NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

Pullman, Philip - "Zorza Polarna"

Ukazały się

Douglas, Ian - "Star Carrier. Światłość"


 Ziębiński, Robert - "Piosenki na koniec świata"

 Palmer, Ada - "Siedem kapitulacji"

 Pilipiuk, Andrzej - "Przeszłość dla przyszłości"

 antologia - "Wigilia pełna duchów"

 Chesterton, Gilbert Keith - "Człowiek, który był Czwartkiem"

 Węcławek, Dominika - "Skoczkini. Zapiski z międzygwiezdnego lotu"

 Rusnak, Marcin - "Diabły z Saints"

Linki

Salvatore, R. A. - "Przebudzenie Demona"
Wydawnictwo: Isa
Cykl: Salvatore, R. A. - "Wojny Demona"
Data wydania: 2000
ISBN: 83-87376-64-7
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 640
Tom cyklu: 1



Salvatore, R. A. - "Przebudzenie Demona" (rozdział 6)

PADLINOŻERNE PTAKI

Odzyskała przytomność, choć nie spodziewała się już nigdy zobaczyć ponownie rozległego nieba. Otworzyła oczy machając jeszcze gorączkowo rękami, starając się pozbyć z małej dziury gęstego swądu zwęglonego drewna.

Ukośny promień przebił się przez dym, pojedyncza smuga światła, która wzywała dziewczynę z powrotem do krainy żywych. Podążyła za nim jakby we śnie, ostrożnie sięgając po kawałek drewna, który spadł, częściowo blokując dziurę.

Drewno było ciepłe. Jilseponie zrozumiała wtedy, że była nieprzytomna przez dłuższy czas. Stwierdziła, że może się mocno oprzeć o belkę, dopóki trzyma rękaw pomiędzy delikatnym ciałem a drewnem.

Dziewczyna pchnęła mocno, ale belka nie chciała się poruszyć. Uparta jak zawsze, przyzywając swój gniew, aby wesprzeć mięśnie, Pony zaparła się nogami tak mocno, jak potrafiła, i pchnęła jeszcze raz z całych sił, z całej mocy, stękając z wysiłku.

Dźwięk jej własnego głosu zmroził ją. A co, jeśli gobliny wciąż były w okolicy? Uspokoiła się i siedziała bardzo cicho, wsłuchując się z natężeniem, nie ośmielając się nawet oddychać.

Usłyszała krakanie ptaków - wiedziała, że były to ptaki padlinożerne. Ale nie doszedł jej już żaden inny dźwięk - ani jęk kogoś, kto przeżył, ani skowyczący, chrapliwy głos goblina, ani też gardłowe pomruki fomoriańskich olbrzymów.

Jedynie ptaki, żerujące na ciałach jej zabitych przyjaciół.

Ta ohydna myśl wprawiła Pony w gwałtowny ruch. Ponownie zaparła się nogami i pchnęła z całych sił, jakie miała. Stęknęła, ale była zbyt rozzłoszczona, żeby zastanawiać się nad konsekwencjami hałasu, gdyby gobliny były jednak w pobliżu.

Belka podniosła się o cal i przesunęła na bok, ale Pony nie mogła utrzymać jej ciężaru i belka spadła ciężko z głośnym łupnięciem. Pony wiedziała, że nie będzie jej w stanie poruszyć z tej nowej pozycji i nawet nie próbowała. Teraz tylko wiła się i przeciskała. Udało jej się uwolnić rękę, potem głowę i jedno ramię i tak się na chwilę zatrzymała, starając się złapać oddech z wielką ulgą, że przynamniej twarz miała wreszcie na zewnątrz w blasku słońca.

Ta ulga trwała jedynie dopóty, dopóki dziewczyna nie rozejrzała się wokół. To było Dundalis - logicznie rzecz biorąc zdawała sobie z tego sprawę - ale było to miejsce, którego Pony nie widziała nigdy przedtem. Wszystko, co zostało z domu Elbryana, to kilka belek i kamienne fundamenty. Wszystko, co zostało z Dundalis, to parę belek i kilka kamieni.

I ciała. Z tego miejsca Pony widziała tylko kilka, goblina i starszą kobietę, ale fetor śmierci wisiał w powietrzu gęsty jak dym z pożarów. Silny głos w umyśle Pony mówił jej, żeby wczołgała się z powrotem do dziury, zwinęła w kłębek i zapłakała, może nawet umarła, bo śmierć - niebo czy też pusta czerń - była lepsza niż to.

Spędziła dłuższą chwilę leżąc w połowie na zewnątrz a w połowie w środku, balansując na granicy histerii, beznadziei. Postanowiła po prostu wczołgać się znów do środka, ale coś, jakieś wewnętrzne przekonanie, którego młoda kobieta jeszcze nie pojmowała, nie pozwoliło jej na to.

Znowu nastąpiło wykręcanie się, rozdzieranie ubrania i obcieranie skóry, gorączkowe podciągnięcie i obrót, który wreszcie uwolnił ją z dziury. A potem nastąpiła kolejna długa przerwa. Gdy leżała na plecach na ziemi, jej myśli kłębiły się biegnąc wielorakimi ścieżkami, a każda z nich zdawała się prowadzić jedynie ku rozpaczy.

Z wielkim wysiłkiem Pony podniosła się z ziemi i wyszła spomiędzy stert gruzu, które były niegdyś domami Olwana Wyndona i Shane`a McMichaela. Główna droga pozostała, pokruszone kamienie i utwardzona ziemia, dokładnie obrzeżona dla odprowadzania wody, już samo to było dla Pony potwierdzeniem, że rzeczywiście była w Dundalis, w pozostałościach tego, co kiedyś było jej domem. Ani jedna budowla się nie ostała. Ani jeden człowiek, czy nawet koń, nie pozostał przy życiu. Pony uświadomiła też sobie z pewną ulgą, że nie było żadnych żywych goblinów ani olbrzymów. Jedynie sępy, całe dziesiątki sępów, niektóre krążyły nad jej głową, większość ucztowała na ziemi, rozdzierając skórę, wydziobując oczy.

Pony odwróciła się gwałtownie, przywołując obraz walki na drodze, kiedy to ostatni raz widziała ojca. Leżały tam ciała, zobaczyła Olwana, pogruchotanego i połamanego w tym samym miejscu, gdzie widziała, jak padał. A potem już nie patrzyła, bojąc się, że odnajdzie Thomasa Aulta, swego drogiego ojca, pośród zmarłych. Oczywiście, że był martwy, powiedziała sobie Pony, tak jak jej matka, jak Elbryan, jak wszyscy.

Dziewczyna, czując się tak bezradna i mała, prawie że upadła na ziemię, ale znowu uparty instynkt utrzymał ją na nogach. Zauważyła liczne martwe gobliny, nawet kilka olbrzymów. Zwłaszcza jedna grupa, sterta wielu potwornych ciał na drodze, stanowiła ciekawą zagadkę. Upadli jakby formowali obronny pierścień, jednak w ich pobliżu nie było żadnych ludzkich ciał. Tylko gobliny i samotny olbrzym, złożone razem, skąpane we krwi z licznych małych ranek na każdym z ciał. Pony pomyślała, że powinna podejść bliżej, żeby to zbadać, ale żołądek jej na to nie pozwolił.
Stała i wpatrywała się, i naszło ją odrętwienie. Zagadka przepadła, bo Pony była zbyt wyczerpana, aby przystawać i rozmyślać nad nią, aby przystawać i myśleć o czymkolwiek - zbyt przegrana i wymięta, aby zrobić cokolwiek, oprócz chwiejnego opuszczenia wioski. Poszła drogą na południe, potem skręciła ku zachodowi na pierwszym rozwidleniu, kierując się w stronę umierającego słońca.

Prowadził ją podświadomy instynkt. Zachwaszczona Łąka była najbliższą wioską, ale Pony nie sądziła, aby to miejsce czymś się różniło. Na pewno cały świat się zawalił, na pewno wszyscy ludzie byli martwi, dziobani i rozdzierani przez sępy.

Jakiś czas później zmysły ostrzegły Pony, że nie była sama. Na prawo dostrzegła lekkie drżenie jednego z małych krzaków. Może to wiewiórka ziemna, pomyślała dziewczyna, ale wiedziała w głębi serca, że nie.

Z lewa doszedł ją chichot, szepczący cicho głosik.

Pony wciąż szła prosto. Przeklinała się za to, że nie miała dość rozumu, aby zabrać broń przed opuszczeniem Dundalis. Zresztą nie miałoby to znaczenia, a może nawet do bezbronnej koniec przyjdzie szybciej.

Więc szła dalej, uparcie, patrząc wprost przed siebie, ignorując wszelkie sygnały, że może nie jest sama, że gobliny mogły znajdować się za każdym drzewem, obserwując ją, śmiejąc się z niej, może nawet kłócąc się pomiędzy sobą, który będzie miał przyjemność zabicia jej.

Ta myśl niemal powaliła Pony na ziemię, przypominając jej o Elbryanie, o chwilach przed katastrofą, o pocałunku...

A potem się rozpłakała. Szła prosto przed siebie, wyprostowana.

Ale nie mogła pozbyć się łez, poczucia winy i bólu.

Spała niespokojnie u stóp drzewa, na widoku tuż obok drogi, drżąc z zimna i koszmarów, które bała się, że będą nawiedzać ją już zawsze.

Na całe szczęście sny te jednak zniknęły. Gdy się przebudziła, nie mogła też przywołać żadnych obrazów wioski, swej rodziny i przyjaciół. Wszystko, co dziewczyna wiedziała, to to, że w jakiś sposób znalazła się gdzieś na drodze.

Wiedziała, że dręczy ją ból, fizyczny i emocjonalny, ale przyczyna tego ostatniego umknęła jej świadomej pamięci.

Nie znała nawet swojego imienia.


* * *

Olbrzym tam był, leżąc twarzą w dół we krwi i ziemi, w tym samym miejscu, gdzie Elbryan go ostatnio widział, ledwie kilka stóp od miejsca, gdzie zemdlał. W tej straszliwej chwili potwór podnosił właśnie maczugę, żeby zmiażdżyć Elbryana, a teraz był martwy.

Tak jak z dziesięć innych goblinów, rozsianych po całym terenie.

Elbryan usiadł i potarł twarz, zauważając draśnięcie i zakrzepłą krew na jednej z rąk. Jego myśli pomknęły nagle z powrotem do Pony i pocałunku przy bliźniaczych sosnach na szczycie grani. A potem wróciły z całą siłą do rzeczywistości, poprzez te chwile strachu - gobliny w lesie, biedny Carley, dym nad Dundalis, biegnąca Jilseponie, biegnąca ku osadzie, krzycząca przy każdym kroku. Wszystko to było tak nierealne, wszystko to wydarzyło się zbyt szybko. W przeciągu kilku niepojętych minut cały świat Elbryana runął.

Młodzieniec zdawał sobie z tego wszystkiego sprawę, gdy tak siedział na ziemi, wpatrując się z zaciekawieniem w jakimś cudem martwego olbrzyma. Wiedział, że już nic nie będzie tak jak kiedyś.

Z trudem powstał i ostrożnie zbliżył się do fomorianina, choć z ilości krwi i bezruchu stworzenia domyślił się, że na pewno było martwe. Zbliżył się do głowy i przyklęknął, przypatrując się uważnie licznym ranom.

Rany kłute, jak od strzał, tylko o wiele mniejsze. Elbryan przypomniał sobie szumiący dźwięk. Przywołał obraz brzęczących pszczół. Zebrał się na odwagę, aby przyjrzeć się im z bliska, nawet położyć kciuk na brzegu jednej z większych ran i odsunąć skórę.

- Żadnego grotu - zauważył na głos, starając się zrozumieć to wszystko. Znowu pomyślał o pszczołach - może to były gigantyczne pszczoły, które żądliły i żądliły, a potem odleciały. Usiadł ponownie i zaczął szybko liczyć, potem potrząsnął bezradnie głową, kiedy uświadomił sobie, że olbrzym miał przynajmniej dwadzieścia takich ran na samej tylko odsłoniętej twarzy i bez wątpienia inne niezliczone na całym piętnastostopowym ciele.

Młodzieniec po prostu nie miał na to teraz odpowiedzi. Myślał, że nie żyje, a jednak żył. Myślał, że Dundalis było zgubione...

Elbryan zerwał się na równe nogi, szybko obejrzał martwe gobliny w okolicy. Był nieco zaskoczony i trochę upokorzony, dowiedziawszy się, że nawet ci dwaj, z którymi walczył, nawet ten, którego myślał, że zabił własnym mieczem, także mieli widoczne rozliczne tajemnicze rany kłute.

- Pszczoły, pszczoły, pszczoły - zaśpiewał Elbryan jak litanię nadziei, pędząc stamtąd w dół zbocza ku Dundalis. Słowa, nadzieje runęły w zduszonym oddechu, jak tylko wyłoniła się wioska, a raczej zwęglone gruzy, które kiedyś były wioską.

Wiedział, że nie żyli, wszyscy byli martwi. Nawet z tej odległości, pięćdziesięciu jardów od najbardziej na północ wysuniętego krańca wioski, Elbryan czuł w swym sercu, że nikt nie mógł przetrwać takiej masakry. Ze spopielałą twarzą i bijącym sercem - nie dającym jednak żadnej energii ramionom zwisającym luźno po bokach ani nogom zdającym się nagle ważyć sto funtów - młodzieniec, czując się jak mały zagubiony chłopiec, szedł do domu.
Rozpoznawał każde ciało, którego nie dotknęły płomienie - rodziców, przyjaciół, młodszych mężczyzn, zaledwie kilka lat starszych od niego oraz młodszych chłopców i dziewczęta zabranych z patrolu przez rodziców. Na zwęglonym progu jednej z ruin dostrzegł malutkie ciałko, sczerniałą kulkę. Carralee Ault, kuzynka Pony, uświadomił sobie Elbryan, gdyż była ona jedynym niemowlęciem w osadzie. Matka Carralee leżała z twarzą zwróconą ku drodze, zaledwie kilka stóp od progu, gdzie leżało dziecko. Elbryan zdał sobie sprawę, że starała się dotrzeć do Carralee, a oni ścieli ją, gdy patrzyła jak dom, jej dom, pali się naokoło jej dziecka.

Elbryan zmusił się, żeby trzymać się z daleka od takiej wyraźnej empatii, zdając sobie sprawę, że może się z łatwością zatracić w całkowitej rozpaczy. To zadanie stało się tym trudniejsze, iż zbliżył się właśnie do dużej grupy goblinów i olbrzymów zabitych na drodze, przechodząc obok miejsca najcięższej walki, przechodząc obok ciała Olwana, swego ojca.

Elbryan widział, iż jego ojciec zginął mężnie i rozumiejąc surowe i stanowcze zasady postępowania ojca, nie był zaskoczony, że Olwan zginął w walce.

Ale nie miało to wcale znaczenia dla Elbryana.

Chłopak podążył chwiejnie dalej ku ruinie swego domu. Parsknął śmiechem, płaczliwym śmiechem, gdy zobaczył, że fundamenty, z których ojciec był tak dumny, pozostały nietknięte, choć ściany i sufit się zawaliły. Elbryan podchodził ostrożnie do wciąż tlącej się ruiny. Jeden z tylnych węgłów w jakiś sposób uniknął płomieni, a kiedy zawalił się dach, on się pochylił, pozostawiając puste miejsce.

Odepchnął na bok drewno - ostrożnie, kiedy usłyszał jak pozostałości dachu jęknęły w proteście - i zsunął się na kolana, zaglądając do środka. Był w stanie rozróżnić dwie postacie, oparte o tylny róg.

- Proszę, proszę - wyszeptał Elbryan, ostrożnie wybierając drogę ku temu miejscu.

Goblin, najbliższa z postaci, był martwy, z rozłupaną głową. Popychała go nieuzasadniona nadzieja, gdy z trudem przedostał się po nim do kolejnego ciała, siedzącego w samym rogu.

To była jego matka, również martwa - od dymu, jak wkrótce uświadomił sobie Elbryan, bo nie miała na sobie żadnej rany. W ręce ściskała swoją ciężką drewnianą łyżkę. Często machała nią na dzieci, Elbryana i jego przyjaciół, kiedy jej przeszkadzali, grożąc, że rozgrzeje im tyłki.

Dopiero wtedy Elbryan przypomniał sobie, że nigdy jej nie użyła. Aż do tego dnia, dodał w myślach, patrząc na zabitego goblina.

Wszystkie obrazy z jej życia - wymachiwanie tą łyżką, potrząsanie głową nad jej porywczym synem, żarty z Olwana i wzajemne mruganie do siebie z Jilseponie, jakby znały jakąś tajemnicę dotyczącą Elbryana, napłynęły do chłopca w oszałamiającej kotłowaninie. Wszedł dalej i usiadł przy matce, przesuwając jej sztywniejące ciało, aby móc je przytulić ostatni raz.

I rozpłakał się. Płakał nad matką i ojcem, nad swymi przyjaciółmi i ich rodzicami, nad całą Dundalis. Płakał też nad Pony, nie wiedząc, że gdyby pobiegł do osady, jak tylko się ocknął, zauważyłby zmęczoną dziewczynę, jak szła południową drogą, potykając się o kamienie.

I Elbryan płakał nad sobą, swą przyszłością czarną i niepewną.

Pozostał w tym kącie swego domu, tego drobnego punktu powiązania z tym, co było niegdyś, tuląc matkę, aż zaszło słońce. Został tam przez całą chłodną noc.


Dodano: 2006-09-22 13:26:35
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Świąteczny konkurs z Rebisem i Szmidtem


Świąteczny konkurs z Warcraftem


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Raduchowska, Martyna - "Fałszywy Pieśniarz"


 Abercrombie, Joe - "Szczypta nienawiści"

 Eames, Nicholas - "Krwawa Róża"

 Kisiel, Marta - "Małe Licho i anioł z kamienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Cała Orsinia"

 Lawrence, Mark - "Święta siostra"

 Aldiss, Brian W. - "Cieplarnia"

 Abercrombie, Joe - "Ostateczny argument" (oprawa twarda)

Fragmenty

 Simon, Lars - "Lennart Malmkvist i osobliwy mops Buri Bolmena"

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS