NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sanderson, Brandon - "Wśród gwiazd"

Chiang, Ted - "Wydech"

Ukazały się

Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"


 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks, W. - "Grombelardzka legenda" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Pani Dobrego Znaku" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Porzucone królestwo" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Tarcza Szerni" (edycja limitowana)

Linki

Rosenberg, Joel - "Dziedzic"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Rosenberg, Joel - "Strażnicy Płomienia"
Data wydania: 2002
ISBN: 83-87376-85-X
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 320
"strażnicy płomienia", tom 4



Rosenberg, Joel - "Dziedzic" (rozdział 4)

ROZDZIAŁ CZWARTY: Dom


Planując na przyszłość, powinniśmy uwzględnić fakt, że cnota nie jest dziedziczna.
- Thomas Paine


Tego ranka Walter kilka razy widział odległe błyski lunety, co wcale go nie zdziwiło, gdyż już od wielu dni widywał jeźdźców, którzy jechali równolegle z nimi. Im bardziej zbliżali się do Domu, tym bardziej ich pilnowano.

Pokiwał z aprobatą głową i jechał dalej, zauważając z dumą, że nikt inny nie zwrócił na to uwagi. Obserwatorzy z Domu starali się, żeby ich zainteresowanie pozostało niezauważone.

Mimo to do czasu, kiedy Walter, Ahira i ich krasnoludzka eskorta dotarli do szczytu grzbietu nad doliną zwaną przez elfy Varnath, Walter czuł się dokładnie przeszukany.

Proste "zatrzymać się" wystarczyłoby, chłopaki.

Walter Slovotsky nie miał nic przeciwko podstępom – w rzeczy samej, zwykle wolał je od wszystkiego innego – ale czasem nadchodziła chwila na prostą konfrontację.

Gdyby to była jego impreza...

Z drugiej strony, to nie jest moja impreza. Już nie. Nawet w takim zakresie, jak za starych czasów, kiedy był zastępcą Karla w drużynie.

Naprawdę nie tęsknił za tamtymi czasami. Żarcie jedli na zimno, bo nie chcieli, żeby łowcy zobaczyli blask ogniska, spali czujnie, pamiętając twarz człowieka, który tego nie robił. Dni były pełne napięcia, a noce strachu. Walter przez cały czas miał nadzieję, modlił się, żeby kolejny człowiek, który padnie na ziemię z bełtem wystającym z ust był facetem obok, a nie syneczkiem Emmy Slovotsky.

Nie, nie tęsknił za walką.

Mimo to tamte dni miały w sobie coś, czego ostatnie lata nie miały. Coś trudnego do zdefiniowania. Może uderzenia serca wydawały się mocniejsze, kiedy można było usłyszeć każde z nich, zdecydował Walter. O to chodziło.

Walter wyzwał się w myślach od idiotów.

–Jest stare chińskie przekleństwo: "Obyś żył w ciekawych czasach" – mruknął do siebie, zanim przypomniał sobie, że głupia konsekwencja była cechą małych umysłów.

To sprawiło, że poczuł się lepiej. Walter Slovotsky wolał nie ryzykować wielkości swojego umysłu będąc niepotrzebnie konsekwentnym.

–Jest też stare amerykańskie powiedzenie – stwierdził Ahira. – Brzmi ono tak: "Ludzie, którzy mówią do siebie, mają coś nie w porządku z głową."

Slovotsky ścisnął konia piętami, zmuszając go do cwału. Uśmiechnął się do siebie, kiedy krasnoludy za nim zaklęły i popędziły swoje wierzchowce. Krasnoludy i konie, nawet tak łagodne jak kucyki, które wybrali Geveren i reszta eskorty, nie bardzo się lubiły.

–Jesteś paskudny – powiedział Ahira, podskakując na grzbiecie swojego wierzchowca. Jako jedyny z krasnoludów jeździł na normalnym koniu, choć on i siwy wałach najwyraźniej nie byli zadowoleni ze swojego towarzystwa.

Z drugiej strony, taki był właśnie Ahira. Wydawało się, że zawsze wybierał siwego wałacha, z którym nie radził sobie zbyt dobrze. Przeklinanie na konia wydawało się być częścią jego osoby niemal tak samo, jak brzęczenie połatanej koszulki kolczej i wielki topór o dwóch ostrzach przypięty do siodła.

Nic jednak nie pozostaje takie samo - kiedyś Ahira nosił mniejszy topór, przypięty do jego absurdalnie szerokiej piersi. Krasnolud wymienił go na większy, niemal tak duży, jak on sam.

–Hej, Walter, czy to nie wygląda jak... – Nieładna twarz krasnoluda przybrała wyraz zdziwienia, po czym uśmiechnęła się szeroko. – Tak!

–Hę?

–Przy odprawie celnej... tak jest! – Przeklinając głośno, krasnolud zmusił konia do pełnego cwału.

Przerośnięta chata z bali, która służyła za miejsce odpraw celnych Domu była dla Waltera jedynie zamglonym punktem na horyzoncie, ale Ahira musiał coś zobaczyć. Najwyraźniej nie był to powód do zmartwienia, gdyż inaczej Ahira ogłosiłby alarm, ale...

Slovotsky stanął w siodle i zawołał do krasnoluda, który powoził odkrytym wozem.

–Geveren, słuchaj - powiedział, wyraźnie akcentując pierwszą sylabę jego imienia. – Mam zamiar dogonić Ahirę. Możecie dojechać za krótką chwilę, jeśli trzeba...

–Tylko małą chwilkę – odpowiedział Geveren, uśmiechając się pod brodą. – Tylko maciupeńką.

Żarty Slovotsky’ego na temat niskiego wzrostu nie przeszkadzały krasnoludom. Według nich, to oni byli odpowiedniego wzrostu, a ludzie zostali rozciągnięci na długość, choć nie tak strasznie, jak elfy.

- ... ale doprowadzisz resztę na miejsce –dokończył Slovotsky. Przypominając sobie, że żaden z krasnoludów nie był jeszcze w Domu, dodał: – Bądźcie gotowi na dokładną inspekcję podczas odprawy celnej i nie obrażajcie się. Nie chcę słyszeć, że sprawialiście kłopoty celnikom.

Krasnolud uśmiechnął się, przytaknął i machnął ręką. Slovotsky popędził za Ahirą.

Zanim klacz Slovotsky’ego rozpędziła się do pełnego galopu, już prawie dotarli do budynku odpraw. Ahira wydawał się zmagać z jakimś człowiekiem, podczas gdy inny, trzymając w ręku krótką strzelbę, przyglądał się im.

Trzymając dłoń na rękojeści pistoletu, Slovotsky gwałtownie zatrzymał klacz i zeskoczył z siodła. Wtedy zobaczył, że Ahira tuli wyrośniętego człowieka, chłopca może piętnastoletniego, wysokiego i nieco pająkowatego. Klepał on krasnoluda po plecach.

–A niech to... Jason Cullinane! – Slovotsky zdjął dłoń z rękojeści pistoletu, zauważając przy tym, że strażnik rozluźnił się jedynie odrobinę. Opuścił młotek kurka dopiero wówczas, kiedy z wnętrza domu zabrzmiał dziwnie znajomy metaliczny stukot.

Na zewnątrz wychyliła się postarzała twarz.

–Witajcie, Walterze Slovotsky i Ahiro. Miło zobaczyć was w Domu.

–Tak, jasne – powiedział Slovotsky, po czym z powrotem przeszedł na erendra. –
To znaczy, dziękuję. Dobrze jest być z powrotem.

Krasnolud wypuścił chłopca i odwrócił się do Waltera.

–Czy uwierzyłbyś, że tyle urósł? Ostatnim razem, kiedy go widzieliśmy, był malutki.

Slovotsky pokiwał głową.

–Do licha, nie był wyższy niż tyle – powiedział, trzymając dłoń o stopę nad głową Ahiry. Mrugnął przy tym do Jasona.

–Zapłacisz za to, Slovotsky – powiedział krasnolud z fałszywą groźbą w głosie.

Jason podszedł do Waltera, wyciągając dłoń.

–Cześć, wujku Walterze – powiedział, może odrobinę za sztywno. Uchwyt był silny, ale Walter wyraźnie widział, że chłopiec stara się za bardzo. Nic strasznego, po prostu rósł szybciej w górę niż na zewnątrz i prawdopodobnie szybciej na zewnątrz niż wewnątrz. Wyglądało na to, że mógł bez trudu dorównać wzrostem ojcu. Już teraz miał oczy na poziomie oczu Waltera.

Slovotsky potrząsnął głową.

–Uścisk dłoni nie wystarczy, dzieciaku. – Wyściskał go "na niedźwiedzia", wzdychając pod nosem, gdyż uścisk chłopca był jedynie formalny.

–Do licha, dobrze cię widzieć, chłopcze. Jak tam wszyscy? – zapytał, wypuszczając Jasona.

Jason uśmiechnął się.

–Świetnie, jak kilkadziesiąt dni temu. – Przez chwilę zaciskał wargi. – Jestem pewien, że mama i tata chcieliby, żebym...

–Pewnie, pewnie, i przekaż też nasze najlepsze życzenia, kiedy ich zobaczysz. Przy okazji, kiedy to będzie?

Jason wzruszył ramionami.

–Kolejne kilkadziesiąt dni. Ellegon ma zabrać stąd zapasy dla drużyny Davena i wziąć Valerana...

Slovotsky uśmiechnął się.

–Val tu jest? Nie widziałem go od czasu, kiedy daliśmy twojemu ojcu koronę. –
Dobry towarzysz w walce. Albo piciu.

Jason skrzywił się.

–Ojciec przysłał go do opieki nade mną – powiedział tonem, który wyraźnie sugerował, że Jason nie widział potrzeby opieki. Jego twarz rozjaśniła się nagle. – I uczy mnie fechtunku. W każdym razie, Ellegon ma zabrać jego i Brena, i...

–Bren Adahan? Holtuński baron?

Jason zagwizdał z irytacji, że znów mu przerwano.

–Tak, ten sam. Tato przysłał go tutaj, trochę po to, żeby uczył się od Lou Riccettiego, ale przede wszystkim do opieki nade mną, jak Valerana. –
Chłopiec wzruszył ramionami. – Nie będę musiał już długo tego znosić. Potem, w drodze powrotnej, Ellegon zabierze mnie i Valerana. Będziemy się nim zajmować, kiedy ruszy do Ehvenor i z powrotem do Domu. A wy dwaj, co tutaj robicie?

Walter próbował uśmiechnąć się rozbrajająco.

–O co chodzi, chłopcze, nie cieszysz się, że nas widzisz? – zapytał, próbując zmienić temat. Na pytanie Jasona trudno było odpowiedzieć szczerze i Walter nie miał zamiaru tego robić.

Wszystko, co dotyczyło planów jego i Ahiry, żeby poszpiegować w Pandathaway, musiało być utrzymane w ścisłej tajemnicy.

Jason nie musiał o tym wiedzieć.

Walter nie miał zamiaru powiedzieć Jasonowi, że razem z Ahirą mają zamiar wziąć trochę towaru i sprzedać go w Pandathaway, jednocześnie zbierając informacje o Ahrminie lub jego planach. Gdyby plotki o planowanym szpiegowaniu dotarły do Pandathaway, szpiedzy mogliby łatwo zostać wykryci.

Co nie byłoby dla nich przyjemne.

Dlatego też Walter Slovotsky uśmiechnął się jeszcze szerzej i rozłożył szeroko ręce.

–Prowadzimy interesy, poza tym chcieliśmy zobaczyć się z Lou. Zakładam, że...

Przerwało mu stukanie z budynku ceł. Zmarszczył czoło, zauważywszy w końcu druty, które wychodziły z budynku i znikały w dolinie.

–Sukin...

–Telegraf. – Ahira uśmiechnął się. – Mają telegraf. – Spojrzał na Waltera. – Jak tam twoja znajomość Morse’a?

Slovotsky potrząsnął głową.

–Nauczyłem się tylko tyle, żeby z trudem dostać licencję początkującego, ale to było dwadzieścia lat temu. A ty?

–Nawet mniej. – Ahira uniósł rękę, która drżała. – Pamiętasz? W moim wykonaniu długie nie różniło się od krótkiego, nie mówiąc już o dwudziestu słowach na minutę.

–A telegraf oznacza elektryczność... jak sądzisz, węgiel? Lou mówił kiedyś, że gdzieś na wzgórzach mogły być złoża węgla.

–Możliwe. – Ahira pokiwał głową. – Lepiej pogadajmy z Inżynierem. Trzymał coś w tajemnicy.

Jason przechylił głowę.

–Przepraszam?

–Tajemnica – powtórzył Ahira. – Sądziłem, że Lou będzie nas zawiadamiał o wszystkich ważniejszych wynalazkach, a ten telegraf...

–Nie, nie to. Powiedziałeś, że nie mogłeś nauczyć się Morse’a. To nie jest takie trudne.

Ahira zachmurzył się. Walter postanowił się wtrącić.


–Pamiętasz, że wujek Ahira po tamtej stronie był człowiekiem, prawda?

–Tak, tak – stwierdził Jason, niecierpliwie przytupując.

–Cóż, jako człowiek cierpiał na pewną chorobę. Nazywała się dystrofia mięśniowa. Jego mięśnie po prostu nie pracowały normalnie.

–Aha – powiedział chłopiec obojętnie.

Walter uświadomił sobie, że chłopiec nie rozumiał idei nieuleczalnej choroby. Każdy należący do klasy wyższej mógł sobie pozwolić na dobrego uzdrowiciela. Nawet kiepski kapłan Pająków potrafiłby lepiej poradzić sobie z nieposłusznymi mięśniami i nerwami niż najlepszy lekarz po drugiej stronie.

Oczywiście, niektóre rany były trwałe, lub prawie. Oko Tennetty, brakujące palce lewej dłoni Karla, blizny pozostałe, kiedy ciało leczyło się samo, bez pomocy eliksirów leczących.

Ale niedziałające mięśnie? Nie mieściło się to w ograniczonym doświadczeniu chłopca. Szczęściarz.

Slovotsky podszedł do chaty i zajrzał do środka.

–Powiedz proszę Inżynierowi, że są tutaj Ahira i Walter Slovotsky. Przywożą krasnoludzkie ostrza, surowe srebro i czternastu głodomorów.

Mężczyzna w środku zaczął szybko wybijać kod.

Walter Slovotsky otoczył ramieniem Jasona.

–Powiedz mi, co to za bzdury, że twój ojciec ma się wybrać po miecz?

–Nic o tym nie słyszałem – powiedział Jason z wyrazem szczerego zdziwienia na twarzy. – A chciałbym. I to teraz.

Przejąłeś trochę władczości swojego ojca, Jason, mój chłopcze, a to mi się nie podoba. Zanim zaczniesz się bawić, musisz spłacić długi.

–Może trochę później, dobrze? –powiedział, próbując nadać swojemu głosowi ton surowości. –To była długa podróż.

Jason wyraźnie zastanawiał się przez chwilę, po czym pokiwał głową.

–Zgoda, wujku Walterze.

Slovotsky uśmiechnął się.

–A teraz wsiadaj na konia. Życzymy sobie wycieczki z przewodnikiem dookoła Domu... obok łaźni i ze szczególnym uwzględnieniem browaru. Wygląda na to, że ostatnio dużo się zmieniło.

–Browar? –Ahira uśmiechnął się. – Świetny pomysł. Kiedy ty tam będziesz, ja pojadę prosto do Lou... jest w jaskini? - zapytał, unosząc głos i zwracając się do strażnika w budynku.

–Tak, Ahiro. Powiem mu, że jedziesz.

–To nie...

–Spokakojnieka, krakasnolukadzie – powiedział Slovotsky. – Pakamiętajka, żeka jużka nieka jeskateś burkamistrzemka – dodał w dziecinnym języku, wiedząc, że zrozumienie celowo rozbitej wiadomości wymagało znajomości angielskiego jako języka ojczystego.

Jason uśmiechnął się i przytaknął, ale strażnik był zdziwiony. I o to właśnie chodziło Walterowi, nie miał zamiaru zawstydzać przyjaciela w obecności osób trzecich.

-Racja – stwierdził krasnolud. – I poproś go, proszę, o otworzenie beczułki. Od zbyt dawna nie piłem piwa z Domu.

* * *

Pociągając kolejny łyk z trzeciego kufla piwa, Ahira pokiwał głową z aprobatą. Dotyczyła ona zarówno smaku napoju –
albo jego pamięć i kubki smakowe go oszukiwały, albo był zdecydowanie lepszy niż za czasów Ahiry –
jak i hałaśliwej maszyny, którą poklepywał Riccetti.

Piwo było świetne, uznał. Może nie aż tak dobre, jak Genesee Cream, ale na przyzwoitym poziomie St. Pauli Girl. Maszyna też wywoływała duże wrażenie.

–Prawdziwy bojler i prądnica... Lou, dobrze sobie poradziłeś – powiedział Ahira, przekrzykując hałas maszynerii. Machina była głośna i gorąca, Ahira nie wiedział też, po co był potrzebny ten dziwny zestaw tłoków, który sprawiał, że wielka prądnica szumiała, ale najwyraźniej wszystko działało.

Riccetti uśmiechnął się lekko.

–Dziękuję – odkrzyknął. – Wygląda na to, że działa.

Ahira uważnie przyjrzał się mężczyźnie. Stali obaj obok tunelu, w którym znajdowały się bojler i prądnica. Ciepło produkowane przez maszynę uderzało w nich jak fala, mimo wydajnej wentylacji.

Mijające lata nie potraktowały Lou Riccettiego łagodnie – niezdrowa szczupłość jeszcze się pogłębiła, a w dodatku całkiem wyłysiał. Jego twarz i ręce były pokryte plamami i bliznami, a krokom brakowało energii. Małżeństwo z byłą niewolnicą, które zaaranżowali Karl i Chak, okazało się katastrofą – Danni odeszła z handlarzem wiele lat wcześniej.

Mimo to w jego zachowaniu była jakaś nieświadoma moc, której Ahira wcześniej nie zauważał.

–To zdanie brzmi – krzyknął Riccetti – "szczęśliwy jak świnia w błocie". I taki jestem. Poczekaj chwilę, mam coś do załatwienia.

Uniósł dłoń, wzywając najbliższego z inżynierów, dwudziestoparoletniego, barczystego mężczyznę. Ten podbiegł do Riccettiego i pochylił głowę nad jego dłonią.

–Bast, pamiętasz Ahirę?

–Pewnie. – Wysoki inżynier wyciągnął pokrytą odciskami dłoń. Uścisk był silny, jak na człowieka. – Miło cię znowu zobaczyć.

–Niech ci później postawi piwo, teraz mamy robotę – stwierdził Ricetti, kończąc formalności. – Wyślij wiadomość, że telegraf zostaje zamknięty na noc, a potem o zmroku podłącz prądnicę... i niech Daherrin wystawi dodatkowych strażników, uzbrojonych w rakiety sygnałowe.

–Kłopoty? – zapytał Bast, najwyraźniej tylko z przyzwyczajenia.

–Nie, ale na starość robię się nerwowy.

–Dobrze. – Bast pokiwał głową. – Uruchamiamy produkcję gazu?

–Owszem. Chcę, żeby trwała długo, przez całą noc i rano. Dlatego rozbierzcie kompresor, oczyśćcie go i złóżcie ponownie... i zamknijcie butle w pojemnikach. Nie chcę, żeby coś innego zostało zniszczone, jeśli tym razem wybuchną.

–Nie powinny. Sądzę, że nowe zawory wytrzymają.

–Zobaczymy.

–Fakt. – Bast skinął głową i odszedł.

Riccetti wezwał Ahirę. Obaj weszli do innego korytarza, oddalając się od hałasu prądnicy.

–Jesteś pod wrażeniem, prawda? – Kiedy Ahira przytaknął, Riccetti kontynuował. – Jakiś rok temu Karl poprosił mnie o narysowanie planów telegrafu... chce mieć taki u siebie... a to doprowadziło do tego wszystkiego. Myślę, że za wszystko dostanie niezłą cenę, zwłaszcza, że odkryliśmy nowe złoża hematytu.

Korytarze wypełniała aktywność – widoki, odgłosy, zapachy.

Riccetti poprowadził go korytarzem w lewo, do części mieszkalnej, a później obok strażników do swojej kwatery. Pokój nie zmienił się zbytnio, choć Riccetti miał teraz prawdziwe łóżko zamiast siennika.

W rogu bez ustanku klekotał telegraf.

Riccetti wydawał się nie zwracać na niego zbyt dużej uwagi. Ahira uznał, że wieści prawdopodobnie nie były zbyt ważne, ale podobało mu się, że coś zawsze przepływało po linii.

Było jednak coś jeszcze, o czym mówił młody inżynier...

–Produkcja gazu? - zapytał Ahira.

–Owszem, podstawowa elektroliza. Przepuszczasz prąd przez zbiornik z wodą, zbierasz bąbelki gazu do pojemnika z dmuchanego szkła i przepuszczasz gaz przez kompresor...

–Silnik elektryczny...

–W przyszłym roku, na razie są konie, i to bynajmniej nie mechaniczne. W każdym razie, wciskamy gaz do butelek i otrzymujemy butelkowy gaz.

–Mogłem się tego domyślić.

–Hę?

–Jeśli umieszczasz gaz w butelce, to otrzymujesz butelkowy gaz.

–Przydaje się do różnych rzeczy –powiedział Riccetti. – Sam wodór daje całkiem gorący płomień do spawania.

–Wiem. Nieźle. – Ahira pokiwał głową.

–Poczekaj do przyszłego roku... jeśli rozwiążemy problem z zaworami. Możemy mieć oświetlenie elektryczne. Aeia, wyobraź sobie, stwierdziła, że mogłaby wieczorami uczyć rolników, gdyby miała przyzwoite oświetlenie.

Aeia... Ahira uśmiechnął się.

Kiedy po raz pierwszy zobaczył Aeię, była zmaltretowaną dziewczynką, którą Karl, Walter i Chak uratowali z rąk łowców niewolników. Miała wystające kolana, była chuda i brzydka.

Kiedy widział ją ostatnim razem, wyładniała i zbliżała się do pełni kobiecości. Mógł się założyć, że teraz była rozkoszą dla oczu.

–Co u niej?

-Wszystko w porządku, ale... sądzę, że długo tu nie pozostanie. – Riccetti potrząsnął głową. – Może całkiem krótko. Nie myśl, że Bren Adahan jest tutaj tylko po to, żeby pomagać Valeranowi pilnować Jasona. Albo uczyć się ode mnie, mimo jego szczerego uśmiechu. Leci na nią, i to bardzo.

–Nie podoba ci się to?

–Nie o to chodzi. – Riccetti milczał przez chwilę. – Zastanawiam się po prostu nad ukrytymi motywacjami. Włączając w to moje własne... ona jest świetną nauczycielką.

–Racja.

Małżeństwo z córką cesarza, nawet adoptowaną, nie było złym posunięciem politycznym dla podbitego holtuńskiego barona. Oczywiście, małżeństwo z Adahanem oznaczałoby, że Aeia musiałaby opuścić Dom, a Lou może był podejrzliwy, bo mu się to nie podobało.

Ahira będzie musiał z nią porozmawiać.

–A jak tam polityka?

–Wszystko dobrze. – Riccetti wzruszył ramionami. – Petros załatwia za mnie większość spraw miejscowych... a jeśli chodzi o Khorala, wystarczy, że powstrzymam dostawy stali, kiedy tylko zaczyna mówić o aneksji. Największe problemy mam z wojownikami.

Ahirze się to nie podobało.

–Bardzo źle?

–Raczej co za dużo... – Riccetti wzruszył ramionami. – Tak bardzo daliśmy się we znaki gildii w tej okolicy, że trudno znaleźć karawany. Niektórzy wojownicy rezygnują z walki i zostają rolnikami lub górnikami. – Potrząsnął głową. – Inni piją za dużo. Na początku roku mieliśmy morderstwo. Paru ludzi Davena chciało wymusić trochę pieniędzy od jednego z rolników i zabiło go, kiedy się sprzeciwił.

To brzmiało idiotycznie. Widząc zdziwioną twarz Ahiry, Riccetti potrząsnął głową.

– Nie, pewnie nie mieli takiego zamiaru, chcieli go tylko nastraszyć. – Wzruszył ramionami. – Nie sprawiło to wielkiej różnicy, kiedy zawiśli na szubienicy. –
Riccetti pociągnął długi łyk swojego piwa. – Ciągle widzę ich twarze, Ahiro, ciągle... – Klepnął się po kolanie. – Ale musimy...

Przerwał, kiedy stukanie telegrafu przyspieszyło.

– To do mnie, poczekaj. – Podszedł do urządzenia i wystukał coś szybko.

Usłyszawszy odpowiedź, zbladł.

–Cholera! Słyszałeś to?

–Nie znam alfabetu Morse’a, Lou.

–Aha. Przepraszam. – Riccetti potrząsnął głową. – Mamy posłańca od Khorala. Łowcy niewolników najechali na Therranj... liczby później... to chyba Artyn, popędza elfa... trzy dni temu. Duży najazd... zaatakowali stolicę baronii, zabrali łupy i niewolników, ludzi i elfy. Khoral prosi o pomoc. Możemy zatrzymać łupy - chce tylko, żeby dać nauczkę łowcom i uwolnić elfy.

Riccetti pokiwał do siebie głową.

–Stary elf się uczy. Woli stracić na naszą rzecz kilka funtów złota niż pozwolić, żeby napaść uszła łowcom na sucho.

Ahira kręcił się nerwowo na krześle.

–A co z jego żołnierzami? Śpią?

Riccetti potrząsnął głową.

–Większość jego wojska jest na granicy z Melhrood, a nie rozproszona na zachodzie. Nie oczekiwał ataku z zachodu - w końcu zawarliśmy pokój z Therranj. Sam zacząłeś negocjacje, pamiętasz?

–Tak, pokój. Nie traktat o wzajemnej pomocy. Hm... to jednak łowcy niewolników...

–Właśnie. – Riccetti spojrzał na Ahirę. – Jedyny problem polega na tym, że sporo ludzi Daherrina jest w kopalniach i mamy deficyty w sile ludzkiej.

Ahira prychnął. Riccetti coraz bardziej zaczynał brzmieć jak biurokrata.

–Chodzi ci o to, że masz za mało wojowników pod ręką.

Riccetti spojrzał na niego wściekle.

–Zajmie przynajmniej parę dni, zanim uda mi się ich ściągnąć i zorganizować. Musimy posłać gońców, bo telegraf aż tak daleko nie dochodzi.

Ahira podszedł do bufetu i odkorkował butelkę Wyborowej Riccettiego. Pociągnął długi łyk.

–W porządku. Co możesz zrobić?

–Może mógłbym poświęcić setkę wojowników, ale wielu będzie niedoświadczonych.

–Pierwszy raz na polu bitwy. Niedobrze.

Riccetti wskazał kciukiem na telegraf.

–Nie wiem, jak wielu było atakujących, ale nie mniej niż setka. Mam tylko nadzieję, że nie będzie ich dużo więcej.

Zamilkł, czekając na odpowiedź.

* * *

W głębi duszy myśl o przemocy nadal przerażała Ahirę tak bardzo jak zawsze, za wyjątkiem rzadkich chwil, kiedy szał berserkera zatapiał to uczucie we krwi.

Wzruszył jednak ramionami.

–Może przyda ci się dodatkowy tuzin albo więcej? Trzynastu doświadczonych krasnoludów plus Walter. –Jeśli nawet istniał kiedykolwiek lepszy zwiadowca niż Walter Slovotsky, Ahira nigdy nie słyszał legend o nim.

Riccetti długo wpatrywał się w niego.

–Tak sądzę. – Wystukał szybko wiadomość i ponownie odwrócił się do Ahiry. –Zamawiam konie, broń i zapasy dla drużyny stu dwudziestu osób... połowa zwiadowców ma się zająć odszukaniem łowców. I zwołuję radę wojenną. Petros, Bast, Daherrin, zastępca Daherrina, ty, ja, Slovotsky. Hm, dodałbym jeszcze Valerana, Brena, Jasona i Aeię...

–Dlaczego Jasona? I, w rzeczy samej, dlaczego Aeię?

–Ona ma głowę na karku. A on jest dziedzicem Karla. Musi wiedzieć, jak się załatwia takie sprawy.

–Czyli zaczynamy?

Riccetti potrząsnął głową i przez chwilę zagryzał wargi.

–Zaczynamy tylko radę wojenną. – Ponownie zaczął stukać. – Na razie.

* * *

Walter Slovotsky siedział spokojnie przez większość dyskusji. Każdy zastanawiał się nad tym, czy wysłać drużynę, a Walter nie lubił się kłócić o sprawy zamknięte. Od początku było jasne, że Lou miał zamiar wysłać wojowników w pogoni za łowcami niewolników, lecz pozwalał wszystkim się wygadać, podczas gdy ładowano zapasy dla drużyny.

Slovotsky był pod wrażeniem. Riccetti robił się coraz sprytniejszy. Tej sztuczki najprawdopodobniej nauczył się od Karla, a Karl od Waltera.

Atak na łowców był konieczny, zarówno ze względów politycznych, jak i finansowych. Przede wszystkim, miejscowe łowy na łowców szły kiepsko już zbyt długo – drużyna Daherrina nie wpadła na dobrą karawanę od ponad roku, więc wielu jego ludzi i krasnoludów zatrudniło się na roli lub w kopalniach. Atak na dużą karawanę łowców, ciężko załadowaną skarbami elfiego barona, był pokusą nie do odparcia.

Byłoby miło, gdyby Ellegon mógł polecieć na zwiad, ale smoka oczekiwano dopiero za kilka dni. Nawet dobrze to pasowało do doktryny Karla mówiącej, żeby zawsze przygotowywać ataki tuż przed przybyciem smoka. Przybycie Ellegona jako kawalerii powietrznej uratowało więcej istnień, niż Walter mógł sobie przypomnieć.

Mimo to jakiś zwiad był konieczny. Walter przeczuwał, kto go zrobi, kiedy już zlokalizują łowców niewolników. To go nie martwiło, podobnie jak Paderewskiego nie martwiłaby myśl o zagraniu kilku etiud na fortepianie.

Martwiło go coś innego...

–Lou, czy istnieje możliwość, że to może być jakaś dywersja, podstęp? Czy gildia może próbować odciągnąć wojowników od Domu?

–Teoretycznie wszystko jest możliwe. – Riccetti zastanawiał się nad tym przez chwilę, po czym potrząsnął głową. – Ale na to nie wygląda.

Daherrin potrząsnął głową.

–To nie ma znaczenia. Mamy te armaty, któreśmy odlewali dla Karla. Jest ich z siedemnaście...

–Szesnaście – poprawił jeden z młodszych inżynierów. – Nowa pękła w czasie prób dziś rano.

–Szesnaście armat – powiedział Riccetti, podchwytując myśl Daherrina, który z uśmiechem i potaknięciem przyjął poprawkę – gotowych do ustawienia na grzbiecie. Przy pomocy kartaczy możemy powstrzymać ogromne siły wroga. Nie słyszałem jednak o żadnej armii zbliżającej się do nas. Nie sądzę, żeby to była przynęta.

–W porządku, to nie dywersja poprzedzająca atak na Dom. – Walter potrząsnął głową. – Czy jest możliwe, że próbują wyciągnąć naszą drużynę na zewnątrz? Sprawić, żebyśmy w pogoni za nimi wpadli w pułapkę?

Daherrin potrząsnął głową, na twarzy miał bezlitosny uśmiech.

–Zawsze wszystko za bardzo komplikujesz, Walterze Slovotsky. A nawet jeśli? Jeśli spróbują wciągnąć nas w zasadzkę, zaatakujemy ich, zabijemy, uwolnimy niewolników i zabierzemy forsę.

–Wciąż mi się to nie podoba. – Waltera nie zachwycała też kiepska angielszczyzna krasnoluda, ale o tym nie wspomniał. Niewyraźna wymowa i błędy gramatyczne go nie zabiją. Co innego pułapka.

– Myślę, że powinniśmy wyruszyć. – Valeran bawił się pucharem wina. - Zakładając, że...

–Przepraszam, Valeranie – powiedział Ahira – ale nie wiem, dlaczego uważasz, że ruszasz z nami. O ile wiem, masz pilnować skóry Jasona, a nie ganiać za łowcami niewolników.

Valeran popatrzył na niego zimno.

–Myślę, że to sprawa między mną a cesarzem. Albo między mną a dowódcą drużyny.

–Spokojnie – wtrącił się Daherrin. – Chłopiec jest tutaj bezpieczny, a Valeran może być w drużynie, jeśli tylko zechce. Co mówiłeś, Val?

–Valeran – poprawił go żołnierz. – Zakładając, że karawana łowców niewolników rzeczywiście spieszy się na spotkanie z dużo większymi siłami... na co liczą? Mają nadzieję, że zaatakujemy ich w chwili, kiedy przybędą ich posiłki? Uniemożliwią nam zwiad? Zmuszą nas do założenia opasek na oczy w czasie walki?

Bren Adahan zaśmiał się, słysząc to ostatnie. Siedzący obok Aei Adahan milczał. Aeia tylko z rzadka odwracała jego uwagę, co wywarło duże wrażenie na Slovotskym. Ten człowiek miał niezłą koncentrację.

Jeśli chodzi o mnie, maleńka, gdybyś nie była adoptowaną córką Karla, z chęcią opowiedziałbym ci pewną bajkę na dobranoc.

Jej lekko skośne oczy, wysokie kości policzkowe i gładka cera były w pewien sposób egzotyczne. I choć Walter Slovotsky kochał swoją żonę – Kirah była wspaniałą kobietą – zwykle co najwyżej udawał, że jest wierny. Już taki był. Fakt, że Aeia lubiła obcisłe ubrania (takie były też jej krótkie spodenki i szary pulower z dzianiny) tylko podkreślał zmiany, jakie Walter w niej zauważył.

Mimo to... nie, zapomnij.

Pójście do łóżka z przyszłą żoną Karla niemal doprowadziło Waltera do śmierci. Wolał się nie dowiedzieć, czy zrobienie tego samego z jego przybraną córką będzie miało podobne efekty.

A może rada wojenna to nie najlepszy czas i miejsce do zastanawiania się, gdzie, jak i z kim będę spał.

Z drugiej strony, był to najlepszy czas na rozpoczęcie negocjacji, nawet jeśli nie wiedział, czy ma zamiar doprowadzić je do oczywistej konkluzji.

Wyciągnął rękę i poklepał ją po nagim kolanie w sposób, który można by uznać za niewinny.

–Co o tym myślisz, maleńka?

Przykryła jego dłoń swoją mniejszą. Wyszczerzyła zęby, kiedy przyjazny uśmiech Brena Adahana zastąpiło wściekłe spojrzenie.

–Myślę, Walterze, że wszyscy i tak macie zamiar to zrobić, więc lepiej zastanowić się nad tym, jak to zrobić, a nie, czy w ogóle.

–Fakt.

Interesująca dziewczyna. Czyżby nie tylko miała wspaniałe nogi i, jak mu się wydawało, jędrne piersi, ale także mózg? Gdyby jeszcze zauważył oznaki dyskrecji, mogłoby to bardzo ułatwić mu podjęcie decyzji. Oczywiście, i tak mogłaby wszystko zepsuć, mówiąc nie. Zdarzało się to Walterowi, mniej więcej raz na dziesięć prób. Jego rzadkie wyjazdy z Endell zwykle kończyły się sukcesem we wszystkim.

–Aeia ma rację. – Riccetti pokiwał głową i wstał. – W takim razie ja wychodzę. Mam plany na całą noc i nie widzę powodów, by je zmieniać... może za wyjątkiem umieszczenia armat na miejscach, tak na wszelki wypadek. Aeio, Petrosie, Jasonie, jutro macie i tak dużo do roboty i nie musicie tutaj zostawać, kiedy reszta będzie planować atak. Idźcie spać... pożegnać możecie się jutro rano.

Aeia wstała bez słowa, pożegnała wszystkich uśmiechem i wyszła.

–Petrosie, przenocujesz u mnie w Nowym Domu. Jason przygotuje dla ciebie pokój. Dziś w nocy jest zbyt pochmurno, żebyś jechał konno w ciemnościach. Daherrinie, planujesz sam to poprowadzić?

Krasnolud potaknął, uśmiechając się szeroko.

– Pewno – odpowiedział po angielsku. – To moja robota, szefie.

–W takim razie pozostaw kogoś, kto będzie dowódcą zbrojnych, kiedy ty wyruszysz, i upewnij się, że wystawiono nowe straże. I uważajcie na siebie –
dodał, zwracając się do wszystkich. Zmarszczył czoło, odwracając się do Jasona, który siedział w milczeniu, słuchając uważnie. –
Jasonie, powiedziałem ci, żebyś...

–Nie. – Chłopiec zagryzł wargi. Walter przyjrzał mu się uważnie.

Oho. Walter widział już ten szczególny wyraz twarzy, choć nie u Jasona.

Był to wyraz twarzy kogoś, kto miał zamiar zrobić coś, co go cholernie przerażało. Walter Slovotsky widywałby go częściej, gdyby na polu bitwy miał lusterko.

Nie zdziwił się wcale, kiedy Jason potrząsnął głową i uniósł głos, a każde słowo rozbrzmiewało echem ostrożnych kroków przez pole minowe.

–Idę z wami – powiedział chłopiec.


Dodano: 2006-09-22 12:36:55
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść Scalziego


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS