona, żegdzieś głęboko w niej coś zaprotestowało, a potem wyszeptało "tak".
- Oraz własny tytuł, który zostanie przeniesiony, jeśliwyjdziesz za mąż na Altiplano.
Dobry Boże, pomyślała. Nie zasługuję na to. To jest śmiesznei wywoła... niesamowite kłopoty. Flota nie będzie zdawała sobie sprawy, żew ten sposób mieli zamiar udzielić jej nagany; uznają to za niezręczne,a przez to ona też będzie czuła się niezręcznie.
- Nie dostaniesz do tego wielkich ziem - dodał Berthol.- Prawdę mówiąc, twój ojciec zadeklarował tę niewielką dolinkę, w którejmiałaś zwyczaj się chować...
Wbrew sobie Esmay poczuła radość na wspomnienie tej górskiejdolinki o zboczach pokrytych topolami i sosnami, jej trawiastychpolan i przejrzystego strumienia. Już przed laty w wyobraźni objęłają w posiadanie, ale nigdy nie myślała, że będzie jej własnością. Jeśli tomoże stać się rzeczywistością... Ale w tej samej chwili przypomniała sobieniektóre przepisy ZSK, które mogłyby stanąć na przeszkodzie.
- Nie martw się - powiedział Berthol, jakby potrafiłczytać w jej myślach. - Jest poniżej limitu; twój tata na nowo jąwymierzył i skrócił tuż przy górnym końcu, tam, gdzie pokrywa ją lodowiec.No, dobrze, jeśli chcesz zapoznać się z przebiegiem ceremonii wręczenia orderu...
Oczywiście, że chciała. Kostka wręczona jej przez majoraz insygniami wojsk pancernych zawierała nie tylko opis ceremonii, alei streszczenie obecnej sytuacji politycznej i stanowiska jej rodziny.Komisja Wydobycia Minerałów wciąż spierała się z Komisją Biologii Morzao kontrolę nad terenami bentosowymi. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniały,ale przez te lata, kiedy jej tu nie było, główny ciężar konfliktu przesunął sięz Seline Trench, gdzie interesujące biologów kolonie wymarły i terazwydobywano tam cenne minerały, do Pleenid Trench, gdzie nowe kominy dałypoczątek nowym koloniom. Taki spór byłby nieistotny na wielu światach, ale naAltiplano Komisja Wydobycia Minerałów reprezentowała Sekularystów, podczas gdyStarowiercy i Życiosercowcy kontrolowali Komisję Morską. A toznaczyło, że każdy spór dotyczący tego, kiedy właściwie kolonia bentalnazamiera i można wydobywać z niej minerały, przekształcał sięw zamieszki religijne na skalę całej planety.
- Sanni - odezwał się Berthol, kiedy zamknęła czytnikkostki - znów zaangażowała się w sprawy Życiosercowców.
Esmay przypomniała sobie chwilę, kiedy jej romantycznemarzenia o gwiaździstym niebie przekształciły się w całkowitąpewność, że będzie musiała na zawsze opuścić swój dom. Ujrzała wtedy ciotkęSanni - Sanibel Aresha Livon Suiza - i wujka Berthola, krzyczących nasiebie przez całą długość jadalni w estanzy. Sanni była Życiosercowcemrównie zagorzałym w wierze, jak każdy Starowierca. Esmay uważała filozofięŻyciosercowców za dość atrakcyjną, ale Sanni ogarnięta furią przeraziła ją.A jednak to Berthol rzucił bezcennym dzbanuszkiem do czekolady, malowanymw lilie i łabędzie, roztrzaskując go i robiąc rysę na wielkimpolerowanym stole. Jej tata wszedł na sam koniec kłótni; Sanni zbierała napodłodze kawałki dzbanuszka, a Berthol wciąż krzyczał. Papa Stefan,stojący dwa kroki za ojcem, zawstydził ich oboje, zmuszając do przeproszeniasię i podania sobie rąk.
Esmay czuła, że cokolwiek było nie tak między Sannii Bertholem, zostało i wciąż trwa, a ona znów wróciła w samśrodek konfliktu.
- To już nie mój problem - stwierdziła. - Jestem tutylko na krótkiej przepustce...
- Ona cię lubi - przerwał jej Berthol. Jego spojrzenieprzesunęło się po adiutantach, uprzejmie nie zwracających na nich uwagi. -Mówi, że jesteś jedyną rozsądną przedstawicielką swojego pokolenia,a teraz na dodatek jeszcze bohaterką.
Esmay poczuła, że się czerwieni.
- Nie jestem. Wszystko, co zrobiłam...
- Esmay, jesteśmy rodziną. Nie musisz niczego udawać.Wszystko, co zrobiłaś, dziecko, to przeżycie buntu, zwycięskie wyjściez niego, a potem pokonanie dwa razy większego statku przeciwnika.
Znacznie większego, pomyślała Esmay, ale nie powiedziałatego; to by tylko pogorszyło sprawę.
- Nie wiedziałam, że statek tam jest, dopóki nie byłojuż za późno - wyjaśniła.
- A więc byłaś sprytniejsza niż jego kapitan.Jesteś bohaterką, Esmay. Przywyknij do tego. Niesiesz naszą flagę, Esmay,i doskonale sobie radzisz.
Nie niosła ich flagi, tylko własną. Ale nie zrozumielibytego, nawet gdyby odważyła się to powiedzieć. Berthol mówił podobnie jak majorChapin, podobnie jak admirał Serrano. A ona została bohaterem przezprzypadek. Czemu dla innych nie było to równie oczywiste, jak dla niej?
- Sanni jest z ciebie bardzo dumna - kontynuowałBerthol. - Chce z tobą rozmawiać, zapytać cię o Flotę, o twojeżycie. Jak ją znam, chce wiedzieć, czy spotykasz się z kimś odpowiednim. -Roześmiał się, ale zabrzmiało to sztucznie.
Miała powody, żeby stąd wyjechać, i powinna byłatrzymać się z dala od tego miejsca. A jednak na myśl o całej rodzinie,która chwali ją i choć raz jest z niej dumna, jej serce szybciejzabiło. Order Gwiazdy... Z czasów, gdy była jeszcze bardzo małądziewczynką, pamiętała pierwszego żołnierza, którego widziała w trakcieceremonii wręczania orderu, szczupłego rudowłosego młodzieńca o jednejkrótszej nodze. Wpatrywała się w błękitną i srebrną wstęgę wiszącą najego szyi tak uporczywie, że pełni dezaprobaty dorośli zmusili ją, aby goprzeprosiła i przestała za nim chodzić. Nikt z Altiplano nie reagujeobojętnie na Order Gwiazdy...
Obecni na lądowisku reporterzy nosili zielono-szkarłatnemundury Centralnej Agencji Informacyjnej Altiplano. Nikt nie próbowałprzeprowadzać z nią wywiadu, nikt się nie przepychał; tutaj było touważane za nieuprzejme i równoznaczne z brakiem szacunku. Wiedziała,że jej marsz od promu przez terminal do czekającego na nią samochodu będziejedynym klipem w gotowej historii, którą nastepnie skomentuje starszy"analityk".
Jej ojciec, wspierany przez stojącą za nim całą grupęoficerów, przywitał ją takim samym oficjalnym salutem jak Berthol, a gdyodpowiedziała po wojskowemu, objął ją i pocałował, ale nie po ojcowsku,tylko tak, jak dowódca całuje młodszego oficera. Potem została przedstawionajego starszym adiutantom i poprowadzono ją korytarzem, w którymzwarty szereg milicji zapewniał im całkowitą prywatność - co oznaczało izolacjęod cywilów - a następnie miała kilka chwil dla siebie w damskiejtoalecie, gdzie czekały już na nią dwie służące, aby zrobić jej świeży makijażi podjąć próbę uładzenia jej niesfornych włosów. Skończyło się tozaaplikowaniem jakiegoś perfumowanego aerozolu, od którego skóra na głowieswędziała ją jeszcze przez dwa dni, ale ten jeden jedyny raz nie miała żadnychobiekcji. W kilka chwil wyciągnięto ją z munduru ZSK, wyprasowano goi po spojrzeniu na koszulę zmuszono ją do wyciągnięcia z bagażuczystej.
Odświeżona i ku własnemu zdumieniu podniesiona przez tezabiegi na duchu, Esmay weszła w sam środek prowadzonej przyciszonymigłosami sprzeczki między jej ojcem i wujkiem.
- To tylko jedna chmura - argumentował wuj. -I może wcale nie padać...
- To tylko jedna kula - odpowiedział ojciec. -I może nie trafić. Nie będę ryzykował. Jeśli jej włosy zmokną... Och,jesteś już, Esmaya. W stronę miasta zbliża się front burzowy, więc pojedziemysamochodem...
- To nie robi nawet w części takiego wrażenia -zaczął marudzić Berthol. - I wcale nie oczekiwaliśmy od niej jakiegośprawdziwego jeżdżenia.
Spodziewała się jazdy samochodem; zapomniała, że naAltiplano wszystkie ceremonie odbywają się z udziałem koni. Podziękowałajakiemuś nieznanemu bóstwu za możliwość nadejścia burzy i niechęć jej ojcado poskręcanej sterty siana, jaką stawały się jej włosy po zmoczeniu. Dobrze,że nie ma tu nikogo z Floty, kto mógłby szydzić z wojska, które wciążużywa koni.
Oczywiście w paradzie i tak wzięły udział konie,choć ona sama siedziała w samochodzie. Z bezpiecznego miejsca zaszybami przyglądała się doskonale wyćwiczonej kawalerii zajmującej pozycjez przodu i z tyłu, koniom poruszającym się idealnie zgranymiruchami, w jednym rytmie napinającym i rozluźniającym błyszczącezady. Jeźdźcom o wyprostowanych plecach, spokojnych rękach i twarzacho obojętnym wyrazie, który nie zmieniłby się nawet wtedy, gdyby koń stanąłna tylnych nogach... choć żadne z tych idealnie wytresowanych zwierząt niemogłoby zrobić czegoś takiego. Tłumom na chodnikach i twarzom wyglądającymz okien wyższych budynków. Niektórzy wymachiwali flagamiw złoto-czerwonych barwach Altiplano.
Nie było jej w domu nieco ponad dziesięć standardowychlat. Wyjechała jako niezdarna nastolatka, która we wspomnieniach zdawała sięidealnym obrazem niedojrzałości. Nic w niej nie pasowało, ani jej ciało,ani umysł, ani emocje. To samo było we wstępnej szkole Floty. Zanim ukończyłaAkademię, obawiała się, że będzie lekko odstawać od reszty otoczenia, że niebędzie umiała kierować się naturalnymi odruchami.
Nie zdawała sobie sprawy, że wiele tych uczuć minie wrazz wiekiem, a później nałożą się na to skutki opuszczenia rodzimejplanety przed osiągnięciem dorosłości. Teraz, pod słońcem Altiplano,z ciałem podlegającym grawitacji macierzystego świata, zaczęła sięodprężać i poczuła się w domu tak, jak nie czuła się od czasu, gdybyła małą dziewczynką.
Kiedy wysiadła z samochodu i pomaszerowałaczerwonymi schodami prowadzącymi do pałacu, jej stopy bez wysiłku odnajdowałykolejne stopnie. Te stopnie miały właściwą wysokość i odpowiedniągłębokość, a kamień dawał poczucie pewności. Drzwi miały idealneproporcje, a powietrze - wciągnęła je głęboko - pachniało jak należy,i czuła to aż do samego dna płuc.
Rozejrzała się po otaczających ją teraz ze wszystkich stronludziach. Mieszkający na tej planecie ludzie wyglądali swojsko, te twarze znałaprzez całe życie: wystające kości policzkowe i łuki brwiowe, sterczącepodbródki i oczy głęboko osadzone w oczodołach. Długie ramionai nogi, kościste dłonie i stopy, bulwiaste stawy - to jej ludzie.Tutaj pasowała, przynajmniej fizycznie.
- Ezzmaya! S'oort semzz zalaas! - Esmay odwróciła się;jej uszy przyzwyczaiły się już na powrót do dialektu Altiplano i nie miałaproblemu ze zrozumieniem wypowiedzianego właśnie powitania. Nie od razurozpoznała stojącego przed nią pomarszczonego starca, sztywno wyprostowanegoi ubranego w błyszczące galony byłego podoficera, ale starszyadiutant jej ojca szybko podpowiedział jej przez słuchawkę w uchu, że toemerytowany starszy sierżant Sebastian Coron. Oczywiście. Jak daleko sięgałapamięcią w dzieciństwo, stanowił część jej życia; zawsze był rześkii poprawny i zawsze miał słabość do starszej córki swojego dowódcy.
W odpowiedzi na znajome tony jej język podświadomie zwinąłsię w trąbkę; podziękowała mu w lokalnej mowie, co wywołało na jegotwarzy jeszcze szerszy uśmiech.
- A jak się miewa twoja rodzina - synowie ciałai córki serca? Nie pamiętam, czy masz już wnuczęta?
Zanim Coron zdążył odpowiedzieć, jej ojciec wyciągnął doniego rękę.
- Możesz później przyjść nas odwiedzić - powiedział. -Musimy zaprowadzić ją na górę... - Coron kiwnął głową, ukłonił się przed Esmayi cofnął. - Mam nadzieję, że nie masz mu tego za złe - powiedział ojciec,prowadząc ją dalej - ale jest tak z ciebie dumny, jakbyś była jego córką.Chciał przyjść...
- Oczywiście, że nie mam nic przeciwko temu. -Spojrzała na pokryte zielonym dywanem schody. Zawsze uwielbiała witrażowe oknaumieszczone nad schodami i światło zalewające dywan złotymi czerwonym blaskiem. Ubrani na czarno i złoto pałacowi strażnicystali sztywno wyprostowani niczym kolumienki poręczy, wpatrując się przedsiebie. Jako dziecko nieraz zastanawiała się, czy byliby tak sztywni, gdyby ichpołaskotać, ale nigdy nie miała okazji - albo odwagi - żeby spróbować.
- Chce usłyszeć o wszystkim bezpośrednio odciebie, przynajmniej część historii...
- Nic nie szkodzi. - Esmay wolała opowiedziećo tym Coronowi niż któremukolwiek z otaczających ją młodych oficerówmilicji. Coron nauczył ją więcej niż prawdopodobnie wiedział jej ojciec; podjego okiem przez całe lato ślęczała w Varsimli nad podręcznikami taktykimałych grup.
- Czasem trochę go ponosi - kontynuował ojciec - alewiele razy uratował mi skórę. - Spojrzał przed siebie, na górny hol, gdziestała półkolem grupa ludzi w służbowych strojach. - No, jesteśmy. DoradcyDługiego Stołu... Czy miałaś w samochodzie czas...
Nie, nie miała, ale po to właśnie są słuchawki uszne.Większość mężczyzn już kiedyś spotkała, ale pamiętała ich tak, jak dziecipamiętają znaczących gości w ich domu. Nie wiedziała, że Cockerall Mordanzbył Doradcą Zasobów Morskich, ale pamiętała, że kiedyś spadł z koniapodczas gry w polo, a kuc wuja Berthola zgrabnie nad nim przeskoczył.Aktualny Gospodarz Długiego Stołu, Ardry Castendas Garland, pośliznął siękiedyś, wchodząc do ich jadalni, i wywrócił mały stolik z gorącymiręcznikami; prababka zbeształa ją wtedy za gapienie się na niego.
- Esmay - odezwał się Gospodarz, po czym szybkopowrócił do oficjalnego tonu, odpowiedniego dla takiej ceremonii. - PoruchnikuSuiza, to zaszczyt... - Przerwał, a Esmay pozwoliła sobie na niewidocznyuśmiech. Na Altiplano brakowało odpowiednich terminów dla uhonorowania kogośtakiego jak ona: kobiety, oficera i bohatera. W pierwszej chwilichciała mu pomóc, ale potem postanowiła, że pozwoli, by sam rozwiązał problem;w końcu to oni chcą zrobić z niej bohaterkę. Niech coś wymyślą. -Moja droga - powiedział w końcu - przepraszam, ale wciąż przypomina misię, jak uroczym byłaś dzieckiem. Trudno mi pojąć, kim teraz się stałaś.
Esmay z rozkoszą spoliczkowałaby go. Urocze dziecko!Była ponurą, niezgrabną nastolatką... nie uroczą, a trudnąi wyobcowaną. A to, kim jest teraz, powinno być łatwe do zrozumienia:młodszym oficerem Zawodowej Służby Kosmicznej.
- To jasne - odezwał się inny mężczyzna, którego nierozpoznała. To lider opozycji, podpowiedziała jej słuchawka. Orias Leandros.Uśmiechnął się, ale jego uśmiech przeznaczony był dla Gospodarza. Esmaypomyślała, że pewnie będzie próbował zbić na niej kapitał polityczny.
- Gospodarzu Garland - odezwała się szybko. Nie podobałjej się żaden z nich, ale wiedziała, jakie są jej obowiązki wobec rodziny.- Zapewne nie jest pan bardziej zdumiony moim obecnym położeniem niż ja sama.Ojciec powiedział mi, że planują panowie wręczenie mi nagrody, ale musiciezdawać sobie sprawę, że to zbyt wielki dla mnie honor.
- Absolutnie nie - odpowiedział Garland, odzyskawszypewność siebie. Rzucił krótkie spojrzenie na swojego rywala. - To oczywiste, żerodzinne zdolności dowódcze przeszły na kolejne pokolenie. Bez wątpienia panisynowie... - Umilkł, znów schwytany w pułapkę zwyczajów obowiązujących naAltiplano. To, co byłoby eleganckim komplementem wobec mężczyzny, skierowane dokobiety brzmiało prawie nieprzyzwoicie.
- Upłynęło tyle czasu - powiedziała Esmay, zmieniająctemat, zanim Orias Leandros mógł coś powiedzieć. - Może zechciałby panprzedstawić mnie pozostałym doradcom?
- Oczywiście. - Garland lekko się pocił. Jak udało musię zostać Gospodarzem, skoro tak nie radzi sobie z mówieniem? Naszczęście już bez problemów dokonał prezentacji pozostałych mężczyzn,a Esmay udało się uśmiechać odpowiednio szeroko do właściwych osób.
Sama ceremonia wręczenia Orderu Gwiazdy nie zrobiła na niejwrażenia, właściwie niczego nie czuła. Była aż nazbyt świadoma cichego głosuw uchu, który podpowiadał jej wymagane słowa, wyrazu otaczających jątwarzy, jej zakłopotania, że dopełnienie formalności jest dla niej ważniejszeniż samo wręczenie odznaczenia. Order - dysk zdobiony czarną i błękitnąemalią, przedstawiający górę na tle nieba z małym diamentem błyszczącym naszczycie - nie wzbudził w niej ani dumy, ani poczucia winy. Nachyliłagłowę, by ułatwić Gospodarzowi zawieszenie na szyi błękitno-szarej wstęgi;medal był lżejszy niż się spodziewała.
Później było już tylko stanie w rzędzie, wypowiadanierytualnych powitań i podziękowań do podchodzących do niej osób: jestemzaszczycona, bardzo mi miło, dziękuję, jak cudownie, to bardzo uprzejme, bardzodziękuję, jak miło... aż wreszcie podeszła do niej i jej taty,a następnie do Gospodarza ostatnia osoba, siwowłosa dama spokrewnionaw bardzo skomplikowany sposób z babką Esmay. Potem dziewczyna miałatylko kilka minut, żeby napić się cierpkiego soku owocowego i spróbowaćciastek, po czym ojciec znów pogonił ją do samochodu i ruszyli do domu.
Chętnie zostałaby dłużej; wciąż była głodna,a niektórzy z kręcących się po okolicy ludzi byli kiedyś jejprzyjaciółmi. Z przyjemnością skorzystałaby też z szansy kupieniaw mieście jakichś nowych ubrań. Ale nie miała do powiedzenia więcej niżw czasach, gdy była uczennicą. Generał powiedział, że już czas wyjść, więcwyszli.
- Papa Stefan - wyjaśnił jej ojciec - nie czuł sięwystarczająco dobrze, żeby przyjechać, ale zaplanował rodzinne przyjęcie.
Nie potrafiła wyobrazić sobie Papy Stefana w złymstanie; był już siwy, kiedy była dzieckiem, ale zawsze był pełen wigoru,jeżdżąc i pracując razem z synami i wnukami. A więc jednakcoś się zmieniło. Wiedziała, że kiedyś musi to nastąpić, ale trudno jej byłoczuć to samo ciążenie, oddychać tym samym powietrzem i rozpoznawać te samezapachy, jednocześnie myśląc o zmianach. Mijane budynki, solidne kamiennebloki mieszczące sklepy, banki i biura, były tymi samymi, które znała odzawsze.
Trawiaste równiny za miastem ciągnęły się aż do podnóża gór.Esmay wyglądała przez okno, ciesząc się znajomymi widokami. Czarne Zęby. Jakodziecko wierzyła, że było tam legowisko Wielkiego Smoka, pełne smoczychskarbów. Przeżyła gorzkie rozczarowanie, gdy dowiedziała się, że Wielki Smok tonazwa buntowniczego sojuszu, który zgodnie z legendą zmasakrowałpierwotnego właściciela Altiplano i jego rodzinę. Szkolna wycieczka do"legowiska" udowodniła, że był to zupełnie zwyczajny bunkier wkopanyw jedną ze ścian kanionu.
Na południe od Czarnych Zębów widać było inne szczyty SkarpyRomilo, znacznie mniejsze w porównaniu z Zębami. Esmay wytężyławzrok, by przez kilometry rozedrganego powietrza zobaczyć trawiastą zatokę jejrodzinnej estanzy. Znaczyły ją długie rzędy drzew wzdłuż drogii podjazdów.
Samochód zwolnił i zjechał z głównej drogi. Ojciecnachylił się bliżej.
- Nie wiem, czy wciąż przestrzegasz... zwyczajówobowiązujących, kiedy ktoś wróci z długiej podróży... Zresztą ja i takzamierzam zapalić świeczkę.
Esmay poczuła na twarzy uderzenie gorąca. Zapomnienieo tym byłoby złe, ale jeszcze gorsze było to, że ojciec podejrzewał, iżzapomniała.
- Ja też - odpowiedziała. Wysiadła z samochoduzesztywniała, czując się bardzo niezręcznie. Nie myślała o obrządkach odchwili, gdy opuściła dom; nie była pewna, czy jeszcze pamięta słowa.
Przed kapliczką wbudowaną w mur obok bramy estanzyleżał rząd wieńców ze świeżych kwiatów. Czuła dobiegający od nich delikatnysłodki zapach i silniejszy aromat rosnących tuż obok potężnych drzew.Nawet jako obdarzone bogatą wyobraźnią dziecko Esmay nigdy nie byław stanie dostrzec żadnej treści w rozmytym kształcie figuryw niszy. Kiedyś była tak niemądra, że powiedziała, iż wygląda jak rozgotowanaklucha. Już nigdy więcej tego nie powiedziała, ale tak właśnie o niejmyślała. Mimo że teraz obrzuciła ją świeżym spojrzeniem, wciąż widziała tylkoszarawą rozgotowaną kluchę, tyle że wydłużoną w pionie. Wokół figury jakzwykle stały czyste miseczki na świeczki, a same świece leżaływ pudełku obok.
Ojciec wziął jedną, ustawił ją w miseczcez zielonego szkła i zapalił. Esmay wzięła drugą, zapaliła od świeczkitaty i umieściła w świeczniku, uważając, aby nie przypalić sobiepalców. Ojciec nie odezwał się ani słowem, ona też nie; stali obok siebie,przyglądając się drżącym na wietrze płomieniom. Potem ojciec zerwał igłęz drzewa i wsunął ją w ogień. Ze świecznika podniosła sięw górę smużka błękitnego dymu. Esmay pamiętała, by znaleźć kamyczek i umieścićgo w wosku swojej świecy.
Potem wrócili do samochodu i pojechali dalej jużz otwartymi oknami; ojciec nadal nie odezwał się ani słowem. Esmayrozparła się na siedzeniu, ciesząc oczy różnymi odcieniami zielenii złota. Podjazd ocieniony równymi rzędami strzelistych iglaków prowadziłprosto przez kilometr. Po lewej stronie widać było rodzinne boisko do gryw polo, porośnięte przyciętą w szachownicę trawą. Ktoś tam teraz był,i schylony układał kawałki darni. Bliżej domu powitały ją tęczą barwzagony kwiatów. Samochód zatoczył łuk i zatrzymał się na szerokim,wysypanym żwirem placu, tak dużym, że można by dokonywać na nim inspekcjioddziału kawalerii. Kiedyś zresztą był do tego używany. Jeszcze tylko szerokiportyk, ocieniony przez splątane winorośle, u dołu grube niczym drzewa...dwa kroki przez szerokie podwójne drzwi... i wreszcie dom.
Już nie dom.
Nic się nie zmieniło... przynajmniej na pierwszy rzut oka.Jej pokój z wąskim białym łóżkiem, półkami pełnymi starych książek,stojakami na kostki ze znajomymi lekturami. Jej stare ubrania usunięto,a zanim wspięła się na górę, ktoś rozpakował jej bagaże. Bez pytaniawiedziała, co znajdzie w każdej z szuflad. Rozebrała się, wieszającmundur po lewej stronie wieszaka; wiedziała, że zostanie zabrany i oczyszczony,a następnie powieszony po prawej stronie. W tej chwili wisiały tamdwa stroje, które nie należały do niej; widocznie ktoś chciał zasugerować, copowinna założyć na rodzinną kolację. Musiała przyznać, że ubrania wyglądają naznacznie wygodniejsze niż te, które przywiozła spoza planety. Znajomymkorytarzem poszła do dużej kwadratowej łazienki z dwiema kabinamiprysznicowymi i wielką wanną... W porównaniu z wannami nastatkach wydawała się wręcz niemożliwie wielka. Przesunęła znacznik na drzwiachna "długą kąpiel" i uśmiechnęła się do siebie. Lubiła długie, gorącekąpiele.
Kiedy zeszła na dół w kremowej tunice i miękkichbrązowych legginsach, ojciec i macocha już czekali. Macocha, urodzonaelegantka, z zadowoleniem kiwnęła głową, co strasznie Esmay zdenerwowało.Niewątpliwie to ona wybrała tę tunikę i kazała umieścić ją w szafieEsmay. Przez chwilę dziewczyna miała ochotę zerwać ją z siebiei wyrzucić... ale oficerowie ZSK nie zachowują się w taki sposób.Poza tym przyglądali się jej przyrodni bracia oraz pozostali wchodzący do holuludzie. Uśmiechnęła się więc do macochy i uścisnęła jej wyciągniętą dłoń.
- Witaj w domu, Esmaya - przywitała ją macocha. -Mam nadzieję, że spodoba ci się kolacja...
- Oczywiście, że tak - stwierdził ojciec.
Kolację przygotowano w jadalni, której szerokie oknaotwierały się na wybrukowany dziedziniec z fontanną. Nawet przez szmergłosów i szuranie stóp na gładkiej posadzce Esmay słyszała łagodny szumwody.
Z przyzwyczajenia ruszyła w stronę swojego staregomiejsca, ale ktoś już tam siedział - zapewne jakiś kuzyn - więc ojciecpoprowadził ją w górę stołu, by usiadła po lewej stronie Papy Stefana.Prababki nie było przy stole; okazało się, że przyjmie Esmay później, wewłasnym salonie.
- No i wreszcie jest - powiedział tata.
Papa Stefan postarzał się. Był chudszy, jego skóra luźnowisiała na kościach. Ale wzrok wciąż miał ostry, a uśmiech pewny siebie.
- Twój ojciec powiedział mi, że pamiętałaśo złożeniu ofiary za powrót - powiedział. - Czy pamiętasz też właściwąmodlitwę dziękczynną przed posiłkiem?
Zdziwiona Esmay zamrugała. Gdy opuściła Altiplano, przestaław ogóle martwić się czystym i nieczystym jedzeniem orazbłogosławieństwami i przekleństwami, tak samo jak tradycyjną bieliznąuznawaną za odpowiednią dla cnotliwej córki. Nie spodziewała się takiegohonoru... a także testu, jak doskonale wszyscy wiedzieli. Zazwyczaj tylkosynowie i synowie synów wygłaszali modlitwy przy kolacji; córkii córki córek prosiły o łaski u zarania dnia, a przypołudniowym posiłku wszyscy zachowywali milczenie.
Spojrzała na stół, żeby sprawdzić, co podano do jedzenia -to wpływało na dobór odpowiednich słów modlitwy - i zaskoczył ją widokpięciu pełnych mis, co oznaczało zarżnięcie z okazji jej przyjazdu całegocielaka.
Nigdy nie słyszała o kobiecie przemawiającej przy takiejokazji.
- Zebrawszy odpadki... - zaczęła i przeszła gładkoprzez całą modlitwę, zatrzymując się jedynie w tych miejscach, gdziemusiała mówić o sobie w rodzaju męskim. - Z ojca na synaprzeszło to na mnie, więc i ja to przekazuję... - W pierwszym roku szkoływstępnej nie zastanawiała się jakoś głębiej nad własną kulturą i jejjęzykiem. Flota zaszokowała ją swobodnymi związkami między płciamii faktem, że słowem "sir" zwracano się zarówno do mężczyzn, jak i dokobiet. Język Floty rozróżniał dawców genów i opiekunów, a nie ojcówi matki. Na Altiplano zaś nie istniały słowa określające dawców genów;choć znano tu nowoczesne metody reprodukcji, bardzo niewielu miało odwagę jestosować.
Esmay zakończyła modlitwę, wciąż myśląc o tychróżnicach. Słysząc westchnienie Papy Stefana, zerknęła na niego. W jegooczach błyszczały iskierki.
- Nie zapomniałaś... Zawsze miałaś dobrą pamięć,Esmaya. - Kiwnął głową i podeszli służący. Wielkie półmiski przeniesionona boczne stoliki w celu pokrojenia mięs, a na stół podano miskiz zupą.
Jedzenie we Flocie było zupełnie dobre, ale tutaj to byłypotrawy jej dzieciństwa. Gruba błękitna miska z kremową zupą kukurydzianąprzybraną zielenią i czerwienią... Żołądek Esmay aż zaburczał od znajomegoaromatu. Łyżka ozdobiona rodzinnym herbem pasowała do jej palców tak, jakbyz nich wyrosła.
Po zupie podano sałatkę, a następnie mięso pokrojonei ułożone na błękitnych półmiskach z białymi wzorami. Esmay wzięłatrzy plastry, kupkę małych żółtych ziemniaczków, które były rodzinnąspecjalnością, i pełną miarkę marchewek. Takie jedzenie warte byłodługiego czekania.
Wokół niej rodzina prowadziła ciche rozmowy, ale ona niesłuchała. W tej chwili chciała jedynie jeść, czuć smaki, których brakudotąd sobie nie uświadamiała. Na deser podano puszyste rolady, które mogłybywznieść się ku niebu jako chmury... Masło uformowane było w kształtyheraldycznych bestii. Pamiętała formy na masło wiszące rzędem w kuchni.Pamiętała też rolady - nie można było pozwolić, aby wystygły, bo stawały się suchei bez smaku. Trzeba było zalać je masłem albo zanurzyć w sosie.
Kiedy wstała i wyszła, aby odetchnąć świeżympowietrzem, nikt nie zwrócił na to uwagi. Wszyscy kończyli już jeśći służący zaczęli uprzątać talerze.
- To kwestia dumy - usłyszała, jak Papa Stefan tłumaczyjej kuzynce Luci. - Esmaya nie zawiodłaby w niczym, co wiąże sięz honorem jej rodziny. - Nikt nigdy nie zgłębił do końca, czym jest dlaPapy Stefana honor rodzinny. Esmay miała nadzieję, że nie szykuje właśniejednej ze swych intryg z nią w roli heroiny.
Luci była w takim samym wieku jak ona, gdy opuściłaplanetę, i mniej więcej tak samo wyglądała. Wysoka, tyczkowata,z mocno ściągniętymi do tyłu włosami i wymykającymi się kosmykami,które psuły cały efekt uczesania, w ubraniu wyraźnie przeznaczonym naszczególne okazje, a jednak mimo to sprawiającym wrażenie pomiętegoi niechlujnego. W sumie była dosyć ponura i zaniedbana.
- Cześć, Luci - powitała ją Esmay. Z Papą Stefanemi starszymi przywitała się już wcześniej; kuzynki były daleko na dolelisty obowiązkowych powitań. Chciała coś powiedzieć, aby nawiązać rozmowę, alepo dziesięciu latach nie miała pojęcia, co mogłoby Luci zainteresować.Doskonale pamiętała, jak sama się irytowała, gdy dorośli uważali, że ona wciążlubi te same lalki, które lubiła w wieku pięciu czy siedmiu lat.
Papa Stefan wyszczerzył zęby w uśmiechu i poklepałLuci po ramieniu.
- Esmaya, jeszcze nie wiesz, że Luci jest najlepszymgraczem polo w swojej klasie.
- Nie jestem aż taka dobra - wymamrotała Lucii jej uszy jeszcze bardziej poczerwieniały.
- Przypuszczam, że jesteś - odpowiedziała Esmay. -A już z pewnością jesteś lepsza niż ja. - Nie bardzo rozumiała, jakima sens rozmowa o uganianiu się konno za piłeczką. Koń był dla niejśrodkiem transportu pozwalającym na dotarcie do miejsc, do których nie możnadojechać pojazdem, i w krótszym czasie niż można byłoby dojśćpiechotą. - Grasz w zespole szkolnym czy rodzinnym?
- W obu - wyjaśnił Papa Stefan. - Spodziewamy sięzdobycia w tym roku mistrzostwa.
- Jeśli będziemy mieć szczęście - odparła Luci. -A skoro o tym mowa, chciałabym zapytać o tę klacz, którą pokazałmi Olin.
- Spytaj Esmay. To klacz ze stada, które ojciec kupiłdla niej w celu rozpoczęcia hodowli.
W oczach Luci pojawił się błysk gniewu. Esmay byłazaskoczona zarówno samym podarunkiem, jak i niespodziewaną reakcjąkuzynki.
- Nie wiedziałam o tym - powiedziała. -O niczym mi nie wspomniał.
- Nieważne - odpowiedziała Luci, wstając. - Niechciałabym pozbawić powracającej do domu bohaterki jej łupów. - Próbowałapowiedzieć to lekko, ale słychać było kryjącą się w tych słowach gorycz.
- Luci! - warknął Papa Stefan, ale dziewczyna jużzniknęła w drzwiach. Tego wieczoru już się więcej nie pojawiła. Nikt tegonie skomentował, zresztą wszyscy i tak z wolna opuszczali jadalnię...Esmay pamiętała z dzieciństwa, że w towarzystwie nie mówiło sięo takich rzeczach. Pomyślała, że nie zazdrości Luci, która już wkrótce bezwątpienia będzie miała do czynienia z ostrym językiem Sanni.


Dodano: 2006-10-19 13:11:03
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS