NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Sanderson, Brandon - "Wśród gwiazd"

Chiang, Ted - "Wydech"

Ukazały się

Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"


 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks, W. - "Grombelardzka legenda" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Pani Dobrego Znaku" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Porzucone królestwo" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Tarcza Szerni" (edycja limitowana)

Linki

Rosenberg, Joel - "Srebrna Korona"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Rosenberg, Joel - "Strażnicy Płomienia"
Data wydania: 2001
ISBN: 83-87376-84-1
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 352
"strażnicy płomienia", tom 3



Rosenberg, Joel - "Srebrna Korona" (prolog)

WPROWADZENIE

Od dawna nie była to już zabawa. W trakcie zabawy nie giną przyjaciele.

Wiele lat wcześniej była to tylko gra. Mistrzem gry był profesor Arthur Simpson Deighton. Karl Cullinane, Jason Parker, James Michael Finnegan, Doria Perlstein, Walter Slovotsky, Andrea Andropolous i Lou Riccetti zebrali się, by zagrać w grę fantasy. Nagle, bez ostrzeżenia, gra stała się rzeczywistością: James Michael został Ahirą Krzywonogim, silnym krasnoludem; szczupły Karl Cullinane zmienił się w Baraka, masywnego wojownika; Lou Riccetti stał się Aristobulusem posługującym się potężną magią; Andrea zaś Lotaną, czarodziejką nowicjuszką.

Gra była rzeczywista, tak rzeczywista jak ból odczuwany przez Jamesa Parkera tuż przed śmiercią z włócznią wbitą w brzuch. Tak rzeczywista jak śmierć Ahiry w płomieniach i jego wskrzeszenie przez matkę Stowarzyszenia Leczącej Dłoni.

Za wskrzeszenie trzeba było jednak zapłacić - Karl i jego towarzysze obiecali, że będą walczyć z niewolnictwem. Wypowiedzieli wojnę mającej siedzibę w Pandathaway gildii łowców niewolników, handlarzom ludźmi, którzy podróżowali przez całe Eren, zdobywając i sprzedając swój towar.

Atakowanie łowców niewolników to jedno - ale co zrobić z uwolnionymi niewolnikami? Niektórych można było odesłać do domu, inni jednak domów już nie mieli. Ten problem rozwiązano bez trudu - Karl i jego towarzysze stworzyli Dom, społeczność inną niż wszystkie w tamtym świecie.

Aeia Eriksen miała dom, do którego mogła powrócić - wioskę w Melawei. Wioząc ją tam, Karl odkrył dowody sugerujące, iż profesor Deighton był w rzeczywistości legendarnym czarodziejem Artą Myrdhynem, który pozostawił w jaskini magiczny miecz, trzymany przez świetliste palce.

Na kogo czekał miecz? Najwyraźniej na syna Karla... Deighton/Arta Myrdhyn miał plany co do jego osoby...

Nie mój syn, powiedział Karl. Zostawił miecz Arty Myrdhyna w Melawei i powrócił do Domu. Wciąż napadał na wszystkie karawany łowców niewolników, które napotkał.

Od dawna nie była to już zabawa.

Rewolucja nigdy nie jest zabawą, bardziej przypomina krwawą jatkę.




PROLOG: Ahrmin


- Możesz wejść, Ahrminie - powiedziała akolitka, szczupła kobieta odziana w długą, białą szatę Stowarzyszenia Leczącej Dłoni. Jej długie blond włosy połyskiwały w słońcu. Oczy miała żółte, umieszczone dość daleko od siebie, wystające kości policzkowe. Wyglądało to egzotycznie, ale całkiem ładnie.

Ahrmin ocenił, że była warta przynajmniej trzydzieści sztuk złota. Poczucia wyższości byłby ją w stanie pozbawić w ciągu dziesięciu dni, a nawet szybciej. Może nawet o wiele szybciej.

Potrząsnęła głową jakby w odpowiedzi na jego bezgłośny komentarz.

- Ty i tylko ty. Inni pozostaną na zewnątrz. Tolerowanie ich obecności na terenach należących do świątyni jest i tak nieprzyjemne. Nie pozwolę, żeby ich oddechy zanieczyściły sam przybytek.

Zaczęła się odwracać, ale kiedy Fenrius warknął i ruszył w jej kierunku, obróciła się gwałtownie na pięcie. Fenrius górował nad szczupłą kobietą, zastygł jednak w miejscu, kiedy akolitka uniosła dłoń, przez cały czas szepcząc miękkie słowa, które Ahrmin słyszał dokładnie, ale nie mógł ich sobie przypomnieć. Jak zwykle próbował je zapamiętać, ale nie mógł. Znikały, kiedy tylko je usłyszał.

Po wypowiedzeniu zaklęcia kapłanka uchwyciła powietrze przed sobą. Ramiona Fenriusa poleciały na boki, zaś skórzana tunika zmarszczyła się, jakby znajdował się w uchwycie ogromnej niewidzialnej dłoni. Na nie ogolonych policzkach mężczyzny wyraźnie zaznaczały się mięśnie. Otworzył szeroko usta, próbując wciągnąć powietrze, jego czoło zrosił pot.

- Nie - powiedziała uśmiechając się łagodnie, niemal z sympatią. - Nie tutaj. Tutaj znajdujecie się na łasce Dłoni, w więcej niż jednym tego słowa znaczeniu. - Mocniej ścisnęła palce. Zaskrzypiała skóra, z płuc Fenriusa wydostało się całe powietrze.

Gwałtownie poruszał ustami, nie wydał jednak ani jednego dźwięku.

Pozostałych pięciu ludzi Ahrmina stało bez ruchu. Danared potrząsał głową ze współczuciem, jednak nawet on nie był na tyle głupi, żeby ruszyć w stronę akolitki.

W chwili kiedy Ahrmin był już pewien, że żebra Fenriusa nie wytrzymają nacisku, akolitka zatrzymała się. Przechyliła na bok głowę, jakby słuchała odległego głosu.

- Tak, matko - powiedziała, wzdychając głęboko. Uniosła dłoń i skręciła nadgarstek. Fenrius przekoziołkował w powietrzu i wylądował na trawie z głuchym odgłosem.

- Możesz podążyć za mną, Ahrminie - stwierdziła.

Ahrmin pokuśtykał za akolitką, szuranie jego sandałów odpowiadało jej równym krokom. Przez ciemne korytarze dotarli do ogromnej, wysokiej sali. Oboje zatrzymali się jednocześnie przed tronem o wysokim oparciu, jakby słuchając nie wypowiedzianego rozkazu. Później nie mógł sobie przypomnieć, czy sala była zatłoczona, czy też pusta - jego spojrzenie od razu przyciągnęła kobieta na tronie.

Jeśli akolitka była szczupła, to tę kobietę mógł nazwać tylko wychudzoną. Na zawsze zapamiętał cieniutką skórę na wierzchu jej dłoni, trupiobladą i zupełnie gładką, za wyjątkiem wypukłości w miejscach, gdzie pod skórą leżały kości i ścięgna. Jej twarz skrywał wysoki kołnierz lekko połyskującej, białej szaty. Mimo iż była śmiertelnie chuda, promieniowała siłą.

- Witaj Ahrminie, synu Ohlmina - powiedziała. - Oczekiwałam cię.

Nigdy wcześniej nie słyszał czegoś takiego. Zdawało się, że mówiła cicho, jednak od jej słów aż dzwoniły mu zęby.

- Wiesz więc, czego chcę.

- Jest oczywiste, czego... chcesz - syknęła akolitka. - Karl zniszczył twoje ciało. Powinien był cię zabić, naprawdę powinien...

Matka uniosła dłoń.

- Ucisz się, córko. W tej sprawie nikogo nie popieramy. - Odwróciła się do Ahrmina. - O to właśnie chodzi. Zostałeś ranny w walce z Karlem Cullinane...

- Ranny? - Uniósł dłoń poznaczoną bliznami od oparzeń. - To nazywasz byciem rannym?! - Ahrmin zginąłby, gdyby nie butelka eliksiru leczącego, którą wypił, kiedy wokół niego palił się statek. I tak nie powrócił w pełni do zdrowia po wszystkich oparzeniach i długiej podróży przez góry z Melawei do Ehvenor.

- Tak. Nie zgadzasz się? - Poruszyła ręką, jej długie palce kurczyły się gwałtownie. Wypowiedziała słowa, które można tylko usłyszeć i zapomnieć.

Powietrze z boku matki zadrżało, wyłoniło się z niego lustro.

- Popatrz na siebie - rozkazała.

Zrobił to, prostując się i wciągając brzuch.

To nie był ładny widok, nigdy taki nie był. Z prawej strony głowy zniknęły wszystkie włosy, skóra była na stałe zbrązowiała i zmarszczona, za wyjątkiem kilku zdrowych miejsc, które drżącą dłonią spryskał wystarczającą ilością eliksiru leczącego.

Lewa strona twarzy była prawie normalna. Ogień tylko ją liznął i eliksir leczący, w połączeniu z jego naturalną zdolnością do regeneracji, przywróciły normalny wygląd.

Prawa strona była przerażająca. Płomienie spaliły ucho i prawie całe wargi, wypaliły policzek aż do kości. Eliksir uleczył to, co pozostało, nie był jednak w stanie przywrócić ciała z popiołów.

Matka z pewnością była wystarczająco potężna, by to zrobić, podobno umiała nawet wskrzeszać umarłych. Z pewnością...

- Nie. - Machnięciem ręki oddaliła myśl i lustro. - Nie oczekuję, że to zrozumiesz, ale związane są z tym siły, z którymi nawet ja nie chciałabym się ponownie spotkać. Zrobiłam to trzy razy. Raz, wiele lat temu, aby ochronić świątynię i jej otoczenie, a potem dwa razy - dodała, delikatnie kładąc dłoń na ramieniu akolitki - z powodów, które cię nie powinny interesować. Teraz tego nie zrobię.

- Ale przecież przyniosłem złoto. - Wskazał ręką w stronę drzwi. - Całe worki.

- Złoto? - Akolitka prychnęła z pogardą. - Możesz przynieść górę złota, a i tak ci nie pomożemy. Teraz nie masz szansy przeciwko Karlowi, ale gdybyśmy cię uleczyły...

- Będę polował na bydlaka i zabiję go. Zabił mojego ojca, a mnie zrobił... to. - Dopadnę go, czy pomożecie mi, czy nie, pomyślał. Będę trzymał jego głowę w swoich dłoniach.

Matka zaplotła swoje chude ramiona na piersi.

- To kwestia dyskusyjna. - Wyciągnęła chudą rękę, rękaw jej szaty zmarszczył się. - Teraz odejdź.

Pozostanie nie miało sensu. Nie mógł walczyć z Dłonią, nawet gdyby popierała go cała gildia.

Obrócił się na pięcie i pokuśtykał w stronę wyjścia. Marmurowe korytarze odbijały głosy kobiet.

- Musimy pomóc Karlowi, matko, a przynajmniej go ostrzec.

- Rozwinęłaś swoje umiejętności, córko. Sięgnęłaś poza powierzchowne myśli Ahrmina?

- Tak... Karl musi myśleć, że on nie żyje. Nie wie...

- My też nie możemy mu powiedzieć. Nasza odpowiedzialność leży gdzie indziej. I kiedy indziej. Gdybyśmy teraz się wtrąciły, jeszcze bardziej wplątały Dłoń w tym kluczowym momencie, to by wszystko zepsuło. Dobrze o tym wiesz.

- Wiem, ale... Wybacz mi, matko, skłamałam. On może być w stanie zabić Karla albo wysłać morderców. To...

- Wybaczam ci. Nie jesteś pierwszą z nas, która skłamała.

- On może zabić Karla, jeśli go zaskoczy...

- Myślę, że nie doceniasz tego swojego Karla Cullinane’a. I tak już podjęłam decyzję, córko.

- Ale co możemy zrobić?

- Na razie nic. Musimy czekać. Czekanie to trudna umiejętność. Polecam ci ją praktykować, Dorio...


Dodano: 2006-09-22 12:36:55
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść Scalziego


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS