NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Gwynne, John - "Zgliszcza"

Szmidt, Robert J. - "Ostatnia misja Asgarda"

Ukazały się

Szostak, Wit - "Fuga" (Powergraph)


 Andrews, Ilona - "Magia zmienia"

 Le Guin, Ursula K. - "Dotąd dobrze"

 Hobb, Robin - "Przeznaczenie Skrytobójcy"

 Paolini, Christopher - "Widelec, Wiedźma i smok"

 Flanagan, John - "Powrót Temudżeinów"

 Bloch, Robert - "Psychoza"

 Campbell, John W. - "Coś"

Linki

Salvatore, R. A. - "Przebudzenie Demona"
Wydawnictwo: Isa
Cykl: Salvatore, R. A. - "Wojny Demona"
Data wydania: 2000
ISBN: 83-87376-64-7
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 640
Tom cyklu: 1



Salvatore, R. A. - "Przebudzenie Demona" (rozdział 2)

TEN, KTÓRY WIERZY PRAWDZIWIE

Dwudziestu pięciu stało w szeregu, przyobleczonych w grube brązowe szaty z szerokimi rękawami i obszernymi kapturami, zaciągniętymi nisko, aby ukryć twarze. Cisi i pokorni, trzymali w pochyleniu głowy, zgarbione ramiona, ręce złożone z przodu, a w całym tym szeregu nie był widoczny spod fałd materiału żaden palec, żaden przebłysk ciała.

- Pobożność, godność, ubóstwo - zaintonował nosowym głosem stary ojciec przeor, Dalebert Markwart. Stał samotnie na balkonie ponad głównym wejściem do St.-Mere-Abelle, klasztoru o największym znaczeniu w całym królestwie Honce-the-Bear, w północnej umiarkowanej strefie Corony. Wczepione w skaliste klify południowo-wschodniego wybrzeża, St.-Mere-Abelle stał ciemny i pełen dostojeństwa przez niemalże tysiąclecie, a każde pokolenie mnichów dodawało swój trud i umiejętności do i tak już wielkiej budowli. Jej szare skalne mury zdawały się wyrastać prosto z samego kamienia, stanowić przedłużenie mocy ziemi. Przysadziste wieże zakotwiczały każdy zakręt ściany, a wąskie okna wskazywały, iż miejsce to zostało zbudowane dla ponurych rozważań i obrony. Widoczne fragmenty klasztoru robiły wrażenie, sam tylko mur od strony morza wyrastał i stapiał się na powrót ze ścianą klifu przez ponad milę. Ale większość tego miejsca była niewidoczna zza murów, pogrzebana pod ziemią, w mocnych i solidnych tunelach, w obszernych podziemnych komnatach - wiele z nich zadymionych od ciągłego światła pochodni, inne rozświetlone magicznymi sposobami. Żyło tam siedmiuset mnichów i dwie setki służących, wielu z nich nie opuszczało nigdy tego miejsca, nie licząc krótkich wypraw, zwykle na rynek w wiosce St.-Mere-Abelle, jakieś trzy mile w głąb lądu.
Nowa klasa dwudziestu pięciu mnichów stała jeden za drugim. Ponieważ zostali ustawieni według wzrostu, Avelyn Desbris, wysoki i grubokościsty, był blisko tyłu, z dwudziestoma dwoma przed nim i tylko dwoma za nim. Ledwo słyszał opata ponad ciągłym jękiem wiatru, przeciskającym się zawsze przez rozliczne kamienie. Ale Avelyn prawie się tym nie przejmował. Przez większość ze swoich dwudziestu lat, młodzieniec marzył o tym dniu, postawił sobie za cel zakon St.-Mere-Abelle tak pewnie, jak generał koncentrujący się na swoim następnym podboju. Osiem lat formalnych studiów, osiem lat męczących sprawdzianów przywiodło tu Avelyna, jednego z dwudziestu pięciu młodych mężczyzn pozostałych z dwóch tysięcy dwunastolatków, którzy zaczęli ten proces, każdy rywalizujący desperacko, aby zostać przyjętym do tej klasy roku pańskiego 816.

Avelyn odważył się zerknąć spod kaptura na garstkę widzów stojących wzdłuż drogi przed głównymi wrotami klasztoru. Jego matka, Annalisa, i ojciec Jayson byli wśród tej małej grupki, choć jego matkę zmogła choroba i najpewniej nie uda jej się powrócić do domu w wiosce Youmaneff, jakieś sto mil od wybrzeża. Avelyn miał pewność, że to ostatni raz, kiedy ją widzi, i również pewnie ostatni raz, kiedy widzi swego ojca. Avelyn był najmłodszy z dziesiątki dzieci, a jego rodzice mieli dobrze ponad czterdziestkę, kiedy się urodził. Jego najbliższe rodzeństwo było siedem lat od niego starsze, tak więc nie był naprawdę blisko z żadnym z nich. Kiedy Avelyn podrósł wystarczająco, żeby zrozumieć pojęcie rodziny, połowa z dzieci już się wyniosła z rodzinnego domu.

Jednak miał dobre życie i był z rodzicami bliżej niż którekolwiek z jego braci czy sióstr. Ta więź była szczególnie silna z Annalisą, skromną i uduchowioną kobietą, która zachęcała swoje najmłodsze dziecko do podążania ścieżką Boga, odkąd tylko pamiętał.

Avelyn jeszcze raz spuścił wzrok z obawy przed karą, jeśliby przyłapano go na wyglądaniu spod kaptura. Plotki głosiły, że uczniowie St.-Mere-Abelle byli wyrzucani za mniejsze przewinienia. Przywołał obraz matki tego dnia wiele lat temu, gdy oznajmił, że wstąpi do St.-Mere-Abelle: łzy, które ją naszły i uśmiech, łagodny, prawie niebiański. To potwierdzenie zostało wypalone w myślach Avelyna tak wyraźnie, jakby je namalowano i magicznie podświetlono od wewnątrz jego powiek. O ileż młodsza i tryskająca życiem zdawała się wtedy Annalisa! Ostatnie kilka lat było dla niej ciężkie, jedna choroba po drugiej. Była jednak zdeterminowana, aby ujrzeć ten dzień, i Avelyn rozumiał, że wraz z jego odejściem, wstąpieniem do St.-Mere-Abelle, kobieta nie będzie już dłużej walczyła ze śmiercią.

To wydawało się właściwe zarówno Avelynowi, jak i Annalisie. Jej cele zostały osiągnięte, jej życie przeżyte w duchu wspaniałomyślności. Avelyn wiedział, że będzie płakał, kiedy dojdzie go wieść o jej odejściu, ale wiedział też, że jego łzy będą egoistyczne - łzy nad samym sobą i jego stratą, a nie nad Annalisą, o której wiedział, że będzie w lepszym miejscu.

Zgrzyt otwierających się wielkich wrót przywołał młodzieńca do rzeczywistości.

- Czy z własnej woli wstępujecie w służbę Bożą? - spytał ojciec przeor Dalebert Markwart.

Dwudziestu pięciu odpowiedziało jednogłośnym - Tak powiadam!

- Zatem pokażcie swoje pragnienie - zażądał ojciec przeor. - Przejdźcie przez Rękawicę Dobrowolnego Cierpienia!

Szereg przesunął się ku przodowi. - Mój Bóg, nasz Bóg, jeden Bóg - zaintonowali i wznieśli głosy jeszcze wyżej, kiedy pierwszy z szeregu wszedł w rękawicę, wkraczając pomiędzy dwa rzędy mnichów, którzy pozostali z klas z poprzednich dwóch lat, uzbrojonych w ciężkie drewniane deszczułki.

Avelyn słyszał uderzenia drewna, mimowolne jęki, nawet czasem krzyk młodszego ucznia bliżej przodu. Zapadł głębiej w siebie, śpiewał miarowo z całych sił i słuchał swych własnych słów, czepiając się swej wiary i budując z niej ścianę samozaparcia. Tak mocno był zanurzony w medytacji, że nawet nie poczuł paru pierwszych uderzeń, a te, które w niego później trafiały, wydały się niewielką rzeczą, chwilowym bólem, zagubionym w absolutnej słodyczy, która nań czekała. Całe swoje życie chciał służyć Bogu, całe swoje życie marzył o tym dniu.

Teraz nadszedł jego czas, jego dzień. Przeszedł przez rękawicę bez wydania najmniejszego dźwięku, oprócz kontrolowanego, miarowego śpiewu.

Fakt ten nie umknął uwadze ojca przeora Markwarta ani żadnego z pozostałych mnichów przyglądających się inicjacji roku pańskiego 816. Nikt z pozostałych z szeregu Avelyna nie mógł się tym poszczycić, nikt od wielu lat nie przeszedł przez Rękawicę Dobrowolnego Cierpienia z tak minimalną skargą.


* * *

Olbrzymie kamienne wrota St.-Mere-Abelle zatrzasnęły się z donośnym hukiem, który wstrząsnął gwałtownie Annalisą Desbris. Jej mąż przytulił ją wtedy mocno, rozumiejąc jej ból zarówno fizyczny, jak i emocjonalny.
Annalisa wiedziała, jak wiedział to Avelyn, że już nigdy nie zobaczy ponownie syna na tym świecie. Oddała go na służbę Bogu, ku jej wielkiej radości, ale jednak, ten prawdziwie ludzki ból ostatecznego rozstania szarpał jej słabe serce, wykradał siłę z jej drobnych ramion i nóg.

Jayson zawsze ją wspierał. On również miał łzy w oczach, ale w przeciwieństwie do Annalisy, nie były to łzy radości. Łzy Jaysona zrodzone były z mieszaniny uczuć, sięgających od zwykłego smutku do gniewu. Nigdy nie wypowiadał się otwarcie przeciwko decyzji Avelyna, ale ten pragmatyczny mężczyzna zastanawiał się, czy jego syn nie marnuje sobie po prostu życia.

Wiedział, że nie może tego powiedzieć słabej Annalisie. Jedno słowo mogło ją złamać. Jayson miał jedynie nadzieję, że jakoś uda mu się dowieźć ją do domu, do jej własnego łóżka, zanim umrze.


* * *

Myśli o rodzicach nie zdołały zaprzątnąć na długo uwagi Avelyna, jako że grupa przeszła przez omiatany wiatrem dziedziniec i wkroczyła do wielkiej sieni St.-Mere-Abelle. Tym razem młodzieniec wydał z siebie mimowolny dźwięk, westchnienie niedowierzania i zachwytu.

Miejsce to nie było jasne, mając jedynie garstkę maleńkich okien umieszczonych wysoko w górze strzelistych murów. Pochodnie płonęły w regularnych odstępach, a masywne belki podpierające sufit sali zdawały się tańczyć w ich świetle. Avelyn nigdy nie widział tak wielkiego pomieszczenia, nie był w stanie ogarnąć wysiłku, jaki został włożony, aby zbudować tę sień. Jego własna wioska Youmaneff zmieściłaby się w tych murach, zostawiając jeszcze miejsce dla koni!

Gobeliny, wiszące wzdłuż pomieszczenia, były nie mniej wspaniałe i intrygujące, utkane ze scen zawierających milion detali w każdej stopie kwadratowej - obrazy w obrazach, subtelne linie i mniejsze obrazki, które przyciągały wzrok i ciekawość Avelyna i nie pozwalały oderwać od siebie wzroku. Gobeliny zakrywały ściany niemal całkowicie, ustępując jedynie oknom i wystawionej na kozłach lśniącej broni: mieczom i włóczniom, wielkim toporom, długim sztyletom i niezliczonemu uzbrojeniu z zakrzywionymi ostrzami i kłującymi sztychami, którego Avelyn nie znał. Zbroje różnych typów stały jak milczący strażnicy, każdy rodzaj, od nachodzących na siebie drewnianych płyt starożytnych Behreńczyków do mocnych metalowych kolczug zaprojektowanych dla Brygady Całym Sercem z Honce-the-Bear, osobistej straży Króla - ktokolwiek nim był w danym momencie. Przy jednej ze ścian stał gigantyczny posąg, mierzący piętnaście stóp albo więcej, ubrany w ciężką skórzaną kurtę, obramowaną futrem i nasadzaną szpikulcami, metalowymi płytkami i ciężkimi, żelaznymi pierścieniami. Avelyn uświadomił sobie z widocznym dreszczem przerażenia, że to fomorianin, w typowym stroju bitewnym swojej wojowniczej rasy. Obok niego, dla kontrastu, stały dwie drobne postacie, jedna nieco więcej niż połowy wzrostu Avelyna, a druga trochę wyższa, ale smukła i gibka. Niższy z tej dwójki miał na sobie lekką skórzaną tunikę i naramienniki, metalowe rękawy zaczepione o kciuki postaci, biegnące od przegubów do łokcia. Czerwony beret zdradzał tożsamość postaci. Avelyn uświadomił sobie, że to manekin powrie. Okrutne krasnoludzkie powrie były również nazywane krwawymi beretami ze względu na ich okropny zwyczaj zanurzania swoich beretów, zaczarowanych przedmiotów wykonanych ze specjalnie spreparowanej ludzkiej skóry, w krwi ofiar, dopóki hełm nie przybrał - i nie zachował - lśniącej czerwonej barwy.

Posąg obok powrie, ukazujący parę niemalże przezroczystych skrzydeł, musiał być wyobrażeniem elfa, tajemniczego Touel`alfar. Jego członki były smukłe i długie, a zbroję stanowiła lśniąca srebrna kolczuga z solidnych, sczepionych ze sobą ogniw. Avelyn chciał podejść do niego bliżej, aby przyjrzeć się surowym rysom twarzy i niezwykłemu kunsztowi wykonania zbroi. Ta myśl i wiążąca się z nią możliwa kara przypomniała młodzianowi o tym, gdzie się znajdował, i że przeminęło wiele sekund, może minut odkąd tu wszedł. Zaczerwienił się mocno, pochylił głowę, rzucając prędko spojrzeniem dookoła. Jednak uspokoił się szybko, widząc, że wszyscy jego koledzy z klasy byli, podobnie jak on, zauroczeni i że ojca przeora i innych wyższych rangą mnichów zdawało się to nie obchodzić.

Avelyn nagle zdał sobie sprawę, że nowicjusze mieli być oszołomieni i rozejrzał się ponownie dookoła pomieszczenia, tym razem bardziej otwarcie, kiwając głową, gdy zaczął pojmować prawdziwą naturę tego miejsca. Zakon St.-Mere-Abelle był znany nie tylko ze swoich pobożnych i pokornych kapłanów, ale również ze swojej długiej reputacji groźnych wojowników. Na osiem lat wcześniejszego szkolenia Avelyna składały się jedynie pomniejsze nauki w sztuce walki, ale podejrzewał, że fizyczne wykształcenie, umiejętność walki, staną się bardziej znaczące, gdy już znajdzie się w klasztorze.

Dla Avelyna stanowiło to bardziej element odciągający uwagę niż cokolwiek innego. Jedyne czego chciał łagodny i idealistyczny młodzieniec, to służyć Bogu, pielęgnować pokój, leczyć i przynosić pociechę. Dla Avelyna Desbrisa nic na tym świecie, nawet skarby smoka ani władza królewska, nie mogły przeważyć nad takim osiągnięciem.
Teraz był po drugiej stronie wielkich kamiennych wrót St.-Mere-Abelle. Teraz miał swoją szansę.

Przynajmniej w to wierzył.


Dodano: 2006-09-22 13:10:55
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Dragon Age: Cesarstwo masek"


Wygraj "Mutanta"


Artykuły

Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady


 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e03)

Recenzje

Abercrombie, Joe - "Nim zawisną"


 Baxter, Stephen - "Ultima"

 Abercrombie, Joe - "Ostrze"

 Majka, Paweł - "Berserk. Spowiednik"

 Palmer, Ada - "Do błyskawicy podobne"

 Ruocchio, Christopher - "Imperium ciszy"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Komuda, Jacek - "Westerplatte"

Fragmenty

 Foster, Alan Dean - "Obcy"

 Hendel, Paulina - "Droga Dusz"

 Cook, Glen - "Port Cieni"

 Zbierzchowski, Cezary - "Distortion"

 Rak, Radek - "Baśń o wężowym sercu"

 Petrucha, Stefan - "Marvel: Spider-Man. Wiecznie młody"

 Kańtoch, Anna - "Diabeł w maszynie"

 Bławatska, Helena P. - "Opowieści okultne"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2019 nast.pl     RSS      RSS