NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Brennan, Marie - "Historia naturalna smoków"

Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

Ukazały się

Larson, B.V. - "Zagłada"


 Currie, Evan - "Odyssey One: Król wojowników"

 Ryman, Geoff - "Tlen"

 Priest, Christopher - "Człowiek z sąsiedztwa"

 McDonald, Ian - "Luna: Wilczy księżyc"

 Shannon, Samantha - "Pieśń jutra"

 Tidhar, Lavie - "Stulecie przemocy"

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

Linki

Pawlak, Romuald - "Wilcza krew, smoczy ogień"
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Data wydania: Listopad 2006
ISBN: 978-83-60505-15-1
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
Liczba stron: 280
Cena: 28,99 zł
seria: Bestsellery polskiej fantastyki



Wywiad z Romualdem Pawlakiem

Katedra: Witam Cię w imieniu wszystkich czytelników!

Romuald Pawlak: I ja Was witam. Katedry bardzo dobrze mi się kojarzą, mam słabość do średniowiecza. :-)

K: Ostatnimi twoimi utworami były humorystyczne opowieści i przygodach Rosselina i Fillipona. Skąd pomysł na pisanie takiej literatury, lekkiej fantasy humorystycznej?

RP: To we mnie siedziało, aż wreszcie wylazło na świat. Znajdziesz moje humorystyczne teksty we wszystkich pismach branżowych, jednak napisać zabawne krótkie opowiadanie a napisać humorystyczną książkę, przy której czytelnik nie umrze z nudów, to dwie różne sprawy, dwa różne poziomy trudności. Długo nie wiedziałem, jak prawidłowo zbudować powieściową fabułę. No, ale sądząc po reakcjach czytelników, w końcu się nauczyłem. :-)
Jako autor, jestem podzielony. Z równą przyjemnością pisuję mroczne teksty, jakie znajdziesz w najnowszej książce, czyli „Wilczej krwi, smoczym ogniu”, jak i taką właśnie humorystyczną fantasy.

K: Jak potoczą się dalsze losy tego duetu? Fillipon znajdzie swoją wymarzoną partnerkę?

RP: W ostatnim tomie, który roboczo nazywa się „Smocze gniazdo”, przewidziałem parę niespodzianek. Ale chyba lepiej, jeżeli ty i czytelnicy poznacie je w postaci książki, a nie streszczenia. Jednego można się domyślić, więc odpowiem ci częściowo: widać, że ja bardzo polubiłem swoje smoczysko. Krzywdy mu nie zrobię.

K: Mówiąc o fantasy humorystycznej nie można zapomnieć o Filleganie – co się z nim stało? Zamierzasz kontynuować tę gałąź swojej twórczości?

RP: To jest trudne pytanie. Bo z jednej strony nie da się kontynuować równocześnie dwóch cykli. W dodatku odszedłem do innego wydawnictwa. Z drugiej zaś, czytelnicy domagają się dalszych losów tego rycerza, co to magiem został. I powoli dojrzewam do myśli, aby w jednej książce choć pokrótce opowiedzieć, co mu się zdarzyło. Na razie zamierzam sprawdzić, czy czytelnicy nadal pamiętają tę postać. Wkrótce na łamach „Science Fiction” ukaże się „Most demonów”, bardzo mocno zmienione wznowienie opowiadania z Filleganem.
Jedno jest pewne – przestałem się zażegnywać, że już do tej postaci nie wrócę.

K: Ale twórczość Romualda Pawlaka to nie tylko opowiastki humorystyczne. Piszesz również rzeczy poważniejsze – naturalnie na tyle, na ile ramy fantastyczne pozwalają. Udaje się to łatwo pogodzić? To na poważnie, a to zabawne?

RP: To się daje pogodzić, o ile wypływa z samego autora, a nie jest wymuszoną kreacją. Mnie kręci „poważna” historia, stąd „Inne okręty” i ta najnowsza książka, stąd plany kolejnych fantasy historycznych i pozbawionej fantastyki powieści historycznej. Jednak pisząc rzeczy humorystyczne wcale nie czuję, żebym odchodził daleko od swoich pasji. Opowiadam często o tych samych sprawach, tylko jakby z drugiej strony. Weź dwie postacie: malarza Berckheyde z „Innych okrętów” i Astrogoniusza z „Czarem i smokiem”. Malarstwo mnie interesuje, w pewnym sensie Berckheyde jest hołdem złożonym mojemu ukochanemu Vermeerowi. Zatem Berckheyde jest malarzem, który traktuje swoją pracę serio. Astrogoniusz to jego przeciwieństwo, szczególnie, gdy się zna jego dalsze losy, z „Wojny balonowej”. Ale przecież w prawdziwej historii tacy malarze bywali zarówno geniuszami, jak i potwornymi birbantami, a nawet mordercami, jak Caravaggio. Bywali powodem kpin, przekraczali wszelkie granice. Czerpiąc więc z historii, w różnych książkach pokazałem niby malarza na poważnie, a potem malarza w sposób zabawny, ale tak naprawdę wciąż jest to ten sam osobnik, tylko pokazany w różnych sytuacjach.
Sęk w tym, że w zależności od tego, co chcę powiedzieć, raz wybieram żart, a raz depresyjną opowieść.

K: Niewiele czasu zostało do premiery twojego nowego zbioru opowiadań, czyli „Wilcza krew, smoczy ogień”. Do jakiego czytelnika będzie skierowana ta pozycja? Co znajdą tam miłośnicy fantastyki?

RP: Znajdą krew, pot i łzy, mówiąc serio. Bebechy historii. Raczej ból egzystencji niż triumfy historii. Ta fantasy historyczna ma niewiele wspólnego z moimi humorystycznymi książkami. Właściwie jest ich przeciwieństwem.
Trochę pobawiłem się historycznymi tłami, wykorzystując je do opowiedzenia kilku ludzkich losów. Trochę jest w tym mojego postrzegania dziejów – jeżeli już występują car czy pretendent do tronu, to nie oznacza, że drogę mają wysłaną różami. W tych opowiadaniach za błędy płaci się w sposób realny. Tak jak w życiu, i tak jak w historii, gdzie niewiedza, głupota czy niedostateczne chęci były karane przez Los lub przeciwników. Mogę sobie kpić i przeinaczać w książkach humorystycznych, ale mniej więcej wiem, jak wyglądało życie w dawnych czasach, w kilku epokach, którymi się interesuję.
To dziwna książka, taki „concept album”. Nie jest to typowy zbiór opowiadań – poszczególne motywy wędrują sobie z jednego opowiadania do drugiego, te wszystkie smoki, wilki, wiedźmy i rycerze – zmieniam je, trawestuję, wywracam na nice. Dla uważnego czytelnika śledzenie tego może być interesujące. Pozostając ośmioma opowiadaniami, jest też ten tomik książką spojona wspólną myślą.
Obawiam się przyjęcia tej książki, prawdę mówiąc. Ale raz na jakiś czas autor powinien zaryzykować, pojechać po bandzie, powiedzieć: „taki też jestem”. To książka pisana bez kompromisów. No i wyciągająca mnie z szufladki „autor humorystycznej fantasy”, którą to półeczkę lubię, ale uważam za nieco przyciasną. ;-)

K: Miałeś pisarza, którego twórczość była dla ciebie wzorem i starałeś się go naśladować?

RP: Poczynając od końca, nie próbowałem nikogo naśladować. Głównie zresztą dlatego, że nie wiem, jak można naśladować Le Guin czy Silverberga, Aldissa czy Eco. Najbliżej mi do czerpania wzorów z Zofii Kossak-Szczuckiej. Ale ona w swoich „Krzyżowcach” wspięła się na takie wyżyny, że też nie ma mowy o naśladownictwie, natomiast niektóre jej rozwiązania warsztatowe sobie próbuję pożyczać, i owszem.

K: Wiadomo, że pasjonujesz się twórczością Umberto Eco. Czy w twojej prozie znajdują się jakieś widoczne inspiracje jego twórczością, miała ona na znaczący wpływ na twoje pisanie?

RP: Trudno mi ocenić, czy są widoczne inspiracje – nie sądzę, ale nie jestem tu obiektywny.
Eco udowodnił, że pisanie o historii może być ciekawe. Za jego sprawą dokonał się renesans takiego pisania, zdałoby się – martwego. A że jest błyskotliwy i nie lubi się powtarzać, pokazał sporo rozwiązań formalnych, co najmniej kilka sposobów podejścia do tworzywa historycznego.
Na mnie chyba najbardziej wpłynęła „Baudolino”. W najnowszej swojej książce przytaczam pewien cytat, który Eco włożył w usta jednemu z bohaterów, Pafnucego, a dotyczący pisania o historii. Stało się to moim credo. Rysunek postaci bliższy mi jest u Zofii Kossak, jednak samo podejście do dziejów – zdecydowanie u Umberto Eco.

K: Mówiąc o inspiracjach, nie należy chyba zapominać o pasjonowaniu się średniowieczem – co pchnęło cię w stronę tej epoki, sprawiło, że tak się nią zainteresowałeś?

RP: Miałem dobrych nauczycieli. Pokazali mi historię od właściwej strony, czyli jako żywy, barwny, dynamiczny proces, a nie szereg dat i warunków jakiegoś tam pokoju do wkucia. Zawsze więc lubiłem historię, ale długo bardziej fascynująca wydawała mi się starożytność. Powiedziałbym, że do średniowiecza – które jest epoką niezwykle zróżnicowaną, przez to trudna do ogarnięcia i zrozumienia – któregoś dnia dorosłem. Mniej więcej w tym samym czasie, co do konkwisty oraz epoki wielkich odkryć nie traktowanych jako szereg spektakularnych wypraw, tylko pewien proces historyczny.
Pisanie o tych czasach przyszło później. I najpierw napisałem historię alternatywną, a dopiero potem pojawił się Fillegan z Wake.

K: Aktywnie udzielasz się w Internecie, pisujesz na kilku forach dyskusyjnych – dzięki temu masz kontakt z czytelnikami, możesz bezpośrednio od nich dowiedzieć, co im się w twojej ostatniej książce spodobało bardziej, a co mniej, ale czy coś poza tym – czy Sieć jest dla ciebie jeszcze w jakiś sposób ważna? Czy stały dostęp do niej nie powoduje czasem, że cenne minuty, godziny uciekają?

RP: Internet jest zarazem przekleństwem i błogosławieństwem. Jednak ja jestem pisarzem, który lubi mieć kontakt ze swymi czytelnikami. Uważnie czytam to, co piszą na mój temat, bo to mi pozwala lepiej pisać kolejne teksty. W pewnym sensie, Sieć pozwala mieć spotkania autorskie na okrągło. :-)
A poza tym, zauważ, że fora internetowe w znacznym stopniu przejęły rolę klubów. To są wspólnoty zainteresowań wolne od składek, lokali etc. Mam ochotę z kimś podyskutować, to piszę maila czy kontaktuję się w inny sposób. Na forum, jeśli się zbierze kilka osób, może wybuchnąć niesamowicie żywiołowa i interesująca dyskusja, pomimo że ja siedzę w Sosnowcu, a ktoś w Szczecinie czy Lublinie. W tym sensie Internet zwiększa możliwości interakcji pomiędzy ludźmi, choć ideałem jest to, co ostatnio zauważam na paru forach – że ludzie, którym dobrze się rozmawia via forum, robią „zloty gwiaździste”, spotykając się w Rybniku, Lublinie, Warszawie czy Jastarni. Zatem na parę godzin czy dni tworzą swoisty klub. Mnie się to wydaje czymś fantastycznym. Sieć nie jako zastępnik, tylko jako przedłużenie realu.

K: Piszesz dużo, to widać po liczbie książek wydanych w ciągu ostatnich paru lat – jak wygląda u ciebie praca nad tekstem? Pracujesz codziennie? A pisząc: cyzelujesz każde zdanie, wracasz raz po raz do wcześniejszych partii powstającej książki, czy może to, co wystukasz na klawiaturze, jest już niemal od razu „na czysto”?

RP: Czy ja wiem, czy naprawdę piszę dużo? Średnią mam w okolicach jednej książki rocznie, nie sądzę, abym trwale utrzymał tempo dwóch pozycji na rok. U nas po prostu wciąż pokutuje peerelowska wizja pisarza jako artysty długimi latami męczącego swe dzieło. Tymczasem jak spojrzysz na bibliografie zachodnich autorów komercyjnych, to (poza wyjątkami) dwie książki w roku, trzy na dwa lata – to jest żaden cud, norma.
Pracuję, gdy mam wenę, nigdy nie piszę przez przymus, bo tekst na tym cierpi. Z tym, że ja konsekwentnie stosuję płodozmian, co pozwala pisać nieco szybciej. Bo tak naprawdę, napisanie każdej książki zabiera mi wiele miesięcy, nawet i rok, choć są wyjątki. Myślę, planuję, coś tam piszę… i zwykle dochodzę do etapu, kiedy należy odsunąć to na bok, przemyśleć gruntownie, zanim usiądę do zrobienia brudnopisu całości. I w tym czasie pracuję nad tekstem w innej tonacji, w innej konwencji literackiej. Jeżeli uważnie się przyjrzysz temu, co do tej pory zostało przeze mnie napisane, to zauważysz, że książki serio przeplatają się z tymi humorystycznymi. Z opowiadaniami mam podobnie.
A poprawiam dużo i właściwie do ostatniej chwili. Nawet w redakcji gotów jestem wprowadzać duże zmiany, o ile tylko uznam, że mają sens.

K: Próbujesz w fantastyce powiedzieć coś nowego, czy nie masz takich ambicji? Celem w samym w sobie, zupełnie wystarczalnym jest napisanie książki, którą czyta się aż – ale i tylko – z zainteresowaniem?

RP: To skomplikowany problem. Bardzo lubię czytadła – i wbrew wielu hipokrytom, ja wcale nie odżegnuję się od takiej funkcji literatury. Cały cykl o pogodniku i jego osobistej bestii to najpierw mają być zabawne czytadła, literatura rozrywkowa, a dopiero w tle, o ile czytelnika to będzie obchodzić, można znaleźć jakieś podteksty – np. „Czarem i smokiem” jest jakąś tam przypowieścią o karze, czy raczej o skutkach wymierzania sprawiedliwości, zatem przypowieścią o zemście. Ale można czytać nie zwracając na to uwagi, lektura na tym nie ucierpi.
Z drugiej strony, mam ambicje – i te zwykle realizuję w tekstach poważniejszych. Z różnym skutkiem zresztą. Zamarzyła mi się historia alternatywna (uwielbiam ten gatunek jako czytelnik), no to dostałem po tyłku. Ciekawe, jak teraz zostanie odebrana „Wilcza krew, smoczy ogień”. Ale nawet gdyby książka poległa, uparcie będę próbować dalej.
Tyle, że należałoby zdefiniować jedną rzecz, mianowicie, co nowego można powiedzieć w literaturze, nie tylko w fantastyce. I tu nie znajdziesz, moim zdaniem, jednej wspólnej definicji dla wszystkich autorów, każdy z nas musi sobie na to pytanie sam odpowiedzieć. Dla mnie szukanie tej nowości to pokazywanie np. styku fantastyki z historią – stąd też tak często wymieniam Kaya, choć przed lekturą jego pierwszej książki miałem już wyrobiony pogląd na tę sprawę. W konkretach wygląda to tak, że wyszukuję luki w historii, miejsca słabo opisane. Tak powstało moje chyba najlepsze opowiadanie, „Róże w maju”. Jest wzmianka o pokonaniu smoka przez wielkiego mistrza w annałach zakonu joannitów, ale na dobrą sprawę nic więcej nie wiadomo. Stworzyłem wokół tego opowieść o władzy. W tej nowej książce jest więcej opowiadań powstałych przy użyciu takiej metody. Podaję też źródła inspiracji. Mam nadzieję, że czytelników to zaciekawi. No i nakłoni do zainteresowania się już nie tekstem, tylko tłem czy samym zdarzeniem.

K: A pisanie felietonów? Jak podchodzisz do tego zajęcia, czym ono dla ciebie jest? Trudno jest raz na miesiąc znaleźć temat, na który trzeba będzie się rozpisać na parę tysięcy znaków, tak, aby zainteresowało to ludzi?

RP: Pisanie felietonów jest trudne. To nawet nie kwestia czasu, a parę tysięcy znaków nie jest czymś, co mnie przeraża, bo jestem gadułą, także na piśmie. Rzecz w tym, aby w krótkim tekście uchwycić istotę jakiejś sprawy, nie pisać banałów. Świat wokół nas jest coraz bardziej skomplikowany, coraz trudniej rozgraniczyć, co jest prawdą i ma jakąś wartość, a co jest reklamą, kłamstwem czy jakąś inną formą atakowania nas iluzją.

K: Co poza literaturą, historią? Co cię interesuje, na czym jeszcze upływa ci czas?


RP: Bardzo różne rzeczy mnie interesują, choćby szeroko pojęta nauka, a ściślej, nauki przyrodnicze.
A jak spędzam czas? Ostatnio na wspaniałej wycieczce do muzeum Zofii Kossak, którą niezwykle cenię – gdybym był ministrem oświaty, wprowadziłbym przymus czytania cyklu „Krzyżowcy”, uzależniałbym od jego znajomości zdanie matury. O, i karmiłem kozy w Ustroniu. A potem uciekałem przed panem muflonem, który przeganiał swój mały harem po pewnym parku.
Jak widzisz, nie tylko pisanie bywa ryzykowne. :-)



[Na zdjęciach uwiecznione przygody Romka Pawlaka z kozami]




K: Dlaczego tak bardzo lubisz humbaki? Ile pieniędzy ci jeszcze brakuje, żeby sprawić sobie takiego zwierzaka? ;-)

RP: Częściową odpowiedź na pytanie, dlaczego tak lubię te stworzenia, znajdziesz na mojej stronie, gdzie korzystając z linków można ich sobie posłuchać. Jeżeli przeżyjesz pierwszy szok, po kilkudziesięciu sekundach odnajdziesz osobliwe regularności w tych dźwiękach. Później zaczniesz rozróżniać poszczególne osobniki… i tak po chwili dotrze do ciebie, że one się porozumiewają, że to nie są banalne odgłosy paszczowo-dźwiękowe. Zatem to, co mnie fascynuje w humbakach, to fakt, iż pozostając stworzeniami żyjącymi w skrajnie różnym od naszego środowisku, mają z nami zadziwiająco wiele wspólnego. Na przykład istnieją regionalne dialekty tych „pieśni”, moda, czyli ulubione motywy w ramach danej populacji, czy wreszcie wymiana co ciekawszych kawałków, swoistych „przebojów”, pomiędzy stadami. Całkiem serio, są to niesamowite stworzenia społeczne. No i mają „bubble net”, sieć bąbelkową. Wyobraź sobie takiego zwinnego 20-tonowego humbaka, który opływa ławicę śledzi, kręcąc z wydychanego powietrza sieć pęcherzyków, aby te ryby jakoś ograniczyć, zbić w gęstą kulę. A potem stado humbaków rusza na tak spętane i oszołomione ryby, i zaczyna żerować. To kiepsko wygląda w opisie, ale w środowisko wodnym jest to fenomenalne narzędzie, a film z takiej akcji wygląda szokująco – zupełnie jakbyś oglądał Obcych używających techniki odmiennej od naszej, ludzkiej. Aby łowy się powiodły, kilka humbaków musi współpracować, tego się nie da zrobić w pojedynkę, zatem one naprawdę są inteligentne – kto wie, czy nie równie mocno jak szympansy czy goryle? Problem w tym, że trudno to sprawdzić, skoro żyjemy w innych niszach.
A gdybym miał te pieniądze, o których wspominasz, zamiast kupować sobie humbaka, chyba raczej kupowałbym im wolność i życie. One tolerują obecność ludzi, jednak nie wielorybników. Na Japończyków, dla których humbaki to rarytas, nie ma siły – trzeba by strzelać do kutrów z jakichś rakiet, albo zachować się jak w StarTrek 4. Ale często humbaki, jak i inne wieloryby, zabijane są przez ludzi głodnych – i wtedy pieniądze załatwiłyby część problemów.

K: Jak oceniasz stan polskiej fantastyki? Według Ciebie, ukazuje się dużo wartościowych rzeczy rodzimych autorów, czy poziom polskiej fantastyki nie jest taki, jaki powinien być?

RP: Nie wiem, czy powinienem oceniać koleżanki i kolegów po piórze. Mam jednak wrażenie, że jest dobrze. Oferta dziś jest nieporównanie lepsza, niż 10 czy 5 lat temu. Rzecz jasna, zawsze wychodzą słabsze książki, ale tych dobrych jest dziś tak wiele, że właściwie żaden budżet nie wytrzyma zakupu wszystkich.
Poziom jest coraz wyższy, co martwi mnie jako autora, ale bardzo cieszy jako czytelnika. Myślę, że średnia książka polskiego autora czy autorki jest w tej chwili zdecydowanie lepsza niż średnie tłumaczenie, jeżeli zgodzisz się na takie trochę nieostre stwierdzenie.

K: Zapewne jeszcze w tym miesiącu zbiór „Wilcza krew…”. Następny w kolejności jest kolejny tom „Pogodnika”, czy coś innego? Jakie inne projekty masz w planach?

RP: Tak, teraz na pierwszym planie jest „Smocze gniazdo”, ostatnia część cyklu o pogodniku. Chciałbym, aby ukazała się w lecie, najpóźniej wczesną jesienią. Pora po bożemu zamknąć ten cykl, nie trzymając czytelników zbyt długo w niepewności, bo sam takiego stanu zawieszenia nie lubię.
Szlifuję również powieść, która z fantastyką ma niewiele wspólnego, choć da się ją pod ten gatunek podciągnąć. To jednak rzecz bardziej obyczajowo-polityczna. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, ukaże się w przyszłym roku. No i jest powieść historyczna, która się powoli pisze… Parę innych projektów powoli wychodzi z notatek i wkracza w fazę pisania, jednak za wcześnie o nich mówić.
Bez obaw, nie dam o sobie zapomnieć.

K: Dziękujemy zatem za poświęcony nam czas!


Wywiad przeprowadził Daniel "Vampdey" Elkader.



Autor: Vampdey


Dodano: 2006-11-03 23:28:01
Komentarze

Sortuj: od najstarszego | od najnowszego

Shadowmage - 13:09 04-11-2006
Fajny wywiad. Pawlaka lubię z różnych for jako dyskutanta, chyba pora przekonać się jakim jest pisarzem - bo wstyd przyznać, jego twórczość znam tylko z kilku opowiadań i felietonów. Chyba poczekam na nowy zbiorek - zawsze miałem słabość do realiów historycznych.

No i super zdjęcia :)

Komentuj


Artykuły

Co nas czeka w 2017 roku?


 Kreator światów w spódnicy – krótka opowieść o Ursuli K. Le Guin

 Wywiad z Marcinem Podlewskim

 Senność

 Arkhamer 2016 - relacja

Recenzje

Benton, Michael J. - "Gdy życie prawie wymarło"


 Dashner, James - "Gra o życie"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Tregillis, Ian - "Powstanie"

 Chmielewski, Artur - "Achromatopsja"

 Roth, Veronica - "Naznaczeni śmiercią"

 Hamilton, Peter F. - "Otchłań bez snów"

 Sanderson, Brandon - "Bezkres magii"

Fragmenty

 Kosik, Rafał - "Amelia i Kuba. Tajemnica dębowej korony"

 Weeks, Brent - "Krwawe zwierciadło"

 Johansen, Erika - "Losy Tearlingu"

 Hearn, Lian - "Cesarz ośmiu wysp"

 Liu, Ken - "Ściana burz"

 Bardugo, Leigh - "Królestwo kanciarzy"

 Guzek, Marcin A. - "Szare Płaszcze: Komandoria 54"

 Miller, Karen - "Skażona magia"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2017 nast.pl     RSS      RSS