NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Zelazny, Roger - "Aleja Potępienia" (Kolekcja Wehikuł czasu)

Liu, Cixin - "Era supernowej"

Ukazały się

Weinbaum, Stanley G. - "Drapieżna planeta"


 antologia - "Drugie lądowanie. Antologia króciaków"

 Szacha, Georgij - "Nie było smutniejszej historii"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Harkness, Deborah - "Cienie Nocy"

 Pilipiuk, Andrzej - "Karpie Bijem"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Abbott, Tony - "Klątwa węża"

Linki

antologia - "Niech żyje Polska. Hura!", tom 1
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Cykl: antologia - "Niech żyje Polska. Hura!"
Data wydania: Grudzień 2006
ISBN: 83-60505-20-9
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195



antologia - "Niech żyje Polska. Hura!", tom 1 #1

Jarosław Grzędowicz - "Farewell Blues"

Ostatniego poranka na Ziemi nie zjadł śniadania. Bał się otwierać lodówkę. Tydzień temu wyłączono mu prąd i teraz spod drzwi wyciekał jakiś bury, cuchnący płyn. Nie wiedział, co to jest, i nie chciał wiedzieć. Zresztą i tak nie było tam nic godnego uwagi.
Zdjął z czujnika zwiędłą, zwulkanizowaną od upału prezerwatywę i zapalił skręta z przemycanego tytoniu.
Żegnaj, moje gniazdko.
Kiedy wychodził już na schody, nadal nie było słychać syren. Państwo zaczynało się sypać.
Zostawił otwarte drzwi. Większość samotnych emigrantów tak robiła.
Żegnajcie.
Nie dostaną jego składek, ale za to będą mogli przebierać do woli w pustostanach. Bezrobocie przejdzie do historii, podobnie jak tłok w autobusach.
Chyba że Słońce jednak wybuchnie.
Żegnaj, Słońce.
* * *
Sąsiad stał na dole w bramie, kryjąc się w jej smrodliwym cieniu przed lipcowym, wściekłym upałem, i zastawiał swoim rozdętym cielskiem drzwi.
Celowo.
– A gdzie się sąsiad wybiera?
– Bo co?
– Bo mnie się, kurna, zdaje, że na stację. Bez obrazy, sąsiad, ale podobnież przez takich jak ty to ma zasiłków zabraknąć.
Siedlarski spojrzał na zegarek i stwierdził, że zostało mu trzy i pół godziny. Trzy i pół godziny na Ziemi.
– W telewizji mówili. Nie będzie komu robić, to i zasiłków nie będzie. Ja jestem inwalida, kurna. Pan, sąsiad, jesteś w porządku, na wino mnie dawałeś. Ale pojechać to, bez obrazy, nie pojedziesz. No bo każdy ma obowiązki, nie? A jak wszyscy pojadą, to co będzie?
– To będziesz musiał na siebie zarobić, inwalido – powiedział Siedlarski i ruszył do przodu. Na kiwające się w świetle bramy rozdęte cielsko, rozpychające od środka pasiastą podkoszulkę niczym kosmata plażowa piłka.
– Co... do mnie tak?! Ty, kurwa, cwelu, przecież cię zajebię! – zawarczał inwalida. Obowiązkowa, tradycyjna gadka poprzedzająca wrzaskliwą, chaotyczną bójkę w bramie. Taka gra wstępna.
– Po pierwsze... – zaczął Siedlarski, nie zatrzymując się ani na chwilę – stoisz mi na drodze. Po drugie...
Sąsiad nigdy nie dowiedział się, co będzie po drugie. Siedlarski sam nie wiedział. Jedną z niepisanych zasad ulicznej gry wstępnej było zaczynanie bójki po zakończeniu kwestii. Haratanina zaczynała się, kiedy wyczerpano koncept. Tak samo było od paleolitu i tak samo odbywa się to zarówno wśród orangutanów, jak dachowych kotów. Dlatego Siedlarski powiedział „po drugie” i lewą dłonią chwycił zasłuchanego sąsiada za twarz.
Tamten poderwał odruchowo ręce i natychmiast odebrał potężne kopnięcie w krocze. Mocnym butem firmy 5.11, specjalizującej się w odzieży dla najemników i firm ochroniarskich. Wzmacniany kewlarem czubek buta wbił się pod brzuch sąsiada i zatonął na ułamek sekundy jak w worku tranu.
Bez większego efektu. Grubas stęknął tylko i ruszył naprzód jak rozwścieczony byk. Przez jedną okropną sekundę Siedlarski pomyślał, że już po nim. Jednak impuls nerwowy w mózgu sąsiada, który najwyraźniej utknął gdzieś po drodze w korku, przedarł się przez rzadko używane sieci neuronów, trąbiąc wściekle na wywołane alkoholem roboty drogowe, i wbiegł zdyszany do ośrodka bólu, kiedy wielkie pięści były już w drodze.
Sąsiad zatrzymał się nagle, jakby wpadł na przezroczystą ścianę, objął swój rozdęty brzuch i złamał się wpół jak rodząca foka.
Siedlarski opuścił uniesione obronnie ręce i spojrzał na sąsiada składającego mu coś podobnego do pokłonu. Grubas oparł dłoń o cementową posadzkę, uniósł się trochę i zwymiotował na schody.
Piotr podniósł plecak, obszedł grubasa z boku i dla pewności kopnął go jeszcze raz w żebra. Tamten zawył i padł ciężko na bok, jak zdychający bawół.
– Żegnaj, sąsiedzie – powiedział Siedlarski. – Przekaż moje pożegnanie wszystkim takim jak ty. Farewell.
Na ulicy trząsł się jeszcze ze złości i napięcia, ale nie wiedział, czy wywołała je bójka, czy wyjazd. Dziwnie było tak iść znajomymi ulicami, mając świadomość, że to ostatni raz. Absolutnie ostatni. To nie Australia. Tam, po tamtej stronie wielkiej pustki, będzie patrzył na Słońce, wypatrując go nocą wśród gwiazdozbiorów. I będzie to światło z czasów, gdy ludzie siedzieli w jaskiniach. Nawet nie dowie się, czy w końcu wybuchło. Jeśli zamieni się w supernową, zobaczą to za tysiące lat. Wszyscy jego przodkowie – Pizarro, Leif Eriksson albo Vasco da Gama mogli wrócić ze swoich nowych ziem. Siedlarski wybierał się w jedną stronę.
I tak nie miałby do czego wracać.
* * *
Miasto nie wyglądało jak po zagładzie nuklearnej, ale czuło się, że coś jest nie tak. Widać było powybijane szyby w oknach, obrabowane, porzucone samochody stojące w bocznych uliczkach i straszące wybebeszonym wnętrzem, ale nie było ich aż tak dużo. Miasto nie było też całkiem puste. Trochę jak o świcie, a trochę jak w jakieś święto. Przechodniów niewielu, korki też jakby gdzieś znikły. Podobno dość często natomiast znajdowano porzucone niemowlęta. Niektórym trudno było zapomnieć, jak słodka, świeżo przyniesiona ze szpitala Pusia nagle otwiera oczy i wygłasza międzyplanetarne odezwy skrzekliwym, obcym głosem. Niektórzy nigdy potem nie przestali się bać.
Policjanci chodzili w pięcioosobowych patrolach, w hełmach i z automatami przewieszonymi przez plecy. Od czasu do czasu ulicą przemykał kanciasty samochód pancerny z wymalowanymi białą farbą znakami IPROFOR-u, pełen jakichś Szwedów albo Niemców, kryjących się przed upałem za zatrzaśniętymi włazami.
Pod dworcem było ich więcej. Samochody pancerne, policjanci topiący się od ukropu w czarnych drelichach. I tacy jak on. Wychodzący z zaułków i ulic w gwiaździstym marszu na dworzec, niosący mniejsze niż czterdzieści centymetrów bagaże z pamiątkami. Walizki, nesesery, torby. Ktoś niósł nawet tekturowe pudło. Piotr zastanowił się, co mogą w nich mieć. Zdjęcia? Drobiazgi? Bibeloty? Dorobek intelektualny ludzkości został skopiowany i znajdował się już na miejscu. Jak wyssany gigantycznym odkurzaczem. Święte księgi i chłam z list bestsellerów. Wszystko. Wiersze i przekleństwa. Koran i „Wściekłość i duma” razem. Wszystko.
Nic nie trzeba było zabierać. Tylko pamiątki.
* * *
Na dworcu było już ich widać. Z daleka, zanim wszedł na prowadzące na perony schody, słyszał już okrzyki tłumu. Zawsze kiedy odjeżdżał pociąg na lotnisko, na dworzec przychodził tłum. Milczący emigranci, schodzący między szpalerami policjantów na perony, i tłum tych, którzy zostawali. Czasem przychodzili się pożegnać, a czasem wrzeszczeć i rzucać czymś nad składanymi barierami ze stalowych rurek.
Tutaj po raz pierwszy emigranci czymś się różnili. Niebieskim Paszportem dyndającym na szyi, który otwierał wejście na peron, oraz przytulonym do ciała tobołkiem.
* * *
Zaczęli rozmawiać dopiero w pociągu. Starym pociągu podmiejskim, całym pokrytym olbrzymimi graffiti jak liszajem, z ekranami z siatki założonymi na powybijane okna. Obcy ludzie, którzy uświadomili sobie, że niedługo położą się do podłużnych, podobnych do sarkofagu pojemników, a obudzą już na Nowej Ziemi. Obok tych samych, którzy teraz jadą tym pociągiem, i nie wiadomo kogo jeszcze.
To była kolejna rzecz, której nikt się nie spodziewał. Wywożono jak popadnie. Żadnego przenoszenia narodów i państw. Tylko miliardy przypadkowo wymieszanych pojemników. Ci, którzy położyli się razem, mieli szansę, że znajdą się razem również na miejscu, ale pewności nie było. Zbiorniki przeładowywano, transportowano różnymi statkami, jak kontenery pomarańczy. Można było wybrać podwójny sarkofag, żeby wyruszyć razem z dzieckiem, i tyle. Jeśli ktoś miał kilkoro dzieci, któreś mogło zostać wysłane na drugą stronę planety. Siedlarski pomyślał, że szukanie pogubionych bliskich może być tam na miejscu niezłym interesem. I to mimo tej całej globalnej sieci, przy której ziemski Internet był jak telefon ze sznurka i puszki po paście do butów.
Tutaj prorokowano, że przemieszani koloniści zaraz po przebudzeniu skoczą sobie do oczu. Arabowie Żydom, biali Murzynom i tak dalej. Siedlarski w to wątpił. Może potem, kiedy utworzą się już jakieś koterie i grupki. Ale raczej podejrzewał, że ci agresywni spróbują zdominować resztę. Bez względu na pochodzenie i kolor skóry czy oczu.
Za oknami przesuwał się pusty wiejski krajobraz. Spalone upałem złote pola, błękitne niebo i wściekłe, rozpalone Słońce, oko dnia naszego. Żegnaj, Słońce.
Słońce wybuchnie.
Ktoś podał mu otwartą butelkę. Łyk wspólnej ciepłej wódki miał w sobie coś z komunii. Przełknął ją, łamiąc kilkanaście przepisów, i podał dalej. Drzwi wagonu były otwarte, ktoś siedział na schodkach, paląc bezwstydnie papierosa, nad jego głową przesuwały się porzucone pola, chwiejące się łany zboża, przy których nikt nie pracował.
Bezpańskie samochody stały czasem przy drodze, czasem w polu. Zabierano je z ulic i jeżdżono, póki nie zabrakło darmowej benzyny. Wtedy zostawiano i szukano następnych.
Rozejrzał się po wagonie, patrząc na siedzących. Niektórzy nerwowo wyłamywali palce i patrzyli w podłogę. W powietrzu unosiły się kłęby dymu z przemycanego tytoniu, ale nikt nie protestował. Ktoś się modlił, ktoś grał na harmonijce bluesa.
Takiego, jaki bębnił mu w głowie od dawna.
Pożegnalny blues.
Farewell Song.


Dodano: 2006-11-09 17:44:08
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Sullivan, Michael J. - "Śmierć Dulgath"


 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Sullivan, Michael J. - "Róża i cierń"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

 Szostak, Wit - "Poniewczasie"

 Sullivan, Michael J. - "Wieża Koronna"

 Sweterlitsch, Tom - "Świat miniony"

 Baxter, Stephen - "Masakra ludzkości"

Fragmenty

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Wójtowicz, Milena - "Vice versa"

 Christopher, Adam - "Ciemność nad miastem"

 Warren, Ed i Lorraine & Chase, Robert David - "Nawiedzenia. Historie prawdziwe"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Rubież"

 Babraj, Rafał - "Dystrykt Warszawa"

 Neiderman, Andrew - "Adwokat diabła"

 Heinlein, Robert A. - "Hiob. Komedia sprawiedliwości"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS