NAST.pl
 
Komiks
  Facebook
Facebook
 
Forum

  RSS RSS

 Strona główna     Zapowiedzi     Recenzje     Imprezy     Konkursy     Wywiady     Patronaty     Archiwum newsów     Artykuły i relacje     Biblioteka     Fragmenty     Galerie     Opowiadania     Redakcja     Zaprzyjaźnione strony   

Zaloguj się tutaj! | Rejestruj

Patronat

Knaak, Richard A. - "Malfurion" (Blizzard Legends)

Dębski, Rafał - "Żelazny Kruk. Gniazdo"

Ukazały się

Brown, Ryk - "Aurora Cv-01"


 Harrow, Alix E. - "Dziesięć tysięcy drzwi"

 Kres, Feliks, W. - "Północna granica" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Król Bezmiarów" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks, W. - "Grombelardzka legenda" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Pani Dobrego Znaku" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Porzucone królestwo" (edycja limitowana)

 Kres, Feliks W. - "Tarcza Szerni" (edycja limitowana)

Linki

Rosenberg, Joel - "Miecz i Łańcuch"
Wydawnictwo: ISA
Cykl: Rosenberg, Joel - "Strażnicy Płomienia"
Data wydania: 2000
ISBN: 83-87376-83-3
Oprawa: miękka
Format: 115 x 175 mm
Liczba stron: 272
"strażnicy płomienia", tom 2



Rosenberg, Joel - "Miecz i Łańcuch" (rozdział 3)

ROZDZIAŁ TRZECI: Metreyll


Jam się przenigdy nie zgadzał z tym tłumem,
Którego dzisiaj wszystkim jest rozumem
Wybrać wśród ludzi kochankę lub druha,
Innych, choć pięknych i wielkiego ducha,
Strącić w pomroki zimnej niepamięci.
Takie to prawo moralność dziś święci
I to jest droga ubita, po której
Kroczą strudzonych niewolników chóry,
Utartym życia zbliżając się torem,
Gdzie śmierć ich wita nad grobu otworem...
I tak to człowiek, łańcuchem przykuty
Do przyjaciela, co może zatruty
W sercu, co może złym równa się wrogom,
Stąpa tą pustą, nieskończoną drogą.
- Percy Bysshe Shelley [tłum. Jan Kasprowicz]



Oddalili się o wiele mil od terenów świątyni. Pół mili pod nimi w promieniach gwiazd rozciągało się Pustkowie Elrod, ogromny obszar popękanej, spalonej słońcem ziemi. Jego monotonię przerywały od czasu do czasu skupiska kamieni.

Karl wtulił się w Ellegona, drżąc tylko w części z powodu zimna. Chłodne, nocne powietrze przelatywało z gwizdem obok, mierzwiło mu włosy.

Spojrzał w dół i wzdrygnął się. Nawet gdyby z Pustkowiem nie łączyły się złe wspomnienia i tak jego widok byłby nieprzyjemny. Krajobraz przypominał zdjęcia, które przywieźli astronauci z Apolla, z tamtymi jednak łączyło się uczucie osiągnięcia czegoś niezwykłego.

Siedzący za nim Walter Slovotsky zaśmiał się. - Nie przejmowałbym się tym, Karl - zawołał. Jego głos był ledwo słyszalny ponad rykiem wiatru. - Dla nas jest to korzystne... tak długo, jak długo pozostaniemy na terenie świątyni, każdy, kto chciałby sprawiać nam kłopoty, będzie musiał pokonać czterdzieści mil Pustkowia.

*On ma rację, Karl. I założyłbym się, że kapłanki Dłoni, choć tak potężne, cieszą się z tej ochrony.*

Pewnie była to prawda. Spostrzeżenie to wskazywało także na jeden z problemów tego świata - jeśli tylko ktoś coś miał, kawałek ziemi, konia, miecz... nawet własne życie... zawsze musiał brać pod uwagę możliwość, że ktoś będzie chciał mu to zabrać.

Tylko dlatego, że tego zapragnął.

*A czy różni się to tak bardzo od twojego świata?* Przez chwilę Karl czuł, jakby jego głowę głaskały delikatne palce... od wewnątrz. *Może świadomie nie jesteś sobie w stanie przypomnieć takich faktów jak zabór Czechosłowacji, Wounded Knee, czy... *

Wystarczy. Zrozumiałem. Na tym zakończmy, dobrze?

Do diabła, była jednak różnica. Po tamtej stronie ludzie przynajmniej przyznawali, że wykorzystywanie słabszych przez silniejszych jest złe. Odzwierciedlały to prawa, zwyczaje i opowieści ludowe, od historii o Robin Hoodzie aż po legendy o Wyatcie Earpie.

Karl zachichotał. Cóż, liczyła się legenda. Kiedy studiował historię Ameryki, znalazł kilka świadectw, które sugerowały, że bracia Earpowie byli takimi samymi bandytami jak Clantonowie, których wystrzelali, z zasadzki zresztą, w O.K. Corral. Earpowie zdołali wyłudzić odznaki, to wszystko.

Jeśli się nad tym zastanowić, to Robin Hood najprawdopodobniej rabował bogatych, żeby dawać sobie.

Miało to zresztą sens. W tym interesie rabowanie biednych musiało być łatwiejsze, ale za to nie przynosiło takich korzyści finansowych.

*Dlatego właśnie nazywamy ich "biednymi", Karl. Gdyby opłacało się ich okradać, prawdopodobnie byliby znani jako "bogaci".*

Bardzo śmieszne.

*Tylko dla tych, którzy mają poczucie humoru.*

Z przodu pojawiła się granica Pustkowia, jak cięcie noża oddzielająca spękaną ziemię i zalesiony teren przed nimi. Normalnie, ogromne dęby wyglądałyby groźnie w świetle gwiazd, jednak w porównaniu z Pustkowiem dodawały im nawet otuchy.

Nie musisz lecieć dalej. Zostaw nas gdzieś tutaj.

*Jeszcze kawałek.* Ellegon zwolnił. *Pozwól mi wysadzić was trochę bliżej. W ten sposób nie będziecie musieli tak daleko iść.*

Skąd się wzięła taka nagła troska o moje nogi?

*Mam swoje powody,* odparł smok z mentalnym odpowiednikiem pociągnięcia nosem. *Ale skoro tak bardzo pragniesz znaleźć się na ziemi... *

Smok okrążył polanę między drzewami, zahamował i wylądował gwałtownie, lecz bezpiecznie.

Karl zeskoczył z grzbietu Ellegona, lądując lekko na kamienistej ziemi. Odruchowo dotknął rękojeści miecza i rozejrzał się dookoła.

Nic, tylko drzewa w mroku i zarośnięta ścieżka prowadząca, jak miał nadzieję, do Metreyll.

Walter zszedł na ziemię i stanął obok niego.

- Zgaduję, że jesteśmy jakieś pięć mil od miasta - powiedział, pomagając Karlowi w założeniu plecaka. - Myślę, że moglibyśmy zanocować i rano tam pójść - stwierdził, krzywiąc się. - Moglibyśmy też ruszyć już teraz. - Jego twarz rozjaśniła się.

Karl wsunął kciuki pod pasy plecaka.

- Czy mogę zgadywać dwa razy, które wyjście wolisz?

*Na wszelki wypadek zgaduj trzy.*

- I? - Slovotsky wskazał kciukiem na drogę.

- Czemu nie? - Ellegon, lepiej już wracaj. Wyświadcz mi tylko jeszcze jedną przysługę, zrób kilka kółek i sprawdź, czy ta ścieżka prowadzi do drogi do Metreyll.

*Nie wysadziłem was tutaj przez przypadek. Oczywiście, że prowadzi.*

Kiedy Karl i Walter odeszli kilka kroków, smok zaczął poruszać skrzydłami, coraz szybciej, aż w końcu ich krawędzie rozmyły się, zaczęły przypominać mgiełkę. W powietrze uniosła się chmura pyłu i liści. Ellegon wzniósł się w górę i odleciał w noc, widzieli tylko zarys jego sylwetki na tle rozgwieżdżonego nieba.

*Bądź ostrożny,* powiedział, Karl ledwo słyszał jego mentalny głos.

Po chwili zniknął.

- Chodźmy - powiedział Karl.

Przez kilka minut szli w milczeniu, ostrożnie stawiając każdy krok na ścieżce pomiędzy drzewami. W końcu odezwał się Walter.

- Jeśli nie będziesz miał nic przeciwko, mam pewną propozycję.

- Tak?

- To tylko wyprawa po zakupy. - Walter poklepał sakiewkę przy pasie. - Prawda?

- Mówisz rzeczy oczywiste. - Karl wzruszył ramionami. - O co ci chodzi?

- Hmm, może sformułuję to tak: nie mam zamiaru nic kraść. Oczywiście, dopóki obozujemy na terenie świątyni, między nami a Metreyll jest Pustkowie, całkiem spora strefa buforowa, ale mimo wszystko nie warto przesadzać. Nie chcemy, żeby miejscowi się na nas zdenerwowali, to zbyt ryzykowne.

- Świetnie. W takim razie nie będziesz wykorzystywał swoich umiejętności. - Było to całkiem rozsądne. I tak mieli dużo do roboty w Metreyll, a przy tej ilości monet, jaką posiadali, pieniądze jeszcze długo nie będą problemem. Musieli kupić żywność i inne zapasy, trochę narzędzi... i broń - stanowczo mieli jej za mało.

- Nie o to mi chodziło. - Walter schylił się pod niską gałęzią, po czym pokazowym gestem przytrzymał ją, żeby Karl mógł przejść.

Czasami wydawało się, że Walter przykładał zbyt wielką wagę do faktu, że Karl jest od niego wyższy. Z drugiej strony, było to zrozumiałe - Slovotsky zdążył się przyzwyczaić do bycia najwyższym mężczyzną w prawie każdej grupie.

- Chodzi mi o to - kontynuował Walter - że to ty musisz się pilnować. W Metreyll z pewnością jest jakiś targ niewolników. Może nie tak duży jak w Pandathaway, ale jakiś na pewno. Cała gospodarka tego regionu opiera się na niewolnictwie.

- I co z tego?

- Zostawiamy Metreyll w spokoju. Nie wtrącamy się do lokalnych... zwyczajów, nawet jeśli są odrażające. Przynajmniej na razie. Przypuszczam, że w Pandathaway wciąż jest nagroda za twoją głowę. Nie chcę, żeby ktoś im przekazał, że wciąż żyjesz.

- Dziękuję za troskę o moje zdrowie.

- A ja dziękuję za sarkazm. - Slovotsky prychnął. - Nie obchodzi mnie, czy w to uwierzysz, ale naprawdę się o ciebie martwię. Tak samo, jak o siebie. Jeśli w Metreyll zaczniesz wymachiwać tym mieczem, obaj będziemy mieli spore kłopoty.

- Walter, skąd ci przyszło do głowy, że jestem żądnym krwi potworem?

- Hmm... wczorajszy dzień był pewną wskazówką. - Uniósł dłoń, by powstrzymać sprzeciw Karla. - W porządku, to nie było sprawiedliwe. Posłuchaj... nie mówię, że podoba ci się wybebeszanie ludzi. Nie sądzę, że przemoc kiedykolwiek sprawiała ci przyjemność, może za wyjątkiem dnia, kiedy zabiliśmy Ohlmina i jego ludzi. Chodzi o to, że już tak się nie zadręczasz, jak kiedyś. Wszystko sprowadza się do tego, co powiedziałeś w Pandathaway, po uwolnieniu Ellegona. Mówiłeś, że jeśli to, co robisz, jest wystarczająco ważne, to o konsekwencje będziesz się martwił później.

- Czekaj...

- Nie, to ty czekaj. Prawo Slovotsky’ego numer siedemnaście: "Zawsze zastanawiaj się nad konsekwencjami swoich czynów." Jeśli się nie pohamujesz, możemy mieć przez to ogromne kłopoty.

Rozumiał, o co chodziło Walterowi i nawet się z nim zgadzał - uwolnienie Ellegona bardzo wiele kosztowało ich wszystkich. Ale rezygnacja z pomocy ludziom w łańcuchach...

- Dałem słowo Ahirze. - Karl wzruszył ramionami. - Pozostańmy przy tym.

Walter westchnął głęboko. - Dopóki cię nie przekonam, że mam rację, nie mogę zaufać twoim odruchom, Karl. Widziałem, jak zaciskasz dłoń na rękojeści miecza za każdym razem, gdy jesteś zdenerwowany. Oczywiście, kiedy nie masz powodu, by kogoś pociąć, przebywanie z tobą jest całkowicie bezpieczne. Nie martwię się, że wbijesz mi miecz w brzuch, jeśli za mało posłodzę ci kawę... Problem polega na tym, że uważasz się za jedyną osobę, która może ucierpieć w konsekwencji twoich działań.

- Wyglądasz na przestraszonego.

- Bo tak jest. - Walter parsknął. - Nie boję się tylko o swoją delikatną skórę. Nie chciałem ci o tym mówić, ale... Ellegon powiedział mi coś po drodze. Ciebie wtedy wyłączył z rozmowy. Nie był pewien, czy ty powinieneś to wiedzieć. Pozostawił do mojego uznania, czy i kiedy masz się o tym dowiedzieć.

- Co to za wielka tajemnica?

- Ee... wiesz, że nos Ellegona jest bardziej wrażliwy niż ludzki. - Walter powoli potrząsnął głową. - Przebywanie w ściekach musiało być dla niego piekłem. Chodzi o to, że potrafi wyczuć takie rzeczy, których my nie potrafimy. Nawet takie, z którymi miałoby problemy laboratorium medyczne, na przykład niewielkie zmiany biochemiczne. Hormony, te rzeczy.

Karl poczuł zimny dreszcz przebiegający mu po plecach. - Zmiany biochemiczne? U kogo?

- U Andrei. Nikt nie wie tego oprócz ciebie, mnie i Ellegona, Karl. Jest w ciąży, choć zaledwie od paru dni. Chyba powinienem ci pogratulować, co?

O mój Boże. - Kłamiesz. - Odwrócił się do Waltera. - Zgadza się?

- Nie. Czy teraz do ciebie dotarło? Jeśli coś pójdzie nie tak, to w tarapatach będziesz nie tylko ty, ja... czy nawet Andy. Jeśli dasz się zabić lub przez ciebie ktoś jeszcze wyznaczy nagrodę za nasze głowy, to w niebezpieczeństwie będzie też nienarodzone dziecko. Twoje. - Slovotsky parsknął. - Czy nadal masz zamiar odgrywać rolę samotnego jeźdźca? Jeśli nazwiesz mnie Tonto, wbiję ci nóż pod żebra, obiecuję.

Zakręciło mu się w głowie. Dziecko?

- Karl, czy...

- Dobra. Postawiłeś na swoim. - Zostanę ojcem. Potarł pięścią skroń. Będzie ode mnie zależało dziecko.

- Mam nadzieję - powiedział poważnie Slovotsky. Jego twarz rozjaśniła się, klepnął Karla po ramieniu. - Hej, mogę zostać ojcem chrzestnym?

- Zamknij się.

Slovotsky zachichotał.

* * *

- Czego chcesz? - Kowal odwrócił się od paleniska i przeniósł rozgrzany do czerwoności kawałek metalu na kowadło. Trzymał go lekko w długich szczypcach z kutego żelaza. Uniósł młot, kilka razy lekko uderzył metal, po czym zaczął kuć.

Karl odsunął się o kilka kroków w obawie przed latającymi iskrami. - Potrzebuję kawałka łańcucha - powiedział w erendra - mniej więcej takiej długości. - Rozsunął ręce na około trzy stopy. - Z żelaznymi ciężarkami na końcach, okrągłymi, wielkości połowy mojej pięści. Jeśli jesteś w stanie coś takiego zrobić.

- Nie będzie to trudne - odpowiedział kowal, przenosząc kawałek metalu z powrotem na palenisko. - Mogę to zrobić do południa, jeśli ci się śpieszy.

Choć pot spływał mu strumieniami po twarzy i rzadkiej, rudej brodzie, kowal pracował miechami przez kilka chwil. Później nabrał kubek wody z dębowej beczki. Pił długo, najwyraźniej smakując każdy łyk. Nabrał kolejny kubek, odchylił głowę i powoli polał wodą twarz. Potrząsnął głową, by pozbyć się wody z oczu.

- Po co go potrzebujesz? - spytał, gestem dłoni i uniesieniem brwi proponując Karlowi wodę.

- Artefakt religijny. - Karl przyjął kubek i napił się. - Jestem apostołem metalowego boga.

- Nie ma metalowego boga. - Kowal przechylił głowę.

- W takim razie prawdopodobnie nie jestem jego apostołem.

Kowal odrzucił głowę i zaśmiał się.

- A Teerhnus może stracić swój dumny nos, jeśli będzie go wtykał w nie swoje sprawy, co? Dobrze, niech będzie tak, jak mówisz. Teraz, jeśli chodzi o cenę...

- Jeszcze nie skończyłem. Chcę dwie sztuki. Chciałbym kupić też trochę twojego wyposażenia. Potrzebuję... kowadła ogólnego użytku, podstawowych narzędzi, jak młot czy obcęgi... sto funtów metalu w formie prętów, sztab i blachy, trochę...

Kowal parsknął.

- Oczywiście, w Metreyll starczy pracy dla jeszcze jednego kowala, ale ty nie wyglądasz na takiego. - Opuścił młot i wziął dłoń Karla w swoje ręce. - Te odciski świadczą o tym, że w ręku zwykle miałeś miecz, nie młot. Na ucznia jesteś zaś za stary.

Karl cofnął rękę.

- To dla przyjaciela. O jakiej kwocie rozmawiamy? - Trudno było mu się skoncentrować na przeprowadzanej transakcji, gdy jakiś głos z tyłu głowy krzyczał: Ojciec, będę ojcem!

Teerhnus potrząsnął głową. - Nie wiesz, o czym mówisz. - Wskazał na siedem różnych kowadeł rozrzuconych po warsztacie, każde na podstawie z pnia drzewa. Ogromnie różniły się kształtem i rozmiarami, od niedużego, które ważyło może trzydzieści funtów, do gigantycznego, prawie sześciennego, którego Karl nie byłby pewnie w stanie unieść. - Nawet bezmózgi partacz potrzebuje przynajmniej dwóch kowadeł, żeby cokolwiek zrobić. Jeśli twój przyjaciel pragnie kuć coś więcej niż tylko podkowy, będzie potrzebował trzech. A ja za każde wezmę sporo pieniędzy. Do diabła, odlewanie nowego kowadła to cholernie ciężka robota. Będziecie z nimi podróżować? - Spojrzał na Karla spod ciężkich brwi. - Byłbym głupcem, gdybym pomógł zbudować sobie pod bokiem konkurencję, niezależnie od ceny.

- Nie mam zamiaru tego zrobić. Obiecuję. - Karl potrząsnął głową.

Kowal skinął. - Przysięgnij na miecz.

Karl powoli wysunął miecz z pochwy i ułożył go płazem na wyciągniętych dłoniach.

- Co przysiągłem, prawdą jest.

- W takim razie sprawa załatwiona. - Kowal wzruszył ramionami. - Niezła robota, ten miecz. Czy to znaki Sciforth?

- Nie wiem. Chciałbyś go zobaczyć?

- Oczywiście. - Teerhnus wziął rękojeść w swoje wielkie dłonie. Trzymał miecz ostrożnie, gładząc jego ostrze paznokciem kciuka. - Bardzo ostry. Założę się, że się nie tępi. - Pstryknął ostrze palcem, uśmiechając się, kiedy usłyszał czyste "ting!".

- Nie - odpowiedział na własne pytanie - to nie miecz ze Sciforth. Robią tam dobrą stal, ale nie aż tak dobrą. Podejrzewam, że może pochodzić z Endell, tamtejsze krasnoludy znają się na stopach. - Przeszukiwał drewnianą skrzynię, aż w końcu znalazł miękką, wełnianą szmatkę. Podał miecz i szmatkę Karlowi. - Skąd go masz?

Wycierając miecz, Karl wzruszył ramionami. Umieścił go z powrotem w pochwie. Na to pytanie nie mógł odpowiedzieć szczerze, kowal nie uwierzyłby mu. Z drugiej strony, może by i uwierzył - Karl sam nie wiedział, co byłoby gorsze. Po drugiej stronie miecz był nożem do obdzierania ze skóry i ładnie się przekształcił. - Po prostu gdzieś go znalazłem. - Lepszy unik niż przyłapanie na kłamstwie. - Kiedy mogę przyjść po kowadła i całą resztę?

- Hmm... długo chcesz pozostać w Metreyll?

- Tylko do zachodu słońca. Jestem w drodze do... - Wyobraziwszy sobie mapę Eren, wybrał przypadkowe miasto. - ... Aeryk. O zmroku chcę być już poza miastem.

- Niemożliwe. - Kowal potrząsnął głową. - Mam robotę. Mógłbym odstąpić trochę metalu w prętach, ale nie mam zapasowych młotów, a odlewanie kowadeł jest zbyt kłopotliwe.

- Jesteś pewien? - Karl wyjął dwie platynowe monety, przytrzymał jedną kciukiem i palcem wskazującym. Na awersie wybito popiersie brodatego mężczyzny, na rewersie stylizowane fale.

- Pieniądz z Pandathaway, co? - Kowal rozłożył ręce. - Cóż... te dwie mogę przyjąć jako płatność z góry, dodatkowe sześć przy odbiorze.

- To w końcu platyna i do tego moneta Pandathaway. Myślałem, że z radością przyjmiesz te dwie, oddasz mi kilka sztuk złota i trochę żelaza.

- Wątpię. - Kowal wyszczerzył się w uśmiechu. - Nie nazwałbym tego myśleniem. Umówmy się na siedem sztuk platyny i obaj będziemy zadowoleni.

Nie mieli problemów z pieniędzmi, ale Karl nie chciał zbyt wielką rozrzutnością ściągać na siebie uwagi. - Trzy i oddasz mi pięć sztuk złota. W monecie Pandathaway, nie tej tutejszej, sfałszowanej.

- Sześć platyny i sześć złota. Do tego ty zostaniesz w Metreyll i pomożesz mi odlać trzy nowe kowadła.

Karl westchnął, przyzwyczajając się do myśli o długim targowaniu. - Cztery...

* * *

Uboższy o pięć sztuk platyny, sześć złota, cztery srebra i złamanego miedziaka, Karl czekał na Waltera Slovotsky’ego na rynku, niedaleko pałacu lorda. Metreyll miało inny układ niż wszystkie miasta, które dotychczas widzieli. W odróżnieniu od Lundeyll nie miało murów obronnych, w przeciwieństwie do Pandathaway nie miało dostępu do morza i najwyraźniej nie zostało wybudowane według jakiegokolwiek planu. Ulice Metreyll otaczały pałac w centrum jak niekształtna sieć utkana przez sklerotycznego pająka.

Chociaż nazwanie "pałacem" zbiorowiska dziewięciu piętrowych budynków z piaskowca, otoczonych rozsypującym się wałem, było chyba zbyt wspaniałomyślne. Uniesiona krata w bramie wskazywała na ich wiek. Belki popękały, zaś zardzewiałe łańcuchy i kolce świadczyły o tym, że kraty nie opuszczano wcale lub bardzo rzadko.

Dwaj odziani w kolczugi strażnicy siedzieli przy bramie na trójnogich stołkach i patrzyli na niego niedbale. Włócznie oparli o pobliską ścianę, daleko poza swoim zasięgiem.

Karl pokiwał do siebie głową. Zaniedbane umocnienia wyraźnie świadczyły, że w Metreyll od dawna nie było wojny, zaś brak zainteresowania strażników - iż jego mieszkańcy przyzwyczaili się do obecności obcych.

- Masz zamiar zasnąć na stojąco? - Walter uśmiechał się do niego z kozła na wpół wypełnionego wozu, mrużąc oczy w ostrym słońcu. - Pewnie ucieszy cię wiadomość, że wołowina jest tania. Wygląda na to, że hodowcy mieli aż za dobry rok. Kupiłem prawie czterysta funtów suszonego mięsa za nic. - Parsknął. - No może nie za nic, ale na pewno za grosze.

Ustawił hamulec i zszedł z kozła, po drodze klepiąc dwa muły. - Konie, a nawet muły, są z kolei bardzo drogie. Kupiłem ogiera i jeszcze jednego wałacha... handlarz zatrzyma je do wieczora... kosztowały mnie całkiem sporo. Wygląda na to, że w tym roku znów będzie mnóstwo bydła i hodowcy nieźle płacą za wszelkiego rodzaju robotę.

Uśmiechając się, Karl zdjął plecak i rzucił go na wóz.

- Prawie chciałbym, żebyśmy potrzebowali trochę pieniędzy. Kiedy byłem dzieckiem, chciałem zostać kowbojem. - Wzruszył ramionami. - Może powinniśmy spróbować i wynająć się do pomocy, tylko na krótko. - Oczywiście największym problemem byłoby ukrycie Ellegona.

Nie, teraz chyba nie miało to sensu, zbyt wiele od niego zależało. Nie mógł spełniać swoich dziecięcych marzeń.

- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. - Walter potrząsnął głową. - Można nająć się jedynie na całą trasę przepędu bydła. Zgadnij, gdzie ona prowadzi.

- Pandathaway?

Slovotsky skinął. - "Wszystko przybywa do Pandathaway", mam nadzieję, że za wyjątkiem nas. Nie sądzę, żeby łagodnie traktowali wspólników przestępców.

- Racja. Lepiej miej szeroko otwarte oczy.

- Nigdy ich nie zamykam, Karl. Jak ci poszło z kowalem?

- Całkiem nieźle, tak mi się przynajmniej wydaje. Chociaż targowaliśmy się długo. Jak się nad tym zastanowić, to pewnie mnie naciągnął. Za to dorzucił kilka używanych mieczy. - Wzruszył ramionami. - W każdym razie również możemy wszystko odebrać o zachodzie słońca. To na zachodnim skraju miasta. - Spojrzał na stojące w zenicie słońce. - Masz jakiś pomysł, co moglibyśmy do tego czasu porobić?

Slovotsky uniósł brew.

- Dzielnica czerwonych latarni? Obojętnie, jak to tutaj nazywają. To w tamtą stronę... - Uniósł dłoń. - Naprawdę nie musisz zdradzać Andy. Wypijesz sobie parę piw, a ja rozejrzę się, jaki mam wybór. Jestem więźniem swoich hormonów, naprawdę.

Karl roześmiał się.

- Czemu nie, chętnie napiję się piwa. - Wskoczył na wóz i ułożył się wygodnie na worku pełnym ziarna. - Ty powozisz.

Niebrukowana ulica prowadziła zakrętami przez targ, obok namiotu z brudnego, brązowego brezentu, gdzie spocony handlarz zbożem zachwalał muślinowe worki z owsem i jęczmieniem; obok zrujnowanej zagrody, gdzie dobrze odżywiony handlarz końmi oporządzał swoją kolekcję chudych klaczy i na wpół kulawych wałachów; obok warsztatu na wolnym powietrzu, gdzie zezowaty rymarz i wąsaty żołnierz zawzięcie targowali się o cenę siodła z podwyższoną kulbaką.

Na ulicy skrzypiały wozy, chłopi i ich niewolnicy przywozili na targ worki zboża i kurczaki w klatkach. Niektóre wozy ciągnęły zakurzone muły lub powolne woły, niewolnicy pchali wózki ręczne.

Karl chwycił swój miecz. Przez chwilę gładził rękojeść ze skóry rekina, po czym westchnął i opuścił rękę. Ten cholerny Walter miał rację, to nie było miejsce ani czas, by dać się wciągnąć w walkę. Poza tym, nie rozwiążę problemu, mordując każdego, kto posiada niewolnika. To nie ma sensu.

Ta myśl nie sprawiła, że poczuł się lepiej.

- Cholera!

- Tylko spokojnie - szepnął Walter, zachęcając muły do dalszego wysiłku.

Ulica poszerzyła się i w polu ich widzenia pojawił się targ niewolników. Hałaśliwa aukcja odbywała się przed przypominającym pudło wozem noszącym insygnia gildii handlarzy niewolników z Pandathaway - fale i łańcuch. Otaczało go około setki licytujących i widzów.

Licytator przyjął garść monet od chłopa i z uśmiechem zacisnął przyniesione przez niego kajdany na nadgarstkach chudego, brodatego niewolnika. Dopiero wtedy zdjął swoje.

- Nie powinieneś mieć z nim kłopotów, ten został nieźle wytresowany - stwierdził licytator, kiedy chłop zakładał niewolnikowi na szyję pętlę z konopnego sznura. Gdy niewolnika odprowadzano, Karl zadrżał, widząc blizny przecinające jego plecy. Nieźle wytresowany...

- Spokojnie, Karl - szepnął Walter. - Nic nie możesz na to poradzić.

Jeden z handlarzy wyprowadził z wozu kolejnego niewolnika. Był to niski, ciemnowłosy mężczyzna, odziany jedynie w brudną, bawełnianą przepaskę biodrową. Nosił świeże ślady bicza - wściekle czerwone pręgi przecinały w przypadkowych miejscach jego owłosiony tors i nogi. Zmarszczki wokół ust i oczu świadczyły, że kiedyś często się uśmiechał. Teraz jednak ponuro wpatrywał się w tłum. Na szyi, nadgarstkach i kostkach nosił kajdany.

Karl poczuł dreszcz przebiegający mu po plecach. - Walter, ja go znam.

- Żartujesz? - Wyraz twarzy Waltera przeczył jego spokojnemu tonowi. Wyglądał, jakby ktoś go uderzył.

- Turnieje w Pandathaway... był moim pierwszym przeciwnikiem. Pokonałem go w kilka sekund.

To było straszne. Przyszły ojciec nie powinien ryzykować swojego życia, nie wspominając nawet o zagrożeniu dla innych, ale to był ktoś, kogo znał. Nie jakiś bliski przyjaciel, oczywiście, nawet nie znał jego imienia, ale zawsze ktoś znajomy.

Odwrócił się do Slovotsky’ego.

Złodziej potrząsnął głową.

- Karl, bądź tak miły i do cholery zmień wyraz twarzy. Zaczynasz przyciągać spojrzenia. - Ściszył głos. - Tak lepiej. Jesteśmy dwoma podróżnikami, którzy leniwie rozmawiają o pogodzie i cenach mięsa, jasne? Nie wiem do końca, jaki szalony plan obmyślasz, ale i tak go nie zrealizujemy. Nie ma mowy. Pamiętaj, dałeś słowo Ahirze.

- Walter...

- To nie czas, by unosić się honorem. - Slovotsky uniósł dłoń. - Mamy mnóstwo pieniędzy, więc możemy się o niego policytować. Posiedź tu przez chwilę. - Rzucił wodze Karlowi, wyskoczył z wozu i zmieszał się z tłumem.

Licytacja była gorąca. Kilku miejscowych chłopów i hodowców podniosło cenę z początkowych dwunastu sztuk złota do ponad dwóch platyny. Najbardziej wytrwały, krępy mężczyzna w poplamionej od potu bawełnianej tunice, po każdej swojej ofercie spoglądał na Waltera, jakby rzucał mu wyzwanie. Kiedy cena doszła do dwóch sztuk platyny, mężczyzna uniósł wysoko ręce i odszedł, przeklinając pod nosem.

W końcu licytator podniósł nad głowę gałązkę, trzymaną delikatnie w obu rękach między kciukiem a palcem wskazującym.

- Czy ktoś da więcej niż dwie sztuki platyny, trzy złota za tego mężczyznę? - zapytał tłum śpiewnym głosem. - Wartościowy, dobrze wychowany niewolnik, bez wątpienia przydatny zarówno w polu, jak i jako rozpłodowiec. On i jego synowie będą ciężko pracować i wymagać mało jedzenia. Nie? Pytam po raz pierwszy, po raz drugi i... - Złamał gałązkę. - Niewolnik został sprzedany. Dobito targu.

Skinął na Slovotsky’ego.

- Chcecie go teraz zabrać? Bardzo dobrze. Bez łańcuchów? Dwie sztuki srebra za te, które ma na sobie, jeśli nie macie własnych. Radziłbym tak zrobić, ten nie został do końca złamany... jeszcze. Uważajcie też na jego zęby... jest niebezpieczny.

Walter sięgnął do sakiewki i wręczył pieniądze, przyjmując w odpowiedzi łańcuch niewolnika i żelazny klucz. Kilka szturchańców i przekleństw sprawiło, że niewolnik zszedł po schodach z platformy i podszedł do wozu.

Jego oczy rozszerzyły się, kiedy zobaczył Karla.

- Ty jesteś Kharl...

Slovotsky spoliczkował go i wyciągnął jeden z noży.

- Trzymaj język za zębami, jeśli nie chcesz go stracić. - Przyciskając koniuszek noża do szyi niższego mężczyzny, zmusił go do wejścia na tył wozu. Licytator uśmiechnął się z zachętą i zawołał, aby wyprowadzono następnego niewolnika.

- Po prostu bądź cicho - szepnął Karl. - I uspokój się. Wszystko będzie dobrze.

- Ale...

- Cii. - Wóz ruszył z klekotem. - Znam kowala na obrzeżach miasta. Musimy się tam zatrzymać, ale już wkrótce zdejmiemy z ciebie te okowy. Musisz być cierpliwy.

- To znaczy...

- To znaczy, że jesteś wolny - powiedział Walter, trzaskając wodzami. - Przez jakiś czas nie będzie tego jeszcze widać.

Niższy mężczyzna zacisnął wargi, jakby oczekiwał ciosu. Potem potrząsnął głową, zdziwiony. - Ty naprawdę to zrobisz, Kharlkuhlinayn. - W połowie było to niepewne stwierdzenie, w połowie przerażone pytanie.

Kiedy Karl skinął głową, jego twarz spoważniała. Po chwili uśmiechnął się, ukazując braki w uzębieniu. Był to bardzo niezwykły uśmiech.

Karl nic nie powiedział. Inni nie zrozumieliby, jaki piękny był ten uśmiech.

O ile nie widzieli go wcześniej na twarzy ukochanej osoby.

Albo w lustrze.

* * *

- Ch’akresarkandyn ip Katharhdn - powiedział niski mężczyzna. Siedział na wozie na worku z pszenicą i pocierał uszkodzenia pozostawione przez kajdany. Rany były zainfekowane, z wielu miejsc sączyła się obrzydliwa, zielona ropa. Bez wątpienia nadgarstki i kostki bardzo bolały, jednak pozwalał sobie jedynie na lekkie pocieranie. - Nie wymawia się tego tak trudno, łatwiej niż Kharlkuhlinayn.

- Mów mi Karl.

- A ty możesz mówić mi Chak, jeśli chcesz. Możesz mówić mi, jak chcesz. - Chak powoli pokiwał głową. - Jestem twoim dłużnikiem, Kharl. Nie wiem, dlaczego mnie uwolniłeś, ale jestem twoim dłużnikiem.

Walter zachichotał.

- Więc sprzeciwiasz się niewolnictwu tylko wtedy, kiedy jesteś niewolnikiem?

Chak zmarszczył czoło.

- Oczywiście. Takie jest życie. Chociaż... - potrząsnął głową. - Czasami robi mi się od tego niedobrze. Z drugiej strony, do tego nie trzeba zbyt wiele. Jestem Kathardem, my mamy delikatne żołądki.

- Co się z tobą stało? - spytał Karl. - Kiedy się spotkaliśmy, utrzymywałeś się z wygranych w turniejach, ale...

- Ty to skończyłeś, Karlu Cullinanie, i spędziłem wiele godzin, przeklinając twoje imię. Wtedy, kiedy wyeliminowałeś mnie w pierwszej rundzie, byłem już prawie bez pieniędzy. Jak kompletny dureń zaciągnąłem się u tego chytrego Therranjczyka. Mówił, że poszukuje strażników dla lorda Khorala. Te cholerne elfy zawsze łżą. Tak czy siak, w czternastu wyruszyliśmy z Pandathaway. Minęło sporo czasu, aż w końcu znaleźliśmy się za Aeryk, z dala od szlaków handlowych. Pewnej nocy rozłożyliśmy obóz i zjedliśmy kolację, z dodatkową porcją wina. Dosypali nam środka nasennego, wszyscy obudziliśmy się w kajdanach. Sprzedawali nas w małych grupkach. Wygląda na to, że elf był tajnym członkiem gildii handlarzy niewolników, a nie werbownikiem Khorala. - Chak wzruszył ramionami. - Chciał tylko, żebyśmy znaleźli się z dala od Pandathaway. W ten sposób zakucie nas w łańcuchy nie ściągnęło na niego gniewu rady gildii za rujnowanie opinii Pandathaway jako bezpiecznego miasta. - Jego oczy zamgliły się. - Dla niego nie będzie bezpieczne.

Zza zakrętu usłyszeli stukot, połączony z odległym parskaniem i rżeniem koni. Chak prychnął.

- Znam rżenie tej cholernej klaczy. To wóz moich poprzednich właścicieli. - Jego lewa ręka zawisła w okolicach pasa. - Szkoda, że nie mam broni.

Popatrzył na dwa miecze leżące na podłodze wozu.

- Pożyczysz mi jeden?

- Pewnie. - Karl pokiwał głową.

- Nie. - Walter potrząsnął głową. - Nie chcemy żadnych kłopotów. Karl, daj mu swoją tunikę. Wolę, żeby nie zobaczyli Chaka bez łańcuchów, nie chcemy, żeby ktoś plotkował o dwóch obcych, którzy kupili i uwolnili niewolnika.

Karl potrząsnął głową.

- Nigdy nie obiecywałem, że...

- Karl, to na jedno wychodzi. Potrafisz dotrzymać słowa, czy nie? Daj mu swoją tunikę, proszę.

Powoli kiwając głową, Karl wypełnił polecenie.

- Posiedź tu przez chwilę. - Rzucił tunikę Chakowi, który założył ją bez słowa, chociaż sięgała mu sporo za kolana. Usiadł, owinął nogi kocem, by to ukryć, i zaczął uważnie przyglądać się zawartości muślinowego worka.

Karl chwycił rapier leżący na wozie i rzucił go Walterowi. Slovotsky uniósł brew. Karl potrząsnął głową.

- Nie szukam kłopotów - powiedział. - Ale weź go, nie chcemy przecież wyglądać na bezbronnych.

- Cóż... - Walter uznał rację Karla i wsunął rapier za pas. - Wyglądajmy na zajętych.

Karl zeskoczył z wozu i zajął się pojeniem mułów, podczas gdy Walter sprawdzał postronki przywiązanych do wozu koni.

Wóz łowców niewolników przejechał obok bez żadnych incydentów, choć dwaj mężczyźni jadący obok spojrzeniami ocenili miecze Karla i Waltera. Karl ponuro pokiwał głową. Kiedy kowal zgodził się dorzucić dwa używane miecze, Karl świadomie wybrał dla Waltera smukły rapier o wytartej, zbrązowiałej od potu, wykładanej kością rękojeści. Ponieważ Slovotsky niezbyt dobrze radził sobie z mieczami, wybranie broni, która świadczyła o nieistniejących umiejętnościach wydawało się rozsądne.

Kilkanaście brudnych twarzy wyjrzało przez zabite deskami okna wozu. Chak odwrócił twarz, ale nie mógł oprzeć się pokusie rzucenia krótkiego spojrzenia.

Kiedy wóz odjechał, westchnął. - Cholera. - Słowo brzmiało tak samo w obu językach, nad czym Karl czasami się zastanawiał.

Karl zdjął dłoń z rękojeści miecza. Walter i Ahira mieli rację, nie mogli ściągać na siebie uwagi, szczególnie teraz. Ale...

Ale to nas nie usprawiedliwia.

Walter spojrzał mu w twarz.

- Przykro mi, Karl. - Rozłożył szeroko ręce. - Prawo Slovotsky'ego numer dziewięć: "Czasami nie możesz nic poradzić na coś, co cię wścieka." - Westchnął. - Niezależnie od tego, jak bardzo cię wścieka - dodał szeptem.

Chak już zdejmował tunikę Karla.

- Najbardziej martwi mnie ta dziewczynka. Jest za mała.

Zakładając tunikę, Karl uniósł brew.

- Ma może jedenaście lat, ale Orhmyst... to mistrz, reszta to zaledwie czeladnicy... lubi młode kobiety. Twierdzi, że z nimi najlepiej się bawi. Tę trzyma od ponad roku, od czasu, kiedy najechali Melawei. Wszystkim mówi, że zatrzyma ją dla siebie, nawet kiedy dotrą do Pandathaway. Ponoć nie dostałby za nią zbyt dużo pieniędzy w porównaniu z przyjemnością.

Serce Karla biło gwałtownie.

- Co?

- Gwałci jedenastoletnią dziewczynkę? - Twarz Waltera zbielała.

Chak potarł kark.

- Każdej nocy. A ona przez całe dnie jęczy i błaga o trochę eliksiru leczącego, by zatamować krwawienie. Orhmyst nie jest delikatny.

Karl uderzył pięściami o podłogę wozu.

- W Katharhd by go za to wykastrowali i nikt by się nie przejmował, że dziewczynka jest niewolnicą - dodał Chak.

- Walter - powiedział Karl - nie możemy...

- Zamknij się, do cholery. Daj mi chwilę czasu. - Slovotsky uniósł pięść do ust i przez dłuższą chwilę gryzł palce. Potem uniósł ręce. - Cullinane, gdyby było możliwe, żebyś to... Nieważne. - Spojrzał wściekle na Karla. - Pamiętasz, co mówiłem o tym, że nie można czasem nic poradzić na rzeczy, które cię wściekają?

Karl powoli skinął głową.

- Możesz o tym zapomnieć. Czasami nie mam bladego pojęcia, o czym mówię...

- Przynajmniej w czymś się zgadzamy.

- ... póki co, jakbyś to załatwił? To ty jesteś tutaj specjalistą od taktyki.

- Obiecałem Ahirze, że nie będę brać udziału w walkach, za wyjątkiem samoobrony. - Zaśmiał się, gdyż wiedział, co powie Walter.

- Zgodziłeś się także, że to ja będę decydował, kiedy mamy do czynienia z samoobroną. Tutaj mamy. - Walter uśmiechnął się słabo. - Później zastanowimy się, jakie było tego uzasadnienie. Taktyka to twoja działka. Jak to zrobimy?

Karl uśmiechnął się.

- Podążymy za nimi, ale w pewnej odległości, do chwili aż zrobi się ciemno. Wtedy ty będziesz miał okazję pójść na miły, cichy zwiad. - Odwrócił się do niskiego mężczyzny. - Chcesz brać w tym udział? Możesz wziąć część ich pieniędzy.

- Czemu nie? - Chak wzruszył ramionami. - Szczególnie - poklepał się po nieistniejącej sakiewce - teraz.

Podniósł z wozu drugi miecz i wyjął go do połowy z pochwy. Było to szerokie, jednosieczne ostrze, bardziej przypominające bułat niż cokolwiek innego. Chak pokiwał głową.

- Tak długo, jak długo mój udział będzie zawierał to, może mi się opłacać.

Karl uniósł brew. - Może chcesz także wyrównać z nimi swoje rachunki?

- To również. - Chak uśmiechnął się ponuro. - Zawsze.

* * *

Karl usiadł, opierając się o pień wysokiej sosny, na kolanach trzymał swój miecz. Celowo zwijał i rozwijał w dłoniach łańcuch manriki-gusari. Dzięki temu przynajmniej nie trzęsły mu się ręce.

Ponad nim gałęzie i sosnowe igły szumiały na wietrze, odsłaniając i zasłaniając migoczące gwiazdy. Drżał z zimna, gdyż z zachodu wiał chłodny wiatr. Pół mili dalej, prawie zasłonięte przez zagajnik, płonęło ognisko, iskry unosiły się w nocne niebo. Chak chrząknął.

- Twojego przyjaciela zbyt długo nie ma - szepnął. - Pewnie potknął się o własne nogi i się zabił.

Wypróbował ostrze bułatu, po czym po raz dwudziesty possał cięcie na kciuku. Co najmniej dwudziesty. - Niezłe ostrze.

Karl potrząsnął głową. - Nie, usłyszelibyśmy coś.

- Usłyszelibyśmy, że to jest dobre ostrze? Serio?

- Nie, gdyby znalazł się w tarapatach... - Karl przerwał i spojrzał na Chaka. Mężczyzna miał na twarzy minę ogromnego, karykaturalnego zdziwienia. - Wygląda na to, że wraca ci poczucie humoru.

Chak uśmiechnął się.

- Zawsze żartuję przed walką. Pomaga uspokoić nerwy. Mój ojciec z kolei lubił sobie wypić. Twierdził, że to wyostrza wzrok i usztywnia nadgarstek. I rzeczywiście tak było.

- Aha. - Karl był sceptyczny i pozwolił, by zabrzmiało to w jego głosie.

Parsknięcie. - Do ostatniego razu, oczywiście. Jego nadgarstek był tak sztywny, że pozostał prosty jak strzała nawet po tym, jak krasnolud odrąbał mu ramię. - Na chwilę zagryzł wargi. - Dlatego nigdy nie piję przed walką... żarty nieco rozluźniają nadgarstek. - Spojrzał na Karla. - Skoro już wiesz wszystko o mnie, powiedz mi, skąd jesteś. Twoje imię brzmi dziwnie, choć wyglądasz jak mieszkaniec Salket. Oczywiście wysoki, ale tacy się tam rodzą.

Karl potrząsnął głową. - To dość skomplikowane. Może kiedyś ci o tym opowiem.

- Jak sobie życzysz. - Chak chwycił jeden koniec manriki-gusari. - Powiedz mi chociaż coś o tym metalowym bola, które trzymasz. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego, wątpię, byś mógł je daleko dorzucić.

- Zwykle się nim nie rzuca. Jeśli chodzi o to, co można z nim zrobić, podejrzewam, że wkrótce będę miał szansę ci pokazać.

- Jesteś cholernie pewny siebie, Kharl.

- Oczywiście. - Uśmiechnął się wesoło do Chaka, splatając razem palce, by powstrzymać je od drżenia. Tak naprawdę, tylko to mogę zrobić, by utrzymać zwieracze pod kontrolą. Tego jednak nie mógł powiedzieć. - Rozmawialiśmy o tej twojej dolinie.

- Tak naprawdę, to ona nie jest moja. Tylko raz przez nią przejeżdżałem. Jest śliczna i, o ile wiem, niezamieszkana. W każdym razie tak było kilka lat temu. Jest po prostu zbyt daleko od cywilizacji. Gdyby ktoś chciał tam zamieszkać, musiałby podróżować dziesięć, może dwadzieścia dni do najbliższego kapłana. A ponieważ to w Therranj, ludziom ciężko byłoby prowadzić tam interesy. Te cholerne elfy nie lubią konkurencji.

- Ale ludzie mogliby tam mieszkać?

- Pewnie. - Niski mężczyzna wzruszył ramionami. - Jak już mówiłem, gdyby tylko potrafili się obyć bez zdobyczy cywilizacji. Jestem...

- Robicie zbyt dużo hałasu - zasyczał ktoś w ciemności.

Karl zerwał się na równe nogi z mieczem w jednej ręce, a manriki-gusari w drugiej.

- Spokojnie. - Walter Slovotsky zaśmiał się, wychodząc z cienia. - To tylko wasz przyjazny złodziej z sąsiedztwa.

Karl powstrzymał pragnienie, by go uderzyć. Do licha, więcej niż raz prosił Waltera, żeby się tak do niego nie podkradał. A Walter zwykle nieźle sobie z tym radził.

Pewnie to przez moje nerwy. - Jak rozłożyli obóz?

Slovotsky kucnął i wziął do ręki gałązkę. - To ich wóz - powiedział, rysując na ziemi duże X.

- Droga prowadzi tędy. - Narysował łagodny łuk na lewo do wozu.

- Tutaj ognisko, po naszej stronie wozu, rzuca światło na naszą stronę drogi. Chak, ich jest czterech, prawda?

- Tak.

- Ja widziałem tylko trzech. Jeden siedzi na straży na dachu wozu, towarzystwa dotrzymuje mu butelka wina i naciągnięta kusza. Wielki mężczyzna śpi przy ogniu - ma kuszę, ale nie napiętą. - Slovotsky wzruszył ramionami. - Za to trzyma w dłoni miecz. Trzeci śpi w hamaku zawieszonym tutaj, pomiędzy dwoma drzewami. - Splunął na ziemię.

- Nie mogłem znaleźć czwartego. Może poszedł w krzaki ulżyć sobie, ale w takim razie musi mieć biegunkę albo cholerne zatwardzenie. Długo na niego czekałem, ale się nie pojawił.

- Może jest w wozie?

- Możliwe. - Walter wzruszył ramionami.

- Oni nie śpią w wozie. - Chak potrząsnął głową. - To zbyt niebezpieczne. A gdyby jeden z nich był z kobietami, usłyszałbyś to. Nie używają knebli. Nie martwiłbym się jednak - mają tylko dwa łuki. Wiemy, gdzie one są. Jak tylko zacznie się walka, czwarty się pojawi, a wtedy się nim zajmiemy.

- No i? - zapytał Walter. - Jak to zrobimy?

Karl wstał.

- Tak samo, jak poradziliśmy sobie z Ohlminem i jego towarzyszami, z elementami sposobu, w jaki potraktowaliśmy Deightona. Schowaj się w pobliżu wozu... na tyle blisko, żebyś był w stanie trafić w niego nożem... i czekaj. Chak i ja zbliżymy się, najbliżej jak to tylko możliwe. Daj nam dużo czasu na dotarcie na miejsce, potem zacznij walkę, rzucając nożem w strażnika.

- Świetnie - stwierdził Walter. - Nie wiemy jednak, kiedy zmieniają straże. Co zrobimy, jeśli się zmienią?

- Dobra uwaga. Jeśli tylko zmienią się miejscami, nie przejmuj się tym, po prostu usuń człowieka na dachu wozu. Z drugiej strony, jeśli zmieni się położenie kuszy lub jeśli mężczyzna przy ognisku naciągnie kuszę, musimy o tym wiedzieć, zanim ich zaatakujemy. Gdyby tak było, po prostu się oddal. Jeśli przez długi czas ja i Chak nic nie usłyszymy, wrócimy tutaj, wymyślimy nowy plan ataku i spróbujemy jeszcze raz.

Odwrócił się do Chaka.

- Zabij tego w hamaku. Ja zajmę się tym przy ogniu.

Niski mężczyzna skinął głową. - To nie powinno być trudne. Co potem?

- Chwyć jedną z kusz, sprawdź, czy widzisz czwartego. Albo pomóż mi, jeśli będę miał kłopoty.

- Walter, kiedy będziesz eliminował strażnika, celuj w klatkę piersiową... ale wystarczy, jeśli go unieszkodliwisz. Nie pokazuj się, żeby go zabić, jak tylko zajmiesz się strażnikiem, szukaj czwartego łowcy niewolników. - Położył dłoń na ramieniu Waltera.

- Pamiętaj, bohaterze futbolu amerykańskiego, chodzi o nasze bezpieczeństwo. Musimy być cholernie pewni, że dostaliśmy ich wszystkich. Jeśli choć jeden z tych bydlaków ucieknie, będziemy w dużych tarapatach. Nie chcemy, żeby ktoś w Pandathaway dowiedział się, że wciąż żyję.

Walter skrzywił się w uśmiechu. - Jesteśmy żądni krwi, co?

- Sprzeciwiasz się, do diabła?

- To nie było oskarżenie. W końcu powiedziałem "my", prawda?


Dodano: 2006-09-22 12:36:55
Komentarze
-Jeszcze nie ma komentarzy-
Komentuj


Konkurs

Wygraj powieść Scalziego


Artykuły

Wiedźmin Netfliksa: zachwyt czy rozczarowanie?


 Nie tylko Netflix animuje króliki, czyli „Wodnikowe Wzgórze” przez dekady

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e06)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e05)

 Gra o tron subiektywnym okiem (s08e04)

Recenzje

Jordan, Robert - " Wojownik Altaii"


 Scalzi, John - "Imperium w płomieniach"

 Rushdie, Salman - "Quichotte"

 Taylor, Dennis E. - "Nasze imię Legion, nasze imię Bob"

 Przechrzta, Adam - "Demony zemsty. Beria"

 Kisiel, Marta - "Płacz"

 Szczerek, Ziemowit - "Cham z kulą w główie"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

Fragmenty

 Hendel, Paulina - "Czarny świt"

 Baoshu - "Odzyskanie czasu"

 Canavan, Trudi - "Klątwa kreatorów"

 Clare, Cassandra & Chu, Wesley - "Czerwone Zwoje Magii"

 Chiang, Ted - "Wydech"

 Dąbrowski, Michał - "Imię Boga"

 Wilson, F. Paul - "Twierdza"

 Lisińska, Małgorzata - "Pierwotny"

Projekt i realizacja:sismedia.eu       Reklama     © 2004-2020 nast.pl     RSS      RSS