NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

Ukazały się

Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"


 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks, W. - "Grombelardzka legenda" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Pani Dobrego Znaku" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Porzucone królestwo" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Tarcza Szerni" (edycja limitowana)

Linki

Rosenberg, Joel - "Miecz i Łańcuch"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Rosenberg, Joel - "Strażnicy Płomienia"
Data wydania: 2000
ISBN: 83-87376-83-3
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 272
"strażnicy płomienia", tom 2



Rosenberg, Joel - "Miecz i Łańcuch" (rozdział 5)

ROZDZIAŁ PIĄTY: Rozpoczyna się wojna



Być może czasami błyskotliwe argumenty są odpowiednie, lecz na pewno nie teraz. W czasach takich jak dzisiejsze, nikt nie powinien wypowiadać opinii, za które nie byłby gotów odpowiadać przez całą wieczność.
- Abraham Lincoln



Ahira potrząsnął głową, wzdychając głęboko. Powinienem był to przewidzieć, pomyślał. Naprawdę powinienem.

*Zgadza się.*

Dziękuję, Ellegon. Krasnolud splunął. Bardzo ci dziękuję. Widać jakieś kłopoty na Pustkowiu?

*Powiedziałbym ci, gdyby były.*

Czy. Widać. Jakieś. Kłopoty. Na. Pustkowiu?

*Nie. Na Pustkowiu nic nie widać.*

Dobrze. Pozostań na straży. Smok nie odpowiedział, co Ahira postanowił uznać za zgodę. - Karl?

- Tak? - Potężny mężczyzna przerwał rozmowę z Andreą i brudną, małą dziewczynką.

- Musimy porozmawiać. Przejdźmy się.

- Pewnie, daj mi chwilę. - Karl poklepał Andreę po ramieniu i uśmiechnął się do cichej dziewczynki, która kurczowo ściskała rękę Andy, jakby to było koło ratunkowe. - Sprawdź, czy pozwoli umyć się gąbką i znajdź dla niej jakieś inne ubranie. - Przeszedł na angielski. - Zmuś ją do mycia - powiedział cicho - i obejrzyj przy tym najdokładniej, jak się da. Miała ciężkie przeżycia i musimy sprawdzić, czy fizycznie jest z nią wszystko w porządku.

Andrea przytuliła dziewczynkę.

- Może po prostu dajmy jej więcej eliksiru leczącego? Jeszcze zostało nam trochę tego, który znalazłeś w wozie łowców niewolników, prawda?

- Tylko trzy butelki. Nie wiem, na jak długo nam starczą. Nie możemy zużywać eliksiru tylko na wszelki wypadek, kiedy nie jest naprawdę potrzebny.

- A jeśli go potrzebuje?

Ahira chrząknął. - Wtedy jej damy. Karl, naprawdę chcę z tobą porozmawiać. Teraz.

- Jeszcze jedno. - Karl przeszedł na erendra i uniósł głowę. - Chak, pilnuj kusznika. To już nie potrwa długo.

Siedzący naprzeciwko związanego młodzika Chak pokiwał głową, po czym wskazał palcem na dużą, drewnianą skrzynię, stojącą obok wozu łowców niewolników.

- Pewnie, Kharl, ale czy mogę tymczasem przejrzeć zawartość tej skrzyni? Może coś znajdę, butelkę albo dwie eliksiru leczącego, czy trochę pieniędzy.

- Jak masz zamiar ją otworzyć?

- Myślę, że uda mi się znaleźć klucz. - Chak uśmiechnął się.

- W takim razie zrób to.

Po drugiej stronie polany pięcioro byłych niewolników, trzech mężczyzn i dwie kobiety, rozmawiało z Walterem i Riccettim. Wszyscy byli brudni, jednak nie wyglądali na rannych. Mimo protestów Ahiry, Karl bardzo szczodrze rozdawał eliksir leczący znaleziony w wozie łowców niewolników.

Nie dostaną więcej eliksirów, przynajmniej od Stowarzyszenia Leczącej Dłoni. Akolitka w świątyni dała im to do zrozumienia bardziej niż wyraźnie.

- I? - Karl uniósł brew. - O co chodzi?

- Wysłałem cię do Metreyll, żebyś przywiózł zapasy, nie zaś sześć... nie, siedem... nowych gąb do wykarmienia.

Wzruszył ramionami. Gest ten groził rozerwaniem szwów znoszonej, skórzanej kamizeli. -Przyprowadziłbym ich wszystkich, ale większość wolała...

Trzask!

Ahira gwałtownym ruchem zdjął topór z piersi, zrywając przy okazji paski, którymi była przywiązana jego rękojeść. Pstryknięciem zrzucił osłonę, która poleciała gdzieś w bok.

Karl wyciągnął miecz, obrócił się i przykucnął. - Co do...

- Przepraszam - zawołał Chak, stojący nad zgruchotaną skrzynią. Uniósł kowalski młot. - Mówiłem, że znajdę klucz.

Ahira spojrzał w dół na zerwane rzemienie, które wcześniej mocowały topór. - Niezłego masz przyjaciela, Karl.

Karl zaśmiał się.

- Spokojnie, Ahira, cały jesteś napięty.

- A ty, oczywiście, nie. - Spojrzał na nagie ostrze w ręku Karla.

- Cóż... - Schował miecz z powrotem do pochwy.

- Nieważne. - Ahira uniósł dłoń. - Nieważne. Jaki jest ten twój szalony plan?

Karl potrząsnął głową.

- Za chwilę. Po pierwsze, jak się czuje Doria?

Ahira splunął.

- Nie pozwolili mi jej zobaczyć. Akolitka, z którą rozmawiałem, powiedziała mi, że "została w pełni zintegrowana w stowarzyszeniu", a jakikolwiek kontakt z obcymi... obcymi!... jest zabroniony.

Bądź szczęśliwa, Dorio. Obyś znalazła w Dłoni to, co zawsze umykało ci z nami.

- Myślisz, że dobrze się czuje?

- Mam nadzieję. Jeśli nie, i tak nic nie możemy na to poradzić. - Frustrujące, ale prawdziwe. Matka Stowarzyszenia Leczącej Dłoni ochroniła tereny świątyni przed siłami, które zniszczyły las Elrod, zmieniając go w Pustkowie. Z kilkoma wojownikami i czarodziejką nowicjuszką poradzi sobie bez trudu, nawet się nie spoci. - Chyba, że masz ochotę zdobywać świątynię.

- Nie żartuj - parsknął Karl. - Jeśli chodzi o to, co mamy dalej robić, to może zbierz wszystkich, podczas gdy ja będę rozmawiać z Andy, żeby...

- Kharl! Kharlkhulinayn! - W ich stronę biegł Chak, trzymając wysoko w ręku długi i wąski kawałek metalu. - Popatrz! - Zatrzymał się i podał go Karlowi, trzymając go ostrożnie, jakby było to delikatne szkło. Uśmiechnął się przy tym szeroko, jakby właśnie wręczył Karlowi ogromny diament.

Ahira przyjrzał się. Przedmiot wyglądał właściwie jak przerośnięty nóż do smarowania. Płaskie ostrze było długie na trzy stopy. Wypróbował je kciukiem - równie tępe jak nóż do smarowania. - Co to jest?

Chak zrobił krok do tyłu. - Nie wiesz? To, Ahiro, jest nóż do drewna.

Karl przechylił głowę na bok. - Nadal nic nie wiem. Co to jest nóż do drewna?

- Popatrz. - Chak uniósł nóż z wyciągniętych dłoni Karla i podszedł do pobliskiego drzewka. Trzymając rękojeść kciukiem i dwoma palcami, w zwolnionym tempie ciął pień.

Ostrze przeszło przez pień, jakby go tam wcale nie było.

Szumiąc liśćmi, drzewko uderzyło o ziemię.

- Widzicie? - spytał Chak, odbijając ostrze od własnej szyi. - Przecina tylko drewno, nic innego. Niezłe znalezisko, co? Myślę, że będzie całkiem użyteczne tam, gdzie się udajemy.

Co to do cholery znaczyło? - Karl, czy wreszcie powiesz mi, co...

Cullinane uniósł dłoń. - Wiesz co, może zbierz wszystkich, żebym nie musiał tego powtarzać dwa razy. Nie śpiesz się. Muszę porozmawiać z Andy-Andy, jak tylko skończy myć dziewczynkę. To sprawa prywatna.

Co się między nimi dzieje? Myślałem, że już wszystko sobie wyjaśnili. Ahira otworzył usta i ponownie je zamknął. To nie mój interes. Pokiwał głową. - Dobrze, ale lepiej, żeby twój pomysł był dobry.

- Na pewno.

* * *

Karl odprowadził Andy-Andy z dala od obozu. Usiedli na pniu powalonego drzewa. - Jak ona się czuje?

- Nieźle, przynajmniej fizycznie. Znalazłam tylko kilka siniaków i otarć. Nie znam się jednak na anatomii... szkoda, że ty nie mogłeś jej obejrzeć. - Nie wypowiedziała oczywistego: dziewczynka, która przeszła przez ten szczególny rodzaj piekła, nie zniosłaby obmacującego i opukującego ją mężczyzny.

Zaśmiał się słabo. - Po dwóch tygodniach wprowadzenia do medycyny nie zostaje się internistą. Jeśli ty nie zauważyłaś nic złego, ja też bym nie zauważył. W takim razie... obserwuj ją uważnie. Zawsze możemy dać jej więcej eliksiru, jeśli będzie go potrzebować.

- Nie o tym jednak chciałem z tobą porozmawiać. - Szkoda, że nie mogę odłożyć tego na później, ale... - Muszę cię o coś zapytać.

Uśmiechnęła się do niego. - Chyba wiem, o co chodzi. Znowu szaleją w tobie hormony, co? Cóż...

- Cii. - Potrząsnął głową. - To coś poważnego. Muszę cię o coś zapytać, a potem ci coś powiedzieć. - Mam nadzieję, że robię to we właściwej kolejności.

Wyraz jej twarzy odpowiadał jego poważnemu tonowi. - W porządku, Karl. Rzeczywiście mówisz poważnie. O czymś.

Wziął głęboki oddech. - Pytanie brzmi: Czy zostaniesz moją żoną?

Jej oczy rozszerzyły się. - Czy coo?!

- Słyszałaś mnie. - Nagle nie wiedział, co zrobić z rękami. Bez celu chwytał nimi powietrze przed sobą. - Wiem, że w okolicy nie ma księdza, ale możemy zaimprowizować jakąś ceremonię. Wyjdź za mnie... wiesz, zamieszkamy razem, będziemy mieli dzieci, te sprawy.

Zaśmiała się i wyrzuciła ręce wysoko w górę. - Karl, tylko dlatego, że parę razy się ze sobą przespaliśmy...

- To nie to. - Nie tylko to, poprawił się w myślach.

- Skoro nie chodzi o to, w takim razie musi być to coś innego, coś bardzo waż... nie. - Andy-Andy zbladła. - Jestem w ciąży? Muszę być, ale skąd ty o tym wiesz?

- Ellegon. On potrafi wykryć zmiany w feromonach. Jak zgadłaś?

- To była jedyna sensowna odpowiedź. Nie rozmawialiśmy o tym wcześniej... - Potrząsnęła głową. - Do diabła, nie jestem jeszcze gotowa, by zostać matką, a...

Uniósł dłoń. - Możemy się tym zająć. Jeśli będzie to konieczne.

- Jak?

- Czy muszę wchodzić w szczegóły? Uwierz mi, proszę. Można to zrobić.

- Jak?

Wzruszył ramionami. - Nie tak miało być, wiesz... W porządku, zastanów się. Mamy sporo eliksirów leczących, a ja chyba będę w stanie zaimprowizować narzędzia do przeprowadzenia aborcji. Wiem, że nie jestem lekarzem, ale mamy spory margines bezpieczeństwa. Będzie bolało, ale eliksir zabezpieczy cię przed ryzykiem infekcji czy trwałego uszkodzenia. Jeśli chcesz usunąć ciążę, proszę bardzo. To twój wybór - powiedział, bezskutecznie próbując brzmieć niedbale. Nie przejmował się faktem aborcji, ale raczej tym, że sam będzie ją musiał przeprowadzić. Karl nigdy nie podzielał idiotycznego przekonania, że mikroskopowej wielkości blastula jest istotą ludzką.

Przeprowadzenie tutaj prymitywnej aborcji nie jest jedynym wyjściem. Moglibyśmy spróbować zabrać cię do domu, przez Bramę, ale zdecydowanie nie mam ochoty znowu przechodzić obok smoka. Na pewno ci tego nie zaproponuję.

Zrobiła z palców daszek przed twarzą i zaczęła gryźć palec wskazujący. - Muszę się zastanowić, dobrze?

- Oczywiście. Nie musisz się spieszyć. Czy... czy mogę ci w czymś pomóc?

- Zostaw mnie na chwilę samą.

- Andy...

- Proszę.

Wstał. - Dobrze, ale muszę porozmawiać z resztą, Ahira mnie pogania. Dołączysz do nas za kilka minut?

- Może... Daj mi trochę czasu.

Przytaknął. - Kocham cię, wiesz?

- Wiem. - Uśmiechnęła się słabo. - A teraz spadaj.

* * *

- Proszę, wysłuchajcie mnie - powiedział Karl w erendra. Otaczał go krąg twarzy. - Muszę wam coś powiedzieć. - Przerwał, by im się przyjrzeć. Wszyscy byli niewolnicy wyglądali na przestraszonych, z jednym wyjątkiem. Tym wyjątkiem był Chak. Siedział po turecku, jego prawa dłoń przez cały czas znajdowała się w pobliżu rękojeści bułatu, zaś uśmiech niemalże promieniował naokoło.

Okrągła twarz Lou Riccettiego również się śmiała. Lou pojmował w lot wszystko, co tylko zawierało liczby. Kursy ekonomii, na które kiedyś uczęszczał, też mu pomogły. Riccetti uspokajająco pokiwał głową.

Ahira krzywił się. Jak zwykle. Nie lubił pozostawać w nieświadomości. Pewnie nie spodoba mu się to, co teraz usłyszy.

Następnie Slovotsky. Walter, jeśli kiedykolwiek będę w stanie cię rozgryźć, przyznam, że jestem geniuszem.

*Tak naprawdę, Waltera łatwo zrozumieć. Jest... *

Cii. Karl kontynuował. - Informacja dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą: jestem poszukiwany. Kiedy poznałem Ellegona, był przykuty w kanalizacji w Pandathaway. Nie podobało mi się to, więc go uwolniłem. To z kolei nie spodobało się gildiom w Pandathaway. Wysłali za mną... za nami wszystkimi... łowców niewolników. Ci dogonili nas na Pustkowiu. Udało nam się uciec, a potem zabić tych bydlaków. Teraz w Pandathaway pewnie myślą, że jesteśmy martwi. - Matka powiedziała, że nie możemy zostać zlokalizowani, kiedy przebywamy na terenie świątyni Dłoni. Zaklęcie lokalizacji z pewnością nie działało również wtedy, kiedy byliśmy w domu, po drugiej stronie Bramy. - Wkrótce usłyszą, że żyję.

- Prawdopodobnie nic na to nie możemy poradzić. - Dwadzieścia jardów za Ahirą siedział kusznik i wpatrywał się w niego z wściekłością. - Nawet jeśli go zabijemy. Inni uwolnieni niewolnicy się wygadają.

- Myślę, że nie powinniśmy tego robić. Zamiast tego proponuję dwie rzeczy. Po pierwsze: Chak zna niezamieszkaną dolinę w Therranj. Proponuję, żebyśmy się tam przenieśli i osiedlili, uprawiali ziemię i hodowali bydło. Musimy ponownie wybrać się do Metreyll i kupić dodatkowe zapasy i zwierzęta: bydło, owce, kozy, kurczaki, czego tylko potrzebujemy. Podróż potrwa dość długo. Budowanie domów, oczyszczanie pól, sianie zboża będzie ciężką pracą, ale jak już się osiedlimy...

Walter potrząsnął głową. - To nie ma sensu. Gildie z Pandathaway polują na ciebie i odległość nie przeszkodzi im w zemście. - Wzruszył ramionami. - Takim posunięciem możemy kupić trochę czasu, to wszystko.

*Zauważyłeś "my"?*

Tak. Teraz sza. Karl uniósł dłoń. - Nie. Przez pierwsze kilka lat nie mam zamiaru spędzać tam zbyt wiele czasu, na pewno nie na tyle długo, żeby byli w stanie mnie zlokalizować. Zamiast tego... Lou, wytłumacz zasadę popytu i podaży, oraz jaki ma ona wpływ na opłacalność.

Riccetti zareagował na ten sygnał, jakby wcześniej to przetrenowali. Co oczywiście zrobili.

Wstał. - Cena czegokolwiek zależy od dwóch czynników: ile jest dostępne i jak bardzo ludzie tego pragną: podaż i popyt. Jeśli coś... cokolwiek... staje się zbyt drogie, ludzie zaczynają szukać tańszych substytutów. Dotyczy to broni, zboża, bydła... i niewolników. Karl chce, by niewolnicy stali się zbyt kosztowni.

- Właśnie. - Karl zaplótł ręce na piersiach. - Dokonamy tego przez sprawienie, że handel niewolnikami stanie się zbyt kosztownym, zbyt ryzykownym interesem. Mówię o robieniu tego samego co wczoraj, ale na większą skalę. Będziemy atakować każdą karawanę, którą napotkamy, zmusimy gildię handlarzy niewolników do powiększania karawan i zatrudniania większej liczby strażników, przez co zmniejszymy ich zyski. I będziemy robić to do chwili, kiedy cały system się zawali.

Ahira potrząsnął głową i splunął. - To zupełnie idiotyczne. Niewolników jest bardzo dużo, Karl, ani odrobinę nie zmienisz ich ceny. Załóżmy, że tylko Pandathaway importuje, powiedzmy, trzy do czterech tysięcy niewolników rocznie. Teraz zdobywają ich, najeżdżając Therranj, Melawei itd. Powiedzmy, że każda karawana wiezie dwudziestu niewolników, a ty napadasz... i uwalniasz... jedną na dziesięć dni. I załóżmy, że każdy z uwolnionych niewolników albo dołącza się do nas w tej twojej dolinie, albo bezpiecznie wraca do domu. Daje to około tysiąca uwolnionych niewolników rocznie. - Wzruszył ramionami. - Może to trochę podnieść cenę, ale to wszystko.

Walter Slovotsky uśmiechnął się szeroko i pokiwał głową. - Pięknie, Karl. Do diabła, James, jesteś w błędzie, to zmieni o wiele więcej. Kiedy pokażemy, że my możemy atakować łowców niewolników i uchodzi to nam na sucho, inni też zaczną to robić. Wszyscy bali się wchodzić w drogę gildii handlarzy niewolników w obawie przed odwetem. Kiedy pokażemy, że nam uchodzi to na sucho, zniknie większość obaw. Założę się, że część bezrobotnych najemników będzie chciała wejść do tego interesu. A ponieważ będą się bali sprzedawać skradzionych niewolników, będą musieli ich uwolnić i zadowolić się zatrzymaniem pieniędzy, które wieźli łowcy niewolników. Tak jak my. - Podrzucił wypełnioną sakiewkę. - Nieźle to wykombinowałeś, Karl. Bo o tym właśnie mówiłeś, prawda?

- Tak.

Po drugiej stronie polany zabrzmiał głos Andy-Andy. - To szalony pomysł, wiesz? - Szybko podeszła do reszty.

Jak mnie słyszała?

*Przekazywałem jej twoje słowa.* Mentalny złośliwy uśmiech. *A jeśli będziesz dla mnie naprawdę miły, nie będę przekazywał twoich myśli bez pozwolenia.*

Nie wiedziałem, że potrafisz to robić. Choć, jak się nad tym zastanowić, nie było to wcale zaskakujące.

*Nie pytałeś się.*

Nachmurzył się. W takim razie przekaż to. Zatrzymał się. Nieważne. - Andy...

- Później. - Uśmiechnęła się. - Będziemy mieli dużo czasu w trakcie podróży do tej twojej doliny. Ale lepiej ruszajmy jak najszybciej. - Przycisnęła dłoń do brzucha. - Zanim zacznę tyć.

Karl nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Ahira potrząsnął głową.

- Wiesz, to szaleństwo, ale...

- Ale co? - Riccetti skrzywił się. - To ma sens.

- Ale spróbujmy. - Krasnolud zerwał się na równe nogi i wyciągnął rękę do Karla. - Wchodzę w to. - Kiedy ścisnęli ręce, Ahira wzruszył ramionami.

- Warto spróbować. - Odwrócił się do uwolnionych niewolników. - Możecie albo pójść z nami, albo odejść. Każdy, kto chce odejść, niech później do mnie przyjdzie.

Slovotsky uśmiechnął się. - Musimy tylko pokonać parę tysięcy łowców niewolników.

Andy-Andy potrząsnęła głową. - Jest jeszcze jeden problem.

- Hę? - Ahira przechylił głowę. - O czym zapomniałem?

- Musimy również pozostać przy życiu.

Karl pokiwał głową. - To w końcu podstawa całego planu.

W niebo poleciał strumień ognia. *Niezła podstawa.*

* * *

Z Ellegonem u boku, Karl uśmiechnął się do kusznika. - Wypuszczę cię. Damy ci bukłak wody i nóż, dziś w nocy możesz ruszyć przez Pustkowie. Potrzebuję dodatkowego czasu, żeby się stąd wynieść. - Kiedy młodzik spojrzał na rząd koni, Karl potrząsnął głową. - Jeśli spróbujesz ruszyć wcześniej albo podnieść rękę na któreś z nas, albo ukraść konia, zje cię Ellegon.

Smok łypnął okiem. *Spróbuj ruszyć wcześniej. Mam ochotę na przekąskę.*

Kusznik spojrzał wściekle na Karla. - Rada gildii Pandathaway będzie cię tropić jak dzikie zwierzę. Odnajdą cię, Karlu Cullinanie. A ja, jeśli tylko pozwoli na to mój pan, lord Mêhlen, pojadę do Pandathaway, by patrzeć, jak umierasz.

Karl uśmiechnął się. - Poproś swojego pana, lorda Mêhlena, by przekazał im wiadomość ode mnie. Powiedz im: Karl Cullinane żyje i... - zamilkł.

Czy to ma jakikolwiek sens? Wkrótce będę ojcem, a sam proszę się o kłopoty. Ahira miał rację, to absolutne szaleństwo.

*Złożyłeś matce obietnicę. A choć ona ci już nie pomoże, czy dotrzymasz obietnicy?*

Karl spojrzał na drugą stronę polany, gdzie mała dziewczynka uśmiechała się do Andy-Andy znad miski gulaszu. Nie był to zbyt szeroki uśmiech, ale zawsze. A do tego bardzo szczególny...

Tak. Do diabła, tak. Przeciął więzy kusznika. - Powiedz im to: teraz ja na nich poluję.


Dodano: 2006-09-22 12:36:55
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść Scalziego


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS