NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

Ukazały się

Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"


 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks, W. - "Grombelardzka legenda" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Pani Dobrego Znaku" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Porzucone królestwo" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Tarcza Szerni" (edycja limitowana)

Linki

Rosenberg, Joel - "Dziedzic"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Rosenberg, Joel - "Strażnicy Płomienia"
Data wydania: 2002
ISBN: 83-87376-85-X
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 320
"strażnicy płomienia", tom 4



Rosenberg, Joel - "Dziedzic" (rozdział 5)

ROZDZIAŁ PIĄTY: Dzień sądu


O wiele lepiej jest, aby wielu winnych uniknęło sądu, niż gdyby jeden niewinny miał zostać ukarany... ponieważ jest o wiele ważniejsze... by chronić niewinność, niż karać winę. Wina i zbrodnia są bowiem tak rozpowszechnione na świecie, że nie można ich wszystkich ukarać, a wiele razy zdarzają się w taki sposób, że nie ma większego znaczenia dla społeczeństwa, czy zostaną ukarane. Kiedy jednak niewinność stanie przed sądem i zostanie skazana... obywatel wykrzyknie: "nieważne jest, czy zachowuję się dobrze, czy źle, gdyż cnota nie zapewnia bezpieczeństwa." A jeśli takie przekonanie zakorzeni się w umyśle obywatela, skończy się wszelkie bezpieczeństwo.
- John Adams



*Dzień dobry, wasza majestatyczność* usłyszał w głowie. *Czas wstawać.*

Spadaj, pomyślał Karl, naciągając lekko wilgotny koc na głowę. Jednocześnie wyobraził sobie siebie trzymającego gadzią głowę Ellegona pod wodą, aż smok zacznie puszczać bąbelki. Cholerny, cholerny świat, w którym najlepsze koce śmierdziały, jakby używały ich konie.

Jak się nad tym zastanowić, często tak było.

*Po pierwsze, nie mógłbyś tego zrobić, bo ja bym ci na to nie pozwolił. Po drugie, nie zrobiłbyś tego, bo mnie kochasz, a po trzecie... *

–Po trzecie, mówi się "wasza wysokość", nie "wasza majestatyczność".

Nad dziedzińcem pojawił się płomień.

*Ty mów po swojemu, a ja po swojemu.*


Odejdź. Po prostu odejdź. Zaraz wstanę.

*Świetnie.*

Więc od...

*Tak długo, jak długo "zaraz" oznacza "już".*

–Zostaw mnie w spokoju. – Kuląc się pod kocem, Karl Cullinane próbował ponownie zasnąć.

Bycie księciem Bieme i cesarzem Holtun-Bieme nie było w sumie zbyt zabawne, lecz powinno chociaż nieść ze sobą pewne przywileje. Według Karla Cullinane najważniejszym z nich była możliwość spania do późna. Nie miał zamiaru z tego zrezygnować. Nie ma mowy.

*Zawsze uważam za zdumiewający ten stoicyzm, z którym możni tego świata znoszą swe ogromne ciężary i ogromną stanowczość, z jaką sprzeciwiają się powiększeniu tych ciężarów.*

Tłumaczenie: mam przestać narzekać i podnieść tyłek z łóżka.

*Doskonale zauważasz sprawy oczywiste.*

Nawet mimo porannego niesmaku w ustach Karlowi udało się uśmiechnąć. Pewnie tego właśnie potrzebowałem?

*Tak sądzę.*

Częścią roboty smoka było w końcu wrzeszczenie "Skończ z tymi bzdurami!", kiedy Karl zachowywał się nieodpowiednio, nawet jeśli Karl uważał, że tym razem to smok zachowywał się nieodpowiednio.

Ale przecież, do diabła, tego wymagała sprawiedliwość. W końcu, jeśli chodzi o władców, Karl Cullinane nie żądał aż tak wiele.

Po tamtej stronie najmniej znaczący z francuskiej arystokracji niewiele myśląc nakazywali chłostę lub egzekucję poddanych za błahe przewiny. W wiosenne noce kazali chłopom stać nad stawami i uderzać w nie kijami i gałęziami, żeby płoszyć żaby, których okrzyki godowe przeszkadzały monsieur baronowi we śnie. Wykorzystywali droit de seigneur* lub lettres de cachet** – zwrotów tych Karl nawet mentalnie nie tłumaczył na angielski, nie chcąc splamić języka.

Hm... Jak się nad tym zastanowić, wyrażenie "francuska arystokracja" dla Karla było sprzecznością samą w sobie. Nie, żeby Francuzi byli w tym odosobnieni. Lčse majesté***, niezależnie od tego, jak się nazywało, było karane śmiercią w większości krajów.

W przeciwieństwie do chińskich i japońskich cesarzy – i wielu miejscowych książąt po tej stronie, jeśli o to chodzi – Karl ściągał tegoroczne podatki w tym roku, pozostawiając przyszłoroczne na przyszły rok. Karl Cullinane nie zabraniał chłopom spać w nocy i nie karał nikogo poza arystokracją za to, co mówili. Nie uwodził ani gwałcił chłopskich córek, nie sprawdzał na chłopskich synach umiejętności posługiwania się lancą.

Chciał się tylko wyspać. Nie prosił o wiele.

*Cóż, życie nie jest sprawiedliwe i musisz wstać. Tak to wygląda,* dodał smok. *Andrea wraz z eskortą wyruszyła walczyć ze zgnilizną zboża do Wsi Bieme, a ja muszę polecieć z zapasami. Ty masz skończyć nowy list do Lou, może do Waltera i krasnoluda, zanim wyruszę. I pamiętaj, Thomen ma dziś rano wydać wyrok na tego kłusownika, a ty naprawdę powinieneś przy tym być... a potem ty masz sądzić.*

Odwołam to.

*Niestety, musisz się zobaczyć z ambasadorem z Khar. A ja muszę lecieć.*

Cholerne Khar. Do diabła z Nyphien. Pieprzyć Pandathaway i...

*I wstawaj.*

Racja.

Opuścił stopy na podłogę i przetarł oczy. Dopiero wówczas zmusił się do wstania i nago podszedł do okna z cętkowanego szkła.

Poniżej, na wewnętrznym dziedzińcu kilkunastu tragarzy i żołnierzy przyczepiało ładunek Ellegona do jego pokrytego łuskami grzbietu. Były to skórzane worki zawierające jedzenie, proch, naboje i racje dla drużyny Franreda, która kręciła się na wybrzeżu, próbując schwytać jakąś karawanę łowców.

*Lepiej się pospiesz, wylatuję za mniej niż godzinę. Możesz pójść do łazienki, ja w tym czasie zamówię jedzenie i materiał do pisania.*

Pokiwał głową. Założywszy jedwabny szlafrok ze stojaka, poszedł do garderoby.

Kiedy wrócił, jego pióro, kałamarz i przenośnie biurko już leżały na siedzeniu przy oknie. Usiadł i uniósł nogi.

Ustawił na kolanach przenośne biurko – drewniane pudełko w kształcie klina z wiekiem na zawiasach. W środku znajdował się papier i inne materiały do pisania. Podniósł wieko, wyjął sześć stron, które już napisał i szybko je przejrzał.

Miał również kilka innych wiadomości do przesłania Smoczym Ekspresem do Domu, włączając w to notatki mistrza Ranelli na temat jej najnowszego wynalazku – ulepszonego rozpuszczalnika do bawełny strzelniczej, który wydawał się rozwiązywać problem samoczynnego wybuchu.

I kilka długich listów do Jasona. Strasznie za tobą tęsknię, pomyślał. Może powinien zatrzymać przy sobie chłopca.

Nie, Andy miała rację. Jason zdobędzie lepsze wykształcenie w Domu: Valeran uczył go sztuk wojennych, Aeia języków, Riccetti i reszta inżynierów wszystkiego, co umieli. Do tego dochodziły względy bezpieczeństwa – w Biemestren nie mógłby wyjść na zewnątrz bez uzbrojonej straży. Co ważniejsze, w Domu Jason przez większość czasu traktowany był jedynie jako ktoś ważny, a nie dziedzic srebrnej korony księcia Bieme, cesarza Holtun-Bieme.

Karl potrząsnął głową i zmusił się do powrotu do pracy, choć nie za bardzo mu się to podobało. Musiał tylko zrobić kilka notatek, żeby wyjaśnić swoje szkice kolei. Mogła to być najważniejsza rzecz, którą kiedykolwiek zrobił. Kolej była, niemal dosłownie, katalizatorem handlu.

Bezmyślnie zagwizdał kilka taktów z "Steel Rail Blues" Gordona Lightfoota. Gdyby mógł połączyć Holtun i Bieme linią kolejową, a później rozciągnąć ją do Nyphien, Khar i w końcu Kiar, byłby to kawał cholernie dobrej roboty. W rezultacie Holtun-Bieme zdobyłoby dwa lub trzy kraje za jego życia, nie krzywdząc nikogo, bez jednego strzału wzbogacając obie strony.

Niezły sposób na wygranie wojny – nie wypowiadać jej, nie walczyć, nie sprawić, żeby ktoś ją przegrał. Tańszy transport był formą bogactwa, bogactwo polepszyłoby życie chłopów – lepsze ceny na zboże, krótsze godziny pracy, mięso dla każdego codziennie zamiast dwa razy na dziesięć dni.

*Kurczak w każdym garnku, co?* Prawie słyszał mentalny uśmiech Ellegona. Mimo wszystko, mimo przykucia przez trzysta lat w szambie, Ellegon polubił ludzi.

*Niektórych.*

Ktoś zastukał kołatką.

–Wejść – powiedział, nie podnosząc wzroku.

To była Tennetty, niezgrabnie niosąca tacę ze śniadaniem. Lepiej czuła się z mieczem przy pasie niż z tacą z jedzeniem.

Postawiła ją zbyt gwałtownie, jak na jego gust.

–Uważaj na naczynia, dobrze?

–Jeśli coś stłukę, zapłacę. W porządku?

Mijające lata nie potraktowały jej źle, ale też nie pozostały bez śladu. Jej rzadkie włosy prawie całkiem posiwiały, a pozostałe oko otaczały zmarszczki. Mimo to poruszała się bez trudu, z gracją, kiedy siadała na siedzeniu naprzeciwko niego. Rozlała do kubków herbatę ziołową, najpierw dla siebie, potem dla niego. Nie wyszła na tym wszystkim źle: od szyi w górę wyglądała na więcej niż swoją czterdziestkę, ale od szyi w dół wciąż była silna i muskularna.

–Od kiedy to zastępujesz pokojówkę z góry? – zapytał, sięgając po widelec, na który nabił kawał szynki. Była trochę zbyt słona, ale ładnie uwędzona. Popił ją łykiem herbaty i zaraz tego pożałował, gdyż była cholernie gorąca.

Nie próbując nawet ukrywać swojego rozbawienia, Tennetty podała mu kamionkowy dzban z wodą. Wzruszyła ramionami.

–Kiedy smok zawołał, byłam w kuchni, słuchając narzekania U’len, jakim jesteś niewdzięcznym bydlakiem, i jak nie kończysz tego, co zaczynasz. A że mamy pewien interes...

Uniósł brew.

–A mamy?

–Taak. – Pokiwała głową. – Chcę znów być z Ellegonem, zajmować się nim w czasie tego lotu. Może spędzić trochę czasu w Domu z chłopcem, nauczyć go, jak się posługiwać mieczem.

–Naprawdę chciałbym, żebyś była ze mną na spotkaniu rady. Pilnowała moich pleców, co?

Potrząsnęła głową.

–Nie sądzę. W swoim otoczeniu masz tylu umięśnionych żołnierzy, że najgorszym, co może ci się przytrafić, jest zbyt dużo wściekłych spojrzeń.

Nie podobało mu się to. Przyzwyczaił się do tego, że Tennetty pilnowała jego pleców. Będzie za nią tęsknił. Z drugiej strony, jeśli Tennetty przyłączy się do grupy, nie będzie się musiał tak martwić o Jasona. Gdyby Ellegon, Tennetty, Bren Adahan i Valeran nie potrafili dopilnować chłopca, znaczyłoby to, że sprawy stały tak źle, że nawet Karl nic by na to nie poradził.

Martwiło go to, co zwykle – różnica między Tennetty a normalnymi ludźmi. Ona lubiła przemoc, szczególnie, jeśli po drugiej stronie miecza czy strzelby znajdował się łowca niewolników.

Zacisnął wargi.

–Znów robisz się nerwowa? – Tennetty nie znosiła dobrze pokoju. Nie po raz pierwszy prosiła go o coś takiego.

–Tak.

A on nie po raz pierwszy się zgodził.

–Baw się dobrze i pozdrów wszystkich ode mnie, dobrze? Nie obciążajcie smoka zbyt mocno w drodze powrotnej, nie chcę, żeby się przemęczał.

–Dzięki, szefie! – Uśmiechnęła się. – Może też byś się z nami wybrał?

Potrząsnął głową.

–Raczej nie, mam zbyt dużo do roboty. Poza tym, trochę zwalniam. Nie chcę być w okolicy, kiedy zaczniesz szukać kłopotów. – Obdarzył ją spojrzeniem "jestem cholernie poważny". – I lepiej, żebym nie usłyszał, że przez ciebie coś stało się chłopcu. Jest za młody.


–To prawda. Ale szkoda – powiedziała, unosząc i zamykając kałamarz. Położyła go delikatnie na parapecie.

– Co robisz?

–Cóż, mówiłeś, że zwalniasz...

Jednym płynnym ruchem prawą ręką wyjęła zza pasa nóż i rzuciła się na niego. Trzymała ostrze prawidłowo, jego czubek miał przeciąć go od krocza aż po mostek. Jedno cięcie i zostałby wypatroszony jak pstrąg.

Odruchy przejęły nad nim kontrolę: lewą stopą odsunął jej rękę, odrzucił pióro i biurko na bok. Odbił się z prawej stopy i wyskoczył z siedzenia, przetoczył się raz po podłodze i zerwał na równe nogi. Wciąż go atakowała. Podniósł dywanik z podłogi i rzucił nim w jej kierunku, aby spowolnić ją na tyle, żeby wziąć swój miecz ze stojaka.

Odrzucił pochwę. Tennetty już wyciągnęła swój miecz i przyjęła postawę obronną. Powoli opuściła czubek miecza i schowała sztylet do pochwy.

–Zwalniasz, co?

Westchnął, opuszczając miecz.

–Wolałbym, żebyś tego nie robiła. Naprawdę.

–Wolałabym, żebyś nie wciskał mi kitu o zwalnianiu. Musiałam ci udowodnić.

Sam dobrze to wiedział. Zrobiła to dla siebie, nie dla niego.

–Przepraszam, Ten, ale nie mogę pojechać. Muszę sprawować sądy, a potem pojechać do Arondael i nadzorować manewry. – Zrzucenie odpowiedzialności za wszelką przemoc na Arondaela to jedno, a pozostawienie garnka na ogniu bez dozoru to coś zupełnie innego.

Potrząsnęła głową.

–Przedostatnia noc była najlepszą zabawą od lat. Pokój jest zbyt męczący dla spragnionych krwi. Włączając w to ciebie – dodała.

Nie rozumiała tego, że Karl Cullinane tak naprawdę nie lubił przemocy. Dopuszczał się jej, kiedy było to konieczne, próbował być w tym dobry, ale nie żałował, kiedy udało mu się jej uniknąć.

Potarł prawą ręką kikuty pozostałe po palcach lewej dłoni. Przemoc kosztowała – Karl Cullinane miał szczęście, że stracił tylko trzy palce. Tennetty straciła oko, a Chak, Rahff, Aveneer i wszyscy inni zginęli. Niektórzy szybko, inni powoli, ale wszyscy byli martwi, martwi, martwi.

Śmiertelność przytłaczała Karla jak fizyczny ciężar. Ponownie potarł kikuty. Gdyby stał zaledwie kilka cali w lewo, poza cieniem wybuchu, mogłaby to być jego głowa.

On stracił tylko palce...

*Popatrz na to z tej strony – umiesz liczyć w systemie siódemkowym lepiej niż ktokolwiek inny.*

Dzięki, Ellegonie.

–Kiedy indziej, dobrze? I lepiej już wyjdź, chcę napisać list na czas.

Przytaknęła. Bez słowa schowała miecz do pochwy, obróciła się i wyszła.

Zebrał rozrzucone materiały pisarskie, odkorkował kałamarz, zanurzył w nim pióro i powrócił do pisania.

... a jeśli chodzi o pomiary, Lou, mamy trzy możliwości:

1) możesz wyuczyć dla mnie mierniczego, albo

2) zrobimy to po amatorsku i niedokładnie, albo

3) poddasz się, przyjedziesz tutaj i zrobisz to sam.

Widzisz czwartą możliwość?

Osobiście, chciałbym, żebyś to był ty, ale Ranella... przepraszam, mistrz Ranella, nalega, żeby tak ją nazywać... wolałaby, żebyś kogoś dla niej wyuczył. W ten sposób będzie miała kogoś od kogo będzie mogła się nauczyć zaawansowanych sztuczek mierniczych. Na razie poznała jedynie metody podstawowe.

Rada: skoro twierdzisz, że Petros... i powiedz dzieciakowi, żeby trzymał łapy z dala od mojego ziarna... poradzi sobie z przeprowadzeniem wyborów pod twoją nieobecność, przyjeżdżaj. Wydaje mi się, że mała podróż dobrze ci zrobi.

Sam zadecyduj. A jeśli zdecydujesz się jechać, nie ogłaszaj tego zbyt wcześnie. Nie powinieneś opuszczać Domu w sposób zapowiedziany – prosiłbyś się tylko o kłopoty.

Tymczasem, proces pudlarski w Furnael idzie do przodu, a w przyszłym roku oczekuję zakończenia budowy stalowni besemerowskiej. Plan nadal obowiązuje: chciałbym, żeby najpóźniej za pięć lat szybkie pociągi kursowały od granicy do granicy - wykorzystanie handlowe w ciągu dziesięciu lat...

... i na razie tyle. Muszę dokończyć list do Slovotsky’ego i krasnoluda, a potem będę odgrywał cesarza.

Chyba na to zasługuję. Nie musiałem nakazywać, żeby wszystkie zbrodnie sądzono w stolicy.

Mój przyjacielu, jak zawsze życzę ci

Wszystkiego najlepszego

Karl Cullinane

Nawet w starych czasach, zanim Karl przejął władzę po, niekoniecznie świętej pamięci, księciu Pirondaelu, procesy przeprowadzano w komnacie sądów, czyli całkiem dosłownie, w komnacie, w której książę sądził.

Nie odbywało się to zresztą często. Na książęcym dworze sądzono jedynie członków arystokracji formalnie oskarżonych o przestępstwa. Innymi sprawami zajmowała się szlachta, a wymierzanie sprawiedliwości, o ile można to tak nazwać, ograniczało się do tego, że wspomniany szlachcic nakazywał swoim ludziom wykonać karę, od łagodnej chłosty do długiej i bolesnej egzekucji. Wszystko jako naukę dla innych.

Wchodząc do budynku sądu Karl wzruszył ramionami. Dwaj z czterech strażników zajęli swoje miejsca po jego bokach.

Wszystko się zmienia, ale nie wystarczająco. Udało mu się zmniejszyć ilość oraz zróżnicowanie przestępstw i nakazać, żeby procesy w sprawach zbrodni odbywały się w Biemestren, w cesarskiej komnacie sądów. Zmian nie dało się jednak dokonać zbyt szybko.

Potrzebna mu była współpraca holtuńskich baronów. Stalownia w Furnael, nazywana przez niego "małym Pittsburgiem" produkowała tylko surowe żelazo, a nakłady na nią jeszcze długo się nie zwrócą. Zbudowana została z podatków, zebranych przez tych samych baronów.

Granicy z Nyphien nie mogły strzec wyłącznie wojska barona Tyrnaela. To oznaczało konieczność stworzenia ogólnokrajowej armii, przy czym zarówno ludzi, jak i pieniądze musieli zapewnić baronowie.

A kto wybuduje kolej? Wymagała ona znów robotników i pieniędzy. Pieniędzy z podatków. Konieczne będzie również przesunięcie części produkcji stali z fabryki (zakładając, że stalownia besemerowska już będzie działać) i całkowite przejęcie gruntów pod budowę, częściowo przez wywłaszczenie, częściowo drogą kupna.


Chłopi, fundament każdego społeczeństwa opartego na rolnictwie, nie oddadzą potrzebnych pieniędzy z dobroci serca nie byli przecież większymi altruistami niż inni – ani z miłości do cesarza. Trzeba będzie ich zmusić, a to wymagało zapewnienia sobie współpracy, jeśli nie sympatii, klas rządzących.

Potrzebował baronów, a to oznaczało, że musiał być ostrożny we wszystkim, co zmieniał i co robił.

Nie oznaczało to, że nie zaszły żadne zmiany, szczególnie w Holtun.

Wojskowa okupacja dała mu możliwość dokonania znaczących zmian w społeczeństwie i każdy holtuński baron wiedział, że zwrócenie się przeciwko cesarzowi oznaczało natychmiastowy i surowy odwet. Zamek Keranahan był tylko kupą kamieni, a zamiast zabić lub wygnać szlachtę z baronii, Karl nalegał, żeby pozostali oni na utrzymaniu, jako przykłady, w innych zamkach w Holtun, i to na gorszych warunkach niż krewni zmarłego księcia Pirondaela. Część z nich Karl wysłał do odległych baronii, a innych po prostu wygnał.

Ze szlachtą z baronii Keranahan było inaczej.

Keranahan należało zdobyć i przykładnie ukarać, gdyż inaczej w Holtun mogło dojść do wojny domowej. Może dla, na przykład, lorda Hilevana, spędzenie reszty życia na oczyszczaniu stajni nie było zbyt przyjemne, ale posłużyło to jako lekcja dla innych. A lekcje były ważne.

* * *

Kiedy Karl Cullinane wszedł do hałaśliwej komnaty sądów, bajlif ostro uderzył rękojeścią halabardy w kamienną podłogę. Całe trzy setki ludzi w komnacie: sędziowie, oskarżeni, wnoszący skargę i obserwatorzy, ucichli, jakby ktoś wyciągnął z kontaktu wtyczkę głośnika.

Lord Kirling, mało znaczący szlachcic z baronii Tyrnael, podniósł się i ukłonił, bardzo elegancko, choć raczej formalnie.

–Witaj, wasza wysokość.

Nikt z pozostałych nie wstał. Karlowi udało się wprowadzić zwyczaj, że pospólstwo nie wstawało w jego obecności. Ten obowiązek nałożono jedynie na szlachtę.

–Witaj, lordzie Kirlingu. Witajcie, wszyscy.

Siedzący na cesarskim tronie Thomen, baron Furnael, skinął, lecz się nie podniósł. Dłonie schowane miał w fałdach czarnej szaty. Był to dość subtelny szczegół etykiety, ale chłopiec (chłopiec? Thomen miał już dwadzieścia lat) podchwycił go bez potrzeby specjalnych wyjaśnień. Sędziowanie, na mocy cesarskiego dekretu, było zajęciem wyłącznie dla pospólstwa, więc jeśli szlachcic zasiadał na ławie sędziowskiej, zakładano, że należy do pospólstwa.

Thomen z entuzjazmem przyjął swoją rolę, często wplatając między imię i nazwisko na wpół wyartykułowany przyimek. Czasem mówił o sobie nie Thomen Furnael, lecz Thomen ip Furnael – Thomen z Furnael – a czasem po prostu Thomen ahv Restaveth – Thomen Sędzia. Zupełnie jakby należał do pospólstwa, których nazwiska, przynajmniej w Krainach Wewnętrznych, zwykle pochodziły od miejsca zamieszkania lub zajęcia.

–Wysoki sądzie – powiedział Karl Cullinane. – Dzień dobry.

–Wasza wysokość – odpowiedział Thomen, jego szare oczy zauważały wszystko – dzień dobry. – Jego głos przybrał formalny ton. – Proszę was, żebyście zajęli moje miejsce, abym mógł uczyć się od was i aby wasza mądrość rozjaśniła to postępowanie.

Karl Cullinane potrząsnął głową, splatając ręce na piersi.

–Gdyby moja mądrość w tych sprawach była większa niż twoja, to ja byłbym sędzią, nie ty.

Jak wymagał względnie nowy zwyczaj, Thomen wskazał na mniejszy tron.

–W takim razie proszę was o przyłączenie się do mnie tutaj, abyście mogli się ode mnie uczyć – powiedział z lekkim błyskiem w oczach.

Karl skłonił się leciutko.

–Dziękuję za zaproszenie. Za pozwoleniem?

Kiedy chłopak przytaknął, Karl powoli podszedł do podium, odwrócił się i usiadł na mniejszym tronie. Wtedy przyjrzał się sali.

Na ławie przysięgłych zasiadało dwunastu sędziów. Ich pokryte pyłem twarze wyrażały zdziwienie i pewne zaskoczenie – implikacje wprowadzonego pięć lat wcześniej rytuału wciąż wywoływały wśród ludzi taki efekt. Słyszeć, że ich władca poniża się przed (nawet tylko formalnie) człowiekiem z pospólstwa to jedno, zobaczyć to na własne oczy to drugie.

Karl miał plany na przyszłość. Ograniczona władza monarchy była krokiem naprzód w porównaniu z władzą do tej pory nieograniczoną. Rządy prawa, nawet dobrego prawa, nie były wcale sytuacją idealną. Były jedynie bezpieczniejsze od nieskrępowanej władzy jednostki i bardziej stabilne od anarchii.

Anarchia. Powstrzymał złośliwy uśmiech, myśląc o tym, jak kilku jego znajomych libertarian ze szkoły postąpiłoby w jego sytuacji. Ich anty-państwo przetrwałoby może dłużej niż dziesięć dni, ale niewiele, a na pewno szybko doszłoby do przelewu krwi. Z drugiej strony, jeden z tych egoistycznych sukinsynów prawdopodobnie nie przyjąłby korony, doprowadzając do krwawej walki o sukcesję, w trakcie jeszcze bardziej krwawej wojny.
Głupi libertarianie uważają, że jedyna wartościowa krew płynie w ich żyłach.

Wyrafinowanie głupców...

Potrząsnął głową, zmuszając się do zwracania uwagi na to, co się działo.

Thomen szybko załatwił kilka spraw miejscowych. Za zgodą ławy przysięgłych, nakazał rymarzowi poprawić źle zrobioną uprząż i ukarał handlarza winem grzywną za wyrzucanie śmieci w nieodpowiednim miejscu. Z braku dowodów odrzucił skargę kowala, oskarżającego sąsiada bednarza o kradzież, sugerując, że obie strony powinny zwracać uwagę na obręcze bednarza. W końcu skazał drżącego chłopa na czas już spędzony w książęcych lochach plus jeden dzień za publiczne pijaństwo.

Karl zgadzał się, choć może nie ukarałby chłopa za picie. Z drugiej strony, nie bardzo lubił wesołych pijaczków chodzących ze śpiewem po mieście, kiedy przyzwoici ludzie próbowali spać. Trudna sprawa.

Wtedy nadszedł czas kłusownika.

Człowieczek o nerwowych oczach został wprowadzony w łańcuchach, dwaj potężni żołnierze po obu jego stronach na wpół go nieśli.

Karl przechylił się i zapytał:

–Co masz zamiar zrobić, Thomen? Będzie się lękał gniewu bogów?

–Nie. – Chłopiec wyraźnie stłumił uśmiech. – Będzie się lękał mnie. Ja jestem konsekwentny. – Odwrócił się do więźnia i podniósł głos. – Vernimie ip Tyrnael –
powiedział Thomen – zostałeś uznany za winnego kłusowania na jelenie w lesie należącym do Listara, lorda Tyrnael. Ława przysięgłych złożona z ludzi równych tobie stwierdziła, że ani ty, ani twoja rodzina nie cierpieliście głodu. Ustalono również, że nie po raz pierwszy okradałeś barona.

Karl pamiętał, co Ellegon powiedział mu o tej sprawie. Vernim był n-tym z linii chłopów małorolnych, których ziemia znajdowała się niedaleko Myaryth, miasteczka w Tyrnael tuż za granicą prywatnego lasu barona.

Tyrnael był rozsądnym człowiekiem. Nie przeszkadzały mu polowania na króliki, czy zastawianie pułapek na bażanty na jego terenie. To pierwsze nawet popierał, żeby uchronić się przed ich nadmiarem. Jeleni jednak brakowało i nic dziwnego –
szeryf Tyrnael dosłownie odkopał dowody, że rodzina Vernima od dawna kradła przynajmniej dziesięć jeleni rocznie z lasu Tyrnaela.

Proceder był bardzo rozpowszechniony, ale trzeba było do niego zniechęcać. Problem polegał na tym, że zgodnie z prawem kłusowanie na ziemiach barona czy księcia od dawna karane było śmiercią, a Tyrnael –
prawie na pewno celowo –
nie poprosił Karla o odstąpienie od kary śmierci w wypadku Vernima.

Paskudna sytuacja.

Tyrnael był lojalnym sojusznikiem i Karl nie miał zamiaru wymierzyć mu policzka. Właściwie, Karl odczuwał pokusę, żeby przymknąć oczy i pozwolić baronowi wykonać wyrok na Vernimie. Niestety, wcześniej zadecydował, że sądy barona mogły orzekać karę śmierci jedynie za morderstwo.

Odczuwał pokusę... to niesprawiedliwe, żeby zabijać człowieka za kłusownictwo.

To nie było sprawiedliwe. Karl cieszył się, że Thomen zdecydował się przestraszyć mężczyznę.

- ... i faktem jest, Vernimie, że zasługujesz, żeby zakończyć swoje dni na palu. Ale cesarz zabronił tego i ustanowił szubienicę. Na to właśnie mam pokusę cię skazać.

Vernim powinien być blady i trząść się. Miast tego wyprostował się wyzywająco, a jego twarz była twarzą człowieka, który wyszedł poza strach.

–Czy mogę coś powiedzieć, wysoki sądzie? – zapytał, a jego głos ociekał sarkazmem.

Cholera. Karl spojrzał na Thomena. Nie tak miało być. Thomen miał najwyraźniej zamiar postraszyć chłopa karą śmierci, po czym zastąpić ją pewną liczbą razów lub dziesiątek dni w lochach... tyloma, żeby wszyscy zrozumieli, że kłusownictwo nie będzie tolerowane.

Ale...

–Nie masz prawa mnie sądzić. Kim jesteś? Jakimś bogiem? Nie, jesteś człowiekiem, tak samo, jak ja. – Zaczął odwracać się plecami do Thomena, ale strażnicy pociągnęli go za łańcuchy, jak marionetkę na sznurkach.

–Zakneblować go – powiedział Karl, zmuszając się do mówienia spokojnie, podczas gdy w jego głowie szalały myśli.

Oto niebezpieczeństwo bycia zbyt sprytnym. Thomen zbyt mocno przestraszył kłusownika, aż ten poczuł, że jego los jest przypieczętowany i nie ma nic do stracenia.

Thomen spojrzał bezradnie na Karla, po czym odzyskał resztki spokoju i ogłosił:

–Vernimie ip Tyrnael, spożyłeś swój ostatni posiłek. Zostajesz skazany na zamknięcie w najpodlejszej celi w zamku Biemestren, a tam spożywanie tylko chleba i wody do czasu, kiedy zostaniesz przetransportowany w wozie dla więźniów do baronii Tyrnael. Tam zostaniesz powieszony za szyję, aż umrzesz, i pochowany w ziemi, a grób twój posypany będzie solą.

Skinął na bajlifa, który ponownie uderzył rękojeścią halabardy o ziemię.

–Sąd – powiedział Thomen – rozchodzi się.

Karl pokiwał głową. Tak było.

* * *

Karl wygonił zbrojmistrza ze zbrojowni i wskazał Thomenowi siedzenie.

–Nie mam czasu się nad tym rozwodzić, Thomen – powiedział, bezmyślnie przesuwając palcem po rzędzie włóczni. Później wziął ze ściany przebudowaną skałkówkę. – Mamy dużo do roboty. Ale co, do diabła, z tym zrobimy?

Problem polegał na tym, że Vernim miał rację. Ani Karl Cullinane, ani Thomen Furnael nie mieli prawa nawet grozić człowiekowi śmiercią za kłusowanie. To nie było w porządku. Może było konieczne, ale nie w porządku.

Z drugiej strony, władca musiał jasno pokazać, że jest władcą, a skazany kłusownik nie mógł podważać jego władzy. Magia przywództwa, mana przywódcy, musiała zostać zachowana.

Thomen wzruszył ramionami. Trzymał ramiona sztywno, prawie nimi nie ruszał, ale nie tak, jakby go to wcale nie obchodziło. Wręcz przeciwnie, wyglądało to tak, jakby wszystkie troski całego świata spoczywały mu ciężko na ramionach. Jego brat robił tak samo.

–Tylko dwie możliwości, i żadna z nich mi się nie podoba. – Przez chwilę przygryzał paznokieć. – Mogę zaufać Enrelowi, mojemu bajlifowi... służył mojej rodzinie jeszcze przed moimi urodzinami. Nakażę mu, żeby osłabił podłogę wozu dla więźniów i patrzył w drugą stronę, jeśli Vernim spróbuje uciec. Z odrobiną szczęścia opuści Holtun-Bieme i nigdy nie wróci.

Karl potrząsnął głową. To nie miało sensu.

–A jeśli po uwolnieniu się Vernim weźmie miecz i zabije jednego z pilnujących go żołnierzy? Albo ucieknie i zabije rolnika dla jedzenia i pieniędzy?

Uciekający człowiek był bardziej niebezpieczny od rannego wilka. Karl sam uciekał wiele razy.

Thomen zastanawiał się przez dłuższą chwilę.

–Może Kirling poprosi o łaskę dla niego? Zawsze możesz go ułaskawić.


–Możliwe, lecz mało prawdopodobne. – Karl pokiwał głową. – Jeśli zostanę poproszony o łaskę przez Tyrnaela lub kogoś, kto go reprezentuje. Nie możesz jednak poprosić Kirlinga, by poprosił mnie...

–Nie. Wyglądałoby na to, że to ty prosisz.

–Prawda. A jeśli nie zostanę poproszony?

Thomen Furnael wyprostował się.

–Wtedy zostanie powieszony. I będzie to moja wina, Karl. – Rozważył trzeźwo tę sprawę. – Pomyliłem się w kalkulacjach, a Vernima ip Tyrnael będzie to kosztować życie. To niesprawiedliwe.

Karl pokiwał głową. To wcale nie było sprawiedliwe. I tak właśnie będzie. Tak musiało być.

–Kosztowna lekcja, co, Thomenie?

Thomen Furnael odwrócił się, jego ramiona lekko drżały.

–Tak. To prawda. Karl... nigdy wcześniej nikogo nie zabiłem.

Zabijanie w czasie walki to jedno. Adrenalina w żyłach, ogromny strach i ulga, że "to on, nie ja" sprawiają, że wszystko wygląda zupełnie inaczej... choć później nadchodzą długie, bezsenne noce, kiedy mężczyźni z twarzami w agonii patrzą na ciebie i przyciskają dłonie do śmiertelnych ran, które im zadałeś, nie wierząc, że przytrafiło się to właśnie im.

Wydanie rozkazu zabicia kogoś to coś zupełnie innego.

Nakazanie powieszenia kogoś za morderstwo byłoby łatwiejsze, nawet jeśli nie łatwe - oko za oko było w końcu koncepcją znaną nie tylko po tamtej stronie. W nocy, budząc się zlany zimnym potem, zawsze mógłbyś sobie powiedzieć, że uratowałeś życie innym, skazując mordercę.

Karl zabijał łowców niewolników w ferworze walki i z zimną krwią. Ludzie, którzy zmieniali innych ludzi w cudzą własność, musieli zostać powstrzymani, a ci, którzy chcieliby ich naśladować, zniechęceni.

Ale powieszenie za jedzenie jeleni? To nie było w porządku. Mogło być konieczne, ale nie w porządku.

–Nie podoba ci się to uczucie, co?

–Nie.

–I niech tak będzie - szepnął Karl. Tak właśnie wydaje się wyroki śmierci: szeptem, lecz zdecydowanie. – On zginie. Pomyśl, jak możesz następnym razem tego uniknąć.

–Karl, nienawidzę tego... Ja...

–Dobrze. – Karl Cullinane wyprostował się. – I tak trzymaj. – Zacisnął dłoń na ramieniu Thomena. – Tak trzymaj.


Dodano: 2006-09-22 12:36:55
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść Scalziego


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS