NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Grubb, Jeff - "Ostatni strażnik" (Blizzard Legends)

Pullman, Philip - "Zorza Polarna"

Ukazały się

zbiór opowiadań - "Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019"


 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Gołkowski, Michał - "Bramy ze złota. Złote Miasto"

 Swallow, James - "Krocząc w strachu"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Corey, James S.A. - "Prochy Babilonu"

 King,Stephen - "Pan Mercedes" (2019)

 Rogoża, Piotr - "Niszcz, powiedziała"

Linki

Moon, Elizabeth - "Być bohaterem"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Moon, Elizabeth - "Esmay Suiza"
Data wydania: 2005
ISBN: 83-88916-69-6
Oprawa: miękka
Format: 135 x 205 mm
Liczba stron: 428
Tom cyklu: 1



Moon, Elizabeth - "Być bohaterem" #1

Przedsłowie

Familie Regnant to potężny twór polityczny ostrukturze luźno wzorowanej na Imperium Brytyjskim. Powstał przed kilkoma wiekami, pierwotnie jako konfederacjakupców, w celu skuteczniejszej ochrony planet i handluprzez połączenie wszystkich siłzbrojnych w Zawodową Służbę Kosmiczną. Potężna i sprawnaFlota powstrzymuje teraz nie zawsze przyjaznych sąsiadów przed zbrojnąnapaścią.
Do niedawna Familie Regnantrządzone byłyprzez króla, ale po utracie synówwładca abdykował. Odtamtej pory państwem rządziWielka Rada, w której zasiadająprzedstawiciele Familii, czyli rodów - założycieli. Wtedy też coraz wyraźniejzaczynają się ujawniać wewnętrzne podziały, w dużejmierze spowodowane wynalezieniem kilkadziesiątlat wcześniej procesu powtarzalnego odmładzania, dziękiktóremu nieśmiertelność jest już możliwa. Niestety, proces jest bardzo kosztowny i stać na niego tylko najbogatszych.
W tej sytuacji pokusawzbogacenia się może prowadzić do zdrady. Sąsiadujące z Familiami Benignity chce przejąć leżący na uboczu układ Xaviera, dlatego przekupuje dowódców grupy bojowejwysłanej tam w celu zwalczania piratów. W układzieXaviera przebywa w tym czasie jako kapitan prywatnego jachtu międzygwiezdnego byłakomandor Floty, Heris Serrano. Dowiaduje się ospisku i po zabiciu zdrajców przejmujekontrolę nad dwoma okrętami.Trzeci, przebywający na patrolu Despite, ucieka. Niemal w tejsamej chwili do układu dociera grupa bojowa Benignity.
Mimo znacznej przewagiliczebnej wroga Heris Serrano podejmuje obronęplanety, dysponując dwoma okrętamiFloty i uzbrojonym jachtem, i choćzadaje Benignity istotne straty, nie możepowstrzymać inwazji.
Tymczasem lojalni oficerowiena Despite podnoszą bunt. W walkach na pokładzieginą prawie wszyscy oficerowie. Po pokonaniu buntowników najstarszym żyjącym oficerem jest podporucznik Esmay Suiza. Po objęciu dowodzenia kieruje okręt z powrotem do układuXaviera, i wkraczając nieoczekiwanie na pole bitwy, niszczy okręt flagowy wroga, doprowadzając do jego wycofania się.Akcja powieści rozpoczyna siębezpośrednio po bitwie.

Jeszcze uwaga odnośnie do stopni wojskowych Floty: ponieważ w ZSK kapitan to nie stopień, a stanowisko dowódcystatku, jego miejsce w strukturze zastępujestopień majora, natomiast szeregowego nazywa się szeryfem.




Rozdział pierwszy
OSK Harrier, okolice Xaviera

Esmay Suiza zrobiła co mogła, by doprowadzić się doporządku, zanim, zgodnie z rozkazem, zgłosiła się do admirał na pokładziejej okrętu flagowego. Wzięła prysznic i przepuściła mundur przezoczyszczarkę, ale mimo wszystko nie był to strój galowy. Walki na pokładzieDespite'a doprowadziły do przebicia wewnętrznych ścian i wywołałyniezliczone drobne pożary, między innymi w magazynku młodszych oficerów,gdzie leżały galowe mundury. Choć była czysta, nie spała od wielu dni. Oczymiała nabiegłe krwią i mętne ze zmęczenia, drżały jej ręce. Żołądekpodpowiadał jej, że choć starała się ze wszystkich sił, było to za mało.
Admirał Serrano wyglądała jak starsze wydanie kapitanSerrano; miała tak samo krótko przycięte włosy, podobną sylwetkę i brązowąskórę. W jej ciemnych włosach widać było srebrne nitki, a na szerokimczole kilka zmarszczek; sprawiała wrażenie osoby dobrze kontrolującejniespożyte zasoby energii.
- Podporucznik Suiza melduje się na rozkaz, sir. -Przynajmniej nie drżał jej głos. Te kilka dni dowodzenia wyleczyło jąz drżenia, z którym zawsze się zmagała.
- Proszę usiąść, poruczniku. - Esmay nie potrafiłaniczego wyczytać z wyrazu twarzy admirał. Usiadła na wskazanym krześle,zadowolona, że jej kolana to wytrzymały. Kiedy już bezpiecznie zajęła miejsce,admirał kiwnęła głową i kontynuowała. - Zapoznałam się z pani relacjąz wydarzeń na pokładzie Despite’a. Wygląda na to, że był to dość...trudny... okres.
- Tak jest, sir. - To było bezpieczne. W świeciepełnym niebezpieczeństw to zawsze było bezpieczne; tak ją nauczonow Akademii i na pierwszych przydziałach. Ale pamięć podpowiadała, żeto nie zawsze jest prawda, że "Tak jest, sir" skierowane do kapitan Hearneoznaczało zdradę, a "Tak jest, sir" do majora Dovira - przystąpienie dobuntu.
- Rozumie pani, poruczniku, że wszyscy oficerowiebiorący udział w buncie muszą stanąć przed sądem, który oceni ichdziałania? - Pytanie było zadane niemal łagodnym głosem, jakby była dzieckiem.A przecież już nigdy nim nie będzie.
- Tak jest, sir - odpowiedziała, wdzięczna za tęłagodność, choć dobrze zdawała sobie sprawę, że nic jej ona nie pomoże. - My...Ja muszę wziąć na siebie odpowiedzialność.
- Tak jest. Główny ciężar śledztwa oraz rozprawyspadnie na panią jako najstarszego stopniem oficera, który przejął dowodzeniestatkiem. - Admirał przerwała; jej twarz była spokojna, pozbawiona wyrazu.Esmay poczuła wewnętrzny chłód. Będą musieli znaleźć kozła ofiarnego, czyż nieto chciała powiedzieć? Zostanie obwiniona o wszystko, mimo żez początku o niczym nie wiedziała, gdyż nieżyjący już starsioficerowie próbowali trzymać młodych z dala od buntu. Panika błyskawiczniepodsunęła jej obraz najbliższej przyszłości: odrzucona, zhańbiona, wyrzuconaz Floty i zmuszona do powrotu do domu. Miała ochotę argumentować, żeto niesprawiedliwe, ale wiedziała, że to nie ma sensu. Tu nie chodzio sprawiedliwość. Przetrwanie statków zależy od absolutnego posłuszeństwacałej załogi kapitanowi... i tylko to się liczy.
- Rozumiem - powiedziała, choć nie do końca rozumiała.
- Nie będę pani mówić, że w tego rodzaju sprawiesąd to tylko formalność - oświadczyła admirał. - Sąd nigdy nie jestformalnością. W sądzie zawsze ujawniane są ze szkodą dla wszystkichzainteresowanych stron sprawy, które normalnie mogłyby nie mieć znaczenia. Alew tym wypadku nie chcę, żeby uległa pani panice. Jak jasno wynikaz pani raportu oraz raportów pozostałego personelu - Esmay miała nadzieję,że to oznacza siostrzenicę pani admirał - nie wszczęła pani buntu, a istniejeduże prawdopodobieństwo, że bunt zostanie uznany za usprawiedliwiony. - Węzełw żołądku Esmay nieco się rozluźnił. - Oczywiście musimy zwolnić paniąz dowodzenia Despitem.
Esmay poczuła wypełzający na jej twarz rumieniec, bardziejulgi niż rozczarowania. Była już bardzo zmęczona ciągłym wypytywaniem starszychpodoficerów, co ma dalej robić, by nie naruszyć protokołów.
- Oczywiście, sir - odpowiedziała z większymentuzjazmem niż zamierzała. Admirał uśmiechnęła się.
- Szczerze mówiąc, jestem zaskoczona, że pepek był w stanieprzejąć Despite’a i pokierować nim w bitwie, a na dodatek oddaćdecydujący strzał. To wspaniałe osiągnięcie, poruczniku.
- Dziękuję, sir. - Poczuła, jak czerwieni się jeszczebardziej, i zakłopotanie przezwyciężyło powściągliwość. - Właściwie to dziękizałodze - zwłaszcza starszemu bosmanowi Vesec - która wiedziała, co robić.
- Zawsze tak jest - przyznała admirał. - Ale miała panidość rozsądku, żeby im na to pozwolić, i odwagę, żeby wrócić. Jest panimłoda. Oczywiście popełniła pani błędy. - Esmay pomyślała o pierwszejpróbie przyłączenia się do walki, przypomniała sobie, jak nalegała na zbyt dużąprędkość wejścia i spowodowała, że przelecieli obok. Wtedy nie wiedziałajeszcze o awarii komputera nawigacyjnego, ale to jej nie usprawiedliwiało.Admirał mówiła dalej. - Ale wierzę, że jest pani do tego stworzona. Proszęprzetrzymać sąd, przyjąć lekarstwo, jakie pani zapiszą, i ... powodzenia,poruczniku Suiza. - Admirał wstała; Esmay zerwała się, by uścisnąć wyciągniętąw jej stronę rękę. Zwalniano ją; nie wiedziała, dokąd teraz pójdziei co będzie dalej, ale w miejscu, gdzie wcześniej miała tylko zimnywęzeł, poczuła odrobinę ciepła.
Czekająca przed drzwiami eskorta odprowadziła ją dowydzielonej strefy kwater oficerskich. Peli wraz z kilkoma innymi podporucznikamijuż tam byli i z ponurymi minami wciskali do szafek swoje marynarskieworki.
- No cóż, nie zjadła cię żywcem - stwierdził Peli. -Przypuszczam, że teraz moja kolej. Jaka ona jest?
- To Serrano - odpowiedziała Esmay. To powinnowystarczyć; nie zamierzała wdawać się w dyskusje na temat charakteruadmirał. - Czeka nas sąd, ale wiecie o tym. - Starali się nie rozmawiać naten temat, unikając go na ile to było możliwe.
- W tej chwili - stwierdził Peli - cieszę się, żeto ty byłaś najstarsza stopniem, a nie ja. Choć wszyscy mamy kłopoty.
Była zadowolona ze zwolnienia jej z dowództwa, ale nakrótką chwilę zapragnęła go z powrotem, żeby móc kazać Peli zamknąć się.I żeby mieć jakieś zajęcie. Umieszczenie skromnego dobytkuw przydzielonym jej pomieszczeniu zajęło tylko minutę, tyle samo cowyobrażanie sobie, jak przeklinał ją oficer, który z jej powodu musiałwynieść się stąd i dzielić kabinę z kimś innym. Potem zostały jej jużtylko gładkie ściany kabiny, pusty korytarz albo grupka towarzyszy buntuw malutkiej mesie stanowiącej ich jedyną wspólną przestrzeń, dopókiadmirał nie zadecyduje inaczej. Esmay położyła się na koi; żałowała, że niepotrafi wyłączyć wciąż działającego w jej głowie projektora, którynieustannie odtwarzał te same makabryczne sceny. Czemu za każdym razem wydawałysię coraz gorsze?

* * *

- Oczywiście, że podsłuchują - oświadczył Peli. Esmayzatrzymała się w progu mesy. Oprócz Peliego było ich tam jeszcze czworo.Mężczyzna podniósł wzrok, zapraszając ją spojrzeniem do rozmowy. - Musimy założyć,że monitorują wszystko, co robimy i mówimy.
- To standard - potwierdziła Esmay. - Nawetw zwykłych okolicznościach. - Jedną z przyczyn zawiązania jej żołądkaw supeł była obawa, że ekipa dochodzeniowa wysłana na Despite’a odkryje,że ona mówi przez sen. Nie była pewna, ale jeśli mówiła podczas nawiedzającychją koszmarów...
- Tak, ale teraz szczególnie zwracają na to uwagę -stwierdził Peli.
- Przecież my nie zrobiliśmy niczego złego - odezwałsię Arphan, zwykły chorąży. - Nie byliśmy zdrajcami i nie kierowaliśmybuntem. A więc nie bardzo widzę, co mogliby nam zrobić.
- Tobie nic, oczywiście - odpowiedział Peli z nutąpogardy w głosie. - Przynajmniej chorąży są bezpieczni. To dobrze, boprzed sądem mógłbyś umrzeć ze strachu.
- Czemu miałbym przed nim stawać? - Arphan, podobniejak Esmay, przyszedł do Akademii z nie-żołnierskiej rodziny, alew przeciwieństwie do krewnych Esmay, jego rodzina była wpływowai miała przyjaciół zasiadających w Radzie, dlatego spodziewał się, żebędzie w stanie go z tego wyciągnąć.
- Przepisy - lakonicznie wyjaśnił Peli. - Byłeśaktywnym oficerem służącym na pokładzie statku, na którym doszło do buntu,dlatego staniesz przed sądem. - Esmay nie miała nic przeciwko brutalnejbezpośredniości Peliego, jeśli była skierowana do kogoś innego, ale wiedziała,że wkrótce i jej się dostanie. - Ale nie przejmuj się - mówił dalej Peli.- Mało prawdopodobne, żebyś miał spędzić dłuższy czas na ciężkich robotach. ToEsmay i ja - spojrzał na nią i uśmiechnął się ponuro - jesteśmynajstarszymi rangą żywymi oficerami. To nam będą zadawać pytania. Jeślizdecydują się na pokazowy proces, to właśnie nas będą pokazywać. Pepeki toklasa, którą można bez problemu spisać na straty.
Arphan popatrzył na nich, a potem bez słowa zacząłprzeciskać się między pozostałą dwójką i Esmay w stronę drzwi.
- Unika skażenia - podsumował radośnie Liam. On też byłpepekiem, młodszym od Peli, ale także należącym do "klasy na straty".
- No i dobrze - odpowiedział Peli. - Nie lubięmazgajów. Wyobraź sobie, że on chciał, abym naciskał admirał w sprawieodszkodowań za zniszczone mundury.
Esmay wolała nie myśleć, jak konieczne uzupełnienia wpłynąna jej niewielkie oszczędności.
- A przecież on jest bogaty - stwierdził Liam.Liam Livadhi miał Służbę we krwi, i to od wielu pokoleń po obu stronachrodziny. Stać go było na spokój; prawdopodobnie miał tuzin kuzynów, którzywłaśnie wyrośli z mundurów, jakich potrzebował.
- A skoro mowa o sądzie - zmusiła się doodezwania Esmay - jakie są protokoły mundurowe?
- Mundury! - Peli spojrzał na nią z wściekłością.- Ty też?!
- Dla sądu, Peli, nie na pokaz! - Powiedziała toostrzej niż zamierzała i zaskoczona zamrugała.
- Och, racja. - Niemal była w stanie zobaczyćw jego głowie małe trybiki obracające się i grzebiące w pamięci.- Tak naprawdę to nie wiem; w Akademii na zajęciach z prawawojskowego zazwyczaj pokazywali tylko ostatni dzień sądu, ogłoszenie werdyktu.Nie wiem, czy cały czas nosili jakieś szczególne stroje.
- Rzecz w tym - oznajmiła Esmay - że jeślipotrzebujemy nowych mundurów, musimy mieć na to czas. - Galowe munduryoficerskie, w przeciwieństwie do służbowych, szyte były na miarę przezlicencjonowanych krawców. Esmay nie chciała pojawić się przed sądemw czymś nieregulaminowym.
- Słuszna uwaga. Niewiele zostało z zawartościtamtego magazynku, więc musimy przyjąć, że wszystkie nasze galowe munduryzostały zniszczone. - Spojrzał na nią. - Będziesz musiała o to zapytać,Esmay. To ty jesteś najstarsza.
- Już nie. - Ale w chwili, kiedy to powiedziała,uświadomiła sobie, że w tej chwili odpowiedzialność spoczywa jednak naniej.
- W tej sprawie jesteś. Przykro mi, Es, alemusisz.
Pytanie o mundury znów zwróciło na nią uwagęgryzipiórków. Jako kapitan - nawet przez te kilka dni - musiała podpisaćniezliczone ilości dokumentów.
- Oprócz listów do rodzin zmarłych - wyjaśnił komandorporucznik Hosri. - Admirał sądzi, że rodziny wolałyby, gdyby podpisał je niecostarszy oficer, który mógłby lepiej wyjaśnić wszystkie okoliczności. - Esmaykompletnie zapomniała o tej powinności: kapitan musi napisać do rodzinczłonków załogi, którzy zginęli, służąc na jego statku. Poczuła, jak sięczerwieni. - Są też inne ważne raporty, które zdaniem pani admirał powinnypoczekać, aż ekipa śledcza zakończy swoje badania. Ale zostawiła pani beznadzoru mnóstwo rutynowych papierów.
- Tak jest, sir - odpowiedziała Esmay, znów czującrozpacz. Kiedy miała to zrobić? Skąd mogła wiedzieć? Przez jej umysłprzeleciały różne wytłumaczenia, ale żadne wymówki nie były wystarczające.
- Niech pani oficerowie wypełnią te formularze. - Podałjej cały plik. - Proszę je zwrócić wypełnione i z pani podpisemw ciągu czterdziestu ośmiu godzin, a ja prześlę je do personeluadmirał w celu zaakceptowania. Jeśli zostaną zatwierdzone, pani oficerowieotrzymają zgodę na zdobycie nowych mundurów; dotyczy to również pozwoleniaFloty na przekazanie wymiarów do zarejestrowanych krawców, żeby mogli zacząćpracę. No dobrze, teraz musimy zająć się podstawowymi raportami, które powinnybyły zostać wypełnione albo przygotowane do wypełnienia w chwili, kiedyzostała pani pozbawiona dowództwa Despite’a.
Młodsi oficerowie nie byli zachwyceni formularzami;niektórzy zwlekali z ich wypełnianiem i Esmay musiała ich poganiać,żeby skończyli papierkową robotę na czas.
- Ani chwili przed terminem - burknął starszy urzędnikHosri, kiedy Esmay zgłosiła się z raportami. Zerknął na zegar. -Specjalnie czekaliście na ostatnią chwilę?
Nie odpowiedziała; nie podobał jej się ten urzędnik,a musiała przepracować z nim jeszcze pełne dwie zmiany nadniekompletnymi raportami, które zdaniem Hosri powinna była wypełnić. Zdawałasobie sprawę, że raporty są najmniejszym z jej problemów. Podczas gdy nadnimi pracowała, pozostali młodsi oficerowie byli całe dnie przesłuchiwani przezśledczych chcących dowiedzieć się, jak doszło do tego, że okręt patrolowy ZSKbył dowodzony przez zdrajcę, a następnie wybuchł na nim bunt. Ona byłanastępna w kolejności do przesłuchania.

* * *

Ekipy śledcze zalały całego Despite’a; wyciągały zapisyz automatycznego sprzętu rejestrującego, przeszukiwały każdepomieszczenie, wypytywały wszystkich, którzy przeżyli, oglądały ciaław okrętowej kostnicy. Esmay mogła jedynie wyobrażać sobie przebiegdochodzenia na podstawie zadawanych jej każdego dnia pytań. Najpierw poprosiliją, by opisała chwila po chwili, gdzie była i co robiła, co widziałai słyszała, kiedy kapitan Hearne wyprowadziła statek z systemuXaviera. Później opowiedziała to jeszcze raz, posługując się trójwymiarowymschematem statku. Gdzie dokładnie była? W którą stronę patrzyła? Gdziebyła i co robiła kapitan Hearne, kiedy widziała ją ostatni raz?
Esmay nigdy nie była dobra w tego rodzaju rzeczach.Szybko stwierdziła, że najprawdopodobniej naraziła się na zarzutkrzywoprzysięstwa; z miejsca, w którym jakoby siedziała, nie mogłazobaczyć wychodzącego zza rogu porucznika komandora Forrestera, tak jak toopisała. Jak wykazał śledczy, bez użycia specjalnego sprzętu byłoby to fizycznąniemożliwością. Czy dysponowała czymś takim? Nie. Ale jej specjalnością jestskan. Czy jest pewna, że czegoś nie zmontowała? Po ekranie przesunęły się wrazz obrazem statku jej wcześniejsze zeznania. Czy mogłaby wyjaśnić,w jaki sposób dostała się ze swojej kajuty z powrotem tutaj, prawiena sam dziób i dwa pokłady niżej, w zaledwie piętnaście sekund?Znaleziono jej wyraźne zdjęcie - z niesmakiem rozpoznała własną postać -zrobione w korytarzu prowadzącym do przedniej baterii lewoburtowejo 18:30:15, choć upierała się, że była w swojej kabinie o 18:30w celu złożenia raportu.
Esmay nie miała pojęcia, i tak też powiedziała. Zwyklestarała się składać raport ze swojej kabiny, aby nie przesiadywać w mesiedla młodszych oficerów i nie wysłuchiwać plotek. Z pewnością wtedyzrobiła to szczególnie chętnie, mając na względzie krążące po statku pogłoski.Nie lubiła plotek, zawsze pakowały człowieka w poważne kłopoty. Niewiedziała, że kapitan Hearne jest zdrajcą - oczywiście, że nie - ale gdzieśw trzewiach czuła niepokój i wolała o tym nie myśleć.
Dopiero kiedy zmuszono ją do opowiedzenia tego wszystkiegojeszcze raz, przypomniała sobie, że ktoś przesłał jej wiadomość, żeby przyszłaparafować raport inspekcji blokad głowic bojowych. Sprawdzanie automatycznychskanów należało do jej codziennych obowiązków. Kto do niej zadzwonił? Niepamięta. I co znalazła, kiedy już tam dotarła?
- Popełniłam błąd, wprowadzając kod skanu - wyjaśniłaEsmay. - A przynajmniej... przypuszczam, że tak właśnie było.
- Co to oznacza? - Śledczy miał najbardziej obojętnygłos, jaki Esmay kiedykolwiek słyszała, ale z nie do końca jasnych dlaniej powodów wywoływał w niej podenerwowanie.
- Cóż... Numer się nie zgadzał. Czasem tak się dzieje.Ale wtedy zazwyczaj kod nie daje się wprowadzić i sygnalizuje konflikt.
- Proszę to wyjaśnić.
Esmay przez chwilę biła się z myślami, czując obawęprzed zanudzeniem słuchacza, a zarazem chęć dokładnego wyjaśnienia, czemunie jest winna. W trakcie swojej służby wprowadziła tysiące kodów skanów.Czasami popełniała błędy; wszystkim to się zdarzało. Nie powiedziała jednak nagłos, że jej zdaniem głupotą było zmuszanie oficerów do ręcznego wprowadzaniakodów w sytuacji, kiedy istniały bardzo przyzwoite i niedrogieczytniki kodów, które umożliwiały bezbłędne ich wprowadzanie. W przypadkupopełnienia błędu urządzenie zazwyczaj blokowało się, odmawiając przyjęciacyfr. Jednak czasami mogło przyjąć błędny kod, ale potem zawieszało się, gdynastępna zmiana porównywała cyfry.
- W takiej sytuacji wzywali mnie, a jamusiałam przyjść, zresetować kod i zainicjalizować zmianę. To właśniemusiało wtedy nastąpić.
- Rozumiem. - Esmay poczuła zbierający się na jej karkupot. - W takim razie z którego stanowiska zdała pani raporto 18:30?
Nie miała pojęcia. Pewnie w drodze do swojej kabiny;miała przed oczami trasę, ale nie pamiętała samego momentu zgłaszania się.A z kolei gdyby tego nie zrobiła, ktoś by to zarejestrował... Tylkoże wtedy właśnie buntownicy zaatakowali na mostku kapitan Hearne. W każdymrazie mniej więcej wtedy.
- Nie wiem, czy to zrobiłam - odpowiedziała. -I nie pamiętam, żebym tego nie robiła. Doszłam do stanowiska bojowego,zresetowałam kody broni, zainicjalizowałam je i wróciłam do kabiny,a potem... - A potem bunt rozszerzył się poza mosteki buntownicy wysłali kogoś na dół, żeby w miarę możliwości trzymał odtego z dala młodszych oficerów. Nie udało się; zbyt wielu było zdrajców.
Śledczy krótko kiwnął głową i przeszedł do kolejnejsprawy. A właściwie do całej serii kolejnych spraw. W końcu po wielusesjach doszli do momentu, gdy Esmay objęła władzę na statku.
Czy mogłaby wyjaśnić swoją decyzję powrotu do systemuXaviera i próbę podjęcia walki mimo nikłych szans, śmierci wszystkichstarszych oficerów i znacznych strat?
Tylko przez chwilę pozwoliła sobie myśleć o swojejdecyzji jako heroicznej. Rzeczywistość była taka, że nie wiedziała, co robi;jej brak doświadczenia spowodował zbyt wiele śmiertelnych ofiar. I choćw końcu jej decyzja okazała się słuszna, nie mogliby tego powiedzieć ci,którzy zginęli.
Jeśli to nie był heroizm, to w takim razie co?W tej chwili wyglądało to na głupotę lub lekkomyślność. A jednak...jej załoga, mimo jej braku doświadczenia, zniszczyła okręt flagowy przeciwnika.
- Ja... pamiętałam o komandor Serrano -odpowiedziała. - Musiałam wrócić. Po wysłaniu wiadomości, by w razie...
- Chwalebne, ale raczej nierozsądne - stwierdziłprzesłuchujący, którego nosowy głos był charakterystyczny dla pewnych planetFamilii. - Jest pani protegowaną komandor Serrano?
- Nie. - Tylko raz służyły na tym samym statkui nie były przyjaciółkami. Wyjaśniła komuś, kto z pewnością wiedziało tym lepiej niż ona, jak wielki jest dystans między świeżym chorążymo prowincjonalnym pochodzeniu a major wspinającą się w górędzięki własnym zdolnościom i rodzinie.
- A może jej... hmmm... szczególnego rodzajuprzyjaciółką? - Tym razem pytaniu towarzyszył znaczący uśmieszek.
Esmay ledwie powstrzymała się od prychnięcia. Za kogo on jąbierze, za jakąś świętoszkę z zacofanej planety, która nie potrafiodróżnić różnych rodzajów seksu? Która nie potrafi nazywać rzeczy po imieniu?Odegnała z umysłu obraz swojej ciotki, która z pewnością nigdy niewypowiedziałaby słów powszechnie używanych we Flocie.
- Nie, nie byłyśmy kochankami. I nie byłyśmyprzyjaciółkami. Ona była majorem ze specjalizacją w dowodzeniu, jachorążym ze specjalizacją techniczną. Po prostu była dla mnie uprzejma...
- A inni nie?
- Nie zawsze - odpowiedziała Esmay, zanim zdążyłapomyśleć. Już za późno; równie dobrze mogłaby pozować do obrazuprowincjonalnego głupka. - Nie pochodzę z rodziny Floty. Jestem pierwsząod wielu lat osobą z Altiplano, która uczęszczała do Akademii. Niektórzyuważali, że jestem trąba. - Znów za późno przypomniała sobie znaczenie tegosłowa we Flocie. - Osobą, nad którą można poryczeć się ze śmiechu - dodała nawidok podniesionych brwi. - W naszym slangu. - Nie był on dziwniejszy odslangu Floty, po prostu był inny. Heris Serrano nigdy się z tego nieśmiała. Ale raczej nie miała zamiaru mówić tego śledczemu o uniesionychwysoko brwiach, na których widok zaczęła się zastanawiać, którą z wielkichrodzin Floty właśnie obraziła.
- Altiplano. Tak. - Brwi opadły, ale protekcjonalny tonnie zmienił się. - To planeta, na której ruch Aegistów jest szczególnie silny,prawda?
- Aegistów? - Esmay próbowała przypomnieć sobiewszystko, co wiedziała o polityce, gdy była w domu - opuściła go, gdyukończyła szesnaście lat - ale nic nie przychodziło jej do głowy. - Nie wydajemi się, żeby ktokolwiek na Altiplano nienawidził starych ludzi.
- Nie, nie. Aegiści. Na pewno pani wie. Przeciwstawiająsię odmładzaniu.
Esmay wbiła w niego zdziwione spojrzenie.
- Przeciwstawiają się odmładzaniu? Czemu? - Na pewnonie chodzi o jej krewnych, którzy byliby najszczęśliwsi, gdyby Papa Stefanżył wiecznie; był jedyną osobą potrafiącą powstrzymać Sanni i Bertholaprzed rzuceniem się sobie do gardeł, a oni byli bardzo potrzebni.
- Jak uważnie śledzi pani wydarzenia na Altiplano?
- W ogóle nie śledzę - odpowiedziała Esmay.Z radością zostawiła to wszystko za sobą; przysyłane przez jej rodzinękostki z wiadomościami wyrzucała bez oglądania ich. Którejś nocy, poprzebudzeniu się z koszmarnego snu, w którym nie tylko zostaławyrzucona z Floty, ale także skazana na ciężkie roboty, zdecydowała, żeniezależnie od wszystkiego nigdy nie wróci na Altiplano. Mogą ją wyrzucićz Floty, ale nie mogą zmusić do powrotu do domu. Sprawdziła to: nie możnanakazać komuś wyrokiem sądowym, żeby za przestępstwa popełnione gdzie indziejwrócił na planetę urodzenia. - Ale nie potrafię uwierzyć, żeby sprzeciwiali sięodmładzaniu... Przynajmniej jeśli chodzi o którąkolwiek ze znanych miosób.
- Naprawdę?
Ponieważ był pierwszą od lat osobą, która wykazałajakiekolwiek zainteresowanie, Esmay opowiedziała mu o Papie Stefanie,Sanni, Bertholu i całej reszcie, przynajmniej tyle, na ile mogło to miećzwiązek z ich prawdopodobnym nastawieniem do kwestii odmładzania.
- A pani rodzina jest... hmmm... znacząca naAltiplano?
To musiało być w jej kartotece.
- Mój ojciec jest regionalnym komendantem milicji -wyjaśniła. - Stopnie nie są dokładnie takie same jak u was, ale na całejplanecie jest tylko czterech komendantów. - Powiedzenie czegoś więcej byłobyszczytem złego wychowania; jeśli nie jest ignorantem, powinien z jej słówwydedukować, gdzie było jej miejsce w hierarchii społecznej Altiplano.
- I postanowiła pani wstąpić do Floty? Czemu?
Znowu. Spotkała się z tym pytaniem najpierw przyskładaniu podania i w trakcie rozmów kwalifikacyjnych, a późniejna lekcjach psychologii wojskowej. Przypomniała sobie wyjaśnienie, które zawszebyło najlepiej przyjmowane, i przedstawiła je oficerowi o nieruchomymspojrzeniu.
- To wszystko?
- No cóż... Tak. - Inteligentny młody oficer nieopowiada o swoich marzeniach, godzinach spędzanych w przydomowymsadzie na wpatrywaniu się w gwiazdy i obiecywaniu sobie, że kiedyśtam poleci. Lepiej być praktyczną, rozsądną i konkretną. Nikt nie chcemarzycieli i fanatyków, zwłaszcza ze światów, które skolonizowano zaledwiekilka stuleci temu.
Jednak jego milczenie sprowokowało ją do dodania jeszczejednego zdania.
- Marzyłam o locie w przestrzeń - powiedziałai poczuła, jak się czerwieni. Nienawidziła swojej bladej skóry, którazawsze zdradzała jej emocje.
- Aha - powiedział, dotykając stylusa tabletu. - Cóż,poruczniku, to by było wszystko. - Na razie, mówiło jego spojrzenie, to niemoże być koniec przesłuchań. Esmay wypowiedziała formułkę grzecznościowąi wróciła do swojej tymczasowej kwatery.
Dopiero w trakcie drugiej czy trzeciej zmiany napokładzie okrętu flagowego zdała sobie sprawę, że spośród młodych buntownikówtylko ona ma własną kabinę. Nie wiedziała, dlaczego, skoro były jeszcze trzykobiety, wszystkie wciśnięte razem do jednego pomieszczenia. Chętnie by siępodzieliła - no, może nie chętnie, ale bez oporów - ale rozkazy admirał niepozwalały na dyskusję, o czym Esmay przekonała się, gdy zapytała oficerapełniącego obowiązki ich nadzorcy, czy może zmienić ten układ. Wyglądał nazdegustowanego tym pomysłem i stanowczo jej odmówił.
A więc miała swoją prywatność, czy tego chciała, czy nie.Mogła leżeć na swojej pryczy (właściwie cudzej, ale tymczasowo jej)i wspominać. A także próbować myśleć. Tak naprawdę nie chciała żadnejz tych rzeczy. Najlepiej myślało się jej w towarzystwie;w samotności jej umysł brzęczał bezużytecznie, wciąż na nowo odtwarzającte same myśli.
Ale pozostali nie chcieli rozmawiać o tym, co jąmartwiło. Ona zresztą też nie chciała mówić o tym, co poczuła, gdyzobaczyła pierwsze ofiary buntu, i jak zapach krwi i przypalonegopokładu przywołał wspomnienia, o których myślała, że odeszły już nazawsze.
Wojna nigdzie nie jest czysta, Esmay. Tak jej powiedziałojciec, kiedy zdradziła mu, że chce polecieć w kosmos i zostaćoficerem Floty. Wszędzie tak samo śmierdzą ludzka krew i flaki, tak samobrzmią jęki.
Odpowiedziała, że o tym wie. Tak jej się wtedywydawało. Tamte godziny w sadzie, zapatrzenie w odległe gwiazdy,czyste światło w czystej czerni... Miała nadzieję na coś lepszego. Niebezpieczeństwo, o nie; zbyt wiele było w niej z ojca, żeby tegochcieć. Ale oczekiwała czegoś czystego, niebezpieczeństwa przedestylowanegoprzez próżnię...
Pomyliła się, i teraz przypominało jej o tym całeciało, każda najmniejsza komórka.
- Esmay? - Ktoś zapukał do drzwi. Zerknęła na zegari pospiesznie usiadła. Musiała się zdrzemnąć.
- Już idę - odpowiedziała i szybko zerknęła dolustra; miała dość delikatne włosy, które zawsze wymagały jakichś zabiegów.Gdyby to było akceptowane, obcięłaby je na centymetr i miała spokój.Przeczesała włosy palcami i dotknęła zamka. Na zewnątrz stał Peli;wyglądał na zmartwionego.
- Wszystko w porządku? Nie przyszłaś na lunch,a teraz...
- Kolejne przesłuchanie - odpowiedziała szybko Esmay. -Zresztą i tak wcale nie byłam głodna. Już idę. - Teraz też nie miałaapetytu, ale unikanie jedzenia ściągało na człowieka psychniańki, a wcalenie miała ochoty być przesłuchiwaną przez jeszcze jedną grupę ciekawskichludzi.
Kolacja leżała jej ciężko w żołądku; siedziaław zatłoczonej mesie, tak naprawdę nie słuchając toczących się wokół niejrozmów. W większości sprowadzały się do dywagacji na temat tego, gdzieaktualnie są, kiedy dolecą i jak długo potrwa zwołanie sądu. Kto będziew nim zasiadał, kto będzie ich reprezentował i jakie kłopoty wyniknąz tego w przyszłości.
- Nie gorsze niż podleganie kapitan Hearne, gdyby jejsię udało - odezwała się ku własnemu zdumieniu Esmay. Tak naprawdę tylko onaryzykuje przed sądem. A oni siedzą tu i paplają, jakby otrzymaniejakiejś czarnej krechy, która może nieco opóźnić ich promocję, byłonajważniejsze.
Wszyscy popatrzyli na nią.
- Co masz na myśli? - zapytał Liam Livadhi. - To niemogło Hearne ujść płazem. Chyba że zabrałaby statek wprost do Benignity... -Urwał, nagle blednąc.
- Właśnie - stwierdziła Esmay. - Mogła to zrobić, gdybynie powstrzymali jej Dovir i pozostali lojaliści. Wszyscy mogliśmy zostaćwięźniami Benignity. Martwi albo jeszcze gorzej. - Patrzyli na nią tak, jakbynagle obrosła pełnym pancerzem bojowym z uzbrojeniem. - Albo mogłapowiedzieć Flocie, że to Heris Serrano była zdrajcą, a ona uciekła, byocalić statek i załogę przed szaleńcem. Mogła przypuszczać, że nikt niebędzie w stanie pokonać grupy szturmowej Benignity, mając do dyspozycjiwyłącznie dwa okręty. - I nawet Heris Serrano to by się nie udało; Esmaydobrze widziała niebezpieczeństwo, któremu zaradziła. Bez jej zdecydowanegowkroczenia do bitwy Serrano zginęłaby, zabierając ze sobą wszystkie dowodyzdrady Hearne.
Peli i Liam spojrzeli na nią z większym szacunkiemniż wcześniej, nawet w czasie bitwy.
- Nigdy nie pomyślałem - przyznał Peli - że to mogłoujść Hearne na sucho... ale masz rację. Mogliśmy nawet w ogóle niewiedzieć; tylko ludzie na mostku słyszeli wezwanie kapitan Serrano. Gdyby jeszczejeden oficer na mostku był agentem Benignity...
- Bylibyśmy martwi - dokończył Liam i rozczochrałswoje rude włosy. - Cholera. Nie podoba mi się, że mogliśmy zginąć w tensposób.
Arphan skrzywił się.
- Z pewnością wyznaczyliby za nas okup. Wiem, że mojarodzina...
- Handlarze! - powiedział Liam takim tonem, jakbychodziło o jakąś odmianę zdrajców. - Twoja rodzina pewnie prowadziz nimi interesy, co?
Arphan zerwał się z miejsca, ciskając wzrokiem gromy.
- Nie muszę wysłuchiwać obelg od takich jak ty...
- Tak się składa, że musisz - przerwał mu Liam,opierając się wygodniej na krześle. - Mam wyższy stopień, ty kupieckidzieciaku. Na wypadek gdybyś nie zauważył, wciąż jesteś chorążym.
- Dosyć kłótni - odezwała się Esmay. - Livadhi, on nicnie poradzi na to, kim jest jego rodzina. Arphan, Livadhi jest wyższy stopniem,należy mu się szacunek.
- Nooo... - wymamrotał pod nosem Peli. - Eks-kapitanjeszcze pamięta smak dowodzenia. - Ale jego ton wyrażał raczej podziw niżpogardę. Esmay uśmiechnęła się do niego.
- Tak się składa, że pamiętam. A powstrzymywaniemłodzieży od szarpania się za mundury jest łatwiejsze niż prowadzenie bitwy.Postarajmy się, żeby tak zostało, dobrze?
Na twarzach mężczyzn widać było zaskoczenie, potemsatysfakcję, a w końcu wszyscy odpowiedzieli jej uśmiechem.
- Jasne, Esmay - rzekł Livadhi. - Przepraszam, Arphan.Nie powinienem ani w tej chwili, ani w ogóle rzucać podejrzeń natwoją rodzinę. Porucznik Suiza ma rację. Przyjaciele? - Wyciągnął dłoń. Arphan,wciąż zagniewany, w końcu uścisnął ją, mamrocząc coś o przeprosinach.Uwadze Esmay nie uszedł fakt, że Liam położył nacisk na przyjaźń z Esmayi starszeństwo nad Arphanem. Ona też mogłaby to zrobić, gdyby się nad tymzastanowiła, ale dla Liama Livadhi i pozostałych urodzonychw rodzinach Floty zdawało się to równie naturalne jak oddychanie.


Dodano: 2006-10-19 13:11:03
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść ze świata Dragon Age


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"


 Morgan, Richard - "Siły rynku"

 Sanderson, Brandon - "Do gwiazd"

 Funke, Cornelia, del Toro, Guillermo - "Labirynt fauna"

 Aldiss, Brian W. - "Non stop"

 Sanderson, Brandon - "Rytmatysta"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Podlewski, Marcin - "Księga Zepsucia. Tom 1"

Fragmenty

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

 Majka Paweł, Rusak Radosław - "Czerwone żniwa. Uderzenie wyprzedzające"

 Karnicka, Anna - "Paradoks Marionetki: Sprawa Marionetkarza"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS