NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

Ukazały się

Abnett, Dan - "Pancerz pogardy"


 Pilipiuk, Andrzej - "Traktat o higienie. Z dziejów dra Skórzewskiego"

 Jadowska, Aneta - "Kurczaczek i Salamandra"

 Jaumann, Bernhard - "Sępom na pożarcie"

 Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"

 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

Linki

Rosenberg, Joel - "Srebrna Korona"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Rosenberg, Joel - "Strażnicy Płomienia"
Data wydania: 2001
ISBN: 83-87376-84-1
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 352
"strażnicy płomienia", tom 3



Rosenberg, Joel - "Srebrna Korona" (rozdział 2)

ROZDZIAŁ DRUGI: Pole bitwy


Najpierw powiedz sobie, kim będziesz. Później rób to, co musisz robić.
- Epiktet



W miarę upływu lat Karl nauczył się radzić sobie ze strachem. Musiał.

Owszem, radził sobie, ale niezbyt dobrze. Nie mógł jednak za wiele od siebie wymagać. Karl Cullinane bezpiecznie spędził dwadzieścia jeden z dwudziestu dziewięciu lat życia jako przedstawiciel amerykańskiej klasy średniej w drugiej połowie dwudziestego wieku. W głębi duszy wciąż jeszcze nie przyzwyczaił się do utraty tego bezpieczeństwa i wygody. Jedyne, co mógł zrobić, to odepchnąć od siebie strach, choć tylko na jakiś czas.

Najgorsze były chwile spokoju przed bitwą. Miał wtedy zbyt wiele czasu na myślenie i zbyt wiele możliwości przestraszenia się.

Karl po raz kolejny z bijącym sercem sprawdził wiążące strażnika rzemienie i przekazał go Daherrinowi.

- To też zabierz - powiedział, podając krasnoludowi strzelbę i sakiewkę, należące wcześniej do łowcy niewolników. Strzelba wyglądała bardzo dziwnie. Zamek, jeśli w ogóle go posiadała, musiał znajdować się wewnątrz kolby, zaś spust przypominał raczej miniaturową rączkę pompy.

Teraz nie miał jednak czasu, aby dokładnie się jej przyjrzeć, będzie musiał zrobić to później. O ile będzie jakieś później.

Karl zacisnął dłonie w pięści. Nie byłoby dobrze, gdyby Walter, Chak albo Daherrin zobaczyli, że drżą mu palce.

Krasnolud chwycił łowcę niewolników za tunikę i przerzucił go sobie przez ramię, bez trudu utrzymując równowagę. W wielkiej lewej ręce niósł zdobytą strzelbę i proch. Krasnoludy były nie tylko niższe i mocniej zbudowane niż ludzie; ich stawy były grubsze, a mięśnie bardziej gęste, o wiele mocniejsze.

- I pamiętaj - dodał Slovotsky - że jeśli tutaj wszystko diabli wezmą, sprzęt musi dotrzeć...

- ... do Domu - dokończył Daherrin. - Włączając w to ten kawałek mięsa - powiedział, podrzucając łowcę na ramieniu. - Zrobione.

Krasnolud odwrócił się i odszedł.

Karl skończył odwijać pistolety ze skóry chroniącej je przed wilgocią, po czym podsypał proch na panewki. Schował flakon drobnego prochu i skórę, po czym wcisnął pistolety za pas, upewniając się, że nie celują w jego stopy.

Chak postąpił podobnie ze swoimi pistoletami. Poklepał ich zakrzywione kolby i uśmiechnął się do Karla.

- Gwellin miał kilka zapasowych - stwierdził Walter, wręczając każdemu z nich jedną z trzech śrutówek, które przyniósł razem z krasnoludem. - Mam nadzieję, że nie przeszkadza wam takie uzupełnienie.

- Wcale mi to nie przeszkadza. - Chak z łatwością uniósł broń.

- Mnie też nie. - Karl oparł kolbę o ziemię i wsunął bełt w rowek kuszy, po czym przycisnął go ruchem kciuka świadczącym o dużej praktyce. - Czy śrutówka jest naładowana?

- Standardowo, wszystko za wyjątkiem panewki. Gwelllin to zrobił, sam widziałem.

- Dobrze. - Karl wręczył kuszę Chakowi. Wyjął flakon z drobnym prochem i podsypał go na panewkę. Odwiódł kurek, który zaskoczył z cichym trzaskiem.

Karl był odrobinę próżny, jeśli chodziło o śrutówki, gdyż był to jego wynalazek. Normalnie, kiedy gwint wewnątrz lufy strzelby wytarł się, broń należało ponownie wydrążyć i nagwintować. To jednak zmieniało kaliber i standardowe naboje stawały się bezużyteczne. Karl wpadł na pomysł dokładniejszego wydrążenia lufy, aż jej przewód był średnicy kciuka, po czym obcięcia jej, przez co broń zmieniała się w gładkolufową śrutówkę.

Walter oddał kuszę Karlowi, po czym zacisnął dłoń na jego ramieniu.

- Nie robi się coraz łatwiej, prawda? Chcesz, żebym jeszcze poszedł na zwiady?

- Nie. Niech już będzie po wszystkim. - Spojrzał w stronę drogi. W pewnej odległości, po tej samej stronie zakrętu, stało pięciu krasnoludzkich wojowników.

Machnięciem ręki kazał im podążyć za sobą, po czym ruszył drogą w stronę ogniska. Z jednej jego strony szedł Walter, z drugiej Chak.

- Zaczyna się.

Chak wciągnął powietrze przez zęby, Walter uniósł śrutówkę.

Przed nimi droga rozwidlała się. Trzy przypominające pudełka wozy otaczały ognisko. Dziesięciu posiwiałych mężczyzn siedziało przy ognisku, pijąc i rozmawiając, zaś ponad tuzin spał pod kocami. Za nimi kilkunastu innych otaczało duży koc, na którym leżały dwie jęczące kobiety. Mężczyźni wykrzykiwali fałszywe słowa zachęty do przyjaciół, czekając na swoją kolej.

Walter odwrócił się i gestem wezwał krasnoludy. W obozie był taki hałas, że nikt nie zauważy ich przez kilka sekund.

- Będę gotów, kiedy wy będziecie - szepnął, jego głos przez moment się załamał.

Chak uniósł śrutówkę do ramienia.

Karl zacisnął dłoń na kuszy. Uniósł ją do ramienia, zacisnął palce na spuście, wycelował w najbliższego łowcę niewolników i strzelił.

Szszszt! Łowca poleciał do przodu, zaciskając palce na pierzysku, które wystawało z jego piersi.

Trzask śrutówki Chaka przerwał nocną ciszę. Trzej łowcy krzyknęli z bólu, kiedy trafiły ich odłamki. Czwarty przycisnął dłonie do krwawej rany, która wcześniej była jego twarzą.

Gdy inni łowcy zerwali się na równe nogi, Karl opuścił kuszę, przeniósł śrutówkę do prawej ręki, oparł ją o biodro i wystrzelił.

Inny mężczyzna sięgnął po swoją strzelbę, ale strzał Waltera otworzył jego brzuch, jakby to był przejrzały melon. Padł na kolana, wymiotując krwią.

Pozostali łowcy pobiegli przez łąkę, kierując się w stronę drogi. Chak uniósł pistolet i wycelował.

- Nie! - krzyknął Karl. - Zostaw ich dla oddziału z dwoma strzelbami. Za mną. - Upuścił śrutówkę i pobiegł w stronę koców, jednocześnie wyciągając zza pasa pistolety.

Łowcy niewolników zaczęli reagować na atak. Kilku w szaleńczym tempie pobiegło w stronę najbliższego wozu, jednak ścięły ich dwie szybkie salwy.

W powietrze poszybowała z gwizdem rakieta sygnałowa Piella.

- Padnij! - Karl zasłonił oczy ramieniem i odwrócił się w przeciwną stronę. Gdy rakieta wybuchła nad łąką, niezwykle jasny błysk i tak na chwilę go oślepił.

Dziewięciu łowców otaczających Karla, Chaka i Waltera nie było na to przygotowanych. Krzyczeli, oślepieni przynajmniej na kilka chwil.

Jeden z łowców, odziany tylko w skórzaną tunikę, usiłował wymacać na ziemi swój miecz. Karl kopnął go w twarz, jego but zgruchotał kości mężczyzny. Odwrócił się i zastrzelił innego, który usiłował wycelować w Chaka trzymaną w drżących rękach strzelbę. Pistoletem z lewej ręki szybko postrzelił w brzuch łowcę. Sięgnął za plecy, by wyciągnąć miecz, gdy zaatakował go krępy mężczyzna, ściskający zbielałymi palcami długi na stopę sztylet.

Ledwie Karl wysunął miecz z pochwy, gdy ktoś rzucił się mu na plecy, a szyję otoczyło owłosione ramię.

Nie miał czasu na zastanawianie się. Mógł zająć się albo wrogiem trzymającym się jego pleców, albo atakującym z przodu.

Postąpił instynktownie. Zignorował łowcę na plecach i odepchnął płazem ostrze drugiego, po czym wbił sztych miecza w jego gardło i gwałtownie przekręcił, jednocześnie cofając rękę.

Bam! Usłyszał odgłos wystrzału, mężczyzna z tyłu aż zatrząsł się od uderzenia, zaś ramię zaciskające się na szyi Karla osłabło. Cullinane uchwycił gruby nadgarstek, obrócił się i pociągnął. Uniesionym kolanem trafił łowcę w brodę, kości pękły jak szkło.

Oddalony o dwa jardy Chak uśmiechnął się do niego lekko, upuścił dymiący pistolet i wyjął bułat, by sparować cios kolejnego łowcy.

Szabla Waltera uderzyła o ostrze ostatniego, dziewiątego łowcy. Wydawało się, że Walter sobie z nim poradzi, ale Karl nie miał zamiaru grać fair. Przebił przeciwnika Waltera na wysokości nerki, obrócił się i przykucnął.

Przeciwnik Chaka leżał na ziemi, ściskając zranione ramię. Ciemnoskóry mężczyzna nie marnował na niego czasu - wyciągnął ostatni pistolet i zastrzelił go.

Oddział Tennetty pogalopował przez łąkę, zmuszając pozostałych żywych łowców do ucieczki. Therol oddzielił się od reszty, zeskoczył z konia i podał eliksir leczący dwóm rannym krasnoludom, jedynym dotychczas ofiarom po stronie Karla.

Karl odetchnął. Dla niego się to skończyło, przynajmniej na razie. Oddziały Piella i Gwellina pokonały wszystkich swoich przeciwników. Teraz ich członkowie wędrowali między rozrzuconymi ciałami, dobijając rannych.

Od strony drogi słychać było odgłosy strzałów, rżenie koni i krzyki.

- Karl! - zawołał Gwellin, stojący z zakrwawionym toporem nad ciałem łowcy. - Chcesz, żebyśmy...

- Nie. Najpierw niech ucichną strzały. - Zabicie reszty należało do oddziału z dwoma strzelbami i jeźdźców Tennetty, nie do krasnoludów Gwellina i oddziału Piella. Dla nich walka już się skończyła. W ciemności ludzie goniący łowców niewolników mogli łatwo zostać z nimi pomyleni. Karl w swoim czasie stracił zbyt wielu wojowników, ale żaden z nich nie został zabity przez pomyłkę i nie chciał, żeby tak się kiedykolwiek stało.

Cichy jęk przyciągnął uwagę Karla. Półnagi łowca, którego kopnął w twarz, zaczął się ruszać, ściskając pozostałości szczęki. Jego oczy rozszerzyły się, gdy zbliżył się do niego Cullinane.

- Karl - warknął Walter - chcemy jeszcze jednego żywcem, pamiętasz?

Cullinane kopnął mężczyznę w ramię, po czym schylił się i rzemieniem wyjętym z sakiewki związał jego ramiona za plecami.

- Therol, poszukaj w wozach eliksirów leczących i wylecz go. Po kilka kropli z każdej butelki. - Musieli sprawdzać działanie eliksirów leczących na kimś, kogo nie będzie żal. Dwa lata wcześniej Karl stracił jednego z wojowników po podaniu czegoś, co wyglądało jak eliksir Stowarzyszenia Leczącej Dłoni, ale w rzeczywistości było trucizną.

- Zrobione - zawołał Therol. - A jak z tobą?

- Ze mną?

- Nie gadaj, Therol - zawołał Chak - tylko rusz tyłek i chodź tutaj. Karl jest ranny.

- Chak, czuję się świetnie.

- Pewnie - parsknął Slovotsky. - Oczywiście. - Walter przesunął dłonią po plecach Karla. Kiedy mu ją pokazał, Cullinane zobaczył krew spływającą po palcach.

- To nic wielkiego, Karl, tylko draśnięcie. Lepiej jednak, żeby Therol wyleczył cię, zanim w twojej krwi spadnie poziom adrenaliny i zacznie cię boleć.

Ból przeciął jego plecy nagle, jak bicz. Z trudem chwycił oddech, po czym zmusił się do zignorowania tego, co czuł. Nie ma niebezpieczeństwa. Za chwilę Therol mnie wyleczy. Ból był właściwie biologicznie zaprogramowanym ostrzeżeniem przed niebezpieczeństwem. Tutaj nie było żadnego niebezpieczeństwa, więc nie powinien nic czuć. Było to całkowicie logiczne, ale wcale mu nie pomagało.

Najlepiej zająć się czymś, zapomnieć o cierpieniu.

- Chak, ty i ludzie Gwellina sprawdzicie wozy... za wyjątkiem wozu czarodzieja. Przed nim postawcie straż, ale nie wchodźcie.

- Myślisz, że ktoś tam jest?

- Nie wiem, więc zakładam, że tak.

- Po prostu się pytałem. - Chak pociągnął nosem. - Wiesz, już to robiłem.

- Przepraszam. To wszystko przez nerwy.

- Rozumiem, Karl. - Chak odbiegł, wołając Gwellina.

Mimo iż każdy ruch powodował jeszcze większy ból, odwrócił się w stronę dwóch kobiet owiniętych w koce. Postąpił krok w stronę bliższej, blondynki o migdałowych oczach i wysokich kościach policzkowych, które zdradzały mieszane pochodzenie. Jej przodkowie musieli pochodzić zarówno z Kathard, jak i Krain Wewnętrznych.

- Nie. - Jej oczy rozszerzyły się. - Ty jesteś Karl Cullinane. Nie zabijaj mnie, proszę. Proszę. Zrobię, co tylko zechcesz. Jestem bardzo dobra, naprawdę. Proszę...

- Ta havath. - Spokojnie. Karl spróbował uśmiechnąć się uspokajająco. - T’rar ammali. - Jestem przyjacielem.

Zjawił się Therol z butelką eliksiru leczącego i wylał trochę lodowatego płynu na plecy Karla. Ból zniknął, jakby go nigdy nie było. Karl przeciągał się przez chwilę, rozkoszując się tym uczuciem.

Blondynka wciąż go błagała.

- Proszę, nie krzywdź mnie. Proszę...

Cholera.

- Te bydlaki. - Slovotsky potrząsnął głową. - Znowu?

- Tak.

Słovotsky wyciągnął rękę. Karl wymienił swój miecz na dwa noże Waltera.

Kobiety odsunęły się od niego, kiedy powoli zbliżył się do nich z nożami w obu rękach, skierowanymi do nich rękojeścią.

- Wszystko, co wam powiedziano, to kłamstwa. Nie zabiję was ani nie skrzywdzę. Teraz jesteście wolne. - Wiązało się z tym pewne ryzyko, ale jeszcze nigdy nic mu się nie stało. Wciąż jednak miał bliznę na policzku, świadczącą o tym, że raz było blisko.

Blondynka przyjęła oferowany nóż, trzymała go teraz niepewnie w wyciągniętej ręce. Podobnie postąpiła brunetka.

- Karl - szepnął Walter po angielsku - albo zbyt długo byłem z dala od Kirah, albo obie te panie są zachwycające.

- Ta havath - mruknął. - I co z tego? - Tak otuliły się kocami, że nie widział zbyt wiele, ale to, co widział, było interesujące.

Bardzo interesujące. Karl zawstydził się. Nie chodziło tylko o to, że miał zamiar pozostać wierny Andy-Andy... Powinien tylko współczuć tym dwóm biedaczkom, a nie patrzeć na pełne piersi czy gładkie, kształtne uda.

Przeszedł na erendra.

- Nikt was nie dotknie. Za jakiś czas, jak tylko wszystko się uspokoi, znajdziemy dla was jakieś ubrania.

- Z tego wynika - ciągnął Walter po angielsku - że mamy tu do czynienia z towarem pierwszej klasy. Mogłem zrozumieć łowców zabierających z Pandathaway jakieś zdziry, ale za te dwie można by tam dostać sporo pieniędzy. Tam albo gdziekolwiek indziej.

Slovotsky miał oczywiście rację. Jak zwykle. Ale co to znaczyło?

Na odgłos kopyt Karl obrócił się gwałtownie i sięgnął do rękojeści miecza, jednak trafił na pustkę.

To była Tennetty. Zsunęła się z grzbietu klaczy i uśmiechnęła szeroko.

- Wszystko w porządku, Karl - powiedziała. - Po naszej stronie trzech rannych.

- Jak ciężko?

- Powiedziałam, wszystko w porządku. Wellem był w najgorszym stanie, dostał w brzuch, ale na czas dotarliśmy do niego z eliksirem. Hmm, ja też kogoś złapałam. - Spojrzała na łowcę, którym zajmował się Therol. - To znaczy, że jest ich trzech, prawda?

- Tak.

- Dobrze. Czyli...

- Może najpierw zajmiesz się kobietami? Później będziemy mieli mnóstwo czasu, żeby potraktować tych bydlaków nożem i zmusić ich do mówienia.

- Zgoda. Ale skoro mamy dodatkowego łowcę, to zajmę się kobietami na swój sposób. Chyba że jesteś zdecydowany mnie powstrzymać? - Tennetty starannie trzymała rękę z dala od rękojeści miecza. - Grzecznie poprosiłam, prawda?

- Rób, co chcesz. - Karl wzruszył ramionami.

Kobieta odczepiła od siodła osłoniętą latarnię, odepchnęła Therola, po czym zachęciła łowcę do podążenia za nią, to znaczy chwyciła go za włosy i uniosła na równe nogi.

- Chodźcie za mną - kazała obu kobietom, uśmiechając się łagodnie. - I weźcie noże. Spokojnie... to dla was najprzyjemniejsza rzecz pod słońcem. - Trzymając mocno łowcę, poprowadziła kobiety do lasu. Z daleka dobiegał jej głos - Możecie się z nim pobawić, ale Karl tego nie lubi, więc lepiej, jeśli zaczniecie od...

Slovotsky chciał się sprzeciwić, ale Karl uciszył go gwałtownym gestem.

- Ona to przeszła, Walter. My nie.

- Nie musi mi się to podobać. Nie musi mi się to wszystko podobać i nie podoba mi się, Karl. Przyzwyczaiłem się do zabijania, ale...

- Nie, nie musi ci się to wszystko podobać. - Karl wzruszył ramionami. - Najważniejsze, żebyś się tym nie dręczył - powiedział, patrząc Walterowi prosto w twarz. Z lasu dobiegały rozpaczliwe krzyki. Zmusił się, by nie zadrżeć. - Lepiej sprawdźmy wozy.

- Racja.

* * *

- I? - zapytał Walter, kucając przy kocu, który Karl rozciągnął na trawie. - Co o tym wszystkim sądzisz?

- Kłopoty. - Karl wstał i przeciągnął się, patrząc przez zmrużone powieki na słońce w zenicie. Potarł bolący kark, westchnął, po czym wyciągnął rękę po bukłak z wodą.

Walter rzucił go do Karla, który pociągnął głęboki łyk, ochlapał sobie twarz, po czym ponownie zakorkował bukłak i oddał go Walterowi. Ten go odkorkował i pociągnął łyk.

- Skoro już mowa o kłopotach... ja znalazłem trzy butelki wyciągu ze zguby smoków w jednym z wozów, Daherrin zaś sprawdził ich bełty. Wiele z nich pokryto tym świństwem od góry do dołu. Wygląda na to, że łowcy nadal chcą wyeliminować Ellegona.

To akurat wcale go nie dziwiło, Ellegon był niezwykle użyteczny dla obrony Domu.

- Jesteś pewien, że spaliłeś wszystko? - zapytał Karl. Po spaleniu zguba smoka była równie niegroźna dla Ellegona jak spalony pyłek dla kogoś z alergią na pyłki, nawet bardzo silną.

- Oczywiście. Wrzuciłem butelki w najgorętszą część ognia, tak samo każdy podejrzany bełt.

Karl spojrzał w stronę ogniska łowców niewolników, obecnie ledwo dymiącego.

- Niech Daherrin podsyci ogień, tak na wszelki wypadek.

- Dobrze.

Karl rozejrzał się. Następstwa bitwy nie były piękne, nigdy takie nie były. Mimo to na swój sposób już przyzwyczaił się do nich.

Tuż za ogniskiem, otoczone muchami, leżały dwie sterty ciał. Na mniejszej z nich znajdowały się ułożone na chybił trafił, w pełni odziane trupy łowców. Sterta ta wciąż się zmniejszała, gdyż Daherrin wraz z dwoma pomocnikami przeglądali trupy, zabierając kosztowności i te części odzienia, które nie były zbyt zakrwawione. Potem układali ciała równo, jak drewno na opał.

Zgodnie z rozkazem Karla wóz czarodzieja pozostawiono w spokoju. Nikt nie narzekał, gdyż czarodzieje mieli zwyczaj pozostawiania ukrytych glifów.

Dwa pozostałe wozy wyglądały na nie naruszone, ale ich zawartość rozpakowano, posortowano, zinwentaryzowano i ponownie zapakowano. Piell usunął mosiężne insygnia gildii łowców niewolników z Pandathaway (fala i łańcuch) z boków wozów i zakrył te z przodu.

Był to typowy sposób postępowania. Trupy łowców niewolników zawsze pozostawiano na żer sępom, obok nich zaś coś, co pozwalało ich zidentyfikować jako łowców. Wszyscy musieli wiedzieć, że tylko łowcy byli narażeni na atak ze strony wojowników Domu. Dzięki temu miejscowi nie polowali na nich zbyt gorliwie.

- I co? - Walter uniósł brew. - Co my tu mamy?

- Zagadkę. A ja nie lubię zagadek. - Strzelby nie były tak naprawdę strzelbami, a proch prochem strzelniczym. Łowcy używali drobnego prochu, który najbardziej przypominał zmielone szkło. Wyglądało na to, że przez zamek do lufy dostawała się woda. Ta woda musiała być czymś naładowana, ale czym?

Cokolwiek by to nie było, działało bardzo dobrze. Ołowiana kula wystrzelona z gładkolufowej strzelby łowców załadowanej ich prochem zagłębiała się na dwa cale w sosnową kłodę. Wyprodukowana w Domu strzelba naładowana najlepszym prochem Riccettiego była zaledwie o ćwierć cala lepsza.

- Popatrz. - Karl zdjął z szyi amulet i umieścił go nad szklaną fiolką, zawierającą proch łowców. Bursztynowy klejnot ożywił się, zaczął pulsować światłem - najpierw ciemna czerwień, potem zielonkawy błękit, znów czerwień i znowu błękit. - Jest w tym jakiś czar.

- Twoja żona powinna być w stanie go rozpoznać. Mnie akurat martwi to, że to świństwo nie dymi, kiedy się zapala... choć nie mam bladego pojęcia, jak go zapalają. Próbowałeś go posmakować?

- Posmakować? - Karl uniósł brew. - Czy wyglądam na idiotę?

Slovotsky uśmiechnął się.

- Może najpierw mi odpowiedz. - Walter spoważniał, potrząsnął głową. - Wiemy, że ten proch jakimś sposobem działa i jest zaczarowany.

- Albo to sakiewka jest zaczarowana, albo jeszcze coś innego. - Karl wyciągnął zatyczkę z fiolki i powąchał raz jeszcze. Żadnego zapachu. - Czy to może być kordyt? Albo najzwyklejsza bawełna strzelnicza?

- Kordyt na pewno nie. Widziałem kiedyś proch bezdymny - jest ciemniejszy i śmierdzi, kiedy się zapala, nie tak jak to świństwo. Nigdy nie miałem styczności z bawełną strzelniczą, choć sądzę, że rzeczywiście jest biała jak to. - Slovotsky wstał i przeciągnął się. - Ale to nie może być bawełna strzelnicza, gdyż do jej zapalenia używa się ognia, nie wody. - Wskazał kciukiem w stronę lasu, gdzie Tennetty zaprowadziła dwóch pozostałych przy życiu łowców niewolników. - Może ten powie coś więcej. Spędziła dużo czasu z jeńcami.

- Może mają dużo do powiedzenia?

- Nie liczyłbym na to. W czasie walki zabiliśmy mistrza, a mistrzowie niewiele mówią czeladnikom.

- W takim razie, co robimy?

Slovotsky zastanawiał się przez chwilę. Zacisnął usta.

- Wracamy do podstaw. Co chciałbyś, żeby zrobił Daherrin, gdyby wydostał się z tym jednym woreczkiem i strzelbą, a wszyscy inni zginęli?

- Dostarczył je do doliny i oddał Riccettiemu do analizy. - Karl pokiwał głową. - Tak właśnie zrobimy, choć lepiej włączmy do badań również Andy-Andy i Thellarena.

W przerwie między drzewami pojawiła się szczupła sylwetka Tennetty. Karl gestem kazał jej podejść.

- Jak się czują?

- Dobrze. - Pokiwała głową. - Upiłam je z Chakiem, teraz odsypiają. Wydaje mi się, że Chakowi spodobała się Jilla... blondynka.

- Naprawdę?

- Mogła gorzej trafić - powiedziała Tennetty. - Dla nich obu będzie to ogromna poprawa sytuacji. Wychowały się jako pokojówki w Aksamitnej Gospodzie w Pandathaway. Sternius kupił je na wyprzedaży przed zamknięciem lokalu, żeby zapewnić swoim ludziom rozrywkę na czas podróży. - Wskazała palcem za plecy. - Oddałam im twój namiot, uznałam, że nie będziesz miał nic przeciwko.

- To wszystko musiało ci zająć sporo czasu.

Potrząsnęła głową.

- Nie. Najwięcej czasu zajęło mi przesłuchiwanie obu łowców.

- Co ci powiedzieli?

Uśmiechnęła się słabo.

- Wszystko, co wiedzieli. - Uśmiech zniknął. - Czyli bardzo mało. Miałeś rację, oni nie planowali napadów, lecz robili interesy. Byli w drodze do Enkiar, gdzie mieli dostarczyć strzelby i proch klientom. Nie wiemy, komu.

- Wiesz, jaka mogła być ich zapłata?

- Pewnie. Każdy z nich miał dostać...

- Nie o to mi chodzi. Ile mieli dostać za towar, który przewozili?

- Nie wiedzieli. Wiem natomiast, jaka miała być forma zapłaty - łańcuch niewolników. Ilu? - Wzruszyła ramionami. - Możesz zgadywać równie dobrze jak ja.

- Albo równie źle. - Trzydziestu łowców mogło zajmować się łańcuchem niewolników liczącym od setki do ponad tysiąca ludzi. Wszystko zależało od tego, jak blisko skuty i dobrze wytresowany był ich ludzki towar. - Coś jeszcze?

- Niewiele, i głównie zaprzeczenia. Ci dwaj nie wiedzieli, gdzie miały trafić strzelby i proch z Enkiar. Nie wiedzieli też, skąd pochodzi proch, gdyż został on załadowany na wozy, zanim Sternius zebrał drużynę.

- A co ze strzelbami?

Wzruszyła ramionami.

- Tuż przed wyruszeniem odebrali je od kowala w Pandathaway. Arriken z Salke... ma średniej wielkości warsztat na ulicy Stalowej. - Zagryzła wargi. - Wiesz, moglibyśmy udać się do Pandathaway i odwiedzić go.

- Niezły pomysł. - Karl pokiwał głową. - Chociaż denerwuję się na myśl o ponownym przekroczeniu bram Pandathaway. - Dotknął brody. - Myślę, że mógłbym się ogolić, może ufarbować włosy. Ubrany jak marynarz...

- Nie ma mowy. - Slovotsky potrząsnął głową. - Tysiące ludzi widziało, jak wygrywałeś walkę na miecze, część z nich na pewno jest jeszcze w Pandathaway.

- Nie mówiłam, że Karl powinien to zrobić. Ja, z drugiej strony...

- Pewnie, Tennetty - parsknął Karl. - Po okolicy krąży całe mnóstwo jednookich wojowniczek.

- Zawsze pozostaje to szklane oko, które usiłował mi sprzedać Thellaren. Może nie będzie wyglądać naturalnie, ale... - Przeczesała palcami loki, które częściowo zakryły opaskę. - Ale jeśli będę się tak czesać...

- Hmm. - Slovotsky pokiwał głową. - Może się udać, ale czemu nie zaczniemy od drugiej strony? Pandathaway jest zbyt niebezpieczne, ale możemy zacząć od Enkiar. Jestem bardziej niż odrobinę ciekawy, do kogo trafiają te strzelby oraz proch i dlaczego. A szczególnie, ile płacą. Jeśli to świństwo jest względnie tanie, to znam bardzo ładne określenie na naszą sytuację.

- Jakie? - spytał Karl.

- Syf, kiła i mogiła. - Slovotsky uśmiechnął się.

- Ale jak to zrobimy? - Karl wstał i przeciągnął się. - Nie wiemy, kogo mamy szukać. Przywódca mógł to wiedzieć, ale...

- Ale jeśli został zabity? A jeśli, powiedzmy, zostali napadnięci przez tego podłego, okropnego Karla Cullinane’a? I jeśli stracili, powiedzmy, jedną czwartą ludzi, zanim odparli tego paskudnego Cullinane’a?

Karl pokiwał głową.

- Nieźle. - Odwrócił się do Tennetty. - Kiedy planowali dotrzeć do Enkiar?

Wzruszyła ramionami.

- Nie było jakiegoś konkretnego terminu. Sternius nie spieszył się, ale też się nie ociągał. Sądzę, że mieli dotrzeć za jakieś trzydzieści dni, ale kupiec nie powinien zmartwić się, jeśli zajmie im to czterdzieści. Jest tylko jeden problem.

- Jaki?

- Potrzebujemy odpowiednich... rekwizytów. Jestem pewna, że do czasu, kiedy dotrzemy do Enkiar, wszyscy będziemy umieli posługiwać się ich strzelbami, ale to nie wystarczy.

- I? O co chodzi?

- Po pierwsze czarodziej. Kupcy będą go oczekiwać. Towar jest najwyraźniej zbyt cenny, by powierzyć go tak małej drużynie bez opieki czarodzieja. Ubranie jednego z naszych ludzi w szare szaty może ich nie zmylić.

- To proste - stwierdził Walter. - Ellegon powinien przylecieć dziś wieczorem. Poprosimy go, żeby poleciał z powrotem do Domu i zabrał Henrada. Czas, żeby dzieciak odpracował koszty utrzymania.

- To nie wystarczy. - Tennetty potrząsnęła głową. - Co, jeśli kupcy oczekują, że łowcy będą mieli ze sobą kilka niewolnic? Nie sądzę, żeby Jilla i Danni zgodziły się brać w tym udział.

- Nie - powiedział Walter - ja też nie sądzę. Poza tym, gdyby wszystko trafił szlag, nie byłyby w stanie wywalczyć sobie drogi na wolność. Nie, zrobimy to inaczej. A jeśli jedna z niewolnic została zabita w czasie walki, a druga próbowała uciec? Porządnie ją wybatożyliśmy, a potem wyleczyliśmy, kiedy wdała się infekcja, i wyglądało na to, że umrze. Pozostało kilka blizn...

Tennetty w końcu załapała, o co chodzi. Gwałtownie odetchnęła i zbladła.

- Nie mogę. Nie. Nikt nie założy mi obroży na szyję.

- Spokojnie, Ten. - Karl położył jej rękę na ramieniu. - Nie musisz. Może nie będzie to konieczne, żeby przebranie zadziałało. Problem polega jednak na tym... - Zamilkł.

- Na czym?

- Kto inny może to zrobić? Kto wygląda odpowiednio i będzie w stanie walczyć, jeśli rozpęta się piekło?

- Tak jak zwykle. - Slovotsky pokiwał głową. - Jedyną inną możliwością jest Andy.

- Nie. - Karl potrząsnął głową. - Nie. Nie, jeśli ja będę w pobliżu. I nie, jeśli mnie nie będzie. Jasne? - Kiedy Andy-Andy była zagrożona, Karl nie potrafił skoncentrować się na niczym innym, jak tylko jej bezpieczeństwie. Inni zasługiwali na więcej... on zasługiwał na więcej.

Tennetty spojrzała mu prosto w oczy.

- Aha, więc mnie nie jest ci szkoda, a Andrei tak. O to chodzi?

- Jeśli chcesz tak o tym myśleć, to proszę bardzo. Jeśli taki jest twój wybór. - Zaplótł dłonie i wyłamał palce. - Do diabła, nie mam zamiaru usprawiedliwiać się przed tobą ani przed nikim innym. Zrozumiałaś?

Mruknęła coś niewyraźnie.

- Pytałem się, czy zrozumiałaś.

- Tak.

- Nie słyszę cię.

- Tak, do cholery!

- Dobrze. - Przymknął oczy na chwilę. Czegoś nie uwzględnił.

Oczywiście! Jeśli mieli udawać łowców, to ten napad w ogóle się nie zdarzył. A jeśli się nie zdarzył, to co robiły te trupy na łące?

Uniósł dłoń i wezwał Ereka.

- Chcę, żeby osiodłano Kijka i przyprowadzono go do mnie. Będę czekać na Ellegona na płaskowyżu.

- Wiadomości?

- Tak. Pierwsza do Chaka. Początek - Ty i Walter macie wybrać trzydziestu ludzi, którzy będą udawać łowców niewolników. Zgłoś się do Waltera. Chcę, żeby oczyszczono wozy i ponownie zamontowano insygnia. Mają być gotowe do drogi o świcie... ale wszyscy mają się trzymać z daleka od wozu czarodzieja, dopóki nie sprawdzi go Henrad. Koniec. Do Gwellina. Początek - Zgłoś się niezwłocznie do Tennetty. Koniec. Ruszaj.

Erek pokiwał głową i odbiegł. Karl zawołał Daherrina.

- Zmiana planów. Chcę, żeby łowców pochowano w lesie.

- Pochowano? Po co?

- Dla praktyki.

Daherrin parsknął, po czym roześmiał się na całe gardło.

- W końcu mi to wyjaśnisz, prawda?

- Jeśli dożyjesz do zmroku. Zakopcie ich głęboko, nie chcę, żeby jakieś zwierzęta znalazły trupy. Ten napad nie miał miejsca, zrozumiano?

- Tak, Karlu Cullinanie. - Krasnolud odszedł, wołając swoich pomocników.

Karl odwrócił się do Slovotsky’ego.

- Walter, starannie wybierz drużynę. Żadnych krasnoludów i niewiele elfów.

- Oczywiście.

- Porównaj informacje z Tennetty. To łatwo może zmienić się w rzeź, więc każdy, kto wczoraj był nawet odrobinę nie w formie, wraca do Domu.

- A co z Donidgem? Podobno wczoraj w nocy był świetny?

- I?

- Jego żona za jakiś miesiąc będzie rodzić. Byłoby dobrze, gdyby był przy niej.

- Racja, wyłącz go z tego. Tak samo wszystkich innych z ważnymi sprawami do załatwienia w Domu. - Ściszył głos. - Zaka wykajątkiemka ukanitakarystówka. Akahiraka maka ika takka zaka dukażo prokablemówka. Kapujesz? - Dziecięcy język nie był może zbyt elegancki, ale nikt po tej stronie nie mówił na tyle dobrze w ich języku, żeby go zrozumieć.

- Si, senior. Gwellin poprowadzi ludzi do Domu?

- Tak. Chcę też, żeby twoja drużyna nauczyła się posługiwać strzelbami łowców. Zanim dowiemy się więcej o ich prochu, wszyscy mają być z nim cholernie ostrożni. Oddajcie własne strzelby Gwellinowi, on je załaduje na okryty wóz.

- Mogę zatrzymać pistolety?

- Nie, oddaj też nasze kule i proch. Będziemy udawać łowców niewolników aż do Enkiar i nie życzę sobie żadnych wpadek. - Karl odwrócił się do Tennetty. - Będziesz nadzorować zbieranie prochu łowców. Chcę, żeby z każdej beczułki wzięto odrobinę i wsypano do małej butelki. Tylko ostrożnie, to świństwo może być trucizną. Postaraj się nim nie pobrudzić. Potem ponownie zapieczętuj beczułki i zostaw je.

- Dobrze. - Pokiwała głową. - Kto wraca do Domu z prochem?

- Ty. Jeżeli Ellegon zabrał kosz, weźmiesz ze sobą Jillę i Danni. Jeśli nie, pojadą z Gwellinem. Przygotuj je do obu możliwości. Zabierz też trzy strzelby łowców. Masz oddać proch i strzelby Riccettiemu i Andy-Andy, niech oni zajmą się analizą. Chcę, żeby Ellegon dogonił nas przed Enkiar. Ustalimy miejsce spotkania, kiedy już tu dotrze. Może zabrać ze sobą Henrada.

- A ja?

- Jeśli chcesz, możesz z nim wrócić. Jeśli nie, możesz równie dobrze spędzić trochę czasu w Domu. Jeśli chcesz brać w tym udział, musisz wstawić sobie szklane oko.

- Dobrze - stwierdziła Tennetty. - Nie mam zamiaru brać w tym udziału, Karl. Nie chcę nosić obroży. Nigdy.

Był to problem, ale Karl nie miał zamiaru zmuszać Tennetty do robienia czegoś, na co nie miała ochoty.

- Jeśli tego chcesz... Poradzimy sobie.

Walter otworzył usta, po czym zamknął je ponownie.

- Dobrze.

Pojawił się Erek, prowadząc konia. Karl wskoczył na siodło Kijka.

- Coś jeszcze?

- Tak. - Tennetty wskazała palcem w stronę lasu. - Wciąż mam tych dwóch łowców.

Cholera. Karl o tym zapomniał, a zapominanie było luksusem, na który nie mógł sobie pozwolić.

- W jakim są stanie?

Potrząsnęła głową.

- Niezłym, tylko kilka siniaków i cięć. Związałam ich, oczywiście...

- Oczywiście.

- ... ale nie są martwi. Mam to naprawić? A może ty chcesz to zrobić?

- Strażnik żyje. Obiecałem mu.

- Cudownie. "Karl Cullinane zawsze dotrzymuje słowa", o to chodzi?

- Tak.

- Nie!

Kijek cofnął się o krok. Karl z trudem uspokoił ogiera.

- Spokojnie, do cholery... Tak, Tennetty, moje słowo coś znaczy.

- Co chcesz zrobić? Jeśli mamy zamiar udawać łowców niewolników, nie możemy sobie pozwolić, żeby strażnik włóczył się po okolicy i gadał. Chcesz, żebym go wypuściła? - zapytała nienaturalnie wysokim głosem, opierając dłoń na rękojeści miecza.

Walter stanął za Tennetty, jednak Karl odesłał go machnięciem ręki.

- Nie, Ten. Weź butelkę ich eliksiru leczącego, wylecz jego nogi i jedną rękę. Zabierzemy go do Domu i tam uwięzimy. Nie zobaczy więcej niż handlarze. Kiedy już wrócę z Enkiar, uwolnimy go. Obiecałem mu, że będzie żył.

Tennetty odetchnęła głęboko.

- A ten drugi? Nie obiecałeś wszystkim przeklętym łowcom, że będą żyli, prawda?

- Nie. Zabij go. Walter, idź z nią i zajmij się więźniem. Nie życzę sobie ley de fuga*, kapujesz?

- Kapuję.

Karl lekko pociągnął wodze. Kijek ruszył kłusem.


Dodano: 2006-09-22 12:36:55
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj "Kulawego szermierza"


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Baoshu - "Odzyskanie czasu" (przedmowa)

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS