NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gwynne, John - "Zgliszcza"

Szmidt, Robert J. - "Ostatnia misja Asgarda"

Ukazały się

Szostak, Wit - "Fuga" (Powergraph)


 Andrews, Ilona - "Magia zmienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Dotąd dobrze"

 Hobb, Robin - "Przeznaczenie Skrytobójcy"

 Paolini, Christopher - "Widelec, Wiedźma i smok"

 Flanagan, John - "Powrót Temudżeinów"

 Bloch, Robert - "Psychoza"

 Campbell, John W. - "Coś"

Linki

Salvatore, R. A. - "Duch Demona"
Wydawnictwo: Isa
Cykl: Salvatore, R. A. - "Wojny Demona"
Data wydania: 2000
ISBN: 83-87376-65-5
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 640
Tom cyklu: 2



Salvatore, R. A. - "Duch Demona" #2

ROZDZIAŁ 2

ST.-MERE-ABELLE

Jego zmarszczki wydawały się jeszcze głębsze w cieniach rzucanych przez światło pochodni. Głębokie bruzdy i zniszczona twarz, oblicze człowieka, który widział zbyt wiele. W ocenie mistrza Jojonaha, Dalebert Markwart, ojciec przeor St.-Mere-Abelle, najwyższa rangą osoba w zakonie abellikańskim, postarzał się ogromnie przez ostatnich kilka lat. Korpulentny Jojonah, sam nie będący już młodzieniaszkiem, przyglądał się Markwartowi uważnie, gdy stali tak na szczycie zwróconych ku morzu murów wielkiego opactwa, wpatrując się w Zatokę Wszystkich Świętych. Próbował porównać ten obraz ojca przeora, nie ogolonego, z oczami zapadniętymi głęboko w oczodoły, ze wspomnieniem mężczyzny sprzed kilku lat, w roku pańskim 821, kiedy wszyscy niecierpliwie wyczekiwali powrotu Windrunnera, statku, który dostarczył czterech braci z St.-Mere-Abelle na położoną na równiku wyspę Pimaninicuit, aby mogli zebrać święte kamienie.
Sprawy zmieniły się dalece od tego czasu nadziei i cudów.
Misja zakończyła się powodzeniem, zebrano i odpowiednio przygotowano ogromny ładunek klejnotów. A trzech braci, z wyjątkiem nieszczęsnego Thagraine`a zabitego przez deszcz meteorów, powróciło żywych, chociaż brat Pellimar zmarł wkrótce potem.
- Szkoda, że to nie Avelyn został uderzony w głowę przez spadający meteor - powtarzał często ojciec przeor w późniejszych latach, Avelyn bowiem, osiągnąwszy największe powodzenie w historii Kościoła jako przygotowywacz świętych klejnotów, powrócił zmieniony i w oczach Markwarta popełnił największą możliwą herezję w zakonie. Avelyn zabrał niektóre kamienie i uciekł, a przy tej ucieczce został zabity mistrz Siherton, osoba równa rangą Jojonahowi i przyjaciel Markwarta.
Ojciec przeor nie pozwolił na to, aby kradzież uszła mu płazem. Sam poprowadził szkolenie jedynego pozostałego z tej czwórki brata, przysadzistego i zwierzęcego mężczyzny imieniem Quintall. Na wyraźne polecenie Markwarta Quintall został bratem Sprawiedliwość i ruszył za Avelynem z rozkazami, aby przyprowadzić mężczyznę albo przynieść jego szczątki.
Dopiero miesiąc temu do biblioteki dotarły wieści, że Quintallowi się nie udało i że nie żyje.
Markwart wciąż jednak nie miał zamiaru pozwolić, aby Avelyn przebywał na wolności. Nakazał De`Unnero, najlepszemu wojownikowi w opactwie - i w ocenie Jojonaha najbardziej występnemu z żyjących ludzi - szkolenie nie jednego, ale dwóch braci Sprawiedliwość, aby zastąpili Quintalla. Jojonah nie lubił wcale De`Unnero, uważał, że temperament tego mężczyzny nie jest odpowiedni dla brata z kościoła abellikańskiego i dlatego nie był zadowolony, kiedy ten wciąż młody mężczyzna został wyniesiony do rangi mistrza na miejsce mistrza Sihertona. Również wybór łowców martwił Jojonaha, podejrzewał bowiem, że ci dwaj mnisi, bracia Youseff i Dandelion, zostali przyjęci do St.-Mere-Abelle w tym celu. Z pewnością żaden z nich nie kwalifikował się bardziej niż ci, którym odmówiono wstąpienia.
Obydwaj jednak potrafili walczyć.
Zatem nawet wybór, kto zostanie przyjęty do zakonu, ta największa odpowiedzialność przeorów i mistrzów, padła ofiarą pragnienia Markwarta, aby oczyścić swoją własną reputację. Ojciec przeor chciał dostać te kamienie z powrotem.
I to desperacko, pomyślał mistrz Jojonah patrząc na wynędzniałe oblicze starego ojca opata. Dalebert Markwart był teraz człowiekiem opętanym, powarkującym i złym. Jeśli na początku Markwart chciał, aby Avelyna pochwycono i skazano, to teraz po prostu chciał, aby go zabito i to w bolesny sposób, torturowano i rozdzierano, aby wyrwano mu serce i wbito je na pal przed głównymi wrotami St.-Mere-Abelle. Markwart nie mówił już teraz o martwym Sihertonie, skupiając się jedynie na kamieniach, tych cennych kamieniach, które zamierzał odzyskać.
Jednak wszystkie te sprawy zostały teraz odłożone na bok z powodu konieczności większej nawet niż obsesja Markwarta, bowiem wojna dotarła wreszcie do St.-Mere-Abelle.
- Oto są - rzekł ojciec przeor Markwart, wskazując na zatokę.
Jojonah oparł się o niski mur, wpatrując się w ciemność, a tam zza zakrętu północnego występu skalistego wybrzeża wyłoniły się światła okrętu, wyraźnie zanurzonego głęboko w wodzie.
- Beczko-łódź powrie - stwierdził Markwart z odrazą, podczas gdy pojawiało się coraz więcej świateł. - Są ich tam tysiące!
Były tak pewne swej siły, że zbliżały się w pełnym widoku z płonącymi światłami, dodał w myślach Jojonah. A nie był to cały rozmiar ich problemu, choć mistrz nie widział potrzeby, aby wspominać o ewentualnych większych kłopotach, przed jakimi stało opactwo.
- A ile nadchodzi lądem? - chciał wiedzieć ojciec przeor, jakby czytał w myślach Jojonaha. - Dwadzieścia tysięcy? Pięćdziesiąt? Spadła na nas cała rasa powrie, jakby Wietrzne Wyspy zwaliły się u naszych wrót!
I znowu korpulentny Jojonah nie miał na to dobrej odpowiedzi. Zgodnie z raportami pochodzącymi z zaufanych źródeł, ogromna armia wysokich na cztery stopy krasnoludów, okrutnych powrie, wylądowała na wybrzeżu w odległości mniejszej niż dziesięć mil od St.-Mere-Abelle. Brutalne stworzenia nie traciły czasu i pustoszyły pobliskie wioski, mordując wszystkich ludzi, którzy nie zdołali uciec. Ten obraz sprawił, że dreszcz przebiegł po krzyżu Jojonaha. Powrie nazywano również "krwawymi beretami" ze względu na ich zwyczaj maczania specjalnie spreparowanych beretów, wykonanych z ludzkiej skóry, w krwi zabitych wrogów. Im częściej beret był zanurzany we krwi, tym jaśniejsza była jego czerwień, stanowiąca oznakę rangi pośród tych krasnoludów o beczkowatych torsach i wrzecionowatych nogach.
- Mamy kamienie - rzucił Jojonah.
Markwart parsknął szyderczo. - A nasza magia wyczerpie się na długo przedtem, nim zmniejszą się szeregi paskudnych powrie i armii goblinów, która, jak mówią, znajduje się na południe stąd.
- Raport wspomina o wybuchu daleko na północy - stwierdził z nadzieją Jojonah, starając się na wszelkie możliwe sposoby poprawić kwaśny humor Markwarta.
Ojciec przeor nie zaprzeczył; szepty pochodzące z godnych zaufania źródeł mówiły o olbrzymiej erupcji w północnej krainie znanej jako Barbakan, będącej ponoć krainą demona daktyla, który zebrał tę nacierającą armię. Chociaż jednak owe pogłoski dawały pewną znikomą nadzieję, że wojna dotarła na próg siedziby daktyla, to jednak nie było to wiele w obliczu sił, jakie nadciągały ku St.-Mere-Abelle, co Markwart podkreślił kolejnym szyderczym parsknięciem.
- Nasze mury są grube, nasi bracia dobrze wyszkoleni w sztukach walki, a załogi obsługujące katapulty są najlepsze na całej Coronie - ciągnął dalej Jojonah, z każdym słowem nabierając rozpędu. - A St.-Mere-Abelle jest bardziej odpowiednie do przetrwania oblężenia niż jakakolwiek budowla w Honce-the-Bear - dodał, uprzedzając następne ponure stwierdzenie Markwarta
- Bardziej odpowiednie, jeśli byłoby mniej gęb do wyżywienia - warknął na niego Markwart, a Jojonah wzdrygnął się jakby uderzony. - Gdyby tylko powrie bardziej się pospieszyły!
Mistrz Jojonah westchnął i zrobił kilka kroków w bok, nie będąc w stanie znieść zgrzytliwego pesymizmu przełożonego ani tej ostatniej uwagi - ocierającej się w ocenie Jojonaha o bluźnierstwo - wyraźnie dotyczącej ogromnej liczby żałosnych uciekinierów, od których ostatnio zaroiło się St.-Mere-Abelle. W końcu byli Kościołem, byli rzekomo zbawieniem dla zwyczajnego zjadacza chleba, a tu ich ojciec przeor, ich duchowy przywódca, narzeka na to, że udziela schronienia ludziom, którzy stracili niemal wszystko. Pierwszą reakcją ojca przeora na napływ uciekinierów było polecenie, aby zamknąć wszystko co cenne, książki, złoty liść, nawet kałamarze.
- To Avelyn zaczął to wszystko - gadał bez ładu i składu Markwart. - Ten złodziej nas osłabił, nasze serce i duszę, i dał nadzieję naszym wrogom!
Jojonah przestał śledzić tyradę ojca przeora. Słyszał już to wszystko przedtem - w istocie, to, iż Avelyn Desbris był odpowiedzialny za przebudzenie demona daktyla, a zatem za zapoczątkowanie kolejnych tragedii, jakie spadły na tę krainę, zostało rozpowszechnione po wszystkich opactwach Corony.
Mistrz Jojonah, który był mentorem Avelyna i jego głównym poplecznikiem przez lata spędzone przez mężczyznę w St.-Mere-Abelle, nie potrafił uwierzyć w swoim sercu w ani jedno słowo. Jojonah studiował w opactwie ponad cztery dekady i nigdy przez ten czas nie spotkał człowieka tak niezwykle świętego jak Avelyn Desbris. O ile wciąż nie pogodził się z ostatnimi czynami Avelyna w opactwie - kradzieżą kamieni i morderstwem mistrza Sihertona - Jojonah podejrzewał, że w tym wszystkim tkwiło coś jeszcze poza tym, na co wskazywała wersja ojca przeora. Bardziej niż czegokolwiek innego, mistrz Jojonah pragnął porozmawiać dłużej ze swoim dawnym uczniem, poznać jego motywację, dowiedzieć się, dlaczego uciekł i dlaczego zabrał klejnoty.
Jeszcze więcej świateł pojawiło się w ciemnej zatoce, przypominając Jojonahowi, iż powinien skupić się na obecnej ponurej sytuacji. Avelyn był sprawą na inny dzień, światło poranka bowiem przyniesie St.-Mere-Abelle pełną furię wojny.
Dwaj mnisi udali się na spoczynek, aby pokrzepić swe siły.
- Śpij dobrze w bożych objęciach - rzekł mistrz Jojonah do Markwarta, używając właściwego, tradycyjnego pożegnania wieczornego.
Markwart zamachał z roztargnieniem ręką przez ramię i odszedł, mrucząc coś pod nosem o podłym Avelynie.
Mistrz Jojonah dostrzegł w tym rosnący problem, obsesję, która mogła przynieść St.-Mere-Abelle i całemu zakonowi jedynie nieszczęście. Jednak przypomniał sobie, iż niewiele mógł na to poradzić i udał się do swej prywatnej komnaty. Dodał do swej wieczornej modlitwy wiele linijek o Avelynie Desbrisie, słów pełnych nadziei, jeśli chodzi o duszę tego człowieka i przebaczenie, a potem przetoczył się na łóżko, wiedząc, że nie będzie dobrze spać.
Ojciec przeor Markwart również wymawiał słowa dotyczące Avelyna, kiedy wchodził do swych urządzonych z przepychem komnat, czterech pokoi wydzielonych w środkowej części parteru potężnego opactwa. Starzec, pochłonięty gniewem, mamrotał przekleństwo za przekleństwem, wyrzucając z siebie imię Avelyna razem z imionami największych zdrajców i heretyków w historii Kościoła i znowu przysiągł, że ten mężczyzna zostanie zamęczony na śmierć, zanim on stanie przed obliczem Boga.
Jego panowanie w St.-Mere-Abelle było bez skazy, miał szczęście przewodzić zakonowi w pokoleniu kamiennych deszczy, a wydawało się, że ogromny ładunek kamieni - największy, jaki kiedykolwiek przywieziono z Pimaninicuit - umocnił jego pozycję pomiędzy najbardziej szacownymi ojcami przeorami w historii. I wtedy ten podły Avelyn zmienił to, uczynił czarną plamę na jego reputacji: stał się pierwszym przeorem, który doznał całkowitej zniewagi w postaci utraty niektórych ze świętych kamieni.
Ojciec przeor Markwart zasnął wreszcie z takimi właśnie myślami, ani trochę nie przejmując się inwazją floty, która wpłynęła do Zatoki Wszystkich Świętych.
Jego sny były ostre jak brzytwa, tak jak i jego gniew, ukazując wyraźne, jasne obrazy dalekiej krainy, której nie znał. Widział Avelyna, krępego, grubego i wymęczonego, wywarkującego rozkazy do goblinów i powrie. Zobaczył, jak mężczyzna powala olbrzyma strumieniem palącej błyskawicy, nie z nienawiści do tej złej rasy, ale dlatego, że ten nie posłuchał rozkazu.
W tle ukazała się anielska postać, skrzydlaty człowiek, wielki i straszliwy. Uosobienie gniewu bożego.
I wówczas Markwart zrozumiał.
Czy to demon daktyl stanowił źródło tej wojny? Nie, to nieszczęście zostało spowodowane przez coś jeszcze potężniejszego niż ta ciemna siła. Prawdziwą siłą kierującą złem był Avelyn, ten heretyk!
Ojciec przeor usiadł w łóżku prosto jak strzała, pocąc się i drżąc. Przypomniał sobie, że to tylko sen.
Jednak, czy w tych wizjach nie skrywało się ziarnko prawdy? Sen ten sprowadził wielkie oświecenie na starego mężczyznę, stanowił pobudkę tak wyraźną, jak najgłośniejszy dzwon, jaki kiedykolwiek zabrzmiał. Przez lata głosił, że to Avelyn jest źródłem wszystkich problemów, ale większość z tego było jedynie techniką wykorzystywaną w obronie własnej, aby bronić się przed własnymi błędami. Zawsze znał tę ukrytą prawdę... ukrytą aż do teraz.
Teraz Markwart zdał sobie sprawę, że rzeczywiście to Avelyn, bez wątpienia. Wiedział, że ten mężczyzna rozwikłał świętą tajemnicę kamieni i wypaczył ją na swój własny niegodziwy użytek, działał przeciwko Kościołowi i całej ludzkości.
Markwart wiedział, bez cienia wątpliwości, a uzbrojony w tę głęboką wiedzę był wreszcie w stanie pozbyć się poczucia winy.
Starzec podniósł się z łóżka, poczłapał do biurka i zapalił lampę. Opadł na krzesło, wyczerpany i pokonany. Z roztargnieniem wyjął klucz z tajnego schowka w jednej z szuflad i użył go do otwarcia zamka w tajnym schowku w innej szufladzie, ukazując prywatny zapas kamieni: rubin, grafit, malachit, serpentyn, tygrysią łapę, magnes i najcenniejszy ze wszystkich, najsilniejszy w St.-Mere-Abelle hematyt, kamień duszy. Przy pomocy tego ciężkiego szarego kamienia Markwart mógł posłać swego ducha przez całe mile, mógł się nawet skontaktować ze swymi współpracownikami, nawet jeśli dzieliło ich pół kontynentu. Używał tego kamienia do kontaktowania się z bratem Sprawiedliwość - nie było to łatwe zadanie, jako że Quintall nie był biegły w posługiwaniu się kamieniami, zaś skupione na jednym celu szkolenie, jakiemu go poddano, dało mu stopień dyscypliny umysłowej trudny do sforsowania.
Markwart użył tego kamienia, aby skontaktować się z przyjacielem w Amvoy, leżącym po drugiej stronie Masur Delaval niż Palmaris, a ten odkrył prawdę o klęsce wyprawy brata Sprawiedliwość.
Jakże cenne były te święte kamienie - dla mnichów z St.-Mere-Abelle nie istniał większy skarb - i Markwart nie mógł znieść tego, że pozwolił, aby niektóre zabrano.
Spojrzał teraz na garstkę kamieni, jakby były jego dziećmi, a potem wyprostował się, mrugając ze zdziwieniem oczami. Ujrzał je bowiem wyraźniej niż kiedykolwiek przedtem, jakby odsłoniła się przed nim wielka prawda. Ujrzał moce ukryte w każdym kamieniu i wiedział, że mógłby dosięgnąć je samą tylko myślą, bez żadnego wysiłku. Niektóre z nich zdawały się jakby stapiać, gdy starzec rozpoznawał nowe i potężniejsze kombinacje różnych kamieni.
Ojciec przeor opadł na oparcie krzesła i zapłakał, łzy radości kapały mu z oczu. Uwierzył nagle, iż uwolnił się z uścisku Avelyna, teraz bowiem rozumiał już, nie mając żadnych wątpliwości. A wraz z tymi objawieniami nadeszła potężniejsza wiedza, głębsze zrozumienie. Avelyn zawsze był cierniem w oku Markwarta, ten, którego uważał za heretyka, był najsilniejszym użytkownikiem kamieni w historii kościoła. Jeśli jednak kamienie pochodziły od Boga, znaczyło to, że ich moc była błogosławieństwem, jak zatem Avelyn Desbris, ten złodziej, mógł się nimi tak biegle posługiwać?
To demon daktyl obdarzył Avelyna tą siłą! To demon daktyl wypaczył kamienie znajdujące się w rękach Avelyna, dając mu wiedzę, jak ich używać.
Markwart ścisnął kamienie mocno w ręku i ruszył z powrotem do łóżka, myśląc, iż Bóg odpowiedział na działania daktyla, ukazując mu taką samą - nie, większą - wiedzę. Tym razem jednak nie naszedł go sen, zbyt był pochłonięty oczekiwaniem walki, jaką przyniesie poranek.
Dalebert Markwart, ojciec przeor, najwyższy rangą członek kościoła abellikańskiego, zrozumiał wszystko opacznie i myśl ta ucieszyła niezmiernie ducha demona daktyla. Z jaką łatwością Bestesbulzibar połączył się z tym nikczemnym starcem, z jaką łatwością wypaczył prawdy, w jakie wierzył Markwart!
Zanim wstał świt, niemal wszyscy z ponad siedmiuset mnichów z St.-Mere-Abelle pojawili się na murze od strony morza, przygotowując się na nadejście floty powrie. Z dwoma widocznymi wyjątkami, jak uświadomił sobie mistrz Jojonah, nigdzie bowiem nie było braci Youseffa i Dandeliona. Markwart zamknął ich w bezpiecznym miejscu, przeznaczając do ważniejszego według niego zadania.
Większość mnichów obsadziła długie blanki opactwa, inni ruszyli zająć strategiczne pozycje w komnatach poniżej szczytu muru. Ustawiono dwa tuziny katapult, podczas gdy ogromna flota powrie zbliżała się ku skalistemu klifowi. Jeszcze bardziej śmiercionośni byli starsi i potężniejsi mnisi, mistrzowie i immakulaci, studiujący dziesięć lat albo i więcej, którzy przygotowali swoje kamienie, a wśród nich znajdował się ojciec przeor ze swoją nową wiedzą i wzmocnioną siłą.
Markwart utrzymywał większość mnichów na pozycjach od strony morza, choć był zmuszony ustawić ponad dwudziestu braci na przeciwległym murze, aby obserwowali nadejście oczekiwanych sił, atakujących od strony lądu. A potem całe St.-Mere-Abelle zamilkło i czekało, podczas gdy dziesiątki okrętów powrie opływało skalny występ i ustawiało się wzdłuż wielkiego opactwa. Większość przypominała niemalże zanurzoną beczkę, ale inne miały płaskie, otwarte pokłady, zaopatrzone w katapulty.
Katapulta wystrzeliła z jednej z komnat tuż poniżej pozycji zajmowanej przez ojca przeora, a kula smoły poszybowała daleko i wysoko, ale z dala od najbliższego okrętu.
- Stać! - krzyknął gniewnie Markwart. - Chcecie pokazać im swój zasięg?
Mistrz Jojonah położył dłoń na ramieniu ojca przeora. - Są nerwowi - usprawiedliwiał ten przedwczesny strzał.
- Są głupi! - warknął w odpowiedzi ojciec przeor, wyrywając się z jego delikatnego uścisku. - Znajdź tego, który wystrzelił, każ go zastąpić w szeregu i sprowadź do mnie.
Jojonah zaczął protestować, ale szybko zdał sobie sprawę, że byłoby to postępowanie głupca. Jeśli rozgniewa jeszcze bardziej ojca przeora - a wiedział, że zrobi to samym tylko odezwaniem się - to kara, jaką Markwart wymierzy młodemu mnichowi, będzie jeszcze cięższa. Westchnąwszy, jak miał to w zwyczaju, z grymasem bezradności na twarzy, grymasem, jaki ostatnio zdarzało mu się zbyt często przyjmować, korpulentny mistrz ruszył, aby odnaleźć artylerzystę, który zbłądził, zabierając ze sobą ucznia drugiego roku jako zastępstwo.
Pojawiało się coraz więcej okrętów powrie, ale te znajdujące się najbliżej nie wchodziły w zasięg katapult ani magii kamieni.
- Czekają na atak z lądu - stwierdził brat Francis Dellacourt, mnich z dziewiątego roku, znany ze swego ciętego języka i trzymania młodszych uczniów w żelaznej dyscyplinie. Cechy te uczyniły z niego ulubieńca Markwarta.
- Jakie wieści z zachodnich murów? - spytał Markwart.
Francis natychmiast skinął na dwóch młodszych mnichów, żeby pobiegli po informacje. - Na początku uderzą nas mocniej od strony lądu - rzekł wówczas Francis do Markwarta.
- Skąd taki wniosek?
- Klif ma wysokość przynajmniej stu stóp i to w najniższym miejscu - argumentował Francis. - Ci powrie w łodziach będą mieli niewielkie szanse zdobycia naszych murów, chyba że będziemy mocno zajęci od zachodu. Uderzą na nas ostro od strony lądu, a potem, kiedy zmniejszy się nasza liczebność na tych murach, uderzy flota.
- Co wiecie o taktyce powrie? - spytał Markwart głośno, wciągając do rozmowy stojących w pobliżu wraz z powracającym mistrzem Jojonahem i artylerzystą. Markwart wiedział, co powie Francis, bowiem on, jak i wszyscy starsi mnisi, studiował zapiski o poprzednich atakach powrie, ale pomyślał, że wykład wygłoszony przez sprawnego Francisa będzie stanowił roztropne tego przypomnienie.
- Mamy kilka przykładów podwójnego uderzenia powrie - przyznał Francis. - Zwykle atakują przede wszystkim z morza, z niesamowitą szybkością i zaciekłością. Podejrzewam jednak, że St.-Mere-Abelle jest zbyt groźne i one o tym wiedzą. Pomniejszą nasze szeregi atakując z zachodu, od strony lądu, a potem ich katapulty zarzucą mocne liny na nasze mury.
- Jak wysoko zdołają się wspiąć, kiedy zajmiemy pozycje obronne przy końcu tych sznurów? - spytał bezczelnie jeden z mnichów. - Odetniemy ich, wymierzymy we wspinające się powrie strzały albo magię.
Mistrz Jojonah zaczął już odpowiadać, kiedy Markwart, który wolał, aby to Francis wypowiedział się w tej sprawie, zatrzymał go uniesieniem ręki, a potem skinął na mnicha z dziewiątego roku, aby kontynuował.
- Nie powinno się ich lekceważyć! - wybuchnął gniewnie Francis, a Jojonah zauważył, że Markwart uśmiechnął się po raz pierwszy od wielu tygodni. - Kilka miesięcy temu powrie uderzyły na Pireth Tulme, fortecę położoną na klifie nie niższym od naszego. W ten sposób udało im się dotrzeć na podwórze, zanim większość garnizonu zjawiła się na murach, aby ich bronić. A jeśli chodzi o tych, którzy znajdowali się na będących rzekomo nie do zdobycia murach Pireth Tulme...
Francis nie dokończył tej myśli. Wszyscy wiedzieli, że nie znaleziono nikogo żywego spośród elitarnej Straży Wybrzeża z Pireth Tulme, a znalezione szczątki były straszliwie zmasakrowane.
- Nie powinno się ich lekceważyć! - krzyknął znowu Francis, odwracając się, aby mieć pewność, że słucha go każdy mnich znajdujący się w pobliżu.
Mistrz Jojonah przyglądał się uważnie Francisowi. Nie lubił tego mężczyzny, zupełnie nie. Brat Francis miał wyraźnie wielkie ambicje, tak jak i wielka była jego zdolność przyjmowania każdego słowa wymamrotanego przez ojca przeora Markwarta, jak gdyby pochodziło prosto od Boga. Jojonah nie wierzył jednak, aby to pobożność kierowała oddaniem, jakie przejawiał brat Francis wobec Markwarta, była to raczej pragmatyczna ambicja. A widząc, jak ów mężczyzna pławi się w okazywanym mu zainteresowaniu, umacniał się jedynie w tym przekonaniu.
Dwaj mnisi powrócili z zachodniego muru, nie okazując pośpiechu. - Nic - zameldował każdy z nich. - Żadnych oznak gromadzącej się armii.
- Kilku wieśniaków przybyło przed chwilą - dodał jeden z nich - donosząc o wielkich siłach powrie zauważonych na zachód od wioski St.-Mere-Abelle, kierujących się na zachód.
Jojonah i Markwart spojrzeli po sobie zdziwieni.
- Podstęp - ostrzegł brat Francis. - Zdążają na zachód, oddalając się od nas, abyśmy nie byli przygotowani na nagły atak od strony lądu.
- Słusznie rozumujesz - stwierdził mistrz Jojonah. - Zastanawiam się jednak, czy nie możemy zwrócić tego podstępu, jeśli nim rzeczywiście jest, przeciwko nim.
- Wyjaśnij - rzekł zaintrygowany Markwart.
- Flota może rzeczywiście czekać na atak od strony lądu - powiedział Jojonah. - A ten atak może być rzeczywiście opóźniany, abyśmy stracili czujność. Jednak nasi przyjaciele powrie tam w zatoce nie widzą zachodnich murów St.-Mere-Abelle ani ziemi leżącej za nimi.
- Usłyszą odgłosy walki - argumentował inny mnich.
- Albo usłyszą to, co wezmą za odgłosy walki - odparł chytrze mistrz Jojonah.
- Dopilnuję tego! - krzyknął brat Francis odbiegając, jeszcze zanim ojciec przeor wyraził swoją zgodę.
Markwart rozkazał, aby co drugi człowiek zszedł z murów i pozostawał w ukryciu.
Chwilę później zaczęło się zamieszanie, zabrzmiały okrzyki "Atak! Atak!" i dał się słyszeć świst strzelającej balisty. Potem ziemia zatrzęsła się od ogromnej eksplozji, a w powietrze wzniosła się kula ognia, magiczny wybuch wywołany rubinem.
- Autentyczny - stwierdził sucho mistrz Jojonah. - Jednak nasz tryskający entuzjazmem Francis powinien zachować swą magiczną energię.
- Musi przekonać powrie - odparował ostro Markwart.
- Nadciągają - dał się słyszeć krzyk, zanim Jojonah zdołał odpowiedzieć i rzeczywiście okręt powrie zaczął prześlizgiwać się przez zatokę, zgodnie z harmonogramem. Na zachodzie trwała wrzawa, krzyki, strzały z balist, podekscytowany Francis wypuścił nawet kolejną ognistą kulę. Powrie, zachęcone widokiem i odgłosami, natarły ostro, a ich beczko-łodzie podskakiwały na wodzie.
Markwart polecił, aby dopuszczono je blisko, choć niejedna katapulta wystrzeliła swój ładunek przedwcześnie. Jednak okręty nadpływały szybko i wkrótce znalazły się w zasięgu i z żarliwym błogosławieństwem ojca przeora dwa tuziny skierowanych ku morzu klasztornych katapult zaczęło swą kanonadę, wyrzucając kamienie i smołę. Jedna barka powrie unosząca katapultę stanęła w płomieniach; beczko-łódź została trafiona w zaokrągloną burtę, a siła głazu obróciła statek do góry nogami w wodzie. Kolejną beczko-łódź trafiono prosto w dziób, ciężki kamień wepchnął przód statku pod wodę, rufa uniosła się ku górze, a napędzana pedałami śruba kręciła się bezużytecznie w powietrzu. Wkrótce wielu ze złych krasnoludów znajdowało się w wodzie, miotając się i wrzeszcząc.
Jednak radość na murach opactwa nie trwała długo, niedługo bowiem znajdujące się z przodu okręty powrie były tuż pod pozycją zajmowaną przez ojca przeora, tuż u podnóża murów, i teraz to ich katapulty włączyły się do działań, wyrzucając dziesiątki lin z zawiązanymi supłami obciążonymi na końcach zmyślnymi wielozębnymi harpunami. Opatrzone hakami żelastwo spadło na wyznaczone miejsca tak gęsto jak grad, a mnisi rozbiegli się w popłochu. Kilku zostało trafionych przez haki i pociągniętych z krzykiem ku murom, gdy harpun przebijał rękę lub ramię.
Grupa siedmiu immakulatów stała w kręgu po prawej Jojonaha, śpiewając zgodnie, łącząc swą moc, sześciu złączyło się rękoma, a siódmy stał w środku z wyciągniętym przed siebie kawałkiem grafitu. Powłoka niebieskiej, trzaskającej elektryczności przykryła zatokę, krzesząc iskry na metalowych korbach katapult powrie, kładąc pokotem dziesiątki z nich, widocznych na pokładach barek.
Jednak wybuch trwał tylko ułamek sekundy i kolejne dziesiątki powrie ruszyło, aby zająć miejsce powalonych. Ruszyły ku górze po linach, zwisając pod nimi, wspinając się, przekładając rękę za ręką z ogromną szybkością.
Mnisi atakowali przy pomocy konwencjonalnych łuków i przy pomocy klejnotów, wypuszczając błyskawice, tryskając ogniem z koniuszków palców, paląc liny, podczas gdy pozostali rzucili się na harpuny z ciężkimi młotami albo na liny z mieczami. Spadły dziesiątki lin, zrzucając powrie do zatoki, ale kolejne dziesiątki śmigały ku górze, gdy coraz więcej statków tłoczyło się u podnóża klifu.
Nie dostrzegając oznak nadciągających sił lądowych, wszyscy mnisi znaleźli się na murze od strony morza, cała siła St.-Mere-Abelle skupiła się na tysiącach statków powrie, od których roiła się Zatoka Wszystkich Świętych. Powietrze ożyło brzęczeniem magicznej energii, swądem palącej się smoły, wrzaskami zamarzających i tonących w zimnej wodzie powrie i krzykami umierających mnichów. Jak tylko bowiem poleciały w górę wszystkie liny, katapulty powrie umieszczone na barkach rozpoczęły miotanie ogromnych koszy z drewnianymi kulami, mającymi cal średnicy, nabitymi mnóstwem metalowych igieł pokrytych trucizną.
Pomimo całego gadania o Pireth Tulme, ostrzeżeń starszych, bardziej oczytanych mnichów, obrońcy St.-Mere-Abelle byli naprawdę zaskoczeni zaciekłością i śmiałością ataku. A także umiejętnościami wroga, bowiem powrie stanowiły tak sprawną i zdyscyplinowaną armię jak żadna inna armia na świecie. Żaden mnich, nawet uparty brat Francis, nie wątpił choć przez chwilę, że gdyby wówczas pojawiły się lądowe siły wroga, to St.-Mere-Abelle, najstarszy i najbardziej obronny bastion w całym Honce-the-Bear, padłby.
Nawet bez pojawienia się sił lądowych ojciec przeor dostrzegał grozę sytuacji.
- Ty - krzyknął na mnicha, który wystrzelił pierwszy pocisk z katapulty. - Teraz masz szansę odkupić swoją winę!
Młody mnich, pragnąc powrócić do łask ojca przeora, podbiegł ku Markwartowi i otrzymał trzy kamienie: malachit, rubin i serpentyn.
- Nie używaj malachitu, dopóki nie zejdziesz w pobliże okrętu - wyjaśnił pospiesznie ojciec przeor.
Oczy młodego mnicha rozszerzyły się, gdy pojął ów zamiar. Ojciec przeor chciał, żeby zeskoczył z klifu, spadając w szczególnie duże skupisko okrętów powrie, użył malachitu do lewitacji i wzniósł osłonę przed ogniem z serpentynu, a potem wypuścił na okręty kulę ognia.
- Nie uda mu się zbliżyć - zaczął protestować Jojonah, ale Markwart zwrócił się ku niemu z taką wściekłością, że korpulentny mistrz cofnął się gwałtownie. Jojonah nadal uważał, że Markwart postępuje źle, wysyłając tego młodego mnicha, bowiem do posługiwania się trzema kamieniami nadawał się lepiej starszy i bardziej doświadczony mnich, przynajmniej immakulat, a najlepiej mistrz. Jeśli nawet młodzieńcowi uda się ta trudna sztuka, to siła wybuchu nie będzie maksymalna, jedynie liźnięcie płomienia, nic, co mogłoby powstrzymać powrie.
- Nie mamy innych możliwości - powiedział Markwart młodemu mnichowi. - Trzeba się zająć tą grupą okrętów, i to natychmiast, albo nasze mury przepadną!
Jeszcze gdy to mówił, dwa powrie przeszły przez mury. Immakulaci spadli na nie od razu, powalając ciosami, zanim mogły przyjąć postawę obroną, a potem odcinając znajdujące się w pobliżu liny. Mimo tego, owo zdarzenie podkreśliło wyraźnie słowa Markwarta.
- Nie zauważą, jak się zbliżasz, pomyślą tylko, że zrzucił cię jeden z nich - wyjaśnił. - Kiedy już uświadomią sobie, jak jest naprawdę, będą się już palić, a ty będziesz się wznosić.
Mnich skinął głową, ścisnął mocno kamienie i wskoczył na szczyt muru. Rzuciwszy spojrzenie do tyłu, skoczył wysoko i daleko, spadając wzdłuż ściany klifu. Markwart, Jojonah i kilku innych ruszyło ku murom, aby patrzeć, jak spada, a ojciec przeor przeklął na głos, kiedy okazało się, że malachit przemienił ten upadek w łagodne opadanie piórka na silnym wietrze, a mnich wciąż znajdował się wiele jardów nad poziomem pokładu.
- Głupiec! - ryknął Markwart, gdy powrie skupiły się na mężczyźnie, ciskając włócznie i młoty, wznosząc swe małe kusze. Trzeba przyznać młodemu mnichowi, że nie zmienił kierunku i nie zaczął unosić się ku górze klifu, ale wciąż spadał, choć może było to wynikiem nagłego przerażenia, a może po prostu dlatego, iż nie miał on magicznej wiedzy i siły.
Pocisk z kuszy trafił go w ramię i jeden kamień wypadł mu z dłoni.
- Serpentyn! - wykrzyknął Jojonah.
Młody mnich, trzymał się za ramię i na próżno wił się i kręcił, starając się uniknąć nasilającego się ataku. Wyraźnie próbował się wznieść z powrotem.
- Nie! - wrzasnął na niego Markwart.
- Nie ma żadnej osłony przed ognistą kulą! - krzyknął Jojonah na ojca przeora.
Młody mnich trząsł się spazmatycznie, uderzony przez pocisk z kuszy, a potem następny, a potem trzeci, jeden za drugim. Magiczna energia opuściła go wraz z życiową, a jego wiotkie ciało spadło na sam dół, odbijając się od barki powrie i wpadając w czarne wody Zatoki Wszystkich Świętych.
- Przyprowadź mi jednego z naszych wieśniaków - krzyknął Markwart na brata Francisa.
- Nie był wystarczająco silny - rzekł Jojonah do ojca przeora. - To nie było zadanie dla nowicjusza. Immakulat mógł nie dokonać takiej sztuki!
- Posłałbym ciebie i z przyjemnością bym się ciebie pozbył - wrzasnął mu w twarz Markwart, oszołamiając go tak, że zamilkł. - Ale jesteś potrzebny.
Brat Francis powrócił z młodym wieśniakiem, nieśmiałym, dwudziestoletnim mężczyzną. - Umiem posługiwać się łukiem - powiedział mężczyzna, starając się sprawiać wrażenie odważnego. - Polowałem na jelenie.
- Weź to zamiast łuku - polecił mu ojciec przeor Markwart, wręczając mu rubin.
Oczy mężczyzny rozszerzyły się na widok i dotyk gładkiego świętego kamienia. - Nie potrafię... - wyjąkał, nie pojmując.
- Ale ja potrafię - warknął Markwart i wyciągnął drugi kamień, swój potężny hematyt, kamień duszy.
Mężczyzna spojrzał na niego nic nie pojmując; brat Francis rozumiał wystarczająco dużo, aby wiedzieć, iż powinien odwrócić uwagę wieśniaka, uderzył go więc mocno w twarz, posyłając na ziemię.
Mistrz Jojonah odwrócił wzrok.
Francis zbliżył się do mężczyzny, zamierzając uderzyć go po raz drugi.
- Dokonało się - oświadczył mężczyzna, a Francis powstrzymał cios i z szacunkiem pomógł mu wstać.
- Przejęcie - wyrzucił z siebie z odrazą Jojonah. Nie mógł uwierzyć, że Markwart uczynił tę niegodziwą rzecz, uważaną zwykle za całkowicie ciemną stronę hematytu. Według wszystkich edyktów zawładnięcie ciałem innego człowieka stanowiło czyn, którego należało unikać. Było to coś, przed czym mnisi, którzy przy pomocy hematytu opuszczali duchem swe ciała, bronili się często przygotowując inne kamienie ochronne. A kiedy Jojonah pomyślał o tym, co właśnie zobaczył, to nie mógł uwierzyć, że przejęcie, będące chyba najtrudniejszym zadaniem dla klejnotów, dokonało się tak łatwo!
Ojciec przeor w ciele wieśniaka podszedł spokojnie do muru, wyjrzał za krawędź, aby zlokalizować największe skupisko statków powrie, a potem, bez chwili wahania, ze spokojem, zeskoczył na drugą stronę. Tym razem bez malachitu, wrzasków, lęku. Ojciec przeor skupił się na rubinie, gdy tak spadał sto stóp, budując energię kamienia do punktu szczytowego, i wypuścił ogromną, wstrząsającą kulę ognia, chwilę przed tym, jak uderzył o pokład. Jego duch natychmiast opuścił ciało wieśniaka, lecąc przez płomienie, z dala od cierpienia, z powrotem do własnej postaci czekającej nań na szczycie zwróconego ku morzu muru.
Otworzył zmęczone oczy, przyzwyczajając się do swego własnego ciała i starając się odpędzić ten moment absolutnego przerażenia, kiedy zbliżył się do pokładów powrie, kiedy jego pożyczoną postać pochłaniał magiczny ogień. Wszyscy mnisi wkoło, z wyraźnie rzucającym się w oczy wyjątkiem mistrza Jojonaha, radowali się szaleńczo, wielu spoglądało ponad murem ku płonącej masie statków powrie, w zdumieniu rzucając pochwały, że ktoś potrafił wzniecić taką ogromną kulę ognia.
- Trzeba było tak uczynić - rzucił Markwart krótko Jojonahowi.
Mistrz nawet nie mrugnął.
- Poświęcenie jednego dla innych jest najważniejszym przykazaniem naszego zakonu - przypomniał Markwart.
- Poświęcenie siebie - poprawił go mistrz Jojonah.
- Idź stąd, do obsady katapult - odprawił go Markwart z niesmakiem.
Mimo iż Jojonah zdawał sobie sprawę, że jego umiejętności w posługiwaniu się kamieniami były nadal potrzebne na dachu, z zadowoleniem posłuchał rozkazu. Odchodząc, wielokrotnie oglądał się na Markwarta, bowiem gdy inni byli jedynie przepełnieni podziwem po tym pokazie magii, Jojonah, który znał Markwarta od ponad czterdziestu lat, był skonfundowany i mocno podejrzliwy.
Istniało tylko jedno wejście do St.-Mere-Abelle od strony przystani na poziomie Zatoki Wszystkich Świętych, ale tak potężne były tam drzwi - dębowe drewno o grubości dwóch stóp wzmocnione metalowymi obręczami, a za nimi krata z kołkami grubości męskiego uda, a za nią jeszcze jedna opadająca ściana tak gruba i mocna jak zewnętrzne drzwi - że żadne powrie, a nawet ogromne fomoriańskie olbrzymy nie mogłyby ich sforsować, nawet gdyby spędziły nad tym tydzień.
Zakładając oczywiście, że drzwi te były zamknięte.
Gdyby mogli wyjrzeć znad klifu na wystarczająco długo, aby zauważyć drzwi, to ani ojciec przeor Markwart ani mistrz Jojonah nie byliby zaskoczeni widząc, jak te wielkie wrota otwierają się, jakby zapraszając grupy powrie, którym udało się uciec przed wybuchem i wciągnąć się na skaliste wybrzeże. Tak naprawdę, to obydwaj właśnie tego się spodziewali, gdy mistrz De`Unnero zgłosił się na ochotnika, a właściwie nalegał na powierzenie mu dowództwa nad kontyngentem dwunastu mnichów znajdujących się na dolnym posterunku. W posiadaniu tej grupy znajdowały się dwie balisty, każda po jednej stronie wielkich drzwi, jednak ich zasięg ogniowy był mocno ograniczony przez wąskie lufy i Markwart wiedział doskonale, że De`Unnero nigdy nie ograniczy się do wystrzelenia kilku, zwykle nieefektywnych pocisków.
Toteż młody i ognisty mistrz otworzył drzwi i stał teraz widoczny w korytarzu, śmiejąc się histerycznie, zachęcając powrie do wejścia.
Grupa niemalże dwudziestu krwawych beretów, już pokiereszowanych, ale nie znających nigdy lęku, rzeczywiście rzuciła się z rykiem do środka, wymachując młotami, toporami i okrutnymi krótkimi mieczami.
Kiedy ostatni z nich przeszedł pod kratą, ta spadła z donośnym hukiem, którego wibracje rozeszły się po całym opactwie, docierając na samą górę, na mur od strony morza.
Zaskoczyło je to, lecz nie powstrzymało, czerwone berety wrzasnęły jeszcze głośniej i rzuciły się do ataku. Kilkanaście strzał z kuszy wystrzelonych w ich kierunku przerzedziło szereg, nie spowolniło jednak natarcia.
De`Unnero stał sam śmiejąc się, a jego wyćwiczone mięśnie prężyły się zwarte pod skórą i zdawało się, jakby miały ją rozedrzeć. Inni mnisi, a zwłaszcza mistrz Jojonah, często wyrażali przekonanie, że serce De`Unnero po prostu wybuchnie, młody mistrz bowiem miał w sobie zbytnią intensywność, aby mogło ją pomieścić ludzkie ciało. Wyglądało teraz na to, iż odpowiadał temu opisowi, naprawdę trzęsąc się od znajdującej się w nim energii. Nie trzymał żadnej widocznej dla powrie broni, tylko jeden kamień, tygrysią łapę, gładki brąz z czarnymi prążkami.
Teraz wydobył magię tego kamienia i gdy zbliżył się pierwszy powrie, ramiona De`Unnero uległy przemianie, przybierając kształt potężnych przednich łap tygrysa.
- Haa! - krzyknął znajdujący się na przedzie powrie, unosząc broń w postawie obronnej.
De`Unnero był zbyt szybki. Skoczywszy do przodu jak polujący kot, ciął prawym ramieniem po twarzy powrie i rozdarł ją.
Wyglądało jakby mistrz oszalał, ale tak naprawdę, to zachował pełną kontrolę, skacząc z jednej strony na drugą, uniemożliwiając powrie wyminięcie go, choć kilkunastu innych mnichów stało w korytarzu, aby odeprzeć atak. Kamień pozostał w jego przemienionej łapie, wtapiając się w skórę, a De`Unnero zapadł teraz głębiej w jego uścisk i choć jego wygląd już się nie zmieniał, to mięśnie pod spodem stały się mięśniami kota.

Zamach jego tygrysiego ramienia posłał jednego z powrie w powietrze, błyskawicznym ruchem mięśni nóg śmignął w bok, uchylając się przed ciosem młota. A potem drugie drgnienie mięśni postawiło go znowu przed atakującym powrie, jeszcze zanim zaskoczony krasnolud zdołał unieść młot.
Pazury orały boleśnie i również twarz tego powrie została zmasakrowana.
Powrie znajdujące się z tyłu ustępowały teraz pola, ale żądza walki De`Unnero nie została jeszcze zaspokojona. Nogi mu drgnęły i wyrzuciły go dwadzieścia stóp do przodu, aż wylądował pośród krasnoludów. Stał się tornadem młócących pazurów i kopiących nóg. Powrie nie były mało znaczącym przeciwnikiem, choć jednak przewyższały tę istotę liczebnie dziewięć do jednego, nie chciały mieć z nim nic wspólnego. Miotały się, rzuciły do ucieczki. Dwóch ruszyło z powrotem do kraty, krzycząc do swych kompanów będących wciąż na zewnątrz, podczas gdy kilka pozostałych przetoczyło się obok walczącego De`Unnero i potykając się weszło w korytarz, gdzie poleciała na nich druga seria strzał z kuszy.
Wszyscy mnisi oprócz jednego opuścili kusze i dobyli broń do walki wręcz, choć garstka rzuciła się do przodu, żeby wykończyć krasnoludy jedynie gołymi rękami.
Dalej w korytarzu De`Unnero trzymał ostatniego stojącego przed nim powrie wielkimi łapami za głowę. Jego pazury wpiły się w czaszkę powrie i machały stworzeniem w przód i w tył z taką łatwością, jakby była to wypełniona trocinami lalka. A potem odrzucił go na bok i zaczął zbliżać się do tych dwóch przy kracie.
Znajdujący się za nimi powrie wymierzył dmuchawkę i wystrzelił, trafiając De`Unnero w brzuch, tuż pod żebrami.
Mnich ryknął, rykiem tygrysa, i wyrwał strzałkę wraz ze sporym kawałkiem ciała, i kontynuował zdecydowane natarcie. Strzelec powrie wsunął na miejsce kolejną strzałkę, a dwa krasnoludy przy kracie wrzasnęły i starały się przez nią przecisnąć.
Wtedy opadły wewnętrzne drzwi, roztrzaskując dmuchawkę i miażdżąc obydwa powrie.
De`Unnero się zatrzymał, gdy obryzgał go strumień krwi. Obrócił się i ryknął znowu. Jednak uświadomił sobie, że jego żołnierze poradzili sobie sprawnie z pozostałymi krasnoludami. Walka była skończona.
Zaciekły mistrz powrócił całkowicie do swojej ludzkiej postaci, wyczerpany tym wysiłkiem zarówno fizycznie, jak i magicznie. Poczuł wówczas głębokie pieczenie w brzuchu, palące i przelewające się po nim, i zdał sobie sprawę, że został otruty. Większość tej trucizny, mieszanka paraliżująca i przynosząca ból, została pokonana przez samą tylko energię przemiany, ale pozostało wystarczająco dużo, aby sprowadzić taki atak drgawek, iż wkrótce mnich osunął się na kolana.
Jego żołnierze zaniepokojeni stłoczyli się wokół.
- Obsadzić balisty - warknął na nich i chociaż De`Unnero był już znowu w pełni człowiekiem, jego głos był tak pełen dzikości jak ryk polującego tygrysa. Młodsi mnisi usłuchali, a mistrz De`Unnero popychany samą tylko determinacją, wkrótce się do nich przyłączył, kierując ostrzałem.
Kiedy główne skupisko statków powrie płonęło i zostało wyłączone z walki, obserwujący je mnisi oddalili się, biegnąc, aby wzmocnić obronę murów tam, gdzie było to potrzebne. Tego długiego i strasznego poranka wiele powrie dostało się na mury, ale żadnemu nie udało się pozostać, a koło południa, gdy wciąż nie było śladu nadciągających sił lądowych, nie było już wątpliwości co do zakończenia. Powrie wciąż walczyły, jak robiły to zawsze, zginęło też ponad pięćdziesięciu mnichów i było kilkakrotnie tylu rannych, ale straty powrie były ogromne, ponad pół tysiąca statków z floty poszło na dno Zatoki Wszystkich Świętych, a setki, które uciekły na głębsze wody, obsadzone były jedynie szczątkowymi załogami.
Wczesnym popołudniem mistrz Jojonah dołączył do pozostałych starszych mnichów, biegłych w posługiwaniu się kamieniami, zajmując się rannymi, podczas gdy młodsi bracia już zorganizowali pochówek dla tych, którym nie pomogły kamienie duszy. Bitwa przeszła w swą ostatnią fazę, fazę porządków, gdy chaos walki zamierał. Wkrótce zdyscyplinowani bracia wprowadzili kolejność obowiązków, pragmatycznie i sprawnie. Jedna rzecz uderzyła jednak mistrza Jojonaha jako dziwaczna. Ojciec przeor, mający w swoim posiadaniu, jak Jojonah wiedział, najpotężniejszy kamień duszy w St.-Mere-Abelle, przechadzał się pomiędzy rannymi i rozdawał słowa pełne otuchy, ale nie wyglądało, żeby się kimś zajmował. Markwart posłał ze szczytu murów tę wstrząsającą ognistą kulę i kilka innych błyskawic całe godziny temu, zatem jego stwierdzenia, że wyczerpała mu się już magiczna energia nie miały sensu.
Korpulentny mistrz mógł jedynie bezradnie wzruszyć ramionami, a potem potrząsnąć głową, kiedy to przybył mistrz De`Unnero z rozerwanym bokiem i choć zaciekły mężczyzna wcale nie utykał ani nie okazywał, że w ogóle odczuwa ból, Markwart zbliżył się i od razu zamknął ranę kamieniem duszy. Jojonah wiedział już wcześniej, że istniała pomiędzy nimi silna więź, tak silna, jak pomiędzy ojcem przeorem a bratem Francisem.
Zajmował się swoją pracą w milczeniu, przetrawiając to wszystko, odkładając na później, aż znajdzie dość czasu na osobności, aby to właściwie przemyśleć.

***

- Uparcie narażasz się na niebezpieczeństwo - zbeształ Markwart De`Unnero, gdy rozwarta rana zasklepiła się pod wpływem hematytu.
- Człowiek musi znaleźć rozrywkę - odparł mistrz z psotnym uśmieszkiem. - Rozrywkę, której mi ciągle odmawiasz.
Markwart zrobił krok do tyłu i spojrzał na niego surowo, rozumiejąc aż za dobrze jego skargę. - Jak idzie szkolenie? - spytał ostro.
- Youseff jest obiecujący - przyznał De`Unnero. - Jest przebiegły, wykorzysta każdą broń i taktykę, aby odnieść zwycięstwo.
- A brat Dandelion?
- Potężny niedźwiedź o silnym ramieniu, ale słabym umyśle - powiedział De`Unnero. - Będzie dobrze służył naszym celom, dopóki Youseff będzie kierował jego działaniami.
Ojciec przeor, widocznie zadowolony, skinął głową.
- Mógłbym pokonać ich obu naraz - zapewnił De`Unnero, ścierając z twarzy swego przełożonego wyraz samozadowolenia. - Będą nosić tytuł braci Sprawiedliwość, a jednak mógłbym zetrzeć ich obydwu na proch i to z łatwością. Mógłbym też wyruszyć i dostarczyć Avelyna i klejnoty.
Markwart nie miał żadnego sensownego argumentu przeciwko temu stwierdzeniu. - Jesteś mistrzem i masz inne obowiązki - rzekł.
- Ważniejsze niż poszukiwanie Avelyna?
- Równie ważne - rzekł Markwart tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Youseff i Dandelion posłużą temu celowi, jeśli mistrz Marcalo De`Unnero odpowiednio ich wyszkoli.
Twarz De`Unnero ściągnęła się mocno, oczy zwęziły, ciskając w myślach sztylety w ojca przeora. Zdecydowanie nie lubił, kiedy kwestionowano jego umiejętności.
Markwart rozpoznał to spojrzenie, widział je bowiem często. Wiedział jednak, że De`Unnero mu się nie sprzeciwi, a zatem taką intensywność można będzie dobrze spożytkować.
- Pozwól mi wyruszyć na poszukiwania - powiedział otwarcie De`Unnero.
- Masz szkolić łowców - odparował Markwart. - I wierz mi, otrzymasz nagrodę za twe wysiłki. - Z tymi słowami ojciec przeor oddalił się.
- Byliśmy dziś dzielni - z dumą rzekł mistrz De`Unnero do Markwarta i pozostałych mistrzów na spotkaniu podsumowującym, po nieszporach.
- Mieliśmy również szczęście - przypomniał im wszystkim mistrz Jojonah. - Nie pojawiły się bowiem ani siły lądowe powrie, ani armia goblinów zauważona w okolicy.
- To więcej niż szczęście, jak sądzę - włączył się Francis, choć nie powinien odzywać się na takim spotkaniu. W końcu Francis nie był nawet immakulatem i był na tym spotkaniu jedynie jako asystent ojca przeora. Mimo to Markwart nie zrobił nic, aby go uciszyć, a inni mistrzowie udzielili mu głosu. - Nie leży to w zwyczaju naszego wroga - ciągnął Francis. - Każda opowieść z linii walki na północ od Palmaris wskazuje, iż nasi potworni wrogowie walczą spójnie, pod wspólnym dowództwem, i widać wyraźnie z powodzenia naszego podstępu, że te okręty powrie rzeczywiście czekały na atak armii lądowej.
- Gdzie zatem były - są - lądowe armie wroga? - spytał niecierpliwie Markwart. - Czy obudzimy się jutro i okaże się, że jesteśmy znowu okrążeni?
- Flota nie powróci - odparł natychmiast inny mistrz. - A jeśliby potwory zaatakowały nas na ziemi, nasze fortyfikacje okażą się jeszcze groźniejsze niż te, które chronią nas od strony morza.
Mistrz Jojonah patrzył akurat na De`Unnero, kiedy padły te słowa, i z niesmakiem zauważył niemalże dziki uśmiech mężczyzny, uśmiech, jaki naprawdę nie przystoi mistrzowi zakonu abellikańskiego.
- Potrójcie tej nocy straże na murach, od strony morza i lądu - postanowił ojciec przeor.
- Wielu jest znużonych po walce - rzekł mistrz Engress, łagodny mężczyzna i przyjaciel Jojonaha.
- Wykorzystajcie zatem wieśniaków - rzucił mu ostro Markwart. - Przyszli tu, żeby jeść naszą żywność i ukrywać się za murami opactwa i ciałami naszych braci. Niech zarobią na swoje utrzymanie, trzymając wartę dzisiejszej i każdej nocy.
Engress spojrzał na Jojonaha i kilku innych mistrzów, ale żaden nie ośmielił się kwestionować tonu Markwarta. - Tak się stanie, ojcze przeorze - rzekł pokornie mistrz Engress.
Ojciec przeor odsunął mocno krzesło, aż jego nogi zaskrzypiały o drewnianą podłogę. Powstał i machnął rękę odprawiając ich, a potem wyszedł z pokoju, kończąc spotkanie.
Według Markwarta wszelkie ważne sprawy zostały zakończone. Mężczyzna chciał zostać sam ze swymi myślami i uczuciami, a niektóre z nich były rzeczywiście niepokojące. Tego dnia posłał na śmierć człowieka, a czyn ten wciąż wymagał pewnej racjonalizacji, zdawał też sobie sprawę, iż nie włączył się zbytnio w uzdrawianie po walce. Pozostała w nim magiczna energia - wiedział o tym nawet wówczas, gdy kłamał usprawiedliwiając się - ale po prostu nie miał ochoty pomagać. Podszedł do jednego z rannych mnichów, mężczyzny, który siedział opierając się o mur od strony morza, z ramieniem paskudnie rozerwanym przez opadający harpun powrie, ale gdy ruszył, aby uzdrowić mężczyznę hematytem - czyn, który wymagał intymnego połączenia - wzdrygnął się, czując... co?
Nienawiść? Odrazę?
Markwart nie miał na to dobrej odpowiedzi, całkowicie jednak ufał swemu instynktowi. Zdał sobie sprawę, iż w zakonie szerzyła się słabość i deprawacja. Avelyn - zawsze był to ten niegodziwy Avelyn! - zapoczątkował ten rozkład, a teraz wydawało się, iż był on bardziej rozpowszechniony niż sądził.
Tak, to o to chodzi, zrozumiał ojciec przeor. Robili się słabi i tak pełni współczucia, że nie byli w stanie już dłużej rozpoznać i właściwie rozprawić się z prawdziwym złem. Jak w przypadku Jojonaha i jego głupiego współczucia dla wieśniaka, którego poświęcenie ocaliło tak wiele istnień.
Jednak nie De`Unnero, pomyślał Markwart i zdobył się na uśmiech. Był silny i wspaniały. Może powinien przyzwolić na spełnienie życzenia tego mężczyzny i pozwolić mu wytropić Avelyna i klejnoty, kiedy bowiem Marcalo De`Unnero podjął się zadania, sukces był niemal pewny.
Ojciec przeor potrząsnął głową, przypominając sobie, iż ma inne plany wobec tego mistrza. Przyrzekł sobie w myślach, że De`Unnero zostanie wyniesiony wyżej w hierarchii jako jego następca. Jak tylko zobaczył rany De`Unnero, zapragnął je uleczyć, jakby święty kamień duszy wzywał go do działania, jakby pokazał mu prawdę.
Wszystko układało się ojcu przeorowi Markwartowi szczęśliwie. Zapisał sobie w pamięci, aby wygłosić odpowiednią mowę pochwalną na cześć wieśniaka, który wypuścił kulę ognia, może nawet wznieść pomnik na cześć mężczyzny, a potem poszedł spać.
Spał smacznie.Straż królewska, armia Honce-the-Bear, tropiła zbuntowane bandy jedna po drugiej i niszczyła je.
W St.-Mere-Abelle implikacje tych, zdawałoby się, dobrych wieści były o wiele głębsze.
- Musimy zbadać źródło bezładu panującego wśród naszych wrogów - powiedział ojciec przeor Markwart starszym mnichom. - Barbakan i ten wybuch, o którym chodzą słuchy.
- Uważasz, że demon daktyl został unicestwiony - domyślił się mistrz Jojonah.
- Uważam, że nasz wróg został pozbawiony głowy - odparł Markwart. - Musimy jednak poznać prawdę.
- Wyprawa - stwierdził jasno mistrz Engress.
Brat Francis pierwszy opuścił pokój, pragnąc ułożyć plany wyprawy do Barbakanu, pragnąc, jak zwykle, zadowolić ojca przeora.
Następnego dnia z St.-Mere-Abelle wyruszyli zwiadowcy, przeczesali okolicę i powrócili, aby zameldować, że nie znaleźli w pobliżu opactwa ani śladu potworów. W przeciągu tygodnia sytuacja się wyjaśniła: siły inwazyjne powrie powróciły na okręty i odpłynęły - dokąd, tego nikt nie wiedział. Armia goblinów, która rzeczywiście znajdowała się w okolicy, rozpadła się, a zbuntowane bandy poruszały się na chybił trafił, plądrując miasteczka.


Dodano: 2006-10-19 14:06:45
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Dragon Age: Cesarstwo masek"


Wygraj "Mutanta"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Abercrombie, Joe - "Nim zawisną"


 Baxter, Stephen - "Ultima"

 Abercrombie, Joe - "Ostrze"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Komuda, Jacek - "Westerplatte"

Fragmenty

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS